Accreo Ekiden 2011
31 maj 2011
I co ja mam tu napisać (jeszcze na gorąco), kiedy już tyle na temat debiutu Blogaczy zostało napisane? Ale trudno nie spodziewać się lawiny relacji, skoro drużyna składa się z samych blogerów...
Nie chcąc zatem powielać w zbyt dużym stopniu tego, co już napisali Wojtek, Kuba i Krzysiek, spróbuję spojrzeć na wydarzenie bardziej z mojej strony, niż skupiać się na tzw. kwestiach kronikarskich.
Podsumowaniem (na sam początek) niech będzie mój dialog z Małżonką po powrocie do Poznania:
- Nie zapytasz, jak nam poszło?
- No przecież wiem, że dobrze...
- Ale nie poszło nam dobrze.
- Nie ukończyliście biegu!?
- Ukończyliśmy, ale nie poszło nam "dobrze". Poszło nam rewelacyjne!
Bo jak nie być zadowolonym z 34 pozycji na 298 sklasyfikowanych drużyn i czasu 3:06:20?
Ostatnią próbę przyspieszenia podjąłem mniej więcej w połowie dziewiątego kilometra, ale z przerażeniem stwierdziłem, że im więcej wysiłku wkładam... tym wolniej biegnę. Ostatnie kilkaset metrów było już walką o przetrwanie, a samopoczucie tuż po przekroczeniu mety wskazywało na to, że tego dnia wycisnąłem z siebie naprawdę wszystko. Z niemałym zdziwieniem przyjąłem jednak informację, iż uzyskany przeze mnie czas (0:46:06) jest tylko o 26 sekund gorszy od rekordu życiowego na 10 km. Może to kwestia dokładności pomiaru trasy (z tego co wiem, nie posiadającej atestu), bo mój Gremlin pokazał mi dystans 9,84 m.
Miłe wolontariuszki odcięły mi chipa, wręczyły medal w kształcie koła zębatego oraz napoje, a następnie poproszono mnie o krótki wywiad (niestety zapomniałem zapytać dla kogo ten wywiad i nie mam pojęcia gdzie w sieci szukać tego materiału). Podzieliłem się swoimi wrażeniami z trasy (że płaska, ale kręta, że niektóre nawroty, zwłaszcza jeden 180-stopniowy były trudne) i z atmosfery zawodów (że super, bo kibice, bo doping i że świetna organizacja), a potem poszedłem już cieszyć się z atmosfery drużynowej. A ona była najważniejsza. I podgrzał (w pozytywnym z tego słowa znaczeniu) ją jeszcze fakt, że dotarła do nas również Hanka ze swoimi Facetami Ze Stali - Hania wykonała też dla nas końcową sesję zdjęciową.
Podsumowując, oprócz naprawdę rewelacyjnego wyniku (w przyszłym roku łamiemy "trójkę") najbardziej cieszy, że udało nam się stworzyć tak fantastyczną drużynę - że rzucony na początku roku mimochodem pomysł stał się ciałem czy też (nawiązując do medali jakie otrzymaliśmy) sprawnie działającym mechanizmem. Jako "prowodyr" jestem też winny gorące podziękowania, pozostałym członkom "teamu" za wzorową zespołową pracę od pomysłu do realizacji. Liczę, że to był pierwszy z naszych wielu wspólnych startów. Liczę też, że ci, którzy z różnych względów nie pobiegli z nami w Warszawie wkrótce nadrobią "zaległości".
PS. Co do testowanych Adidas'ów, "jakby" nie mam uwag, co (biorąc pod uwagę strart w praktycznie nowych butach) chyba dobrze o nich świadczy...






5 komentarze:
No naprawdę byliście rewelacyjni :)wszystkie "trybiki" działały bez zarzutu jak w dobrze naoliwionej maszynie ;)Brawa dla Ewy, że świetnie reprezentowała ładniejszą część blogujących :)
Ech, naprawdę było super! Możesz się tytułować ojcem sztafety Blogaczy jako autor pomysłu na start i o ile pamiętam autor nazwy drużyny! Jeszcze raz dzięki, chętnie zawitam w Wasze strony na jakiś jesienny bieg
Jeszcze raz gratuluję i cieszę się, że Was wszystkich spotkałam :)
Gratuluję :) Fajni jesteście, że się tak realizujecie, że się Wam chce te kilometry biegać, te "ściany" maratońskie pokonywać... Szacun.
Tak mi głupio, że nie udało mi się do Was przyjechać pokibicować :( Niestety jestem jedną wielką kontuzją.
Prześlij komentarz