18 grudnia 2014

O dużym słowie na "ty" uwag kilka

Od kilku już dni nosiłem się z zamiarem upublicznienia swoich ambitnych (a jakże) planów biegowych na zbliżający się wielkimi krokami rok dwa tysiące piętnasty. Tylko jak tu planować, gdy ciągle coś sprawia, że biegać nie za bardzo mogę. A to plecy, a to kolano – g**no, jak mawiają prości ludzie! I dziś mnie olśniło. Tym bardziej muszę planować! Tym bardziej muszę myśleć o swoich celach! Bo czymże innym, jak nie zmaganiem się ze swoimi słabościami (w tym również kontuzjami) jest proces przygotowywania się do kolejnych startów i kolejnych wyzwań?
Źródło: demotywatory.pl
Czas zatem upublicznić soje cele, czyli marzenia z terminem realizacji. Cel główny jest dosyć ambitny oraz (że tak to ujmę) przełomowy. Sam długo nie byłem pewien czy to już czas by realnie o nim myśleć. W pewnym sensie przekonał mnie powyższy obrazek. Ale i tak zdradzę go na sam koniec niniejszego tekstu (choć i tak wiem, że część osób czytająca te słowa się domyśli, a inni już podejrzeli). Na mojej ścieżce do niego są również cele pośrednie oraz środki realizacji. A one przedstawiają się jak poniżej.

Zacznę od kalendarza startów, choć tak naprawdę wiele w nim znaków zapytania. Niemal pewne są starty w dwóch maratonach (czyli biegach o priorytecie A) – Orlen Warsaw Marathon na wiosnę oraz Maraton Poznański jesienią. Tak tak, po raz trzeci (wcześniej był rok ubiegły oraz dwa tysiące jedenasty) pobiegnę u siebie na fyrtlu. I chyba tak już zostanie, że jesienią lat nieparzystych będę maratonił w swoim mieście. Roił mi się jakiś czas temu taki pomysł, by oba maratony A.D. 2015 pobiec w stolicy, ale ostatecznie zawitam do Warszawy tylko w kwietniu (ale spokojnie – swoje porachunki z Maratonem Warszawskim jeszcze wyrównam).
Przed obu maratonami mam oczywiście w planach starty kontrolne, zwane również startami o priorytecie B. Tu jest, jak na razie, jeden pewniak – Maniacka Dziesiątka (w końcu jedyny bieg, w którym startuję regularnie, co roku). Wciąż waham się gdzie pobiec połówki. Wiosenną chciałbym pobiec jeszcze w marcu. W grę wchodzą Ostrów Wielkopolski (niestety, wciąż nieznana jest data kolejnej edycji), Pabianice oraz (ewentualnie) Warszawa. Jesienią biorę pod uwagę Zbąszyń i Piłę. A może, z racji tego, że na maraton zostaję w domu, wybiorę się gdzieś dalej? Jakieś propozycje? Co do jesiennej dychy, również pomysłów jeszcze brak. Wyjdzie w tzw. praniu.
Jeśli, ktoś zastanawia się, czemu nie startuję w poznańskiej połówce, śpieszę z odpowiedzią. Po pierwsze termin jest trochę późny (tak przynajmniej twierdzi – łamane na: rekomenduje - Trenejro). Po drugie, owszem startuję, ale (w związku z po pierwsze) nie w trupa. Podobno nie ma czegoś takiego jak start treningowy, a jednak taki to właśnie ma być dla mnie ten Półmaraton Poznański. Będą również inne starty o priorytecie C, ale o tych to jak na razie nie wiadomo prawie nic. Pewnie jakiś Parkrun, jakiś City Trail może. Jakaś sztafeta również by się przydała. Ale, jak to mawiał mój przyjaciel z czasów licealnych, czas pokaże.
Zapomniałbym! Jest jeszcze jeden pewniak - Półmaraton Weteranów w Murowanej Goślinie. Bo mogę!

Założenia treningowe i okołotreningowe są następujące.
Po pierwsze: objętość. Będę zmierzał do tego, by biegać pięć razy w tygodniu.
Po drugie: siła. Co najmniej raz w tygodniu (wyłączając okres bezpośrednio poprzedzający start w biegu o priorytecie A) siłowy trening obwodowy i co najmniej dwa razy w tygodniu gimnastyka siłowa.
Po trzecie: masa. Masa ciała oczywiście (wszyscy wiemy, że im mniej należy donieść na własnych nogach do mety, tym szybciej nam się to uda). Jeszcze przed wiosennym maratonem chcę zredukować zawartość tkanki tłuszczowej poniżej poziomu 12,5%. A potem dalej iść tą drogą. Jak zamierzam to zrobić? Otóż racjonalną dietą. Przede wszystkim zamierzam drastycznie ograniczyć spożycie słodyczy i alkoholu. To pierwsze nie częściej niż raz w tygodniu i najlepiej domowe. To drugie naprawdę od święta.
Niemniej na sam początek (zamykając temat działań okołotreningowych) muszę zająć się kolanem.

Powoli przechodzimy do konkretów najkonkretniejszych w swej konkretności (sic!). Czasów, w jakie będę celował. Wiosną chciałbym zejść poniżej czterdziestu minut na dychę i godziny trzydzieści w połówce. Jesienią planuję urwać kolejne półtorej minuty na 10K, natomiast dystans 21,095 km pokonać w godzinę i minut dwadzieścia pięć lub szybciej. A jeśli chodzi o to, co najważniejsze, w Warszawie chciałbym zrobić co najmniej to, czego nie udało mi się dokonać w Katowicach. Zejść poniżej trzy dziesięć. Zaś jesienią, już po przekroczeniu linii mety na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich, chcę zobaczyć taki obrazek (tadam!):
Ja naprawdę ogłosiłem to publicznie?

12 grudnia 2014

Kwestionariusz Blogacza - Po prostu Mari(a)

Jeżeli w sierpniu Kwestionariusz miał przerwę wakacyjną, to co się działo w październiku i listopadzie? Klęska urodzaju - to jest moja wersja i jej będę się trzymać - nie mogłem się zdecydować, którą z blogujących dziewczyn tym razem wziąć na spytki. Postanowiłem zatem zastosować kryterium geograficznej bliskości i trafiło na Marię. Marię, którą poznałem w momencie, gdy przygotowywała się do debiutu w maratonie. Dziś, choć minął niewiele ponad rok, Maria jest zaprawioną w boju triathlonistką. Poznajcie zatem autorkę i główną bohaterkę bloga Mari gone running.
Niemniej najpierw, zgodnie ze starą świecką tradycją, przypomnę zasady:
Odpowiedz na każde pytanie. Staraj się nie analizować, lecz – jeśli to możliwe – odpowiadać intuicyjnie. Gdy odpowiesz na wszystkie pytania, możesz (ale nie musisz) dopisać do listy kolejne pytanie, na które będą odpowiadać przyszli uczestnicy zabawy.
1. Jaki jest Twój ulubiony dystans?
Półmaraton i olimpijka w tri.
2. Jaki jest Twój ulubiony rodzaj treningu?
Najbardziej lubię zwykłe rozbiegania bez patrzenia na tempo. A jeżeli chodzi o bardziej wyrafinowane jednostki treningowe to podbiegi i BNP. I trening zakładkowy do tri ;)
3. Co Cię motywuje do wyjścia na trening?
Nigdy się nad tym nie zastanawiam, po prostu wychodzę.
4. Twoje pierwsze zawody?
II Samsung Półmaraton w Szamotułach w październiku 2012 r.
5. Wymarzony start w imprezie biegowej?
Chciałabym wystartować w Biegu im. dh. Marduły. Mam nadzieję, że zrealizuję to marzenie, jak nie w tym roku, to w przyszłym.
6. Jaka jest Twoja ulubiona książka o bieganiu?
Moja ulubiona książka to „Bez ograniczeń” Chrissie Wellington. Nie jest stricte o bieganiu, ale z niej najczęściej czerpię motywację, sięgam po nią zwłaszcza przed ważnymi zawodami.
7. Dlaczego biegasz?
Bo kocham poczucie wolności, jakie daje mi bieganie.
8. Dlaczego blogujesz?
Ponieważ czułam, że bieganie rozpoczęło ciekawy, o ile nie najciekawszy, rozdział mojego życia i że warto o tym pisać. Poza tym, gdy zaczynałam blogować, nie miałam nikogo takiego obok, kto chciałby mojego ciągłego nawijania o bieganiu słuchać, więc musiałam dać sobie upust na blogu ;)
9. Jeśli nie bieganie, to?
Pływanie i rower ;) I po górach lubię chodzić, tylko dawno tego nie robiłam.
10. Co uznajesz za swoje największe sportowe osiągnięcie?
Na dzień dzisiejszy ukończenie triathlonu na dystansie 1/2 IM z czasem 5:50:43.
11. Co byś zmieniła, gdybyś jeszcze raz zaczynała swoją przygodę z bieganiem?
Mimo kilku popełnionych błędów chyba nic bym nie zmieniła.

Jeszcze pytanie do kolejnych uczestników zabawy:
12. W jakim miejscu na świecie najbardziej marzy Ci się pobiegać?


Prawie na koniec dedykacja muzyczna od Marii - Dedykuję Wszystkim Czytającym utwór zespołu, którego zagorzałą fanką jestem od lat - let’s RUN LIKE HELL!!! :)


Nie pozostało już nic innego jak... zadać Marii kilka pytań dodatkowych. Ale to już nie moja rola.
Działamy według zasady: osoba zadająca pytanie dodatkowe, deklaruje wpłatę na wskazany cel. Zadaniem dodatkowym Marii będzie odpowiedzieć na to pytanie – im wyższa zadedykowana kwota wsparcia, tym bardziej rozbudowana odpowiedź (1 zł = 1 zdanie).

Maria (a ja razem z nią) prosi(my) o wsparcie Stowarzyszenia Społecznego na Rzecz Dzieci i Młodzieży Specjalnej Troski w Szamotułach.

5 grudnia 2014

O przekątnej pleców uwag kilka

To był mój błąd - podczas pływania naciągnąłem sobie najwyraźniej nie wykurowany mięsień (lub mięśnie) i weekend trzeba było spisać na starty, towarzyszył mi bowiem silny ból pleców. Tak silny, że mój powrót do biegania po weekendzie stanął pod sporym znakiem zapytania. Ale to już temat na innego posta.
Tak zakończył się mój post podsumowujący październik.Teraz zagadka: Jak się zakończył listopad? Tak samo. Tylko bardziej. Tym razem ból pleców okazał się tak silny, że spędziłem kilka dni w łóżku na silnych lekach przeciwbólowych, a przerwa w bieganiu cięgnie się już półtora tygodnia. Ale może po kolei.
Źródło: endomondo.com
Pierwszy weekend listopada spisany został na straty - to już wiemy. Bałem się jednak podówczas, czy rozbieganie nie wydłuży się ponad zaplanowane ostatnie dwa tygodnie października. Niby w planie na pierwszy tydzień nowego miesiąca i nowego sezonu zarazem miałem jedynie bardzo krótkie i niezwykle spokojne biegi, ale i takich nie ma sensu realizować, gdy ból pleców doskwiera. Ostatecznie relację z obuwiem sportowym odnowiłem w środę. Do końca tygodnia udało mi się zrealizować jeszcze jeden z trzech pozostałych zaplanowanych treningów, więc ten z założenia niedzielny zrealizowałem w poniedziałek (tradycyjne nadrabianie zaległości).
W kolejnym tygodniu było już lepiej, ale znów jeden trening wypadł. Widać było jednak, że się rozkręcam.
Tydzień numer trzy to potwierdził. Niby nie wszystko zgodnie z planem, ale stan jednostek wykonanych pokrywał się ze stanem jednostek zrealizowanych.
No - powiedziałem sobie w duchu - w ostatnim tygodniu będzie "tip top" i w grudzień wejdę na, może nie pełnych, bo do tego jeszcze daleko, ale obrotach! I się wszystko pięknie, ale posypało. We wtorek jeszcze zgodnie z planem. W środę odwiedziła nas grypa żołądkowa (czy inna cholera - w znaczeniu zaraza). Niby dopadło nie mnie, tylko Ślubną. Ale trzeba się było nią i dzieciarnią zająć i wiadomo: Man muss Prioritäten setzen, jak mawiają nasi bracia Słowianie. Zaś w czwartek obudziłem się z bólem pleców. Niby nic wielkiego - wydawało mi się, że to może dlatego, że źle spałem. Ale po południu już byłem mocno zaprzyjaźniony z lekami na ból, w nocy chciałem dzwonić po karetkę, a w piątek rano dzwoniłem do firmy, że sorry, ale el-cztery. Neuralgia. I dziękować Bogu, że to był piątek i dzieci były w przedszkolu, bo gdy w pewnym momencie leki puściły, puszczałem i ja. Ale takie wiązanki wyrazów, że klękajcie narody. Dziękować również za tę grypę żołądkową, bo gdyby nie ona, to w czwartek pojechałbym w delegację i jakby mnie tak złapało trzysta kilometrów od domu, dopiero byłoby niewesoło.
Wracając jednak do spraw stricte biegowych, to wszystko co opisałem powyżej sprawiło, że listopad na tle innych miesięcy wygląda mizernie - o całe trzy kilometry więcej niż w październiku (czyli sto i cztery).
Źródło: endomondo.com
Jest na szczęście coś, co się wydarzyło w listopadzie, a o czym warto jeszcze wspomnieć. Otóż moje podejście do biegania zaczęło trochę ewoluować. Zaprzyjaźniłem się nieco bardziej z książkami pana Jerzego S. i w pewny sensie uczę się biegania na nowo. Wytłumaczę na przykładzie. Kiedyś najprostszy z prostych trening, czyli bieg w pierwszym zakresie wytrzymałości (oznaczany w planie przez Trenejro jako OWB1), pieszczotliwie określany przeze mnie jedynką (a tak w ogóle to moje bieganie w listopadzie to były niemal wyłącznie owe jedynki), wyglądał tak oto. Po kilku minutach truchtu rozgrzewałem się w truchcie i w miejscu - skłony, wymachy i takie tam (zresztą kiedyś poczyniłem nawet wpis na ten temat). Następnie reset Gremlina i trening właściwy, czyli zadany odcinek w zadanym zakresie pierwszym. Na koniec (już po zatrzymaniu stopera) ok. dziesięciu minut statycznego rozciągania. Od niedawna zacząłem natomiast robić tak, iż stoper uruchamiam i zatrzymuję tylko raz. Najpierw truchtam do momentu, aż puls wejdzie mi we wspomniany pierwszy zakres. A jak już wejdzie, znaczy się wzrośnie powyżej wartości 140, Gremlin automatycznie zaczyna naliczać czas i dystans zasadniczej części treningu. A jak już zaplanowaną ilość kilometrów pokonam, przechodzę do gimnastyki rozciągającej (ok. 10-12 minut), czyli w sumie do ćwiczeń, które wcześniej stanowiły główny element mojej rozgrzewki. A jak już się pogimnastykuję rozciągając (względnie porozciągam gimnastykując) wracam do domu truchtem i dopiero wówczas wyłączam stoper. Mój wykres tętna podczas takiego treningu wygląda na przykład tak oto:
Źródło: connect.garmin.com
W grudniu pojawią się kolejne jednostki, których będę się uczył realizować na nowo. Tymczasem jednak mamy już prawie Mikołajki, a ja nie przebiegłem w tym miesiącu jeszcze ani kilometra. Boli mnie to prawie tak bardzo, jak te plecy tydzień temu, ale - jak to mówią - nic na siłę. Weekend powinienem już kończyć w lepszym nastroju. Czego sobie i Wam życzę!

26 listopada 2014

Halo Panie Jacku: O wzystkich moich zabawkach uwag kilka

Halo Panie Jacku!

Czytając ostatni Pański felieton przez niemal całość tekstu miałem wrażenie, że czytam słowa kogoś zupełnie innego. Do ostatniego zdania, które mnie rozłożyło na łopatki. W przenośni. Ale rozłożyłoby również dosłownie, gdyby nie drobny fakt, że czytając Pańskie słowa zajmowałem już tzw. pozycję horyzontalną. Potem przyszła – a jakże – refleksja. Czy aby to wszystko, co zabieram ze sobą na trening (tudzież ewentualnie na zawody) jest mi niezbędnie potrzebne? Przydatne? A może zupełnie zbyteczne?

Przyjrzyjmy się zatem mnie Bartkowi. Ale najpierw zdefiniujmy pojęcie gadżetu. Otóż według mnie gadżet to jest to, bez czego w zasadzie możemy się obejść (właśnie odpowiedziałem sobie na jedno z zadanych wcześniej pytań). Jako gadżetów nie postrzegam więc butów. Choć jak wiadomo, każdy powód jest dobry, by kupić sobie nową/kolejną parę butów do biegania. A na pytanie ile par butów do biegania potrzebujesz, jest tylko jedna prawidłowa (i słuszna zarazem) odpowiedź: wszystkie! Z tzw. ciuchami do biegania jest już nieco trudniej. Niby biegać w czymś trzeba. Może to być z dyskontu, ze sklepu na D (a propos, zna Pan ten dowcip zagadkę: Na jaką literę ma twarz Murzynek Bambo?), ale niekoniecznie musi to-to mieć wbudowane wspomaganie pracy mięśni, stabilizator stawów, odzyskiwacze ciepła oraz kolektory słoneczne (dygresja: czy w dobie kryzysu energetycznego nie warto by rozważyć pozyskiwania energii od biegaczy – to mogłoby uratować nasze PKB). Wprowadźmy zatem podkategorię – odzież nadprogramowa. A skoro mam już na sobie odzież i obuwie, cóż jeszcze zakładam.
Chciałbym dodać źródło, ale nie dotarłem do tego... źródłowego (znalezione na facebook.com)
Kategoria nr 1 – Mniej lub bardziej rozbudowany czasomierz
W nie tak znowu zamierzchłych (chociaż, patrząc jak duża jest już moja Córka Starsza, można dojść do wniosku, że trochę wody już w Warcie upłynęło) czasach, gdy moje bieganie nabierało rumieńców a kilometraż powoli ale rósł, do pomiaru czasu wystarczał mi zwykły zegarek elektroniczny ze stoperem. Biegałem podówczas niemal wyłącznie po parku, znajdującym się jakieś kilkaset metrów od domu i przebiegnięte kilometry sumowałem licząc pokonane okrążenia. A jak przytrafiło mi się biegać gdzieś poza domem, sięgałem to internetów i tam starałem chociaż w przybliżeniu wyliczyć sobie długość trasy (dziś jest to o wiele łatwiejsze, tak w ogóle). Gdy już pokonałem swój pierwszy bieg na dystansie królewskim, doszedłem do wniosku, że przydałby się pulsometr. Nawet kupiłem taki niezbyt drogi. Ale że coraz chętniej biegałem również poza domem (tak jak i Pan, mam pracę związaną z wyjazdami, a na co siedzieć w hotelu, jak można pobiegać) i poczułem potrzebę posiadania zegarka z dżipiesem. I tak stałem się posiadaczem sprzętu, który pieszczotliwie ochrzciłem Gremlinem. Od tego czasu dwukrotnie wymieniłem go na nowszy model (z czego raz mnie poniekąd zmuszono), ale to już materiał na inne opowiadanie. Warto jednak zauważyć, że nigdy (no dobra, ze dwa razy, tak na próbę, się zdarzyło) nie biegałem ze smartfonem, jako urządzeniem pomiarowym.

Kategoria nr 2 – 3 x K, czyli klucze, kasa, komóra

Pieniądze rzadziej, telefon i klucze mam niemal zawsze przy sobie. Telefon na tzw. wszelki wypadek. Był okres, gdy używałem go również do słuchania radia czy też audiobooków, ale już od jakiegoś czasu tego nie robię. Kluczę muszę mieć, bo zazwyczaj wychodzę biegać, gdy Moje Dziewczyny już (względnie jeszcze) śpią. A gdzieś to trzymać trzeba. A najlepiej jeszcze, żeby się przy tym nie majtało. Najpierw używałem takiej kieszonki nakładanej na ramie. Po jakimś czasie zaczęła mnie irytować. Szukałem więc innych rozwiązań, wydając przy tym nieco pieniędzy, które (jak się później okazało) mogłem spokojnie spożytkować inaczej (czytaj: lepiej). Ale w myśl zasady szukajcie a znajdziecie znalazłem rozwiązanie niemal idealne, czyli minimalistyczną torbę zakładaną w talii. De facto korzystam z niej na zmianę z MONBŻ.

Kategoria nr 3 – Suchy prowiant i mokre picie
Gdy moje treningi zaczęły bywać dłuższe nić 20 km, oprócz kluczy i telefonu zacząłem ze sobą zabierać coś do jedzenia, a przede wszystkim coś do picia. Na tę okoliczność mam dwa rozwiązania. Pas z małymi bidonami (nigdy nie przemawiała do mnie tzw. nerka z półlitrowym bidonem) na biegi długie, ale jeszcze niezbyt (względnie na bardzo ciepłe dni). Oraz plecak z bukłakiem na te najdłuższe treningi.

Kategoria nr 4 – Na zawody
Dodatkowym elementem na zawody jest coś, co niby można by podciągnąć pod kategorię nr 3, choć tylko po części. Jeśli już przypinam numer startowy, na trasie korzystam z wody zapewnionej przez organizatora. Na półmaraton i maraton zabieram jednak ze sobą tzw. przekąski (w różnej formie – nie tylko żele). A tu pojawia się potrzeba złotego środka – jak najmniej miejsca (a właściwie jak najmniej gramów), ale żeby się pomieściło i jeszcze za bardzo nie przeszkadzało. Długi czas używałem w tym celu pasa na numer startowy wyposażonego w szlufki. Ale, że kilka razy udało mi się coś zgubić, a i bywało mi po prostu niewygodnie, metodą kupna sprawiłem sam sobie na trzydzieste piąte urodziny gustowną saszetkę na elastycznym pasku z klamrą. Jak na razie się sprawdza.

Kategoria nr 5 - Odzież nadprogramowa
Mam jedną – opaski kompresyjne, które zakładam na biegi dłuższe niż 20 km. Na usprawiedliwienie dodam, że dostałem je w prezencie. Innej odzieży nadprogramowej nie posiadam, ale już o niej myślę.

I to chyba tyle. No chyba, że o czymś zapomniałem. Na zakończenie dodam dwa słowa komentarza do powyższej grafiki, która ostatnio krąży sobie w sieci. Selfie na treningu chyba mi się nie przytrafiła. Konto na Endomondo posiadam, ale aktualizację tegoż nie traktuję jako elementu treningu (czasami robię to rzadziej niż raz w tygodniu).

Łącze tradycyjne pozdrowienia od CMcMH
Bartek M.

16 listopada 2014

O tym co się udało lub nie uwag kilka

No skoro rozpocząłem (a w zasadzie rozpoczynam, bo długość moich treningów nie osiąga póki co dwucyfrowych dystansów) nowy sezon treningowy, warto by chyba podsumować ten poprzedni i spojrzeć, co to ja sobie planowałem te kilkanaście miesięcy temu, a przede wszystkim co z tego wynikło. To co? Bez zbędnych wstępów i tak lubianych przeze mnie dygresji (a propos... żartowałem), że tak użyję mowy potocznej, lecimy.
Źródło: pixabay.com
... chciałbym nadal rozwijać się sportowo.
Tu się zdecydowanie udało. Poprawiłem bowiem życiówki na wszystkich głównych dystansach. Wynoszą one teraz odpowiednio 0:20:54 na 5 km (a nieoficjalnie - jest to bowiem międzyczas z Maniackiej Dziesiątki - 0:20:39), 0:41:04 na 10 km, 1:32:21 w półmaratonie oraz 3:14:47 na dystansie królewskim. Jednakże rzuca się w oczy, że tylko jeden z tych wyników pochodzi z jesieni.

Moimi głównymi startami będą maratony w Pradze oraz Aglomeracji Śląskiej
Tutaj sukces pełen - udało się pobiec w obu imprezach.

Na królewskim dystansie chciałbym w tym roku zbliżyć się do wyniku 3:10.
W tym wypadku można by... negocjować. Zbliżyć się wprawdzie zbliżyłem, w Pradze zszedłem przecież poniżej 3:15. Jesienią jednak celem było urwanie kolejnych pięciu minut. A jak wiadomo, maraton tym razem okazał się mocniejszy i nie poprawiłem nawet wyniku z wiosny.

Bardziej konkretnie myślę jednak o złamaniu dwóch innych barier, które można by określić jako psychologiczne - dwudziestu minut w biegu na 5 km oraz półtorej godziny w półmaratonie.
Tutaj należy odnotować całkowitą porażkę. W pierwszym przypadku, jak zwykle odnotowuję zdecydowanie niewystarczającą ilość startów na piątkę. Gdyby były międzyczasy z Chyżej w Nowym Tomyślu, być może okazałoby się, że którąś z połówek (najpewniej drugą) przebiegłem poniżej dwudziestu minut. Niemniej międzyczasów na wynikach brak, a nawet Endomondo twierdzi, że moja najszybsza piątka miała miejsce podczas Maniackiej (a twierdzi, że zrobiłem to w 19:41, ale to już wynik mocno nieoficjalny). Na połówce z kolei zabrakło prawie dwie i pół minuty do tzw. szczęścia. Będzie więc co urywać na wiosnę.

Ponadto chciałbym zdobyć Koronę Półmaratonów Polskich
Tak dobrze żarło i zdechło, jak to się określa w języku nie literackim. Brakowało mi do szczęścia jedynie ukończenia połówki w Kościanie. Najpierw jednak się zgapiłem i nie zdążyłem się zapisać przed wyczerpaniem się limitu. A i tak ostatecznie okazało się, że ta niedziela to jedyny możliwy termin by wyprawić Córce Starszej kinder party z okazji piątych urodzin (i nic to, że koleżanki CS w ostatniej chwili się pochorowały i imprezy nie było). Trzeba było odpuścić. Czy będę próbował za rok? Chyba nie.

... chciałbym pobiec w sztafetowej pielgrzymce biegowej na Jasną Górę
W tym wypadku również niepowodzenie. Napięty harmonogram zawodowy nie pozwolił na dodatkowe dni urlopu w lipcu i musiałem obejść się smakiem. Bywa.

Pytanie czy w świetle powyższego podsumowania, oraz toczącej się kilka tygodni temu w internetowym środowisku biegowym dyskusji, jestem zwycięzcą, czy też... nie jestem nim, pozostawiam otwarte (względnie do dyskusji).

PS. Plany na kolejny sezon jeszcze się precyzują. Jak się sprecyzują, czym prędzej doniosę.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...