11 listopada 2014

O miesiącu vice-życiówek uwag kilka

Jest taki dowcip o facecie, którego skazano na karę śmierci. Wyrok miano wykonać za pomocą krzesła elektrycznego. Niestety, facet był tak otyły, że w krześle się nie mieścił. Sędzia nakazał zatem miesiąc ścisłej diety plus ćwiczenia. Nie pomogło. Zalecił zatem miesiąc o chlebie i wodzie. Nic. W przypływie desperacji zalecił zatem miesiąc o samej wodzie. Skazany nie schudł ani kilograma. Sędzia doprowadzony już na skraj załamania nerwowego pyta więc skazańca: Panie, czemu pan nie chudniesz? A on na to: No jakoś nie mam motywacji...

No właśnie ja też jej jakoś nie mam. Ani do biegania, ani do pisania. Do tego pierwszego jakoś sam siebie przekonuję - rozbieganie mam już bowiem za sobą. Do tego drugiego też, dzięki czemu piszę te słowa.

Mam teraz obecnie tzw. przełom sezonów (wspominałem powyżej o zakończonym dopiero co roztrenowaniu). Czeka mnie zatem trochę podsumowań i snucie planów i wyznaczanie celów na kolejne miesiące. Najpierw jednak czeka mnie jeszcze krótkie podsumowanie miesiąca, który zakończył sezon biegowy 2014/2015, czyli października.
Specyficzny to był miesiąc. Biegania niewiele, a nawet bardzo niewiele, bowiem o włos (w dniu takim jak dzisiejszy zdecydowanie bardziej pasuje wąs) przekroczyłem 100 km. Za to każdy tydzień był inny.
Źródło: endomondo.com
Tydzień pierwszy - maratoński.
Miesiąc zaczął się w środę, a już w niedzielę przyszło mi się po raz dziesiąty zmierzyć z dystansem maratońskim. Tym razem to maraton okazał się silniejszy, o czym już zresztą pisałem. Wliczając kilometry nakręcone w Katowicach, Siemianowicach Śląskich i Mysłowicach, od wspomnianej środy do niedzieli przebiegłem 58,3 km.

Tydzień drugi - pomaratoński
Po powrocie z Górnego Śląska byłem tak przez maraton sponiewierany, że długo nie miałem najmniejszej ochoty na zakładanie butów do biegania. Odpuściłem zatem zarówno sześć kilometrów zaplanowane przez Trenejro na wtorek, jak i osiem zaplanowanych na piątek. Do dychy wpisanej w rozpisce pod nagłówkiem niedziela również się nie zmusiłem. Tydzień pozostał nietknięty.

Tydzień trzeci - półmaratoński
Przed Szamotułami trzeba się było jednak zmobilizować. Przyjąłem, że biegnę bez strategii (czyli na wyczucie) - za to na maksa. Niemniej trzeba było zastany już nieco organizm rozruszać. We wtorek była zatem spokojna dyszka plus przebieżki. W czwartek dwusetki poprzedzone piątką w pierwszym zakresie. I tylko sobotniego rozruchu nie udało się zrealizować. A co się działo w niedzielę, kiedy to nie poprawiłem życiówki, również już popełniłem oddzielnego posta. Przez cały tydzień nabiegałem nieco ponad maraton - 42,6 km.

Tydzień czwarty  - roztrenowanie
Zmęczony nieco sezonem zwróciłem się za zapytaniem do Trenejro o możliwość zrobienia krótkiej przerwy w bieganiu. Ten wyraził zgodę na dwa tygodnie, pod warunkiem, że będę pływał i jeździł na rowerze. W piątek wybrałem się zatem na basen, a w niedzielę na rower. Niestety rowerowanie zakończyło się dla mnie bliższym spotkaniem z asfaltem.

Tydzień piaty - lizanie ran
Choć nic sobie nie złamałem (rower też wyszedł bez większego szwanku) przez kolejne dni byłem mocno połamany. Najgorszy był poniedziałek, gdy wsteczny bieg wrzucałem lewą ręką. W czwartek czułem się już całkiem lepiej i nawet myślałem czy by nie popedałować... na rowerze stacjonarnym. Ostatecznie postanowiłem dać sobie jeszcze jeden dzień odpoczynku i dopiero w piętek zdecydowałem się basen. To był mój błąd - podczas pływania naciągnąłem sobie najwyraźniej nie wykurowany mięsień (lub mięśnie) i weekend trzeba było spisać na starty, towarzyszył mi bowiem silny ból pleców. Tak silny, że mój powrót do biegania po weekendzie stanął pod sporym znakiem zapytania. Ale to już temat na innego posta.
Źródło: endomondo.com

4 listopada 2014

Halo Panie Jacku: O bywaniu na zakręcie uwag kilka

Halo Panie Jacku!

Za każdym razem, gdy nie za bardzo wiem jak zacząć list, przypomina mi się program Trąbka dla Gubernatora Mojego Ulubionego Kabaretu i W pierwszych słowach mojego scenariusz informuję, że u nas wszyscy zdrowi, czego i Wam życzę! Co ciekawe, wcale nie jest tak, że nie wiem od czego zacząć, ale nie mogłem przepuścić tak wspaniałej okazji do wspomnienia mojego niewątpliwie ulubionej (którego lider twierdził, że kabaret skończył się na Dudku - ja uważam, że skończył się na Potemach) formacji kabaretowej.


Tak więc, skoro wstęp mamy już za sobą (że tak dla odmiany przypomnę noblistkę, która rzekomo rozdawała autografy na ostatnich Targach Książki w Krakowie), muszę się Panu przyznać, że w odróżnieniu od Pana nie zmęczenie pod koniec długiego biegu nie zmienia mnie w diabła wcielonego. Owszem, zdarza się, iż pod koniec bardzo wyczerpującego biegu wyglądam jakbym za chwilę miał się z nim spotkać (względnie ze świętym Piotrem - wolałbym oczywiście z tym drugim, więc trochę martwi, że nie władam jego ojczystym językiem; z diabłem jest lepiej, złośliwi bowiem twierdzą, że mówi po niemiecku), ale morderczych uczuć wobec otoczenia w sobie podówczas nie odnajduję.

Gdy tak się nad tym zastanawiałem, przypomniały mi się jedynie dwie sytuacje z udziałem zmęczonych mocno biegaczy, w obu przypadku maratończyków. Pierwszą znam ze słyszenia, a raczej z przeczytania. Otóż mąż znanej mi (i lubianej, a jakże) blogerki biegowej, w odpowiedzi na doping na ostatnich kilometrach maratonu zwanego paliwowym, rzucił w nią paskiem od pulsometru (który najwyraźniej uznał za zbędny) tak fortunnie (lub nie), że trafił ją w oko. Drugiej byłem świadkiem osobiście w Dolinie Trzech Stawów na trasie mojego ostatniego maratonu. Sam byłem już nieźle zmęczony (prawdziwy kryzys miał przyjść dosłownie za chwil kilka), gdy zobaczyłem współbiegacza, który przestał biec i przeszedł do marszu. Postanowiłem wesprzeć go jakoś i wykrzesałem dodatkowe siły, by klepnąć go zachęcająco w plecy oraz wesprzeć werbalnie. W odpowiedzi usłyszałem, że łatwo mi mówić, bo nie biegnę z zapaleniem oskrzeli. No wtedy akurat to zaczęły i się cisnąć mocne słowa na usta, postanowiłem jednak nie marnować już tak potrzebnej mi w tym momencie energii.

Ale w swych przemyśleniach poszedłem o krok dalej i począłem rozważać sytuacje, w których delikatna zazwyczaj natura zmienia się diametralnie i zaczynam miotać słowa powszechnie uważane za niecenzuralne, z tym najbardziej popularnym, mylnie uważanym za pochodzące od obcojęzycznego brzmienia słowa zakręt (a jak wiemy - ja przynajmniej - od pani Katarzyny-Kropka-Klosińskiej-Małpa-Polskieradio-Kropka-Peel, pochodzącym od słowa kura) na czele. Tak, zdarza mi się przeklinać. Nie pozwalam sobie na to na łamach tegoż bloga, bo uważam, że to nie miejsce na to, ale jestem piewcą opinii, iż przekleństwa mają swoją ściśle określoną rolę w naszym ojczystym języku. Przypomina mi się też od razu zdanie z książki Trzy mądre małpy Łukasza Grassa, o aktorach, którzy słowo na ka wypowiadają w taki sposób, że nawet w kościele nikt by się nie obruszył. Inna kwestia jest taka, że ostatnio muszę baczniej zwracać uwagę na to co mówię, bo moje córki są akurat w wieku, w którym łapią w lot i powtarzają niemal wszystko.

Tak czy owak, zdarzają mi się w życiu chwile uniesienia (w tym negatywnym tych słów znaczeniu), które podsumować można jedynie w słowach, które w komiksach zapisuje się jako #$%^ oraz *&^%. Ostatnio zdarzyło mi się to na ten przykład dwukrotnie w bardzo krótkim odstępie czasu. W pierwszym przypadku wykonywałem drobne prace remontowe w mojej prywatnej łazience. Mam w życiu takiego pecha, że z jednej strony jestem perfekcjonistą (choć nie zawsze to po mnie widać - może na szczęście), z drugiej natura poskąpiła mi zdolności manualnych. I jak czasami próbuję coś zrobić, a mi nie wychodzi, to wyrazy w powietrzu latają. Tym razem się powstrzymałem (dzieci w domu były) ale przedmioty owszem latały. Po tych wydarzeniach Ślubna orzekła, że nie pozwoli mi w domu zrobić już nic więcej poza dokręcaniem poluzowanych śrubek. W drugim przypadku nie przedmioty latały, a ja latałem. Nad kierownicą, by chwilę później sprawdzić organoleptycznie twardość nawierzchni asfaltowej. A wszystko przez to, że o ułamek sekundy za późno dostrzegłem nadjeżdżający poprzeczną uliczką samochód i, przestraszywszy się, zahamowałem tak nagle i tak gwałtownie, że nie pozostało mi już nic innego jak rozpocząć lot koszący. Po lądowaniu przez chwilę kląłem szpetnie a druga część mojego roztrenowania zmieniła się w lizanie ran.

A propos roztrenowania - pora je kończyć, dzięki czemu będę na powrót mógł pisać stricte o bieganiu. Bez wyrazów.

Łącze tradycyjne pozdrowienia od CMcMH
Bartek M.

20 października 2014

O weekndowych załamaniach pogody uwag kilka

Gdy zapisywałem się na półmaraton w Szamotułach, zasadniczo nie myślałem o niczym innym, jako o kolejnym biegu do Korony Półmaratonów Polskich. Inaczej rzecz ujmując, natenczas nie nastawiałem się na nic innego, jak po prostu pokonanie trasy. Przebiegnięcie od punktu A do punktu B. Po nie do końca udanym (nazwijmy rzeczy po imieniu: po nieudanym) starcie w Gnieźnie obudziła się we mnie żądza zemsty na dystansie 21 097,5 m. Żądzę tą osłabiło nieco moje poczucie po maratonie, który mnie sponiewierał w pierwszy weekend października. Stanęło więc na formie pośredniej. Nie oszczędzam się, ale lecę na tzw. czuja. Trenejro na taką strategię (a w zasadzie jej brak) przystał, dodając jedynie założenie, bym nie zaczynał wolniej niż 4:25/km.

Tych, którzy jeszcze nie wiedzą jak się to wszystko skończyło (nie mają fejsbuka, czy jak?) potrzymam jeszcze w niepewności. Nadmienię jednak, że w kwestii dotarcia na miejsce zawodów oraz z tegoż miejsca powrotu, był to bez wątpienia najszybszy półmaraton w mojej tzw. karierze. Z domu wypadłem jak z procy, do biura zawodów dotarłem (jak na moje standardy) na ostatnią chwilę (czyli piętnaście minut przed oficjalnym zamknięciem). A po przekroczeniu mety, szybki posiłek, bluza na się i w drogę. A wszystko to z powodu prostego faktu, że bieganie w krótkich gaciach po Szamotułach i okolicznych wioskach nie było jedynym ważnym wydarzeniem tego dnia. Celebracji Święta Biegowego (sic!) raczej nie było.

Jeszcze słówko o pogodzie. No taka piękna była przez cały tydzień. Przyjemny chłód, a czasem nawet trochę deszczu. i wszystko się musiało na niedzielę popsuć - niemal bezchmurne niebo i ponad dwadzieścia stopni. A dziś znowu tak przyjemnie pada...
Jakże ja jestem niefotogeniczny w biegu. Szczególnie na finiszu (foto: Marek Bramborski)
Natomiast co do biegu. Zacząłem bardzo dobrze. Pierwszy kilometr w 4:19. Jeszcze ponad dwadzieścia kaemów do mety, a już wszystkie założenia taktyczne spełnione. No może nie do końca, bo choć się tego ani nie powiedziało, ani nie napisało, gdzieś tam małym wirtualnym druczkiem stało przecież, że kolejne kilometry co najmniej nie wolniej. Niemniej pierwsze pięć biegło się naprawdę dobrze. Piaty to nawet w cztery minuty i dziewięć sekund (zbieg jaki czy co?). Dobrze, to znaczy całkiem szybko. A i przyjemni się biegło. Przyjemnie, chociaż jednak chyba ciut za szybko. Bowiem w okolicach siódmego kilometra przyszedł pierwszy kryzys. Uczepiwszy się jednak grupki biegaczy (momentami uczepiony byłem wirtualnie, bo raz czy dwa odeszli mi na kilka metrów) jakoś ten pierwszy moment słabości przetrwałem. Drugi przyszedł gdzieś tak między kilometrem dwunastym a trzynastym, gdzie znajdował się niezbyt stromy ale całkiem długi podbieg (kurczę, gdybym go nie wypatrzył wcześniej na profilu trasy, w czasie samego biegu mógłbym go nawet nie zarejestrować). I gdy już się wydawało, że dalej będzie już tylko z górki (dosłownie iw przenośni), na czternastym kilometrze wybiegliśmy na otwartą przestrzeń i dostaliśmy wiatr prosto w twarz.

Jeszcze przez kilometr biegłem razem z grupą (tą samą, której uczepiłem się przy pierwszej fali kryzysu). A wiadomo, w grupie z wiatrem walczyć lżej. Niemniej w okolicach kilometra piętnastego, mimo przeciwnego wiatru postanowiłem zostawić dotychczasowych towarzyszy nieco za swoimi plecami. Zacząłem też wyprzedzać kolejne osoby, więc wydawało mi się, że przyspieszyłem. Teraz, gdy patrzę na wykresy tempa, okazuję się, że to nie ja przyspieszyłem, tylko najwyraźniej pozostali zwolnili jeszcze bardziej. Bo gdyby nie to, że po osiemnastym kilometrze nieco docisnąłem i tempo wzrosło do ok. 4:20/km, czwarta piątka była by wolniejsza niż trzy poprzednie. W każdym bądź razie, wyprzedziwszy jeszcze kilka osób, a bardziej zmagając się z samym sobą, do mety dotarłem z czasem 1:33:23. Wynikiem, który uznaję za całkowicie mnie zadowalający. Tak, to był dobry bieg!
A mój kolega z pracy Rafał, który pofatygował się do Szamotuł aż z Bydgoszczy, w swoim drugim starcie na dystansie półmaratonu ustanowił nową życiówkę i nabiegał 2:11:51. To był dopiero dobry bieg, o!
Źródło: endomondo.com
A teraz mam ochotę nieco odpocząć.

16 października 2014

O najbardziej górskim z asfaltowych maratonów uwag kilka

Podobno są dwa sposoby pisania relacji z jakiegoś wydarzenia. Pierwszy to oczywiście tzw. sposób na świeżo (względnie na gorąco). Póki jeszcze wspomnienia są żywe a i emocje nierzadko trzymają się jeszcze na wysokim albo bardzo wysokim poziomie. Drugi sposób to na zimno, czyli gdy emocje i przysłowiowy kurz po bitwie opadną, a każdy krok (w tym wypadku biegowy) zostanie gruntownie przemyślany. Można jeszcze pisać relację po latach (choćby i dziesięciu – względnie po dziesięciu maratonach), ale w takiej sytuacji należałoby raczej mówić o wspomnieniach.
Te kilka powyższych zdań, ze szczególnym uwzględnieniem słowa otwierającego pierwsze zdanie, to oczywiście mój wymysł, choć pewnie za bardzo z prawdą się nie minąłem. Musiałem jednak jakoś sobie uargumentować fakt, że zabieram się za relację z Silesia Marathon 2014 po ponad dziesięciu dniach od przekroczenia linii mety. A zatem do dzieła.

Kilometry 0-10; czas: 0:46:07; średnie tempo: 4:37/km
Foto: Maciek Koziarski
Stając na starcie wiedziałem mniej więcej czego się spodziewać. Monika i Maciek, którzy udzielili mi gościny pod swoim dachem podczas mojego pobytu w Katowicach, w sobotę zabrali mnie na przejażdżkę po większej części trasy. Wciąż się jeszcze zastanawiam czy dobrze zrobili(śmy). Czasem ignorancja to skarb. Może lepiej zniósłbym te wszystkie podbiegi, gdybym po raz pierwszy zobaczył je dopiero na trasie? Powtarzałem sobie jednak, że jestem przygotowany – biegałem przecież i podbiegi, i krosy. Grunt to nie szarżować z tempem na podbiegach, mówiłem sobie, i nadrabiać (choć bez szaleństw) straty na zbiegach.
Pierwszy kilometr lekko w dół. Nogi niosą tak, że próbuje się hamować. A może trzeba było tego nie robić? Wysiłek niewielki, ale kilka cennych sekund byłbym urwał. Tym bardziej, że na drugim kilometrze zaczyna się aleja Korfantego, która prowadzi nas przez niemal całe następne cztery kilometry. Dodajmy, że prowadzi cały czas pod górę. Na piątym kilometrze, jeśli wierzyć wskazaniom Endomondo, osiągamy najwyższy punkt trasy, położony trzydzieści sześć metrów wyżej niż linia startu. Potem jest już nieco z górki. Czasem mocno z górki. Zaczynam uświadamiać sobie, że to zbiegi, wbrew pozorom, mogą swą stromizną najbardziej dać mi się w kość. Skupiam się zatem na technice biegu, aby uniknąć tego, co słyszę wokół siebie – tłuczenia nogami o asfalt. Gdzieś w okolicach szóstego-siódmego kilometra dochodzę do wniosku, że dobrym rozwiązaniem będzie praca zespołowa i podłączam się do małej grupki biegaczy. Kolejne kilometry pokonujemy wspólnie. Po pierwszej dyszce strata w stosunku do założonej strategii wynosi ok. czterdziestu sekund. Dużo to czy mało? Jedno i drugie.

Kilometry 10-20; czas: 0:45:12; średnie tempo: 4:31/km
Foto: Maciek Koziarski
Druga dycha jest względnie płaska. Jak na przebieg całej trasy oczywiście, bo naprawdę płaskich odcinków przyszłoby ze świeczką szukać (ciężko by się biegło z tą świeczką). Skoro piałem o najwyższym punkcie trasy, warto zauważyć, że najniższy (tak jak poprzednio, wg wskazań Endomondo) znajdował się w okolicy kilometra piętnastego – trzydzieści metrów niżej niż linia mety oraz sześćdziesiąt sześć niż punkt najwyższy. Pierwsze dwa kilometry dychy numer dwa trzymam się wciąż grupy. Później jednak, zauważywszy, że nie nadrabiam poniesionych wcześniej strat, postanawiam nieco przyspieszyć. Przyspieszam i zaczynam odrabiać straty. Mniej więcej na piętnastym kilometrze jestem już w czasie. Biegnie się super. Wprawdzie trasa prowadzi przez te mniej malownicze tereny Aglomeracji Śląskiej, a kibiców jak na lekarstwo, ale jest dobrze. Ale co się dziwić, na drugiej dyszcze maratonu zazwyczaj jest dobrze. Dwudziesty kilometr, a na nim sporą grupkę kibiców (która mnie nieco zaskoczyła, bowiem było to miejsce raczej odludne, w dodatku wiadukt na dwupasmowej drodze) mijam po godzinie, trzydziestu jeden minutach i dziewiętnastu sekundach. Niektórzy kibice on-line (którym za zdalny doping serdecznie dziękuję) zasugerowali się nawet, że idę na złamanie trzech godzin. Ale to był dopiero dwudziesty kilometr (nawiasem mówiąc, maty pomiarowej na półmetku nie było w ogóle – oznaczeń półmetka też nie, bądź je przegapiłem).

Kilometry 20-30; czas 0:46:08; średnie tempo: 4:37/km
Foto: Maciek Koziarski
Trzecia dycha to chyba najbardziej pofałdowana część trasy. Podbiegi krótsze, acz strome, dają się we znaki. Na zbiegach nogi wprawdzie niosą, ale pozostała część ciała pracuje mocno, by nie dać się zupełnie ponieść działaniu siły grawitacji i nie zmienić położenia ciała z pionowego na inny. W tej częśći trasy było chyba najwięcej kibiców (pomijając oczywiście strefę startu i mety). Ich doping pomaga walczyć z profilem trasy i własnymi słabościami. Najbardziej niesie w okolicach dwudziestego siódmego kilometra, czyli na niezwykle klimatycznym Nikiszowcu, gdzie kibiców jest najwięcej (na przykład grupka pięciu, może sześciu, nastolatek siędząca na schodkach, wyczytujących i wykrzykujących imiona biegaczy – dodawała skrzydeł). Tutaj też po raz kolejny spotykam Maćka. Powoli zaczynam odczuwać zmęczenie – zastanawiam się czy nie za wcześnie. Po wybiegnięciu z Nikiszowca czeka nas kolejny długi podbieg. Trzydziesty kilometr mijam po dwóch godzinach, siedemnastu minutach i dwudziestu ośmiu minutach od startu. Trzecia dycha w czasie niemal identycznym jak pierwsza. Pierwsza była za wolna, ale nadrobiłem. Z tym, że na trzeciej miałem przyspieszyć. Nadrobię i tym razem?

Kilometry 30-42,195; czas 1:01:31; średnie tempo: 5:03/km
Foto: Maciek Koziarski
Powiedzenie, że maraton to bieg na dziesięć kilometrów z trzydziestodwukilometrową rozgrzewką sprawdza się w pełnej rozciągłości. W Dolinie Trzech Stawów, na trzydziestym czwartym kilometrze raz jeszcze czeka na mnie Maciek. Tam właśnie zaczyna być naprawdę ciężko. Kibice zagrzewają do walki, zagrzewam się i ja. Krzyczę do Maćka, że (przepraszam wrażliwych) będę rzygał (przez chwilę naprawdę myślałem, że tym się skończy). Ale zaraz dodaję, że dopiero na mecie. Jakieś młode dziewczę z dobroci serca podaje mi butelkę wody. Potrzebowałem tego tak bardzo, że miałem wrażenie, iż właśnie spotkałem anioła (ciekawe czy była faktycznie tak urodziwa, jak ją zapamiętałem?). Miałem ochotę sprawdzić czy aby na pewno nie ma skrzydeł, ale nie miałem siły się odwrócić. Od piątego kilometra mógłbym na palcach jednej ręki policzyć osoby, które mnie wyprzedziły. Teraz to się zmienia. Walczę jednak i pokonuję kolejne kilometry oraz kolejne podbiegi. Największy moment słabości przychodzi na czterdziestym kilometrze, gdzie był chyba najbardziej stromy podbieg na trasie. Walczę by w ogóle biec i z zazdrością patrzę na biegacza, który akurat w tym momencie zaczyna przyspieszać. Ostatnie dwa kilometry to już walka o jedno. O dotarcie do mety. Nawet na ostatnich metrach, gdy widok mety oraz doping kibiców pozwalają zazwyczaj wydobyć ukryte gdzieś dotąd pokłady dodatkowej energii, biegnę z grymasem bólu na twarzy. Za metą nie mam już siły na nic. Cieszę się tylko, że dobiegłem. Maciek musi mnie niemal zmusić bym pokazał zęby (dosłownie) do zdjęcia.
Źródło: endomondo.com
Na koniec warto dopowiedzieć sobie na ważne (ale to… bardzo ważne) pytanie. Szczególnie w kontekście dyskusji, jaka przez tzw. inetrnety przetoczyła się w dniach poprzedzających mój start w Katowicach. Czy jestem zwycięzcą czy pokonanym? Zwycięzcą na pewno nie. Nawet mimo tego, że nabiegałem vice-życiówkę. A jak bym chciał poprawić sobie humor, mógłbym napisać, że to mój najlepszy wynik na polskiej ziemi. A jednak wynik dużo gorszy, od tego, w który celowałem. Pokonanym jednak również się nie czuję. No dobrze, pokonanym tak, ale nie przegranym. Maraton wprawdzie mnie sponiewierał jak nigdy dotąd. Ale, że po raz kolejny ostatnio pozwolę sobie na analogię piłkarską, przegrałem po walce. I tak sobie myślę, że to może nawet dobrze. Przecież nie może mi tak ciągle wszystko wychodzić – życiówka za życiówką. Jest z czego wyciągać wnioski. Teraz moje myśli biegną już ku wiośnie. Pora zdecydować gdzie pobiegnę maraton numer jedenaście!

PS. jeśli ktoś przegapił rozwiązanie jednego konkursu, a zarazem ogłoszenie drugiego, to szybciutko na lajkpejdża, szybciutko

12 października 2014

O miesiącu szlifów ostatnich uwag kilka

Ale czymże byłby rycerz, bez swojego wiernego rumaka... A nie, przepraszam, to nie ta bajka Chciałem oczywiście napisać, że czym byłaby relacja z maratonu bez podsumowania ostatniego etapu przygotowań. Po prostu z poczucia kronikarskiego obowiązku (prowadzenie tego bloga ma przecież jakiś, choć nie jeden, cel) muszę o jeszcze dzień lub dwa odwlec opis moich maratońskich katuszy i ten ostatni raz pochylić się na wrześniem Roku Pańskiego 2014.
Źródło: endomondo.com
A wrzesień ów można podzielić na dwa okresy - przed oraz po Biegu Lechitów (ten drugi można by też nazwać między połówką a maratonem, jak się ktoś uprze). W tych pierwszych dwóch tygodniach były podbiegi, było tempo (drugi zakres, jak kto woli) i były także (w tygodniu kończącym się startem) dwusetki. Generalnie jednak bez tłuczenia większej ilości kilometrów, bo najdłuższy trening miał ich szesnaście. Po połówce (a propos, wczoraj złapałem się na czymś już niemal oczywistym - że już od bardzo dawna, słowo połówka nie kojarzy mi się bynajmniej z alkoholem), choć wydawać by się mogło, że może być już tylko wyostrzenie (zwane także z angieska tapperingiem), było jeszcze całkiem intensywnie. Kolejny tydzień zakończył się bowiem dwudziestoma pięcioma kilometrami, w których trzeba było zawrzeć dziesięć, a potem dołożyć jeszcze pięć kilometrów tempa. Cztery dni później trzeba było znowu zaliczyć piętnaście kilometrów tempa, choć tym razem w jednym ciągu. A na niecały tydzień przed maratonem zrobić jeszcze dziesięć tysiączków. Żaden z tych trzech treningów nie dał się zaliczyć do tych rekreacyjnych. Dodajmy jeszcze podbiegi, które na moje własne życzenie zamieniliśmy na kros (nie mogłem sobie odmówić, przy okazji wizyty w (s)portowym mieście Szczecinie, odmówić przyjemności biegania po Lasku Arkońskim) i osiemnastokilometrowy pierwszy zakres w samym środku tygodnia (między krosem a piętnastką tempa) a zyskamy jako taki pogląd tego, jak wyglądały ostatnie szlify przed maratonem. I tylko ten ostatni tydzień (nie licząc tysiączków oraz samego maratonu oczywiście) był całkiem na luzie). Ale tu już wkraczamy na pola październikowe.
Źródło: endomondo.com
Generalnie jednak przez cały wrzesień miałem lekkie wrażenie, że biegam gdzieś jakby obok planów. Kilka korekt i przesunięć trzeba było zrobić. Niemniej, jak spojrzeć na to z pewnej perspektywy, wygląda to całkiem dobrze. Siedemnaście (jeśli wliczyć w to start w połówce) treningów biegowych, a także jedna wizyta na basenie. Prawie dwadzieścia pięć godzin czystego ruchu. I dwieście siedemdziesiąt - o dwadzieścia siedem więcej niż w sierpniu - przebiegniętych kilometrów.

Jak to wszystko przełożyło się na jubileuszowy start na królewskim dystansie, częściowo na pewno już wiecie. Ale na szczegóły trzeba jeszcze ten dzień lub dwa poczekać. A może i trzy lub cztery? No dobra spróbuję ograniczyć się do jak najmniejszej liczby. Niemniej poczekać trzeba. Dobra, kończę posta, bo zaczynam się zapętlać...

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...