W ostatnim tygodniu jedna rzecz związana z bieganiem wychodziła mi lepiej niż samo bieganie - czytanie o bieganiu. Nową książkę Jerzego Skarżyńskiego
Maraton i ultramaratony mogłem teoretycznie zamówić sobie u Gwiazdora (dla tych, co jeszcze nie kojarzą - Gwiazdor rozdaje w Wielkopolsce) ale okazałem się być niecierpliwym. Na tyle niecierpliwym, że odkąd trafiła w moje ręce, prawie każdą wolną chwilę wykorzystywałem by książkę (prze)czytać - dziecko ogląda bajkę: jest dwadzieścia minut na czytanie.
Autora, czyli pana Skarzyńskiego (imię jego Jerzy) przedstawiać chyba nikomu nie trzeba, zna go bowiem prawie każdy amator biegania w kraju nad Wisłą. Jeśli nie stosuje jego metody, to na pewno swoją wiedzę o bieganiu (przynajmniej po części) budował na lekturze książek jego pióra. A nawet jeśli nie, to na pewno chociaż o nim (autorze) i/lub o nich (książkach) słyszał. No chyba że jest pustelnikiem i biega po pętli wokół stołu (ta dyscyplina zyskuje ostatnio na popularności) w swojej pustelni. Ale jeśli oprócz stołu ma w pustelni jeszcze dostęp do Internetu, może po prostu kliknąć na
www.skarzynski.pl.
A o czym jest książka
Maraton i ultramaratony? Zaskoczenia nie będzie - głownie o maratonie, a zwłaszcza (a propos, pamiętacie czym się różni gołąb od zwłaszczy?) o treningu do maratonu. Dokładniej rzecz biorąc biegu maratońskiego, co jest istotne o tyle, że autor jest raczej przeciwnikiem metody Gallowaya (ale może nie wyprzedzajmy faktów). Tytuł może być jednak nieco mylący, bo o treningu do biegów ultra jest już niewiele, a raczej prawie wcale - tzn. jeśli jest, to raczej w formie opisowej, jak wygląda(ł) trening startujących na dystansach powyżej magicznej granicy 42 km i 195 m. Jerzy Skarżyński ultramaratonów nigdy nie biegał, a podrozdział dla
ultrasów stanowi raczej ukłon w stronę tychże, niż próbę rozwinięcia metody.
 |
Autor z Jeffem GALLOWAYEM (str. 85) |
Książkę można podzielić na trzy części, niczym klasyczny trening biegacza.
Rozgrzewkę stanowi dosłownie kilka stron traktujących o genezie powstania i historii biegu maratońskiego. Czytelnik dowie się kto wpadł na pomysł rozegrania pierwszego biegu, kto był jego pierwszym zwycięzcą, a kto pierwszym mistrzem olimpijskim i skąd się wziął taki a nie inny dystans 42 km i 195 m (czy też 26 mil i 385 jardów licząc - jak dziś to barwnie określiła Moja Niebiegająca Żona -
angielskim systemie metrycznym). W
akcencie dowiemy się na czym polega
metoda Skarżyńskiego i znajdziemy plany na posczególne etapy maratońskiej hierarchii - pan Jerzy pokusił o nazwanie kolejnych stopni wtajemniczenia maratończyko, i tak po przebiegnięciu maratonu poniżej pięciu godzin stajemy się
maratończykiem-przedszkolakiem, o ile przebiegł (ten maratończyk)
cały dystans. Tutaj wracamy do podejścia do metody stworzonej przez Amerykanina Jeffa Gallowaya, która ma swoich zwolenników i przeciwników. Autor zalicza się do tej drugiej grupy, wyrażając opinię iż maratończykiem jest ten kto przebiegł cały dystans
biegu maratońskiego (bo tak właśnie brzmi pełna nazwa tej konkurencji), nawet jeśli zajęło mu to prawie pięć godzin (nawiasem mówiąc pan Skarżyński jest zdania, że nie da się maratonu
przebiec wolniej). Wracając jednak do maratońskiej hierarchii, dalej mamy
maratońską szkołę podstawową (< 4:30),
maratońskiego gimnazjalistę (< 4:00),
maratońskiego kaprala* (< 3:45, to mój aktualny poziom),
maratońskiego maturzystę (< 3:30),
maratońskiego sierżanta (< 3:15),
maratońskiego studenta (tzw. trójkołamacze, czyli < 3:00),
maratońskiego kapitana (< 2:45),
maratońskiego pułkownika czy też
maratońską profesorkę (< 2:30),
maratońskiego generała (< 2:20), aż wreszcie
reprezentanta Polski - zawodowca (< 2:12) - ten ostatni rozdział to praktycznie relacja z tego, jak do swoich najlepszych maratońskich wyników doszedł ten, który jest twórcą i tworzywem, czyli sam autor metody. Opis poszczególnych planów oraz wchodzących w ich skład treningów przeplatane są analizami biegów realnych biegaczy oraz relacjami tychże (nie zawsze, a raczej nigdy tych samych). I wreszcie na
schłodzenie mamy nowość w stosunku do poprzedniego wydania książki (o krótszym, z oczywistych względów, tytule), czyli wspomniany dodatek o biegach ultra, z którym szczególną uwagę poświecono greckiemu Spartathlonowi i południowoafrykańskiemu Comrades Marthon.
 |
Maciek GÓRZYŃSKI na mecie maratonu w Paryżu, kilka chwil po ustanowieniu rekordu życiowego 2:56:46 (strona 181) |
Książkę można czytać
od deski do deski, lub wybrać najbardziej interesujący aktualnie rozdział (plan pod wybrany czas). Jednak w tej drugiej opcji należy przeczytać o założeniach metody oraz przebrnąć przez rozdziały wcześniejsze, bowiem autor stara się unikać powtórzeń i nie wchodzi po raz kolejny w szczegóły opisanych już wcześniej poszczególnych elementów planu. Sama lektura (tak przynajmniej było w moim wypadku) jest specyficzną podróżą, o ile odbywa się ją z poziomu kilkukrotnego już przekroczenia mety maratońskiego biegu. Zaczynałem bowiem od poziomu, który w języku dzisiejszego dzisiejszego świata wydaje się
lajtowy, czytałem o etapach, które mam już za sobą, trafiłem na moment, w którym czytałem jakby o sobie samym, aż wreszcie przyszedł czas na to, co jeszcze w strefie marzeń i dalekosiężnych planów by dotrzeć, do tzw. kosmosu i kraju pół-mitycznych herosów w jednym, Relacje biegaczy, niekoniecznie trenujących wg metody Skarżyńskiego, dodały książce kolorytu - pozwoliły jej wznieść się ponad poziom tabel i legendy do tabel. Czytając relację Konrada Różyckiego z biegu ze startem pod ateńskim Akropolem i metą u stóp (pomnika) króla Leonidasa (kto oglądał
300?), czułem się jakbym to ja biegł te 246 km.
Żeby nie było tak różowo, są elementy, które mnie drażniły. Przede wszystkim przeładowanie wręcz reklamami. Nie tylko na końcu i na początku książki (do tego typu praktyk na naszym rynku wydawniczym zdążyłem się już przyzwyczaić), ale i w formie
przerywników w jej środku oraz w postaci lokowania produktu (część poświęcona wyborowi pulsometru praktycznie w całości poświęcona jest jednemu modelowi znanego producenta tego wyposażenia biegacza). Momentami do granicy lekkiej irytacji doprowadzał mnie język odchodzący (w tychże momentach) od szeroko rozumianych standardów słowa pisanego i drukowanego zarazem - może to moje subiektywne odczucie, ale pewne rzeczy które pasują np. (nomen omen) do bloga czy serwisu internetowego, w książce już nie uchodzą. I jeszcze coś, co zapewne można by zarzucić wielu "twórcom metody" - wrażenie, iż są oni zdania, że to właśnie ich metoda jest tą jedynie słuszną. Takie właśnie wrażenie odniosłem kilkukrotnie czytając słowa Jerzego Skarżyńskiego.
Podsumowując moje przydługie wywody, nie mogę powiedzieć (i nie zamierzam) abym żałował pieniędzy przeznaczonych na zakup i czasu na przeczytanie. Jak już wcześniej wspominałem, fanem metody Skarżyńskiego nie jestem (choć, jak również wspominałem, nie wykluczam, że kiedyś wypróbuję na sobie). Wydaje mi się jednak, że nawet nie stosując metody w całości, można po lekturze
Maratonu... wzbogacić (lub urozmaicić) swój trening, a na pewno wiedzę o nim.
*A propos, aktualnego mistrza Wojska Polskiego w maratonie, kaprala Patryka Domińczaka, z czasem uzyskanym podczas mistrzostw rozgrywanych w ramach 29. Maratonu Wrocławskiego (2:42:05) należy zaliczyć do najwyższej kadry oficerskiej - przynajmniej w gronie maratończyków...