Stephen R. Covey pisał jednej ze swoich książek (nie pamiętam już w której, ale czytałem aż dwie, więc bardzo możliwe, że wspominał o tym w obu) o szczególnych okresach, w których jedne dziedziny życia stają się na tyle istotne, że trzeba nieco "zaniedbać" inne. Właśnie to spotkało mnie w ostatnich kilku tygodniach. Niespotykane zmasowanie wyjazdów służbowych, dodatkowo dosyć dalekich bo do Niemiec, Czech i znów do Niemiec, oraz obowiązki związane ze studiami spowodowały, że musiałem nieco przedłużyć swoje posezonowe roztrenowanie. Do tego stopnia, że musiałem zrezygnować z wczorajszego biegu GP Poznania, ponieważ w tym czasie słuchałem wykładu swojego promotora (a tak chciałem wziąć udział we wszystkich biegach)
Na chwilę obecną sytuacja wygląda tak, że uda mi się włożyć buty do biegania nie wcześniej niż po 15 grudnia. Przygotowania do maratonu przyjdzie mi zatem rozpocząć niemalże z biegu (sic!), bo według planu pierwszy trening przypada na 21 grudnia (zobaczymy co na to gorączka przedświąteczna). Mam nadzieję, że nie "oklapłem" za bardzo przez ten okres quasi-przymusowego nieróbstwa...
12 grudnia 2010
1 grudnia 2010
Powrót do formy?
Po trzech tygodniach totalnego lenistwa (miało być bez biegania, ale aktywnie – lecz przeszkodziły tzw. okoliczności i zabrakło motywacji) założyłem dziś znowu buty do biegania. Zerwałem się wcześnie rano w czeskim hotelu, w którym akurat przyszło mi nocować, i posilony dwoma batonami musli i kilkoma łykami izotonika ruszyłem na tzw. miasto. Chyba musiałem stanowić nie lada atrakcję dla marznących w oczekiwaniu na autobus autochtonów. Miałem też szczęście, że w nocy nie dosypało śniegu i nie musiałem brodzić w nim po kolana. Gdybym prze łożył to na popołudnie mogłoby być naprawdę „wesoło” (dawno nie jechałem po autostradzie, na której nie było widać nawierzchni, jak dziś po południu). W sumie, jak na początek, wyszło tego biegania ok. 4,2 km. I dopiero, gdy pośniadaniu wsiadłem do samochodu, zorientowałem się jak zimno jest na dworze – a było osiem kresek poniżej zera (przypomnę, że ogólnym założeniem jest bieganie przy temperaturze nie niższej niż -10°C).
Ładnie się zaczyna ta biegowa zima – zobaczymy co będzie dalej…
Ładnie się zaczyna ta biegowa zima – zobaczymy co będzie dalej…
21 listopada 2010
Wszystkie Ryśki to porządne chłopy...
Ryszardowi Grobelnemu gratulujemy Poznańskiego (półtora) Maratonu i świetnego wyniku w wyborach: 49,24 wg sondażu Gemini telewizji WTK.
Dodam tylko, że gdybym nie biegał zapewne zagłosowałbym tak samo jak zagłosowałem.
A Ty, czy spełniłeś swój obywatelski obowiązek?
Dodam tylko, że gdybym nie biegał zapewne zagłosowałbym tak samo jak zagłosowałem.
A Ty, czy spełniłeś swój obywatelski obowiązek?
18 listopada 2010
Krok po kroczku, krok za krokiem...
Wszystkich Świętych i Święto Zmarłych dawno już za nami a ja jeszcze żadnej gwiazdkowej* kolędy nie widziałem w telewizji (a może przegapiłem - faktem jest, że zaniżam i do dosyć znacznie średni dzienny czas spędzany w narodzie przed szklanym przepierzeniem). Co gorsza, na tzw. Fejsie rozpoczęcie sezonu wałkowania piosenki Last Christmas zaplanowane jest "dopiero" na pierwszy grudnia. No jak nic święta się spóźniają w tym roku.
Mała dygresja - pamiętacie dowcip o rozmowie przedświątecznej dwóch blondynek**?
- Słyszałaś? W tym roku wigilia wypada w piątek.
- O bosze (sic!), mam nadzieję, że nie trzynastego.
Na szczęście jeden z portali dla biegaczy czuwa i już przygotował pierwszą z trzech części propozycji na "podchoinkowe" (i nie tylko, bo po drodze mamy jeszcze 6.12, a wtedy, w zależności od regionu, trzeba grzebać pod poduszką, w bucie i gdzie tam jeszcze) prezenty dla amatorów przebierania nogami. Nam nie pomoże to w wybieraniu podarków dla najbliższych, o ile nie należymy do tych szczęśliwców, którzy dzielą swoją pasję z mężem, żoną czy kuzynem, ale może warto zostawić, niby to przypadkiem, przedmiotową stronę otwartą na ekranie komputera.
Z podanego zestawu propozycji najbardziej spodobał się portfel na ramię z saszetkami na żele energetyczne. Chociaż, to prezent raczej na tę cieplejszą część roku. Na drugim miejscu umieściłbym zestaw czapka - rękawiczki - odblask. Ciekawy pomysł stanowią też pakiety z gratisem w formie torby świątecznej. Tylko dlaczego nikt nie pomyślał o najprostszym i najbardziej odpowiadającym na aktualne potrzeby biegacza upominku - bonie zakupowym do znanej sieci ze sprzętem sportowym?
A Wy, co ze wskazanej listy widzieliście by pod swoją "panną zieloną"?
*W pierwszym odruchu chciałem napisać "bożonarodzeniowej" ale to właśnie komercja tak skutecznie pozbawia te święta (a zwłaszcza czas oczekiwania na nie) ich właściwego im ducha.
**Aby uniknąć nieporozumień, darzę blondynki wielką atencją - dwie witają mnie, gdy wracam do domu.
Mała dygresja - pamiętacie dowcip o rozmowie przedświątecznej dwóch blondynek**?
- Słyszałaś? W tym roku wigilia wypada w piątek.
- O bosze (sic!), mam nadzieję, że nie trzynastego.
Na szczęście jeden z portali dla biegaczy czuwa i już przygotował pierwszą z trzech części propozycji na "podchoinkowe" (i nie tylko, bo po drodze mamy jeszcze 6.12, a wtedy, w zależności od regionu, trzeba grzebać pod poduszką, w bucie i gdzie tam jeszcze) prezenty dla amatorów przebierania nogami. Nam nie pomoże to w wybieraniu podarków dla najbliższych, o ile nie należymy do tych szczęśliwców, którzy dzielą swoją pasję z mężem, żoną czy kuzynem, ale może warto zostawić, niby to przypadkiem, przedmiotową stronę otwartą na ekranie komputera.
Z podanego zestawu propozycji najbardziej spodobał się portfel na ramię z saszetkami na żele energetyczne. Chociaż, to prezent raczej na tę cieplejszą część roku. Na drugim miejscu umieściłbym zestaw czapka - rękawiczki - odblask. Ciekawy pomysł stanowią też pakiety z gratisem w formie torby świątecznej. Tylko dlaczego nikt nie pomyślał o najprostszym i najbardziej odpowiadającym na aktualne potrzeby biegacza upominku - bonie zakupowym do znanej sieci ze sprzętem sportowym?
A Wy, co ze wskazanej listy widzieliście by pod swoją "panną zieloną"?
*W pierwszym odruchu chciałem napisać "bożonarodzeniowej" ale to właśnie komercja tak skutecznie pozbawia te święta (a zwłaszcza czas oczekiwania na nie) ich właściwego im ducha.
**Aby uniknąć nieporozumień, darzę blondynki wielką atencją - dwie witają mnie, gdy wracam do domu.
15 listopada 2010
Weekend dwóch rekordów - cz. 2
Tak oto musiał minąć tydzień i kolejny weekend (kolejny długi), abym zasiadł wreszcie do opisywania drugiej części rekordowego weekendu. Ale tak to już bywa z długimi weekendami, zwłaszcza jeśli zaczynają się w środę po południu. Cofnijmy się zatem do wydarzeń z niedzieli, 7 listopada...
Półmaraton ten (Kościański, Szósty, Międzynarodowy) zaczął się szczególnie, nie tylko dlatego, że Małżonka postanowiła mi towarzyszyć. Zdecydował o tym fakt (w głównej mierze też o wspomnianym towarzystwie), że w Kościanie mamy rodzinę, do której udaliśmy się zaraz po odebraniu pakietu startowego (w którym znajdował się miedzy innymi... dyplom ukończenia biegu, z wolnym miejscem na nazwisko). Od progu przywitało mnie zapytanie Ciotki Ewy, co ja będę jadł i czy mam jakąś specjalną dietę. Posilony ulubionym daniem tramwajarza (choć w Kościanie nie ma tramwajów), czyli kanapką z "szyną" (a nawet dwoma) i herbatą mogłem czynić przygotowania do samego biegu. Na start udali się ze mną wspomniana Ciotka Ewa i jej syn, a mój przyszywany kuzyn, Mikołaj - Dziewczyny miały dołączyć na krótko przed spodziewanym czasem mojego pojawienia się na mecie. Przed startem ustawiłem jeszcze wirtualnego partnera w Gremlinie, by prowadził mnie na czas 1:45 (asekuracyjnie ustawiłem dystans 22 km), starter dał sygnał i ruszyliśmy na trzy pętle (i jeszcze kawałek) po siedem kilometrów każda.
Pierwsza pętla - 0:35:18
Na początku było dosyć tłoczno, co poskutkowało tempem ok. 5:30 na pierwszym tysiącu metrów. Dalej udawało mi się utrzymywać tempo nieco poniżej pięciu minut na kilometr. Najbardziej zaskakujące na pierwszym okrążeniu było to, że na każdym kroku spotykałem Ciotkę Ewę i Mikołaja - wiadomo autochtoni. Mikołaj powiedział mi później, że gdybym biegł tak, jak oni chodzili, wygrałbym na pewno. Wraz z innymi biegaczami udało nam się ustalić przyczynę faktu, że Pani Parasolka zwykle przybiega jako jedna z ostatnich. Fakt jest taki, że wszyscy biedną panią Marię pozdrawiają i zagadują, ona się biedna musi odwzajemniać (wiadomo - dama) - i jak tu oddechu pilnować, no jak?
Na końcu okrążenia ustawiony był punkt odżywczy, a może raczej nieodżywczy, bo ku mojemu (pewnemu) zdziwieniu, oprócz wody i ciepłej herbaty nie uświadczyliśmy ani izotoników, ani czegoś "na ząb" (kawałka czekolady, banana czy chociażby kostki cukru). Ale cóż było robić, biegło się dalej.
Druga pętla - 34: 34
Pierwsza połowa drugiego okrążenia okazała się nieco (niewiele, ale) wolniejsza - tempo wahało się między 5:00 a 5:06/km. Silnym czynnikiem motywacyjnym dostarczonym w okolicach dziesiątego kilometra okazało się obejrzenie pleców elity. Nie to, żebym ich dogonił - rzecz jasna zostałem zdublowany. Udawało mi się utrzymywać dobre, równe tempo ale czułem, że kontrolka paliwa za chwilę zacznie świecić. Zbyt optymistyczne założenia odnoście punktów odżywiania zaczęły odciskać swoje piętno. Jednak póki co, biegłem jednak dalej.
Trzecia pętla (i kawałek dodatkowy) - 35:28
Na początku zwolniłem by się napić. Czułem też coraz bliższy koniec pokładów energii i przez chwilę zacząłem wątpić w sukces w realizacji ambitnych planów. Na szczęście w sukurs przyszli kibice, z którymi wychodzi się dobrze nie tylko na zdjęciu - Mikołaj zaopatrzył mnie w Snickersa (mam nadzieję, że nie dlatego, że wyglądałem jak własna babcia). Nadzieja i wiara wróciła. Nie odeszły nawet wtedy, gdy między osiemnastym a dwudziestym kilometrem przyszedł kryzys. Udało mi się zwalczyć go z sukcesem głownie dzięki (wzajemnemu) wsparciu współbiegaczy oraz oczywiście kibiców. Sił wystarczyło jeszcze na dosyć mocny finisz. Czas na mecie wg wskazań Gremlina 1:45:22 (brutto 1:45:49) - o włos a udałoby się złamać barierę 1:45. Ale jako sukces zapisuję sobie poprawienie życiówki o trzy i pół minuty.
Na mecie odebrałem całkiem ładny (acz z błędem ortograficznym) medal i zostałem jeszcze (nie do końca świadomie) sfotografowany z wirtualnym znajomym, którego nie rozpoznałem w tzw. realu, czyli Kubą. Jak się później okazało Kuba i Mikołaj są kolegami z czasów licealnych.
Po powrocie do "bazy" pozostało mi jeszcze oddać cześć najlepszym kibicom na świecie czyli Ciotce Ewie i Mikołajowi. Do Ciotki Ewy powędrował wspomniany wcześniej dyplom - za duchowe ukończenie biegu oraz najlepsze na świecie kibicowanie.
I tak zakończyłem swój sezon biegowy 2010. Teraz czas na odpoczynek, a może przyjdzie i czas na odrobinę podsumowań.
Półmaraton ten (Kościański, Szósty, Międzynarodowy) zaczął się szczególnie, nie tylko dlatego, że Małżonka postanowiła mi towarzyszyć. Zdecydował o tym fakt (w głównej mierze też o wspomnianym towarzystwie), że w Kościanie mamy rodzinę, do której udaliśmy się zaraz po odebraniu pakietu startowego (w którym znajdował się miedzy innymi... dyplom ukończenia biegu, z wolnym miejscem na nazwisko). Od progu przywitało mnie zapytanie Ciotki Ewy, co ja będę jadł i czy mam jakąś specjalną dietę. Posilony ulubionym daniem tramwajarza (choć w Kościanie nie ma tramwajów), czyli kanapką z "szyną" (a nawet dwoma) i herbatą mogłem czynić przygotowania do samego biegu. Na start udali się ze mną wspomniana Ciotka Ewa i jej syn, a mój przyszywany kuzyn, Mikołaj - Dziewczyny miały dołączyć na krótko przed spodziewanym czasem mojego pojawienia się na mecie. Przed startem ustawiłem jeszcze wirtualnego partnera w Gremlinie, by prowadził mnie na czas 1:45 (asekuracyjnie ustawiłem dystans 22 km), starter dał sygnał i ruszyliśmy na trzy pętle (i jeszcze kawałek) po siedem kilometrów każda.
Pierwsza pętla - 0:35:18
Na początku było dosyć tłoczno, co poskutkowało tempem ok. 5:30 na pierwszym tysiącu metrów. Dalej udawało mi się utrzymywać tempo nieco poniżej pięciu minut na kilometr. Najbardziej zaskakujące na pierwszym okrążeniu było to, że na każdym kroku spotykałem Ciotkę Ewę i Mikołaja - wiadomo autochtoni. Mikołaj powiedział mi później, że gdybym biegł tak, jak oni chodzili, wygrałbym na pewno. Wraz z innymi biegaczami udało nam się ustalić przyczynę faktu, że Pani Parasolka zwykle przybiega jako jedna z ostatnich. Fakt jest taki, że wszyscy biedną panią Marię pozdrawiają i zagadują, ona się biedna musi odwzajemniać (wiadomo - dama) - i jak tu oddechu pilnować, no jak?
Na końcu okrążenia ustawiony był punkt odżywczy, a może raczej nieodżywczy, bo ku mojemu (pewnemu) zdziwieniu, oprócz wody i ciepłej herbaty nie uświadczyliśmy ani izotoników, ani czegoś "na ząb" (kawałka czekolady, banana czy chociażby kostki cukru). Ale cóż było robić, biegło się dalej.
Druga pętla - 34: 34
Pierwsza połowa drugiego okrążenia okazała się nieco (niewiele, ale) wolniejsza - tempo wahało się między 5:00 a 5:06/km. Silnym czynnikiem motywacyjnym dostarczonym w okolicach dziesiątego kilometra okazało się obejrzenie pleców elity. Nie to, żebym ich dogonił - rzecz jasna zostałem zdublowany. Udawało mi się utrzymywać dobre, równe tempo ale czułem, że kontrolka paliwa za chwilę zacznie świecić. Zbyt optymistyczne założenia odnoście punktów odżywiania zaczęły odciskać swoje piętno. Jednak póki co, biegłem jednak dalej.
Trzecia pętla (i kawałek dodatkowy) - 35:28
Na początku zwolniłem by się napić. Czułem też coraz bliższy koniec pokładów energii i przez chwilę zacząłem wątpić w sukces w realizacji ambitnych planów. Na szczęście w sukurs przyszli kibice, z którymi wychodzi się dobrze nie tylko na zdjęciu - Mikołaj zaopatrzył mnie w Snickersa (mam nadzieję, że nie dlatego, że wyglądałem jak własna babcia). Nadzieja i wiara wróciła. Nie odeszły nawet wtedy, gdy między osiemnastym a dwudziestym kilometrem przyszedł kryzys. Udało mi się zwalczyć go z sukcesem głownie dzięki (wzajemnemu) wsparciu współbiegaczy oraz oczywiście kibiców. Sił wystarczyło jeszcze na dosyć mocny finisz. Czas na mecie wg wskazań Gremlina 1:45:22 (brutto 1:45:49) - o włos a udałoby się złamać barierę 1:45. Ale jako sukces zapisuję sobie poprawienie życiówki o trzy i pół minuty.
Na mecie odebrałem całkiem ładny (acz z błędem ortograficznym) medal i zostałem jeszcze (nie do końca świadomie) sfotografowany z wirtualnym znajomym, którego nie rozpoznałem w tzw. realu, czyli Kubą. Jak się później okazało Kuba i Mikołaj są kolegami z czasów licealnych.
Po powrocie do "bazy" pozostało mi jeszcze oddać cześć najlepszym kibicom na świecie czyli Ciotce Ewie i Mikołajowi. Do Ciotki Ewy powędrował wspomniany wcześniej dyplom - za duchowe ukończenie biegu oraz najlepsze na świecie kibicowanie.
I tak zakończyłem swój sezon biegowy 2010. Teraz czas na odpoczynek, a może przyjdzie i czas na odrobinę podsumowań.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





