Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moje bieganie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moje bieganie. Pokaż wszystkie posty

26 czerwca 2016

O bieganiu kontra reszta życia uwag kilka

Tak mniej więcej od jesiennego maratonu w Poznaniu wciąż i nieodmiennie mam wrażenie, że gonię własny ogon. Wciąż i wciąż nie idzie (a może powinienem napisać nie biegnie) mi niestety. Wciąż nie mogę złapać własnego rytmu. Postaram się wytłumaczyć to na przykładzie ostatnich trzech tygodni.

W drugim tygodniu czerwca spędziłem prawie cały tydzień na delegacji na Podkarpaciu w Małopolsce. Była to poniekąd świetna okazja do biegania w nowych lub mało znanych miejscach. I tu akurat mogę się pochwalić, że z tej okazji udało mi się skorzystać. Najpierw był Sandomierz. A był we wtorek, czyli (aktualnie) dzień podbiegów. Kto zna Sandomierz, ten wie, że o podbiegi tam nie trudno. Właściwie centrum tego miasta to jeden wielki podbieg. Tak więc zwiedziłem sobie w miarę dokładnie rynek i okolice, a zamiast podbiegów był kros pasywny po utwardzonym.
Wykres tętna i wysokości podczas wycieczki po Sandomierzu (źródło: endomondo.com)
Nazajutrz nocowałem (dla odmiany) w Krakowie. Ponieważ jednak Kraków to miasto nieco większe od Sandomierza, nocowanie w hotelu na przedmieściach w tym wypadku utrudniało bieganie po starówce. Postanowiłem jednak sprawdzić jak daleko, metodą na hobbita uda mi się dobiec. Udało mi się dotrzeć do Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha, a do samego Wawelu miałem już tylko tzw. kawałek. Ale co robić - jak na hobbita, to jest jeszcze z powrotem.
Niezbyt skomplikowana trasa wycieczki po Krakowie (źródło: endomondo.com)
A propos powrotów, to gdy wróciłem do siebie do Poznania, życie postanowiło mi przypomnieć, że nie składa się wyłącznie z biegania. Po trzech dniach posuchy biegowej, udało mi się zaliczyć niedzielne wybieganie, więc sobotni trening odrabiałem w poniedziałek.

W kolejnym tygodniu miało być oczywiście lepiej. Ale tu, nie pamiętam już który to już raz, spadło na mnie z wielką mocą coś, co zwykłem nazywać ciągiem niefortunnych zdarzeń. Zdarzenia związane były głownie z pracą, ale i życie rodzinne, a nawet zdrowie (ale to akurat wynikało z mojego zachowania w postępowania w pewnych kwestiach) dołożyło trzy grosze. Dość powiedzieć, że przez kolejne osiem (tak tak, osiem) dni nie udało mi się założyć butów do biegania ani razu.

Teraz staram się raz jeszcze zrealizować te plany, które miałem na drugi (podkarpacko-małopolski) tydzień czerwca. Już wiem, że w stu procentach mi się nie uda. Ale gonie ten ogon dalej. Jakoś dobiegnę do końca czerwca. A może lipiec w końcu będzie lepszy?

8 czerwca 2016

O powrotach do źródeł uwag kilka

Jeśli co miesiąc dostajesz mejla od producenta znanej aplikacji, to wiedz, że coś się dzieje. Że się Endomondo tobą (niczym pewna sieć sklepów wielkopowierzchniowych) interesuje! Zasadniczo i pobieżnie (cytując klasyka), miło że się mną endomondo interesuje. Ale sęk w tym, że za dużo się nie dzieje. A mejl informujący, że to był aktywny miesiąc, gdy w miesiącu owym pokonałem niecałe siedemdziesiąt kilometrów, jest co najmniej nadużyciem. Semantycznym, ale zawsze.
Ech, gdzie te misące z trzystoma kilometrami na liczniku? (źródło: endomono.com)
Fakty są następujące. Wciąż wychodzę z dołka. Niestety dołek jest wielopłaszczyznowy, co wychodzenia nie ułatwia. Ale jestem niemal pewien, że widać już światełko w tym tunelu (a metafora goni metaforę). Pocieszające jest jednak to, że ponoć tzw. efekt falowania jest immanentną cechą bytów ludzkich. Nie może przecież ciągle być dobrze. Ale na pewno może być lepiej. Teraz będzie lepiej – to jest moja wersja i jej będę się trzymał. Jeszcze zobaczycie – w czerwcu nabiegam więcej niż od marca do maja razem wzięte. Tak będzie!

Tym czasem coś z zupełnie innej beczki (niczym u innego – innego niż ten przywołany w pierwszych zdaniach niniejszego postu – klasyka). W Dzień Matki miałem okazję (okazję zawdzięczam trzymającej podówczas rękę na pulsie innej matce, czyli MBŹ) obejrzeć w drugim programie telewizji publicznej (czy tam narodowej) krótki reportaż, którego bohaterką była koleżanka po blogu, czyli Agnieszka. Agnieszka wspomniała w reportażu również o swoim blogu (ciekawe jak mocno skoczyła jej liczba wyświetleń?) i powiedziała, że traktuje go jako swój biegowy pamiętnik (albo jakoś tak – nie potrafię sobie teraz przypomnieć jakich dokładnie słów użyła). Ta myśl musiała mi prze kilka dni kołatać się gdzieś po podświadomości, po czym wróciła wraz z refleksją, że przecież ja też tak zaczynałem. A potem trochę mi się to wszystko rozmyło. Wciąż miałem nowe pomysły na tego swojego bloga i odnoszę wrażenie, że zaprowadziło mnie to wszystko w ślepy zaułek (to jedna z warstw wspominanego dołka.

Zatem rzecz jest taka, że postanowiłem wrócić do źródeł (ależ to poważnie brzmi). Więc pewne rzeczy się zapewne zmienią. Inne zaś niekoniecznie. Na pewno nazwa bloga pozostaje aktualna – zamierzam przebiec maraton. Z tym że kolejny, co oczywiste. A co mniej oczywiste (choć nie jest też zaskoczeniem) ten najbliższy zamierzam przebiec w czasie krótszym niż trzy godziny. Zatem żegnam się tradycyjnym Do roboty!

31 października 2015

O przepracowaniu rozbiegania uwag kilka

Od maratonu minęło dwadzieścia dni. Dwadzieścia dni. Niemal trzy tygodnie. A ja przez ten czas nie biegałem ani razu. Szok i niedowierzanie. Podobno nie samym bieganiem biegacz żyje - w ostatnich dniach odczułem to na sobie niczym skutki efektu cieplarnianego (który de facto w ostatnich dniach bardziej zaprząta mój umysł niż wszelkie kwestie okołobiegowe). Bowiem po maratonie w padłem w natłok pracy (istna kumulacja tzw. spraw). I czasu na bieganie po prostu nie stawało.
Niemniej widać już światełko w tunelu. Niedługo znów włożę przykurzone nieco buty. I już snuję plany na kolejny sezon. Ale zanim je w całości zdradzę (cześć już wyciekła, choć są to wycieki w pełni kontrolowane), pomyślałem, że warto by jakoś zgrabnie podsumować to co już za mną. W tym celu sięgnąłem do posta z grudnia z zeszłego roku. I o to co mi wyszło.
A jak wygooglałem swoją aktualną życiówkę w maratonie, to mi Wujek pokazał suwmiarkę (źródło: wikimedia.org)
Część I - Starty

Niemal pewne są starty w dwóch maratonach (czyli biegach o priorytecie A) – Orlen Warsaw Marathon na wiosnę oraz Maraton Poznański jesienią.
Tak właśnie było, tak też się stało.

Roił mi się jakiś czas temu taki pomysł, by oba maratony A.D. 2015 pobiec w stolicy, ale ostatecznie zawitam do Warszawy tylko w kwietniu.
A tutaj niespodzianka! Wprawdzie na trzeci maraton w sezonie się nie zdecydowałem, ale sztafetę udało się skompletować i spełnić marzenie o finiszu na Narodowym. Ale na ten temat i tak jestem winien osobny wpis.

Przed obu maratonami mam oczywiście w planach starty kontrolne, zwane również startami o priorytecie B. Tu jest, jak na razie, jeden pewniak – Maniacka Dziesiątka.
Pewniak nie zawiódł.

Wciąż waham się gdzie pobiec połówki. Wiosenną chciałbym pobiec jeszcze w marcu. W grę wchodzą Ostrów Wielkopolski (niestety, wciąż nieznana jest data kolejnej edycji), Pabianice oraz (ewentualnie) Warszawa.
Padło na Ostrów. Warszawa jednak trochę daleko. A Pabianice (właściwie termin Pabianic) kolidowały z urodzinami Córki Młodszej.
 
Jesienią biorę pod uwagę Zbąszyń i Piłę.
Ostatecznie padło na Zieloną Górę.


Co do jesiennej dychy, również pomysłów jeszcze brak.
Pomysł na szczęście się pojawił i nie tyle jesienią, co jeszcze latem (połówka też formalnie miała miejsce latem) pobiegłem z pompą (choć bez życiówki) w Międzychodzie.

Jest jeszcze jeden pewniak - Półmaraton Weteranów w Murowanej Goślinie. Bo mogę!
Tu nie tyle pewniak, co zdrowie zawiodło i do Murowanej pojechać nie pozwoliło. Odbiję sobie (mam nadzieję) w przyszłym roku.

Część II - Trening

Po pierwsze: objętość. Będę zmierzał do tego, by biegać pięć razy w tygodniu.
Tu w zasadzie mogę ogłosić sukces. Oczywiście, były tygodnie, gdzie nie wszystko szło zgodnie z planem, ale co do zasady na dobre przeszedłem na pięciodniowy tydzień treningowy.

Po drugie: siła. Co najmniej raz w tygodniu (wyłączając okres bezpośrednio poprzedzający start w biegu o priorytecie A) siłowy trening obwodowy i co najmniej dwa razy w tygodniu gimnastyka siłowa.
Tutaj w zasadzie postanowiłem opuścić zasłonę milczenia. Ten temat wciąż zalicza się do kategorii muszę coś z tym zrobić.

Po trzecie: masa. Masa ciała oczywiście. Jeszcze przed wiosennym maratonem chcę zredukować zawartość tkanki tłuszczowej poniżej poziomu 12,5%. A potem dalej iść tą drogą.
W tym wypadku też w zasadzie nie ma o czym pisać. No może przepisać. Jako cel na kolejny rok.

Część III - Cele

Wiosną chciałbym zejść poniżej czterdziestu minut na dychę i godziny trzydzieści w połówce.
Tu się udało. Zszedłem do 0:39:14 i 1:28:49.

Jesienią planuję urwać kolejne półtorej minuty na 10K, natomiast dystans 21,095 km pokonać w godzinę i minut dwadzieścia pięć lub szybciej.
A tu nie. Nawet wiosennych życiówek nie poprawiłem.

A jeśli chodzi o to, co najważniejsze, w Warszawie chciałbym zrobić co najmniej to, czego nie udało mi się dokonać w Katowicach. Zejść poniżej trzy dziesięć.
W tym wypadku udało się nawet z okładem. Bowiem zszedłem (choć biegłem) o trzy minuty i dziesięć sekund poniżej. I o siedem minut i pięćdziesiąt siedem sekund poniżej poprzedniej życiówki. Do poziomu 3:06:50.

Zaś jesienią, już po przekroczeniu linii mety na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich, chcę zobaczyć taki obrazek: (2:59:59)
Spóźniłem się o minutę z wąsem. Niemniej nowa życiówka - 3:01:05 - cieszy niezmiernie.

A teraz idę spać. Bo jutro intensywny dzień, a zamierzam (tak, tak) pobiegać.

5 lipca 2015

Halo Panie Jacku: O notatkach uwag kilka

Halo Panie Jacku!

Zdarza się czasem tak, że po przeczytaniu Pana felietonu w czasopiśmie wiadomym, muszę się krócej lub dłużej zastanowić, w stronę jakiego tematu mnie on popycha. Zdarza się, choć rzadko, że mam ochotę poruszyć dokładnie ten, o którym Pan pisał. Częściej ta jedna zadrukowana strona - okraszona rysunkiem (nie zapominajmy o rysunku), który wyszedł z pod Pańskiej ręki (jaka szkoda, że z rzeczy, których robić nie potrafię, najbardziej na świecie nie potrafię rysować) stanowi dla mnie inspirację. Nie zawsze jednak przychodzi ona od razu. Tym razem pojawiła się natychmiast. Być może dlatego, że jest to temat, z którym od jakiegoś czasu chcę się zmierzyć na dobre, a który jest też związany z tym, o czym pisałem pod koniec lutego. Rzecz się tyczy dzienniczka (o ile normalnie nie znoszę zdrobnień - gdy słyszę dowodzik lun pieniążki, wręcz mnie skręca – to tu słowo dziennik jakoś mi nie pasuje) treningowego.
Historyczny zapis historycznego treningu
Chciałbym się zmierzyć z tym tematem na dwa sposoby. Po pierwsze, chciałbym w końcu zacząć prowadzić taki z prawdziwego zdarzenia. Taki, w którym mógłbym chociażby zapisać (oby jak najrzadziej) co mnie boli. Ale zbieram się do tego i zbieram, i zebrać nie mogę.
Tak w ogóle to historia rejestrowania moich poczynań treningowych jest dosyć ciekawa, jak sądzę. Moim pierwszym dzienniczkiem był… niniejszy blog. Zakładając go, traktowałem go niczym zewnętrzny motywator w przygotowaniach do pierwszego maratonu (tytuł bloga również nie wziął się z niczego). Pierwsze posty na nim zamieszczone to po prostu opis moich treningów. Dużo później przeszło mi nawet kilka razy przez myśl, by je pousuwać, ale doszedłem do wniosku, że posiadają zbyt dużą wartość – historyczną i sentymentalną. Ponieważ były to czasy przeddżipeesowe (znaczy się, zegarki z czujnikami GPS już istniały – to ja byłem analogowy), blogowi towarzyszyła tabelka w popularnym arkuszu kalkulacyjnym, który służył mi do szacowania pokonanego dystansu. Słowa szacowanie użyłem nie bez kozery – zresztą sposób tych obliczeń był całkiem ciekawy. Biegałem podówczas po stałej pętli w pobliskim parku (z uwagi na wielkość sam nazwałbym bym go skwerem, ale nawet oficjalnie nazywa się parkiem) po jednej i zawsze tej samej pętli. Długość pętli miałem mniej więcej wyliczoną, dlatego podczas treningów rejestrowałem w pamięci czas pokonanie całkowitej ilości owych pętli (dla przykładu: gdy przebiegłem ich osiem z wąsem, starałem się zapamiętać – miałem wówczas najzwyklejszy zegarek ze stoperem, nawet bez pamięci okrążeń – czas jaki miałem na koniec ósmej pętli). Wpisywałem ten czas do arkusza, który wyliczał mi średnie tempo na tym odcinku. Z kolei na podstawie tego tempa szacowany był dystans pokonany na ostatnim, nie stanowiącym pełnego okrążenia odcinku. Sumując jedno z drugim dochodziło do oszacowania całości pokonanego dystansu.

W miarę jak biegałem coraz więcej, coraz dłużej oraz zacząłem używać na blogu większej ilości słów, zapragnąłem stać się posiadaczem zegarka z wiadomym czujnikiem. Właściwie to chciałem stać się posiadaczem dowolnego systemu pozwalającego na łatwy i w miarę dokładny system pomiaru rejestrowanego dystansu. Z jednej strony chciałem się czasem odkleić od swojej dotychczasowej pętelki. Z drugiej, często podróżując służbowo chciałem móc biegać w nieznanych miejscach, a wiedzieć zarazem ile mniej więcej pokonałem. Różne opcje się ścierały, ale ostatecznie stałem się posiadaczem pierwszego w mojej karierze (obecnie mam już trzecie – ale to temat na inne opowiadanie) urządzenia, które pieszczotliwie nazwałem Gremlinem.

Wraz z nastaniem ery dżipies tabelka arkusza kalkulacyjnego pokryła się wirtualnym kurzem (gdzieś pewnie teraz leży w odmętach twardego dysku laptopa, który również dożywa swych ostatnich dni), a ja założyłem konto na popularnym serwisie powiązanym z równie popularna aplikacją na smartfona (co ciekawe, nigdy nie ciągnęło mnie za bardzo do biegania ze smartfonem na ręku i korzystania z aplikacji dla biegaczy, jakie można na tych urządzeniach zainstalować). Z krótką przerwą (podczas gdy próbowałem innej wersji rejestrowania treningów onlajn) korzystam z niej do dziś, co zresztą widać na moich comiesięcznych raportach z biegowych poczynań. Cyfrowe zapisy moich treningów zapisywane są też regularnie w serwisie dedykowanym urządzeniu, z którego korzystam. Posiadam także program komputerowy, który potrafi wygenerować szereg biegowych statystyk. A jednak kilka razy, w różnej formie próbowałem założyć analogowy (przez co rozumiem papier i coś do pisania – ołówek lub długopis) dzienniczek treningowy. Korzystałem z gotowych szablonów, próbowałem stworzyć własny szablon oraz korzystałem z czystych kartek (zarówno tych gładkich, jak i w kratkę). Za każdym razem z jakiś względów odchodziłem od tej koncepcji. A jednak wciąż mnie ciągle do tego papierowego dzienniczka.

I tu pojawia się Po drugie. Jak już dopracuję i całkowicie wprowadzę w życie tę koncepcję, zamierzam ją na łamach tegoż bloga (w miarę) szczegółowo, a zarazem w szczególny sposób, opisać. I mam wrażenie, że będzie to całkiem nowe spojrzenie na prowadzenie zapisków treningowych. Bazujące w dużej mierze na nie moim pomyśle, ale jednak nowatorskie. Ale o tym w swoim czasie.

Łącze tradycyjne pozdrowienia od CMcMH
Bartek M.

10 marca 2015

O treningu cięższym niż start uwag kilka

No to mi Trenejro trening wymyślił. Ale to taki trening mi wymyślił, żeby mnie sponiewierać, a potem jeszcze mi dołożyć. A że przy okazji poprawiłem życiówkę na piątkę, to już zupełnie inna historia. Chociaż nie. Nie inna. W zasadzie to część tej dłuższej. To może ja pominę to jaki był plan, tylko przejdę od razu do opisu jego realizacji. Zresztą udało się niemal co do joty.

Tak w ogóle to pierwotnie w planach była wytrzymałość tempowa -–dziesięć razy jeden kilometr. Ale wyprosiłem, żeby mógł pobiec w Grand Prix City Trail. W końcu brakowało mi tego jednego startu, by po raz pierwszy od 2010 roku zostać sklasyfikowanym. Stanęło zatem na biegu nad Rusałką.

Chyba rodzi się jakaś nowa moda - zdjęcie grupowe przed startem (foto: Tomasz Szwajkowski)
Podobnie jak ostatnimi dwoma razy na linię startu dotarłem z domu biegiem. Tyle że gimnastykę rozciągającą rozpocząłem jeszcze zanim dotarłem do lasu otaczającego jezioro i jeszcze musiałem zrobić skróconą wersję zestawu. Wszystko przez to, że trochę za późno (jakieś pięć minut) wyszedłem z domu (względy natury, że tak to ujmę, fizjologicznej). Na linię startu na szczęście dotarłem o czasie. Zastanawiałem się nawet po drodze, czy nie zrobić normalnej gimnastyki tudzież nie zrezygnować ze skracania odcinka OWB1, a wystartować z drugą lub trzecią strefą. Doszedłem jednak do wniosku, że bieg z osobami utrzymującymi niższe tempo (celującymi w słabszy czas) może mi zabrać tę odrobinę adrenaliny, która tak napędza, gdy biegnie się z numerem przypiętym do koszulki . Ruszyłem zatem wraz z pierwszą turą.

Zgodnie z zaleceniem Trenejro, pierwszy kilometr miał być w tempie ok. 4:10-4:15/km. I był. Gdy mijałem tablicę z oznaczeniem pierwszego kilometra, stoper pokazywał czas 4:14. Kolejne miały być tylko szybsze. I też były. Drugi w (zdaje się) ok. 4:10, trzeci - choć, z uwagi na najwyższe na rasie wzniesienie i związany z nim podbieg, najtrudniejszy - mniej więcej tak samo szybko. A czwarty pewnie jeszcze szybciej. Na ostatnim skupiłem się na obmyślaniu strategii podkręcania tempa. Kiedy wyprzedziłem już wszystkie dziewczyny, które do tej pory biegły przede mną (nic tak nie działa na faceta jak uganianie się - w tym wypadku dosłownie - za płcią piękną) zacząłem odliczać wirtualne okrążenia stadionu, jakie pozostały mi do pokonania, by na ostatnich metrach wdać się w brawurowy pojedynek z innym finiszującym biegaczem. Dodajmy, że pojedynek wygrany. Za metą Gremlin pokazał czas okrążenia 0:20:34. W wynikach widnieje czas netto 0:20:36. Tak czy owak życiówka poprawiona, nawet ta nieoficjalna z międzyczasu z Maniackiej zeszłego roku (no nic nie poradzę, że piątek jest jak na lekarstwo).

Za linią mety róży wprawdzie nie dostałem (choć rozdawali - nie wiedzieć czemu tylko płci pięknej…), załapałem się za to na tradycyjną drożdżówkę (City Trail to taka moja biegowa dyspensa na zjadanie drożdżówek w poście) oraz herbatę. Chip oddałem, numeru nie. W końcu to ostatni bieg cyklu i numer można było legalnie zabrać na pamiątkę (powędrował zatem na plecy). Zjadłem, wypiłem, wymieniłem powitanie z biegnącym Marcinem (myląc go przy tym z jego bratem Darkiem - cóż za faux-pas), aż minęło ustalone osiem minut i ruszyłem do dalszej części treningu. Tak właśnie - była dalsza część treningu.

Trenejro obmyślił sobie, by oprócz biegu na piątkę zaaplikować mi choć część pierwotnie planowanej wytrzymałości tempowej. Miałem zrobić ledwie (a może aż) trzy tysiączki w tempie 4:00-:4:05/km. Nie byłem nawet pewien czy dam radę. Dałem na szczęście - wyszło odpowiednio 4:00, 4:02 i 3:59. Normalnie jest moc! Aż mi zaczęła chodzić po głowie piosenka z Krainy lodu (kto zgadnie która?). Dobre samopoczucie podtrzymał fakt, iż w drodze powrotnej, choć wybrałem trasę ze zdecydowanie większą ilością skrzyżowań, ani razu nie musiałem się zatrzymywać na światłach.

Na zakończenie dodam dla pewności, że zostałem sklasyfikowany w cyklu City Trail i zdaje się, że nawet medal za te cztery starty, w tym jeden z życiówką, dostanę. Nie wiem tylko jak go odbiorę, bowiem gdy będzie się rozpoczynać ceremonia zakończenia cyklu ja będę z Córką Starszą na basenie. Coś wymyślę. Chyba...

2 marca 2015

O krosie idealnym uwag kilka

Bieg w terenie urozmaiconym, czyli kros (w niektórych kręgach znany jako cross) moich planach treningowych zagościł podówczas, gdy zaczął je przygotowywać Trenejro. Pod kilkoma względami jest to, nie da się ukryć, najbardziej problematyczny rodzaj treningu. Przynoszący wiele biegowej frajdy, a jednak problematyczny. Problem bowiem w tym, że jest to jedyna chyba jednostka treningowa, na którą muszę dojechać. W każdym innym przypadku ubieram się, wychodzę z domu i zaczynam biec. W przypadku krosu nie tylko zmuszony jestem upchnąć po kieszeniach jeszcze kluczyki od samochodu (a propos, czemu przyjęło się mówić kluczyki - przecież zazwyczaj są one większe od standardowych kluczy?) i dokumenty, ale jeszcze muszę wygospodarować dodatkowe pół godziny na dojazd. Ale kros ma to do siebie właśnie, że raczej trudno go biegać metodą gdzie nogi poniosą.

Od początku mojej (że tak to ujmę) przygody z krosem, realizowałem go w okolicach tzw. mekki poznańskich biegaczy, czyli Malty. Mając za sobą jedno bo jedno ale niezapomniane doświadczenie z Malta Trail Running, wiedziałem gdzie szukać terenów urozmaiconych. Na początku jednak dosyć mocno improwizowałem i eksperymentowałem z różnymi wariantami trasy. W tym roku postanowiłem zrobić z tym porządek i wytyczyć sobie porządną pętlę na cele krosu. Spędziłem kilka dłuższych chwil nad stronami internetowymi pomocnymi w wytyczaniu tras, zasięgnąłem języka u bardziej doświadczonych kolegów (właściwie to u jednego), a także wybrałem się na rekonesans. Potem jeszcze kilka poprawek i powstała wreszcie moja własna pętla krosowa. Choć być może ktoś już od dawna biega dokładnie po takiej samej, to ta jest moja i już. A znaleźć ją można, a jak ktoś zechce, to po lekturze niniejszego posta może wypróbować (aż tak moja nie jest - myta ani tantiemów nie pobieram), nieopodal Malty właśnie, a dokładnie między Stawem Olszak a poznańskim Nowym Zoo.
Wykres wysokości przy pięciu pętlach. Pomiar mógłby być bardziej dokładny, niemniej odcinek między drugim a czwartym kilometrem można by uznać za uśredniony.
Przy tyczeniu trasy kierowałem się głownie wskazówkami pana Jerzego Skarżyńskiego, jakie zawarł w jednej ze swoich książek i przyznać muszę, że wyszło mi dzieło niemal idealne. Posiada bowiem wszystko, a nawet więcej, co mistrz Skarżyński zaleca
  • Jej długość mieści się w granicach 1,5-3,0 km - a dokładniej rzecz ujmując ma tak ok dwóch kilometrów.
  • Jest pofałdowana (nawet mocno) a jej podłoże jest urozmaicone - może nie jakoś mocno urozmaicone, ale nie ma co narzekać. Są leśne ścieżki, ścieżki kamieniste, a nawet trochę kopnego piachu. Brak tylko kawałka nawierzchni utwardzonej dla urozmaicenia.
  • Zawiera łagodne podbiegi i zbiegi o długości 150-250 m - a może nawet nieco dłuższe.
  • Zawiera podbiegi i zbiegi krótkie, acz strome. Tu mistrz Skarżyński nie zaleca przesady stromościach, a ja znalazłem podbieg niczym mój pierwszy kilometr na maratonie w Pradze w zeszłym roku - na końcu stajesz i płaczesz. I za nic bym go nie usunął. Mało tego, niedaleko jest równie stromy zbieg - kiedyś pobiegnę w przeciwnym kierunku i stanie się podbiegiem.
  • Jest jedno siodło - choć znalazłem je (a w zasadzie przypomniałem sobie, że gdzieś tu powinno być), gdy myślałem, że pętla posiada już swój ostateczny kształt.
  • Są też lekko pofałdowane a nawet płaskie odcinki - jest gdzie odsapnąć.
  • Strumyka do przeskoczenia ani nisko zwisających drzew do schylania się pod nimi zabrakło niestety. Ale za to są dwa powalone drzewa - żeby było ciekawie oba na wspomnianym powyżej stromym zbiegu. Jest też jeszcze kilka sztucznych przeszkód terenowych w postaci skoczni wykonanych z grubych gałęzi oraz ziemi przez (najprawdopodobniej) amatorów jazdy na dwóch kółkach. A skocznie, jak sama nazwa wskazuje doskonale nadają się by je przeskakiwać, lub na nie wskakiwać.
Można by uznać, że na trening składają się z trzy pętle, w tym jedna właściwa.
Warto wspomnieć, że taki trening w terenie urozmaiconym nie składa się wyłącznie z kręcenia na wysokich obrotach po takiej pętli. Obudowa musi być - trochę truchtu, OWB1 oraz obowiązkowo gimnastyka rozciągająca. Dlatego zostawiam zazwyczaj samochód na ul. Arcybiskupa Dymka, by nad staw dotrzeć już biegiem, dokręcam jeszcze dwa kółka wokół stawu a potem już tylko 10-12 minut gimnastyki i wrzucam na wysokie obroty. No właśnie ciekawostka - choć daję z siebie zazwyczaj tak zwanego maksa, wykres tętna nie przypomina krzywej wznoszącej i nie zbliża się zbyt mocno do wartości tętna maksymalnego (momentami wchodzi zaledwie w trzeci zakres). Cecha osobnicza?
Do HRmax (u mnie ok. 185-186) wciąż jeszcze daleko...
W tym wszystkim żałuję tylko jednego. Że na jakiś czas przyjdzie mi się pożegnać z moją, z takim trudem wytyczoną pętlą. Przyszedł czas innych rodzajów akcentów.

4 lutego 2015

O miesiącu, któremu niewiele brakuje, uwag kilka

No! Po trzech miesiącach chudych, miesiącach roztrenowań, bolących pleców oraz łupiących kolan, przyszedł wreszcie miesiąc może nie tam jakiś znowu tłusty, ale po prostu normalny. O właśnie – normalność to dobre słowo. Wystarczy nadmienić, że w pierwszym miesiącu Roku Pańskiego 2015 (czyli styczniu – żeby nie było wątpliwości) przebiegłem o trzydzieści dwa kilometry mniej niż przez trzy chude miesiące łącznie. Dwieście sześćdziesiąt osiem kilometrów.
Coś ruszyło, drgnęło... (źródło: endomondo.com)
Pierwsza połowa miesiąca z założenia miała być luźniejsza. I była nawet w podwójnym tego słowa znaczenia. Po pierwsze, zaplanowane na ten czas treningi miały przede wszystkim za zadanie zapewnić możliwość pełnej regeneracji kolana, które ostatnio dawało mi się we znaki. Po drugie zaś i tak nie wygórowanych założeń treningowych nie udawało się zrealizować w stu procentach. Bo a to remont (układanie paneli) u córek w pokoju i na trening nie stanęło już ani czasu, ani motywacji. A to wizyta u rodziny, która niestety zbiegła się z chorobą jednego z jej członków. W sumie i tak trzeba się cieszyć, że przez te dwa tygodnie wypadły mi jedynie dwa biegowe treningi. Trzeci tydzień (trzeci pełny) wyglądał już dużo lepiej, bo choć nie obeszło się bez zamian i przesunięć, wszystkie pięć zaplanowanych treningów biegowych udało się wykonać. Za to ostatnie dwa tygodnie to stu procentowa realizacja planów. Bajka normalnie. Żeby jednak od razu włożyć łyżkę dziegciu do tej beczki miodu, dodam, że nie udało mi się zrealizować założenia wykonywania minimum dwóch jednostek gimnastyki siłowej w tygodniu (jakby policzyć średnią to wyjdzie jedna na tydzień raptem). Z obwodowym było lepiej nieco. Tylko w jeden poniedziałek, z uwagi na podróż służbową, zamieniłem go na gimnastykę siłową właśnie.
Od razu widać gdzie są przesunięcia a gdzie braki (źródło: endomondo.com)
Oprócz objętości powiało również w styczniu jakością. Tak zwane treningi jakościowe, oprócz rozbiegań w pierwszym zakresie ewentualnie okraszonych przebieżkami, się pojawiły czyli. Po pierwsze podbiegi. Po drugie zaś zupełna nowość – przynajmniej odkąd biegam pod wirtualnym okiem Trenejro – czyli zabawa biegowa (zwana również ze szwedzkiego jako fartlek, a z mojego ulubionego języka Goethego i Mozarta jako Geschwindigkeitsspass). Co ciekawe realizacja obu jednostek wygląda całkiem podobnie. Na początek rozbieganie – w przypadku podbiegów sześć, w przypadku zabawy osiem kilometrów. W dniu podbiegów do rozbiegania dorzucam jeszcze trzy dwudziestosekundowe żwawsze przebieżki. Następnie gimnastyka rozciągająca. Dla odmiany ani na początku, ani na końcu, ale tak jakby w środku. A potem to już klu programu. Ilość podbiegów o długości stu metrów wahała się w styczniu od pięciu do ośmiu. A żeby nie było tak łatwo po podbiegach (po ostatnim robię tylko trochę dłuższą przerwę odpoczynkową) ruszam na pięć mocnych (choć po płaskim, więc postrzegam je jako luźniejsze) stumetrowych przebieżek. A jeśli chodzi o zabawę biegową (która, jak powszechnie wiadomo, niewiele ma wspólnego z dobrą zabawą), to w styczniu (cały jeden raz, ale zawsze) mieliśmy (w sensie: ja miałem) dziesięć odcinków po czterdzieści sekund i półtorej minuty w truchcie. I po podbiegach, i po zabawie w planie widnieją jeszcze dwa kilometry w pierwszym zakresie. Niemniej w przypadku podbiegów wychodzi o ok. kilometr więcej, gdyż muszę dobiec do domu.
Tętno podczas podbiegów...
i podczas zabawy biegowej.
Kolejną nowością i powiewem jakości w styczniu były biegi w terenie urozmaiconym czyli tzw. kros. Dodam, że kros aktywny. Niemniej jest to jednostka na tyle ciekawa, że zasługuje na osobny wpis.
Był też jeden start. Wprawdzie mistrz Skarżyński twierdzi, że nie ma czegoś takiego jak start treningowy, jednak to, co się wydarzyło dwudziestego czwartego stycznia, wydaje się zadawać temu kłam. Ale to również temat na osobną opowieść.

Tymczasem mamy już miesiąc kolejny zwany także lutym. I jak patrzę na kalendarz, okazuje się, że pomimo jednego startu (w formule treningowej), będzie to ostatni okres monotonnej (w pewnym sensie oczywiście), choć oczywiście istotnej pracy treningowej. W marcu zaczyna się festiwal (tak tak, zdaję sobie sprawę, że brzmi to nieco groteskowo) startów. Także tego. Do roboty!

18 stycznia 2015

O zorganizowanej akcji uwag kilka

Gdy wczoraj wieczorem (właściwie to już przedwczoraj, bo przecież zdrowo po północy jest) wracając ze szkolenia usłyszałem w radiu, że na Piotrkowskiej w Łodzi poloneza tańczą, pomyślałem, że to bardzo miło, że akurat w dzień mojej wiosennej studniówki. Tak tak, do wiosennego maratonu zostało już tylko (a nawet mniej niż) sto dni. Ale ja w sumie nie o tym chciałem - napisałem to tylko dlatego, by podkreślić, że tym razem nie przegapiłem.

Tak naprawdę chciałem napisać o tym, że byłem blisko podjęcia decyzji, która sprawiłaby, że studniówka wiosenno-maratońska przypadłaby tydzień wcześniej, a ja zamiast w Warszawie pobiegłbym w Krakowie. Ostatecznie stwierdziłem, że za dużo kolejnych zmian owa decyzja by za sobą pociągnęła i odpuściłem. Jeśli jednak ktoś z czytających te słowa planuje lub rozważa przebiegnięcie królewskiego dystansu w króleskim mieście Krakowie, chciałbym Wam przedstawić ciekawą inicjatywę.

Otóż pewna grupa osób, w tym Michał Maj z bloga zyciejestpiekne.eu oraz Andrzej Kozdęba z jamowie.to, organizuje akcję 42 Do Szczęścia. Chodzi w niej nie o to, żeby chodzić, ale żeby biec i przebiec Cracovia Maraton, a ty samym pomóc w zbieraniu funduszy niezbędnych na zakup protezy nogi dla osoby potrzebującej. Warto wspomnieć, że akcja ma miejsce po raz trzeci - w poprzednich latach zbierano wsparcie dla Joasi Chałupy, która wpadła pod pociąg, a także dla Mariusza, którego w pierwszym dniu pracy przygniotły płyty i również konieczna była amputacja.
Co zrobić by wziąć udział w tej cennej inicjatywie? Otóż trzeba wypełnić aplikację na stronie 42doszczescia.pl/zbieramyekipe oraz wpłacić 42 złote na rzecz akcji. Całość wpłacanych pieniędzy trafia na konto fundacji Poza Horyzonty, niemniej w ramach udziału w akcji można liczyć na koszulkę startową 42 Do Szczęścia, a także pomoc merytoryczną trenera. O satysfakcji, że nasze bieganie służy nie tylko nam samym już nie wspomnę

Tak jak już wspomniałem powyżej, mnie w Krakowie nie uda się pobiec (przynajmniej nie w tym roku), ale do akcji się przyłączam i w tej szczególnej koszulcę zamierzam w osatni weekend kwietnia pojawić się w innym królewskim mieście.

A kto pojawi się w Krakowie?

9 stycznia 2015

O dialogu z organizmem uwag kilka

I co ja mam o tym grudniu, znaczy się ostatnim miesiącu minionego już roku, napisać? Może, że choroba nie wybiera? Choroba owszem, nie wybiera, ale z kontuzją to już nie do końca tak jest. Przeczytałem gdzieś ostatnio, że każda kontuzja to żółtą kartka od organizmu, kara za coś co robimy źle. A zatem w grudniu organizm pokazał mi żółtą kartkę i dlatego miesiąc ten wygląda(ł) tak jak na załączonym obrazku.
Źródło: endoondo.com
Pierwsza wyrwa w kalendarzu to jeszcze nie moja wina. To znaczy nie do końca. No może moich cech osobniczych. Drugi raz mi się to w życiu przytrafiło, że spędziłem tydzień w łóżku z powodu bólu pleców. Nic przyjemnego i nikomu tego nie życzę. Ten tydzień miał tylko jeden plus. Obejrzałem wszystkie sześć (w chronologicznej kolejności wydarzeń) części Gwiezdnych Wojen.
Nieco obolały po chorobie (skutkiem zapewne długotrwałego napięcia mięśni - czułem się, jakby miał za sobą przeprowadzkę z wnoszeniem mebli na siódme piętro), zacząłem rozkręcać się na nowo. Asekuracyjnie, aby ulżyć nieco plecom, umówiłem się na masaż, a tymczasem odezwało się kolano. I stąd kolejna przerwa w treningach, a planowany masaż pleców zamienił się w masaż nóg i pleców, a oprócz tego odwiedziłem jeszcze lekarza specjalistę (od nóg oczywiście). W tzw. międzyczasie zamiast na bieganiu skupiłem się na ćwiczeniach poprawiających stabilizację.
Nieśmiały powrót do żwawszego przebierania nogami nastąpił w charakterze... zawodów. Już wcześniej byłem zapisany na bieg City Trail i ustaliliśmy z Trenejro, że mogę pobiec ale na luzie. Wyszło i nie wyszło, bo z jednej strony nabiegałem wynik na poziomie życiówki... z przed czterech, pięciu lat (0:22:37 netto). Ale jak post factum spojrzałem na wykres tętna, to nie sposób było stwierdzić, że się na tym biegu obijałem. Dalej było już tylko lepiej. Wprawdzie tzw. atmosfera przed-świąteczna nie sprzyjała uprawianiu sportów (remont w domu to dopiero nie sprzyja, ale to już styczniowa historia), ale szło i idzie ku lepszemu. Warto wspomnieć, że jeszcze przed świętami wylądowałem na kolejnym stole - tym razem fizjoterapeuty, który zajął się moją nogą i okolicami. A tuż po świętach wziąłem udział w pewnym biegu patriotyczno-towarzyskim, ale to już opowieść na oddzielnego posta.

Summa summarum przez cały miesiąc nie udało mi się nabiegać nawet stu kilometrów. Z drugiej strony, od trzech miesięcy utrzymuję się na niemal stałym poziomie (tylko to chyba nie powód do radości, niestety).
Źródło: endoondo.com
Inna kwestia jest taka, iż z racji na to, że na przemian pauzowałem i rozkręcałem się na nowo po pauzie, moje grudniowe treningi nie grzeszyły różnorodnością. Królowała ogólna wytrzymałość biegowa w pierwszym zakresie. Pewnym urozmaiceniem były wspomniana piątka nad Rusałką oraz patriotyczne wycieczka biegowa. I jeszcze dwa treningi, na których pojawiły się przebieżki. Warto przy okazji wspomnieć, że podejście do treningu z przebieżkami również nieco ostatnio zmieniłem. Kiedyś robiłem je z biegu - dosłownie i w przenośni. Czyli gdy tylko Gremlin oznajmił mi, że właśnie przebiegłem zaplanowany dystans OWB1, ruszałem z kopyta do pierwszego z rytmów. Teraz (za radą mądrzejszych ode nie) poprzedzam to szybsze przebieranie nogami gimnastyką rozciągającą.
Swego rodzaju ciekawostkę stanowi dla mnie to, że na wykresie tętna z powyżej opisanego treningu dokładnie można wyczytać kiedy rozciągałem się w truchcie, a kiedy w miejscu.


W zasadzie to rok 2014 żegnam tak samo jak witałem - dziurawym miesiącem. Optymistycznie zakładam, że w nowym roku miesięcy niczym ser szwajcarski już nie będzie. Czego sobie i Wam życzę!

18 grudnia 2014

O dużym słowie na "ty" uwag kilka

Od kilku już dni nosiłem się z zamiarem upublicznienia swoich ambitnych (a jakże) planów biegowych na zbliżający się wielkimi krokami rok dwa tysiące piętnasty. Tylko jak tu planować, gdy ciągle coś sprawia, że biegać nie za bardzo mogę. A to plecy, a to kolano – g**no, jak mawiają prości ludzie! I dziś mnie olśniło. Tym bardziej muszę planować! Tym bardziej muszę myśleć o swoich celach! Bo czymże innym, jak nie zmaganiem się ze swoimi słabościami (w tym również kontuzjami) jest proces przygotowywania się do kolejnych startów i kolejnych wyzwań?
Źródło: demotywatory.pl
Czas zatem upublicznić soje cele, czyli marzenia z terminem realizacji. Cel główny jest dosyć ambitny oraz (że tak to ujmę) przełomowy. Sam długo nie byłem pewien czy to już czas by realnie o nim myśleć. W pewnym sensie przekonał mnie powyższy obrazek. Ale i tak zdradzę go na sam koniec niniejszego tekstu (choć i tak wiem, że część osób czytająca te słowa się domyśli, a inni już podejrzeli). Na mojej ścieżce do niego są również cele pośrednie oraz środki realizacji. A one przedstawiają się jak poniżej.

Zacznę od kalendarza startów, choć tak naprawdę wiele w nim znaków zapytania. Niemal pewne są starty w dwóch maratonach (czyli biegach o priorytecie A) – Orlen Warsaw Marathon na wiosnę oraz Maraton Poznański jesienią. Tak tak, po raz trzeci (wcześniej był rok ubiegły oraz dwa tysiące jedenasty) pobiegnę u siebie na fyrtlu. I chyba tak już zostanie, że jesienią lat nieparzystych będę maratonił w swoim mieście. Roił mi się jakiś czas temu taki pomysł, by oba maratony A.D. 2015 pobiec w stolicy, ale ostatecznie zawitam do Warszawy tylko w kwietniu (ale spokojnie – swoje porachunki z Maratonem Warszawskim jeszcze wyrównam).
Przed obu maratonami mam oczywiście w planach starty kontrolne, zwane również startami o priorytecie B. Tu jest, jak na razie, jeden pewniak – Maniacka Dziesiątka (w końcu jedyny bieg, w którym startuję regularnie, co roku). Wciąż waham się gdzie pobiec połówki. Wiosenną chciałbym pobiec jeszcze w marcu. W grę wchodzą Ostrów Wielkopolski (niestety, wciąż nieznana jest data kolejnej edycji), Pabianice oraz (ewentualnie) Warszawa. Jesienią biorę pod uwagę Zbąszyń i Piłę. A może, z racji tego, że na maraton zostaję w domu, wybiorę się gdzieś dalej? Jakieś propozycje? Co do jesiennej dychy, również pomysłów jeszcze brak. Wyjdzie w tzw. praniu.
Jeśli, ktoś zastanawia się, czemu nie startuję w poznańskiej połówce, śpieszę z odpowiedzią. Po pierwsze termin jest trochę późny (tak przynajmniej twierdzi – łamane na: rekomenduje - Trenejro). Po drugie, owszem startuję, ale (w związku z po pierwsze) nie w trupa. Podobno nie ma czegoś takiego jak start treningowy, a jednak taki to właśnie ma być dla mnie ten Półmaraton Poznański. Będą również inne starty o priorytecie C, ale o tych to jak na razie nie wiadomo prawie nic. Pewnie jakiś Parkrun, jakiś City Trail może. Jakaś sztafeta również by się przydała. Ale, jak to mawiał mój przyjaciel z czasów licealnych, czas pokaże.
Zapomniałbym! Jest jeszcze jeden pewniak - Półmaraton Weteranów w Murowanej Goślinie. Bo mogę!

Założenia treningowe i okołotreningowe są następujące.
Po pierwsze: objętość. Będę zmierzał do tego, by biegać pięć razy w tygodniu.
Po drugie: siła. Co najmniej raz w tygodniu (wyłączając okres bezpośrednio poprzedzający start w biegu o priorytecie A) siłowy trening obwodowy i co najmniej dwa razy w tygodniu gimnastyka siłowa.
Po trzecie: masa. Masa ciała oczywiście (wszyscy wiemy, że im mniej należy donieść na własnych nogach do mety, tym szybciej nam się to uda). Jeszcze przed wiosennym maratonem chcę zredukować zawartość tkanki tłuszczowej poniżej poziomu 12,5%. A potem dalej iść tą drogą. Jak zamierzam to zrobić? Otóż racjonalną dietą. Przede wszystkim zamierzam drastycznie ograniczyć spożycie słodyczy i alkoholu. To pierwsze nie częściej niż raz w tygodniu i najlepiej domowe. To drugie naprawdę od święta.
Niemniej na sam początek (zamykając temat działań okołotreningowych) muszę zająć się kolanem.

Powoli przechodzimy do konkretów najkonkretniejszych w swej konkretności (sic!). Czasów, w jakie będę celował. Wiosną chciałbym zejść poniżej czterdziestu minut na dychę i godziny trzydzieści w połówce. Jesienią planuję urwać kolejne półtorej minuty na 10K, natomiast dystans 21,095 km pokonać w godzinę i minut dwadzieścia pięć lub szybciej. A jeśli chodzi o to, co najważniejsze, w Warszawie chciałbym zrobić co najmniej to, czego nie udało mi się dokonać w Katowicach. Zejść poniżej trzy dziesięć. Zaś jesienią, już po przekroczeniu linii mety na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich, chcę zobaczyć taki obrazek (tadam!):
Ja naprawdę ogłosiłem to publicznie?

16 listopada 2014

O tym co się udało lub nie uwag kilka

No skoro rozpocząłem (a w zasadzie rozpoczynam, bo długość moich treningów nie osiąga póki co dwucyfrowych dystansów) nowy sezon treningowy, warto by chyba podsumować ten poprzedni i spojrzeć, co to ja sobie planowałem te kilkanaście miesięcy temu, a przede wszystkim co z tego wynikło. To co? Bez zbędnych wstępów i tak lubianych przeze mnie dygresji (a propos... żartowałem), że tak użyję mowy potocznej, lecimy.
Źródło: pixabay.com
... chciałbym nadal rozwijać się sportowo.
Tu się zdecydowanie udało. Poprawiłem bowiem życiówki na wszystkich głównych dystansach. Wynoszą one teraz odpowiednio 0:20:54 na 5 km (a nieoficjalnie - jest to bowiem międzyczas z Maniackiej Dziesiątki - 0:20:39), 0:41:04 na 10 km, 1:32:21 w półmaratonie oraz 3:14:47 na dystansie królewskim. Jednakże rzuca się w oczy, że tylko jeden z tych wyników pochodzi z jesieni.

Moimi głównymi startami będą maratony w Pradze oraz Aglomeracji Śląskiej
Tutaj sukces pełen - udało się pobiec w obu imprezach.

Na królewskim dystansie chciałbym w tym roku zbliżyć się do wyniku 3:10.
W tym wypadku można by... negocjować. Zbliżyć się wprawdzie zbliżyłem, w Pradze zszedłem przecież poniżej 3:15. Jesienią jednak celem było urwanie kolejnych pięciu minut. A jak wiadomo, maraton tym razem okazał się mocniejszy i nie poprawiłem nawet wyniku z wiosny.

Bardziej konkretnie myślę jednak o złamaniu dwóch innych barier, które można by określić jako psychologiczne - dwudziestu minut w biegu na 5 km oraz półtorej godziny w półmaratonie.
Tutaj należy odnotować całkowitą porażkę. W pierwszym przypadku, jak zwykle odnotowuję zdecydowanie niewystarczającą ilość startów na piątkę. Gdyby były międzyczasy z Chyżej w Nowym Tomyślu, być może okazałoby się, że którąś z połówek (najpewniej drugą) przebiegłem poniżej dwudziestu minut. Niemniej międzyczasów na wynikach brak, a nawet Endomondo twierdzi, że moja najszybsza piątka miała miejsce podczas Maniackiej (a twierdzi, że zrobiłem to w 19:41, ale to już wynik mocno nieoficjalny). Na połówce z kolei zabrakło prawie dwie i pół minuty do tzw. szczęścia. Będzie więc co urywać na wiosnę.

Ponadto chciałbym zdobyć Koronę Półmaratonów Polskich
Tak dobrze żarło i zdechło, jak to się określa w języku nie literackim. Brakowało mi do szczęścia jedynie ukończenia połówki w Kościanie. Najpierw jednak się zgapiłem i nie zdążyłem się zapisać przed wyczerpaniem się limitu. A i tak ostatecznie okazało się, że ta niedziela to jedyny możliwy termin by wyprawić Córce Starszej kinder party z okazji piątych urodzin (i nic to, że koleżanki CS w ostatniej chwili się pochorowały i imprezy nie było). Trzeba było odpuścić. Czy będę próbował za rok? Chyba nie.

... chciałbym pobiec w sztafetowej pielgrzymce biegowej na Jasną Górę
W tym wypadku również niepowodzenie. Napięty harmonogram zawodowy nie pozwolił na dodatkowe dni urlopu w lipcu i musiałem obejść się smakiem. Bywa.

Pytanie czy w świetle powyższego podsumowania, oraz toczącej się kilka tygodni temu w internetowym środowisku biegowym dyskusji, jestem zwycięzcą, czy też... nie jestem nim, pozostawiam otwarte (względnie do dyskusji).

PS. Plany na kolejny sezon jeszcze się precyzują. Jak się sprecyzują, czym prędzej doniosę.

11 listopada 2014

O miesiącu vice-życiówek uwag kilka

Jest taki dowcip o facecie, którego skazano na karę śmierci. Wyrok miano wykonać za pomocą krzesła elektrycznego. Niestety, facet był tak otyły, że w krześle się nie mieścił. Sędzia nakazał zatem miesiąc ścisłej diety plus ćwiczenia. Nie pomogło. Zalecił zatem miesiąc o chlebie i wodzie. Nic. W przypływie desperacji zalecił zatem miesiąc o samej wodzie. Skazany nie schudł ani kilograma. Sędzia doprowadzony już na skraj załamania nerwowego pyta więc skazańca: Panie, czemu pan nie chudniesz? A on na to: No jakoś nie mam motywacji...

No właśnie ja też jej jakoś nie mam. Ani do biegania, ani do pisania. Do tego pierwszego jakoś sam siebie przekonuję - rozbieganie mam już bowiem za sobą. Do tego drugiego też, dzięki czemu piszę te słowa.

Mam teraz obecnie tzw. przełom sezonów (wspominałem powyżej o zakończonym dopiero co roztrenowaniu). Czeka mnie zatem trochę podsumowań i snucie planów i wyznaczanie celów na kolejne miesiące. Najpierw jednak czeka mnie jeszcze krótkie podsumowanie miesiąca, który zakończył sezon biegowy 2014/2015, czyli października.
Specyficzny to był miesiąc. Biegania niewiele, a nawet bardzo niewiele, bowiem o włos (w dniu takim jak dzisiejszy zdecydowanie bardziej pasuje wąs) przekroczyłem 100 km. Za to każdy tydzień był inny.
Źródło: endomondo.com
Tydzień pierwszy - maratoński.
Miesiąc zaczął się w środę, a już w niedzielę przyszło mi się po raz dziesiąty zmierzyć z dystansem maratońskim. Tym razem to maraton okazał się silniejszy, o czym już zresztą pisałem. Wliczając kilometry nakręcone w Katowicach, Siemianowicach Śląskich i Mysłowicach, od wspomnianej środy do niedzieli przebiegłem 58,3 km.

Tydzień drugi - pomaratoński
Po powrocie z Górnego Śląska byłem tak przez maraton sponiewierany, że długo nie miałem najmniejszej ochoty na zakładanie butów do biegania. Odpuściłem zatem zarówno sześć kilometrów zaplanowane przez Trenejro na wtorek, jak i osiem zaplanowanych na piątek. Do dychy wpisanej w rozpisce pod nagłówkiem niedziela również się nie zmusiłem. Tydzień pozostał nietknięty.

Tydzień trzeci - półmaratoński
Przed Szamotułami trzeba się było jednak zmobilizować. Przyjąłem, że biegnę bez strategii (czyli na wyczucie) - za to na maksa. Niemniej trzeba było zastany już nieco organizm rozruszać. We wtorek była zatem spokojna dyszka plus przebieżki. W czwartek dwusetki poprzedzone piątką w pierwszym zakresie. I tylko sobotniego rozruchu nie udało się zrealizować. A co się działo w niedzielę, kiedy to nie poprawiłem życiówki, również już popełniłem oddzielnego posta. Przez cały tydzień nabiegałem nieco ponad maraton - 42,6 km.

Tydzień czwarty  - roztrenowanie
Zmęczony nieco sezonem zwróciłem się za zapytaniem do Trenejro o możliwość zrobienia krótkiej przerwy w bieganiu. Ten wyraził zgodę na dwa tygodnie, pod warunkiem, że będę pływał i jeździł na rowerze. W piątek wybrałem się zatem na basen, a w niedzielę na rower. Niestety rowerowanie zakończyło się dla mnie bliższym spotkaniem z asfaltem.

Tydzień piaty - lizanie ran
Choć nic sobie nie złamałem (rower też wyszedł bez większego szwanku) przez kolejne dni byłem mocno połamany. Najgorszy był poniedziałek, gdy wsteczny bieg wrzucałem lewą ręką. W czwartek czułem się już całkiem lepiej i nawet myślałem czy by nie popedałować... na rowerze stacjonarnym. Ostatecznie postanowiłem dać sobie jeszcze jeden dzień odpoczynku i dopiero w piętek zdecydowałem się basen. To był mój błąd - podczas pływania naciągnąłem sobie najwyraźniej nie wykurowany mięsień (lub mięśnie) i weekend trzeba było spisać na starty, towarzyszył mi bowiem silny ból pleców. Tak silny, że mój powrót do biegania po weekendzie stanął pod sporym znakiem zapytania. Ale to już temat na innego posta.
Źródło: endomondo.com

12 października 2014

O miesiącu szlifów ostatnich uwag kilka

Ale czymże byłby rycerz, bez swojego wiernego rumaka... A nie, przepraszam, to nie ta bajka Chciałem oczywiście napisać, że czym byłaby relacja z maratonu bez podsumowania ostatniego etapu przygotowań. Po prostu z poczucia kronikarskiego obowiązku (prowadzenie tego bloga ma przecież jakiś, choć nie jeden, cel) muszę o jeszcze dzień lub dwa odwlec opis moich maratońskich katuszy i ten ostatni raz pochylić się na wrześniem Roku Pańskiego 2014.
Źródło: endomondo.com
A wrzesień ów można podzielić na dwa okresy - przed oraz po Biegu Lechitów (ten drugi można by też nazwać między połówką a maratonem, jak się ktoś uprze). W tych pierwszych dwóch tygodniach były podbiegi, było tempo (drugi zakres, jak kto woli) i były także (w tygodniu kończącym się startem) dwusetki. Generalnie jednak bez tłuczenia większej ilości kilometrów, bo najdłuższy trening miał ich szesnaście. Po połówce (a propos, wczoraj złapałem się na czymś już niemal oczywistym - że już od bardzo dawna, słowo połówka nie kojarzy mi się bynajmniej z alkoholem), choć wydawać by się mogło, że może być już tylko wyostrzenie (zwane także z angieska tapperingiem), było jeszcze całkiem intensywnie. Kolejny tydzień zakończył się bowiem dwudziestoma pięcioma kilometrami, w których trzeba było zawrzeć dziesięć, a potem dołożyć jeszcze pięć kilometrów tempa. Cztery dni później trzeba było znowu zaliczyć piętnaście kilometrów tempa, choć tym razem w jednym ciągu. A na niecały tydzień przed maratonem zrobić jeszcze dziesięć tysiączków. Żaden z tych trzech treningów nie dał się zaliczyć do tych rekreacyjnych. Dodajmy jeszcze podbiegi, które na moje własne życzenie zamieniliśmy na kros (nie mogłem sobie odmówić, przy okazji wizyty w (s)portowym mieście Szczecinie, odmówić przyjemności biegania po Lasku Arkońskim) i osiemnastokilometrowy pierwszy zakres w samym środku tygodnia (między krosem a piętnastką tempa) a zyskamy jako taki pogląd tego, jak wyglądały ostatnie szlify przed maratonem. I tylko ten ostatni tydzień (nie licząc tysiączków oraz samego maratonu oczywiście) był całkiem na luzie). Ale tu już wkraczamy na pola październikowe.
Źródło: endomondo.com
Generalnie jednak przez cały wrzesień miałem lekkie wrażenie, że biegam gdzieś jakby obok planów. Kilka korekt i przesunięć trzeba było zrobić. Niemniej, jak spojrzeć na to z pewnej perspektywy, wygląda to całkiem dobrze. Siedemnaście (jeśli wliczyć w to start w połówce) treningów biegowych, a także jedna wizyta na basenie. Prawie dwadzieścia pięć godzin czystego ruchu. I dwieście siedemdziesiąt - o dwadzieścia siedem więcej niż w sierpniu - przebiegniętych kilometrów.

Jak to wszystko przełożyło się na jubileuszowy start na królewskim dystansie, częściowo na pewno już wiecie. Ale na szczegóły trzeba jeszcze ten dzień lub dwa poczekać. A może i trzy lub cztery? No dobra spróbuję ograniczyć się do jak najmniejszej liczby. Niemniej poczekać trzeba. Dobra, kończę posta, bo zaczynam się zapętlać...

4 sierpnia 2014

O dokręcaniu i podkręcaniu uwag kilka

W lipcu było gorąco. Dosłownie i w przenośni. Dosłownie, bo kanikuła dobrze dała nam się we znaki. Na całe szczęście biegałem głównie rano – i tu od razu trzeba się pochwalić, że udało się, może jeszcze nie wprowadzić, ale na pewno rozwinąć nawyk wczesnego wstawania i rozpoczynania dnia od treningu. Zresztą gdyby się nie udało, wiele by z tego lipca nie było, bo Trenejro dokręcił mi śrubę tak mocno, że trzeba było zasuwać i to zdrowo. I pod tym właśnie względem lipiec był gorący w przenośni.
Po czerwcowym wprowadzeniu w letnio-jesienną cześć sezonu zaczęła się konkretna praca. Z jednej strony przestały dominować spokojne i krótkie zarazem rozbiegania, a zatem nastąpiło znaczące zróżnicowanie akcentów. Z drugiej strony zwiększyła się objętość. I to konkretnie. Cóż zatem biegało się w lipcu? Otóż pojawiły się biegi tempowe. Ciągiem od ośmiu do dwunastu kilometrów lub też krótsze odcinki (dwa do sześciu kilometrów), za to z narastającym tempem i w ramach całkiem długiego biegu. A wszystko to w okolicach tempa czterech i pół minuty na kilometr. Były jeszcze tzw. kilometrówki, ale jak się łatwo domyślić nieco szybsze, bo w okolicach 4:10/km. Było także biegane po pagórkowatym – bądź to w formie tzw. krosu (lipcowe krosy zasłużyły w sumie na oddzielnego posta), bądź klasycznych podbiegów (góra-dół, góra dół – i tak dziesięć razy). Nie obyło się również bez spokojnych wybiegań (każdy wie, nawet dziecko, że trening biegacza wyłącznie z akcentów składać się nie może – no chyba, że się biega trzy razy w tygodniu na przykład, ale w moim przypadku to już historia), czasem zakończone przebieżkami, określanymi niekiedy jako rytmy. Co ciekawe, po raz pierwszy od dawna pojawiło się w moim planie długie (spokojne) wybieganie (jako długie definiuję takie powyżej dwudziestu kilometrów).

Przy tym wszystkim udało mi się zachować w lipcu regularność, która (nie ukrywam) napawa mnie sporym zadowoleniem. Oczywiście nie obyło się bez pewnych korekt i przesunięć. Nie mogę również napisać, że zrealizowałem wszystkie treningi i w stu procentach zgodnie z założeniami. Ale żadnego treningu nie odpuściłem - jeden musiałem skrócić, z uwagi na przygodę z chyba-na-wpół-zdziczałym-psem, a inny, zaplanowany na ostatni dzień miesiąca, zrealizowałem już w sierpniu. I tylko trening siłowy wciąż jest u mnie przyczyną frustracji. Wprawdzie sześciokrotnie kończyłem bieganie gimnastyką siłową (strasznie mi się nie chciało, dopóki nie wprowadziłem pewnego urozmaicenia), ale powinno tych razów być co najmniej o trzy więcej. Za to ten zasadniczy trening siłowy, na który przeznaczyłem sobie poniedziałki leżał w lipcu całkowitym odłogiem. No niczym w tym filmiku o musze, co nie siada – ciągle coś, normalnie ciągle coś.
Prawie na koniec (na koniec będzie niespodzianka) garść statystyki, bez której przecież podsumowanie miesiąca obyć się nie może. Przede wszystkim należy odnotować, że w lipcu przebiegłem trzysta pięćdziesiąt sześć kilometrów (na pierwszy rzut oka tyle, ile zazwyczaj jest dni w roku, ale tylko pod warunkiem popełnienia czeskiego błędu). Więcej niż w maju i czerwcu razem wziętych. I w ogóle więcej niż w jakimkolwiek innym miesiącu w mojej dotychczasowej karierze biegacza amatora. Jeszcze jeden rekord padł w miesiącu minionym. Otóż pierwszy raz udało mi się w jednym tygodniu przebiec więcej niż dziewięćdziesiąt kilometrów. A uwzględniając pierwszy sierpniowy weekend to już nawet dwukrotnie. I tylko raz (w pierwszym tygodniu) kilometraż nie przekroczył kilometrów osiemdziesięciu. Jak tak na to patrzę, to nie do końca jeszcze wierzę i od samego patrzenia na te cyferki nogi mnie zaczynają boleć. A wszystko wskazuje na to, że w sierpniu lżej nie będzie.

A skoro w poprzednim akapicie się zapowiedziało niespodziankę, oto i niespodzianka. Dwa z lipcowych treningów zrealizowałem w pięknym (s)portowym mieście Szczecinie (w tym zabójczy kros w Lesie Arkońskim). W mieście, w którym co roku odbywa się bieg ulicznym, który już od kilku lat jest bardzo wysoko na mojej biegowej liście życzeń, ale wciąż coś stoi na przeszkodzie by w Szczecińskim Półmaratonie Gryfa pobiec. W tym roku również nie dam rady, ale Wy możecie. Mam bowiem dla Was trzy pakiety startowe ufundowane przez wspierający bieg PKO Bank Polski. Zadanie konkursowe jest następujące: Należy określić jaki procent założeń treningowych (pod kątem kilometrażu) na lipiec udało mi się zrealizować. Dla ułatwienia dodam, że założenia nie obejmują rozgrzewki, którą z kolei zaliczam do statystyk (nie dalej jak dzisiaj szwagierka zapytała się mnie co to kilometr dwieście na endomondo). Odpowiedzi (z dokładnością do dwóch miejsc po przecinku) należy wpisywać przez tydzień od momentu ukazania się posta w komentarzach pod tymże. Wygrywają trzy osoby, które podadzą wynik najbardziej zbliżony do rzeczywistego. Powodzenia!

31 lipca 2014

O tym co czasem słychać uwag kilka

Dzisiaj post z cyklu muszę, inaczej się uduszę. Chociaż z tym duszeniem to nie do końca, bo zbieram się do pisania od niedzieli (a przypomnę, że mamy już czwartek), gdyż w niedzielę właśnie miały miejsce wydarzenia, które chciałbym opisać. Na pewno każdemu (albo prawie każdemu) z braci biegającej zdarzyło się usłyszeć pod swoim adresem różnego rodzaju (że tak to określę) odzywki (klasykiem jest tutaj Gdzie ci się tak spieszy i wszelkie tego pochodne), względnie stać się adresatem mniej lub bardziej wyszukanych gestów. Ja miałem to szczęście (jakkolwiek to rozumieć), by w takim położeniu znaleźć się aż cztery razy podczas jednego tylko treningu. Właśnie tego, który miał miejsce wczesnym rankiem minionej niedzieli.
Czasem na treningu trzeba mieć ucho z kamienia (źródło: wikipedia.org)
Krótkie wprowadzenie. Jak wspomniałem powyżej, rzecz się działa w niedzielny poranek (między piątą z minutami a siódmą z minutami). Z racji podróży służbowej biegałem po Bielanach Wrocławskich i okolicach a konkretnie to po dwunastokilometrowej pętli prowadzącej z Bielan przez Tyniec Mały, Domasław i z powrotem do Bielan. Jako że miałem do przebiegnięcia dwadzieścia pięć kilometrów pokonałem ową pętlę dwukrotnie z małym wąsem.

Sytuacja pierwsza. Właśnie rozpoczynam piaty kilometr biegu. Ponieważ biegnę szosą bez chodnika, poruszam się oczywiście lewą stroną, niemniej gdy natrafiam na małe rondo muszę przebiec w poprzek jednego ze zjazdów. Pech chce (prawa Murphy’ego są bezwzględne), że akurat na rondo wjeżdża samochód i chce je opuścić akurat tym zjazdem, który ja właśnie przebiegam. Samochód siłą rzeczy musiał zwolnić. I co robi kierowca? Wymownie puka się w czoło. Co podmiot liryczny miał na myśli nie jestem pewien. Może dziwił się, że poruszam się pieszo, zamiast samochodem. Może to, że normalni ludzie o tej porze (zwłaszcza w niedzielę) śpią (chociaż sam nie spał). A najpewniej wyraził w ten sposób niewątpliwie święte oburzenie, że on musi zwolnić, bo ja mam czelność przebiegać przez jezdnie. Cokolwiek miał na myśli moją pierwszą reakcją był wybuch śmiechu. I jak nie mam tego w zwyczaju, ani występując w charakterze pieszego, ani kierowcy, to miałem wielką ochotę pokazać mu środkowy palec.

Sytuacja druga: Końcówka szóstego, a może początek siódmego kilometra biegu. Biegnę przez niewielką, acz malowniczą miejscowość Tyniec Mały. W okolicach przystanku autobusowego natrafiam na poruszających się w tym samym kierunku dwóch młodych mężczyzn wyglądających (sposób prowadzenia przez nich rozmowy również na to wskazywał) na nieco zmęczonych, acz cieszących się życiem (przypomnę, że była niedziela rano). Mówiąc wprost, byli w stanie wskazującym na spożycie. Gdy ich mijam, słyszę za plecami:
- O! My na***ani, a on sobie biega!
Odpowiedź nasunęła mi się tylko jedna:
- Każdy ma jakiegoś bzika...

Sytuacja trzecia. Zapewne jeden z klasyków, choć w nietypowym wydaniu. Piętnasty kilometr biegu. Przemierzam właśnie remontowany odcinek ulicy Czekoladowej w Bielanach zbliżając się po raz drugi do budowy ogromnego centrum logistycznego Amazon. Mija mnie bus, dosyć typowy, wiozący robotników (jak widać, ta niedziela była pracująca nie tylko dla mnie). Ponieważ droga również jest w przebudowie, ustawiono na niej tymczasową sygnalizację świetlną, na której bus się zatrzymuje. Gdy mijamy się po raz drugi (tym razem to ja wyprzedzam, a dokładnie to wymijam), od kierowcy słyszę wypowiedzianą łamaną polszczyzną (akcent wydawał się wskazywać, ze kierowca pochodzi zza wschodniej granicy naszego pięknego kraju) propozycję podwózki, Końcówka brzmiała mniej więcej jak Dawaj z nami! Z akcentem na na. Choć nie mam żadnej pewności, że kierowca na co dzień mówi po rosyjsku, w odpowiedzi użyłem jednego z niewielu słów, jakie zapamiętałem z niemal siedmioletniej nauki języka Puszkina: Spakojna.

I wreszcie sytuacja czwarta – najzabawniejsza. Dwudziesty czwarty kilometr biegu. Godzina siódma jedenaście. Właśnie po raz drugi w biegam do Bielan, gdy mija mnie starszy jegomość jadący z naprzeciwka na nieco sfatygowanym rowerze. Spogląda na mnie i pyta (uwaga, zapis fonetyczny):
- Ssspszyjemności szy za karę?
Udało mi się zachować fason i odpowiedzieć (chociaż łatwo nie było). Oczywiście zgodnie z prawdą, że z przyjemności. Chociaż dwa kroki dalej stwierdziłem, ze trzeba było powiedzieć, że przyjemność to dopiero będzie.

I tak sobie myślę, że jeśli chciałbym ułożyć Listę Przebojów Tekstów i Odzywek Zasłyszanych na Treningu (w skrócie LPTiOZnT), co najmniej dwa z powyższych tekstów znalazły by się w ścisłej czołówce. A Wy, co słyszycie na treningach? Lista przebojów już jest?

26 lipca 2014

Halo Panie Jacku: O zamachu z pętelką uwag kilka

Halo Panie Jacku!

Ledwie kilkanaście minut temu (gdy słowa te doczekają się opublikowania na blogu, będzie tych minut zapewne kilkaset, a na pewno kilkadziesiąt), zajadając się porcją lodów, która była nagrodą za całkiem udany biegowo dzień, przeczytałem po raz kolejny Pański ostatni felieton. Przy okazji - niech Pan sobie wyobrazi, że w końcu (no w końcu) zebrałem się w sobie i odnowiłem prenumeratę Runner's World (bliźniaczego periodyku o polskim tytule zresztą też). Dzięki temu w ostatni piątek, zamiast Mahomet do góry (względnie, ktoś w zastępstwie Mahometa, żona na przykład - ciekawe ile ich miał), góra przyszła do Mahometa. Nie musiałem organizować wycieczki do sklepu, ani nic. Oczywiście, jak to w takich wypadkach zazwyczaj się dzieje (patrz: prawa Murphy'ego), tego dnia akurat trafiłem do sklepu z zupełnie innego powodu i przejrzałem sobie najnowszy numer, zanim ten mój do mnie dotarł. Niemniej wracając do meritum (pisałem już, ze jest Pan moim wzorem jeśli chodzi o dygresje i dygresje do dygresji?), po lekturze naszły mnie (jak zawsze) pewne refleksje.
A propos Po trzecie (źródło: endomondo.pl)
Po pierwsze, zgadzam się, że przebywanie biegacza w zasięgu wzroku staje się zjawiskiem powszechnym. Z moich obserwacji wynika jednak, że fenomen ów nasila się w okresie, gdy ja na ten przykład przez dzień, dwa lub trzy z jakiegoś powodu biegać nie mogę. Tak działo się na przykład gdy Moja Hanka trafiła na kilka dni do szpitala, a ja z MONBŻ na zmianę między tym szpitalem a domem kursowaliśmy (bynajmniej nie biegiem). No wszędzie, byli po prostu wszędzie.

Po drugie - w kwestii pozdrowień. Zwykłem ostatnio żartować, że ja biegałem zanim to stało się modne. Precyzyjniej byłoby powiedzieć, że zaczynałem biegać, gdy owa moda na bieganie, która ostatnimi mięsięcmi (sic!) rozbuchała się niczym jelenie na rykowisku, dopiero kiełkowała. Tak czy inaczej, było nas znacznie mniej niż jest nas teraz i wciąż było to normą, że należy się pozdrowić. Ale to chyba jest, że tak to określę, cecha osobnicza. Małżonka ma uważa na ten przykład jest zdania, że pozdrawianie nieznajomej osoby jest nie do końca na miejscu. I gdy raz jeden zdarzyło nam się biegać razem a ja zamachnałem się na mijanego biegacza płci męskiej, od razu mi przypomniała swoje na ten temat zdanie. Musiałem jej wytłumaczyć, że ja tego chłopaka znam - on tu czasem biega (widziałem go wówczas po raz pierwszy i jak do tej pory ostatni, ale skoro tamtędy biegł, to przytrafiło mu się to co najmniej raz). Pozdrawiam i zaprzestać nie zamierzam, choć wraz ze wzrostem mijanych biegaczy zauważam również coraz bardziej różnorodne na pozdrowienia reakcje. Od tej, nazwijmy to normalnej, czyli odwzajemnienia. Przez odwzajemnienie, choć z wymalowanym na twarzy zdziwieniem (w tym również zdziwieniem typu: Ojej ale fajnie, ktoś mi pomachał!). Po reakcje z cyklu: Nie widzę cię, nie patrzę, biegam sobie i nic ci do tego. Ale zawsze będę pamiętał ten jeden raz, gdy pewnemu biegaczowi nie pomachałem. Do dziś nie wiem, czy było to wynik zaskoczenia, czy po prostu zabrakło mi śmiałości (jednak). A było to wówczas, gdy mijałem Pana na Polach Mokotowskich w stolicy naszego pięknego kraju.

Po trzecie – co dobiegania wzdłuż drogi o ruchu samochodowym – trochę mnie Pan zmartwił. To znaczy nie tyle Pan, co fakt uświadomienia sobie, że i ja być może wdycham więcej szkodliwych substancji niż bym chciał. Od jakiegoś już bowiem czasu odszedłem zupełnie od biegania po parku (ten najbliżej mojego domu można obiec nie przeciągnąwszy nawet pełnego kilometra) i niemal zupełnie od biegania po lesie, w stronę koncepcji by, kiedy to tylko możliwe, biegać po trasie jednopętlowej. Nawet, jesli przychodzi mi biegać w nieznanej okolicy - obcym mieście na przykład. Ale takie postępowanie jest niemal niemożliwe bez biegania wzdłuż mniej lub bardziej ruchliwych ulic. Powrotu do starej koncepcji kręcenia się w kółko i, jak Pan to zgrabnie określił, umierania z nudów jakoś sobie wyobrazić nie mogę. Na szczęście, gdy biegam wcześnie rano, a ostatnio biegam niemal wyłącznie wcześnie rano, ruch samochodowy jest jeszcze niewielki. I tym się pocieszam.

I tylko z jednym się z Panem nie zgodzę – z tym zawsze znajdowaniem się jakiegoś biegu w okolicy. Jak ja akurat chciałbym się pościgać, i to najlepiej na atestowanej trasie o typowym (w sensie, że na dziesięć kaemów na przykład) dystansie, to w okolicy albo nic w ogóle, albo owszem coś, ale w na tyle odległej okolicy, że musiałbym to po raz kolejny okupić poczuciem, że znowu zostawiam moje trzy panny na pół dnia same. Zapewne dzieje się tak dlatego, że mieszkam w stolicy, ale jedynie Wielkopolski.

Łącze tradycyjne pozdrowienia od CMcMH
Bartek M.

5 lipca 2014

O tym, że trzeba się odbić, uwag kilka

Jaki czerwiec Anno Domini 2014 był każdy widzi. To znaczy widział. I wie. Nie było aż tak ciepło jak to czasem w czerwcu bywa. Pomijając oczywiście weekend, na który przypadał półmaraton w Grodzisku. Tylko że oni tam temperaturę trzydzieści plus mają w pakiecie startowym. Ale, ale – ja tu schodzę na wątek pogodowy, a o bieganiu miałem pisać. Konkretnie o moim bieganiu. A konkretnie to o moim bieganiu w czerwcu.
Nieregularność. Nieregularność widzę. To normalne po roztrenowaniu...
Biegania w czerwcu było niewiele. Ale co się dziwić. Jego (tego czerwca) pierwsza połowa to końcówka wiosennego rotrenowania. Niemniej na ten właśnie okres miałem zaplanowane dwa starty - Półmaraton Słowaka oraz XLPL Ekiden. Druga to z kolei spokojne wprowadzenie w to, co treningowo ma się wydarzyć aż do momentu, gdy stanę na starcie swojego kolejnego maratonu. Naprawdę spokojnie, bo dzienny kilometraż nie przekraczał dwunastu a tygodniowy kilometrów trzydziestu sześciu. Przynajmniej z założenia tak miało być, bo w partktyce porobiło się tak, że po ekidenie cztery dni nie biegałem wcale i potem próbowałem trochę nadrabiać. I ostatecznie wyszło tak, że w ostatnim tygodniu biegałem aż pięć razy (zrobiwszy w poniedziałek trening zaplanowany na poprzedzającą go niedzielę). W każdym bądź razie przez owe dwa tygodnie biegałem sobie pierwszy zakres i raz w tygodniu kilka przewietrzających (sic!) przebieżek. Laba normalnie. Uwzględniając to wszystko nabiegane przez cały miesiąc sto czterdzieści sześć kilometrów (najmniej od listopada 2013) ani nie szokuje, ani nie dołuje.
Przyjmujemy optymistycznie tendencję wzrostową od lipca
Ale w czerwcu były jeszcze dwa wyzwania. Pierwsze budzikowe. Niewiele z tego wyszło, ale walczę dalej. Drugie żywieniowe. Tu poszło nieco o niebo lepiej. Dzielnie trzymałem się swoich postanowień. Może nawet trochę za bardzo (ale chciałem sprawdzić swoją silną wolę) - odmówiłem Mojej Od Niedawna Biegającej Żonie nawet lodów domowej roboty (MONBŻ zaszalała i nabyła drogą kupna maszynę do lodów) i placka na pełnoziarnistej mące, upieczonego na Dzień Mamy i Taty w przedszkolu. Sześciopaka wprawdzie wciąż nie widać, ale osobiście nie łudziłem się i nie spodziewałem takich efektów zaledwie po miesiącu. Ale za to (tadam) waga poszła w dół o kilogram, a zawartość tkanki tłuszczowej w organiźmie również w dół i również o jeden, tyle że procent. I w tym wypadku walczę dzielnie dalej.

Nie zapominajmy o jeszcze jednym wąznym wydarzeniu czerwca. O niedzielnym (a mamy tu na mysli ostatnią niedzielę czerwca) kibicowaniu nad Maltą. Ale co się tam działo przeczytacie na blogach Krasusa, Błażeja, Wybieganego i oczywiście Biegającej Matki. To oni tam biegali - ja się tylko przygladałem.

30 czerwca 2014

Halo Panie Jacku: O (za)bieganiu w pracy uwag kilka

Halo Panie Jacku!

Przede wszystkim muszę (a raczej chcę) pogratulować Panu jubileuszu! Pięćdziesiąt felietonów to jest coś. Fiu fiu, jakby powiedział Wróbel Ćwirek. Pierwszą moją myślą było by życzyć Panu kolejnych pięćdziesięciu. Ale to mogłoby zostać w dwójnasób interpretowane. Niczym najpopularniejsza polska piosenka śpiewana jubilatom. W interpretacji mojej Córki Starszej mówi ona mniej więcej tyle, że gdy skończę sto lat, to umrę. I już mnie nie będzie. Na nic zdają się tłumaczenia, że planuję pobić rekord świata w maratonie w kategorii wiekowej 100+. Zatem pozwolę sobie życzyć Panu co najmniej tylu pomysłów na tekst, co tekstów do napisania.

Tak w ogóle, to gdy w trakcie długiego weekendu do kiosków i salonów prasowych - a także delikatesów spożywczych, bo zazwyczaj tam (konkretnej nazwy nie podam, ale pozwolę sobie wspomnieć, że w Poznaniu jest bieg organizowany przez ową sieć) zaopatruję się w połowę dostępnych na polskim rynku wydawniczym periodyków dla biegaczy - trafił najnowszy numer RW, poprosiłem Moją Od Niedawna Biegającą Żonę, by go dla mnie nabyła (akurat wybrała się do miasta do księgarni). MONBŻ po powrocie do domu zapytała po co ja w ogóle tą gazetę (miesięcznik w zasadzie, ale kto tak mówi w normalnej rozmowie?) kupuję. Że to niby niczym czasopisma dla matek w ciąży - w kółko o tym samym. Być może - odparłem - ale co miesiąc jest zupełnie nowy felieton Pana Jacka. Drogi ten felieton – skonkludowała MONBŻ.
Praca w domu pozwala zaoszczedzić czas... który mozna poświęcić na bieganie (źródło: dilbert.com)
A skoro już o samym felietonie mowa, to poruszył Pan temat, który na pewien sposób dotyka mnie, odkąd bieganie postrzegam w kategoriach pasji: bieganie do i/lub z pracy. Dotyka mnie o tyle, że leży poza zasięgiem moich możliwości realizacji. Jako tzw. pracownik terenowy pracuję tam, gdzie akurat jestem i de facto dotarcie na miejsce wykonywania danego zadania również jest moją pracą. Gdy pracowałem w poprzedniej firmie, charakter pracy miałem bardzo podobny, choć określiłbym go jako stacjonarno-terenowy. Dysponowałem podówczas pomieszczeniem biurowym w siedzibie firmy, sęk w tym, że owa siedziba oddalona była od mojego miejsca zamieszkania o dystans zbliżony do tego, który dzieli miejscowości Ateny i Maraton w państwie znanym jako Grecja. Chodziło mi po głowie, że ewentualnie, jeśli kiedyś zajmę się na poważniej triatlonem, będę mógł na odcinku dom-biuro (względnie odwrotnie) wykonywać treningi kolarskie. Łatwo się domyślić, że nic z tego nie wyszło.
Wykonywanie zadań pracownika terenowego ma jednakże swoje zalety (ale i wady, jak wszystko - a może, jak mawiał mój wykładowca od materiałów budowlanych, zady i walety), również pod kątem bycia biegaczem-amatorem. Szczególnie jeśli ów teren jest (lub bywa) na tyle rozległy, ze przytrafia się nocować poza domem. Domyślam się, że Pan, jako artysta estradowy, domyśla się już do czego zmierzam. Pewnie, że lepiej spać we własnym łóżku, ale skoro już i tak czasu nie wypełnionego pracą nie da się spędzić z najbliższymi, to można poświęcić go na bieganie. A i nowe ścieżki (niekoniecznie te wybudowane ze środków miłościwie nam panującej nas finansującej Unii Europejskiej) można biegiem przemierzyć. Jak to często powtarzam, przy wyborze miejsca na nocleg kieruję się przede wszystkim dwoma kryteriami: jakością śniadania (dobre śniadanie po porannym treningu, to jest to co tygrysy lubią najbardziej) i bliskością atrakcyjnych miejsc do biegania.

Do pracy zatem nie biegam. Do szkoły też nie biegałem. Nawet nie dlatego że, choć było to relatywnie niedawno, mało kto (albo nikt) by te kilkanaście (w porywach do dwudziestu kilku) lat temu mógł w ogóle o tym pomyśleć. Zupełnie tak jak z tą pracą. Albo miałem za blisko albo za daleko. Do podstawówki miałem około osiemset metrów, więc i tak wszyscy chodzili pieszo. Do liceum dojeżdżałem autobusem (tzw. Bryką, nie mylić z pekaesem) na trasie liczącej bądź to około dziesięciu, bądź siedemnastu kilometrów (ta rozbieżność to temat na oddzielne opowiadanie). Na studiach za to musiałem jedynie przejść przez jezdnie. Ale za to, będąc dzieckiem w podstawówce (a miałem wówczas pierwsze symptomy mojego dzisiejszego hobby) nie musiałem przejmować tym, że mogę być postrzegany jako dziwak. Wynikało to trochę z tego, że i tak byłem tak postrzegany (powiedzmy, że byłem dzieckiem nieco innym niż moi rówieśnicy), a trochę ze specyfiki miejscowości, w której się wychowywałem. Chociaż raz, gdy zapuściłem się w okoliczne wioski, jakieś dziecko wybiegło za mną z wiejskiej zagrody, niczym za wozem cyrkowym.

Co ciekawe, gdy ktoś w internetach pisze, że ma za blisko z domu do pracy na biegowy trening, zwykłem zauważać, że nikt nikomu nie każe biec najkrótszą drogą. Tylko jak tu kluczyć na drodze do zaparkowanego niemal pod samymi drzwiami samochodu. No niby można, ale trzeba jeszcze wziąć prysznic i coś zjeść. Czyli wrócić do domu.

Łącze tradycyjne pozdrowienia od CMcMH
Bartek M.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...