10 lutego 2010

#026

Dziś nowy dodałem nowy element treningu - przebieżki. Nie wiem czy to do końca dobry pomysł na śniegu, ale z drugiej strony, zawsze to jakieś urozmaicenie treningu. Planowałem ich sześć, przebiegłem siedem (chciałem zamknąć pętlę wokół skweru). Oprócz tego było jeszcze 30 minut truchtu na początek i 10 minut na koniec, co pozwoliło mi "nazbierać" 7,5 km.
Do soboty wolne...

8 lutego 2010

#025

Dziś odczułem na własnej skórze jedno z praw Murphy'ego - to, które mówi, że jeśli jedziesz samochodem, przed tobą jedzie rowerzysta a z naprzeciwka inny samochód, to miniecie się wszyscy w tym samym miejscu. W moim przypadku było tak: jeśli czterema alejkami będą szły cztery starsze panie ze swoimi psami, to wszystkie spotkają się na skrzyżowaniu owych alejek, psy zaczną się ze sobą bawić, naskakiwać na siebie, plątać smycze, itp., itd... akurat w tym momencie, kiedy ja przez owo skrzyżowanie przebiegam.

Poza tym małym "incydentem" i zwyczajowym zmaganiem się z tymi użytkownikami parku, którzy uważają się za uprzywilejowanych do zajmowania całej szerokości alejki, trening przebiegł bardzo przyjemnie. W 45 minut przebiegłem niecałe 8 km.

Właściwie to był jeszcze jeden "incydent"... Wyszedłem na trening trochę później niż planowałem a do tego zapomniałem, że żona zaplanowała z kolei wcześniej wykąpać córkę. Tak więc przywitała mnie w drzwiach słowami: "Od piętnastu minut powinniśmy kąpać Mała!" Przebranie się i prysznic zajęły mi dwie minuty...

6 lutego 2010

#024

Po siedemnastu (!) dniach przerwy udało mi się wyjść pobiegać. Na razie tylko na pół godziny (a dokładnie 29 min i 43 s) i na razie tylko wolny trucht ale i tak cieszy. Udało mi się tak przebiec ok. 4,8 km.
W poniedziałek zamierzam nabrać rozpędu. Muszę tylko tak zmodyfikować swoje olany treningowe, aby z jednej strony nie szarpać zbyt gwałtownie, a z drugiej w miarę szybko nadrobić zaległości. Wydaje mi się, że optymalnym rozwiązaniem będzie, jeśli w szóstym (przyszłym) tygodniu będę biegał wg planu z tygodnia trzeciego (czyli tego, w którym biegałem po raz ostatni), w siódmym wg planu z piątego,w ósmym z siódmego, aż w dziewiątym wrócę do pierwotnych założeń.

4 lutego 2010

Jak zacząłem biegać - cz. 1

Funkcjonuje już prawie normalnie ale wciąż jeszcze odczuwam pewne skutki przeziębienia, które mnie dopadło (moja ślubna folgowała sobie ze mnie, iż jestem "obłożnie chory na katar"). Dlatego trochę boję się by pierwszy trening nie położył mnie znowu do łóżka. Ale i tak zakładałem, że do weekendu z biegania nici. Jutro wyjdę na półgodzinny trucht a w sobotę lub w niedzielę spróbuję biegać przez godzinę. Dopiero wtedy zabiorę się za nadrabianie zaległości (trzeba się zastanowić jak zmodyfikować plan).

Tymczasem, gdy nie dane jest mi pisać przebiegniętych kilometrach, postanowiłem napisać słów kilka o tym, jak do tego doszło, że biegam w ogóle. Ale po kolei.

Gdy byłem jeszcze niewielki wzrostem i uczęszczałem do szkoły podstawowej, jakoś mnie do sportu nie ciągnęło. Wszyscy moi koledzy grali w piłkę, a gdy mnie o piłkę pytano odpowiadałem, że wolę biegi, choć wcale tak nie było. Było mi chyba po prostu głupio, że kopać tej piłki za bardzo nie potrafię. Pod koniec podstawówki zacząłem się za nią trochę uganiać ale orłem nigdy nie byłem.
W liceum połknąłem bakcyla koszykówki, która wówczas była po prostu modna. Graliśmy naprawdę sporo - pomijając zajęcia wychowania fizycznego w szkole, gdy tylko temperatura podnosiła się powyżej zera, spędzaliśmy z chłopakami dwie godziny dziennie na niewielkim asfaltowym boisku nad zalewem. Naszym zwyczajem było grać "cztery razy pięćdziesiąt", czyli kończyliśmy mecz, gdy jedna z drużyn uzyskała dwieście punktów (zdarzały się wyniki typu 200:198).
Gdy poszedłem na studia grałem w miarę regularnie jeszcze przez rok. Na pierwszym semestrze nie wiedzieć czemu zajęć sportowych nie było - na drugim zapisałem się oczywiście na specjalizację koszykówki (nie byłem aż tak dobry by trafić do sekcji). Na parzystych latach mieliśmy obligatoryjne zajęcia na basenie, więc koszykówka poszła trochę w "odstawkę". Nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo - wychowałem się niedaleko zbiornika wodnego i bardzo szybko nauczyłem się pływać (co ciekawe, samodzielnie) i na basenie trafiłem od razu do grupy tzw. rekinów. Podobało mi się to na tyle, że na początku trzeciego roku chodziłem już na basen dwa razy w tygodniu. W międzyczasie znajomy wyciągnął mnie na trening judo - tak żeby spróbować. Ów znajomy szybko "odpuścił" a ja raz w tygodniu dodatkowo chodziłem poznawać podstawy tej sztuki walki. I choć do sztuk walki nigdy mnie dotychczas nie ciągnęło, po pół roku było już "po mnie". Basen poszedł w odstawkę, a ja zakochałem się w rzucaniu i padach. Wykosztowałem się na judogę i regularnie przelewałem na macie krew pot i łzy. Kilkakrotnie startowałem w regionalnych zawodach, zajmując z reguły czwarte miejsce w swojej kategorii wagowej. Szło mi na tyle dobrze, że na piątym roku zakwalifikowałem się do uczelnianej kadry na Mistrzostwa Polski Politechnik w Judo. Niestety, w tym wypadku również byłem "tym czwartym" w swojej kategorii, więc wystąpiłem jedynie w roli rezerwowego (każda uczelnia miała prawo wystawić trzech zawodników w danej kategorii).

Co się działo z moim "sportowym" życiem po tym, jak skończyłem studia, napiszę już innym razem...

1 lutego 2010

Bieg Katorżnika - krok pierwszy

Ruszyły zapisy do szóstej edycji Biegu Katorżnika, która odbędzie się 15 sierpnia. Już się zapisałem (wybrałem bieg o godzinie 14) i już cieszę się na taplanie w błocie. W zeszłym roku wyglądało to mniej więcej tak:


Jak będzie wyglądać w tym roku - już z moim udziałem - czas pokaże. Ale na pewno będzie to miły akcent na zakończenie letniego urlopu.

EDIT: Przyznano mi już numer startowy - E010

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...