Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ścieżki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ścieżki. Pokaż wszystkie posty

26 czerwca 2016

O bieganiu kontra reszta życia uwag kilka

Tak mniej więcej od jesiennego maratonu w Poznaniu wciąż i nieodmiennie mam wrażenie, że gonię własny ogon. Wciąż i wciąż nie idzie (a może powinienem napisać nie biegnie) mi niestety. Wciąż nie mogę złapać własnego rytmu. Postaram się wytłumaczyć to na przykładzie ostatnich trzech tygodni.

W drugim tygodniu czerwca spędziłem prawie cały tydzień na delegacji na Podkarpaciu w Małopolsce. Była to poniekąd świetna okazja do biegania w nowych lub mało znanych miejscach. I tu akurat mogę się pochwalić, że z tej okazji udało mi się skorzystać. Najpierw był Sandomierz. A był we wtorek, czyli (aktualnie) dzień podbiegów. Kto zna Sandomierz, ten wie, że o podbiegi tam nie trudno. Właściwie centrum tego miasta to jeden wielki podbieg. Tak więc zwiedziłem sobie w miarę dokładnie rynek i okolice, a zamiast podbiegów był kros pasywny po utwardzonym.
Wykres tętna i wysokości podczas wycieczki po Sandomierzu (źródło: endomondo.com)
Nazajutrz nocowałem (dla odmiany) w Krakowie. Ponieważ jednak Kraków to miasto nieco większe od Sandomierza, nocowanie w hotelu na przedmieściach w tym wypadku utrudniało bieganie po starówce. Postanowiłem jednak sprawdzić jak daleko, metodą na hobbita uda mi się dobiec. Udało mi się dotrzeć do Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha, a do samego Wawelu miałem już tylko tzw. kawałek. Ale co robić - jak na hobbita, to jest jeszcze z powrotem.
Niezbyt skomplikowana trasa wycieczki po Krakowie (źródło: endomondo.com)
A propos powrotów, to gdy wróciłem do siebie do Poznania, życie postanowiło mi przypomnieć, że nie składa się wyłącznie z biegania. Po trzech dniach posuchy biegowej, udało mi się zaliczyć niedzielne wybieganie, więc sobotni trening odrabiałem w poniedziałek.

W kolejnym tygodniu miało być oczywiście lepiej. Ale tu, nie pamiętam już który to już raz, spadło na mnie z wielką mocą coś, co zwykłem nazywać ciągiem niefortunnych zdarzeń. Zdarzenia związane były głownie z pracą, ale i życie rodzinne, a nawet zdrowie (ale to akurat wynikało z mojego zachowania w postępowania w pewnych kwestiach) dołożyło trzy grosze. Dość powiedzieć, że przez kolejne osiem (tak tak, osiem) dni nie udało mi się założyć butów do biegania ani razu.

Teraz staram się raz jeszcze zrealizować te plany, które miałem na drugi (podkarpacko-małopolski) tydzień czerwca. Już wiem, że w stu procentach mi się nie uda. Ale gonie ten ogon dalej. Jakoś dobiegnę do końca czerwca. A może lipiec w końcu będzie lepszy?

20 sierpnia 2015

Halo Panie Jacku: O Mrzeżynie i Mierzynie uwag kilka

Halo Panie Jacku!

Dawno mnie tu nie było. Tu, czyli na swoim własnym blogu. Istnieje jednak uzasadnienie mojej, ze tak to nieliteracko określę, niebytności. A kryje się ono pod popularnym o tej porze roku słowem: Urlop. Tak, byłem na urlopie, który okazał się również urlopem od blogowania. Nie to, żebym chciał i planował. Ot, po raz już któryś tam w życiu stanąłem przed wyborem: pisać o bieganiu, czy biegać? Zazwyczaj wybieram to drugie. Także urlopu od biegania nie było. Były pewne utrudnienia logistyczne, były przesunięcia w planie, ale laby biegowej nie.

Tak na marginesie - zastanawiał się pan kiedyś, jakie dni są najbardziej męczące? Ja już nie muszę. Wiem, że to są dni powrotu z wakacji. A konkretnie z wakacyjnego wyjazdu. W tym roku tak się złożyło, że przez siedemnaście urlopowych dni wyjechaliśmy w dwa różne miejsca, a więc dwa razy wracaliśmy do domu. Nie będę dobrze wspominał tych dni, a szczególnie następujących po nich wieczorów. Nie pamiętam kiedy ostatnio czułem się tak bardzo, ale to bardzo wykończony!

Całe urlopowe bieganie zaczęło się... od kłopotów ze wstawaniem. Cała sztuka biegania na urlopie kryje się w tym, by nie kolidowało ono z normalnym życiem urlopowym. Trzeba więc dosyć wcześnie wstawać (zazwyczaj o szóstej wystarcza). Na szczęście, będąc rodzicem dwójki przedszkolaków, chodzi się też zazwyczaj dosyć wcześnie (choć i tak buszowały do nieprzyzwoicie późnych godzin nocnych) spać. Niestety na pierwszy urlopowy trening (w sobotę) nie podźwignąłem się. Na szczęście MONBŻ* wykazała się ogromną wręcz wyrozumiałością i zabrała Córki Obie na Święto Kaszy, a mnie pozwoliła pobiec z Trzebiatowa do Mrzeżyna, i z powrotem. Trening ciężki, bo po pierwsze drugi zakres, po drugie miał miejsce w pierwszym dniu nagłego powrotu lata (ciepło było), a po trzecie o tej porze dnia szosa z Trzebiatowa do Mrzeżyna (i z powrotem) jest dosyć mocno uczęszczana (i to raczej przez zmotoryzowanych, nie zawsze kulturalnych, niż przez biegaczy). Ale jaka satysfakcja z wykonanego treningu.
W niedzielę znowu nie wstałem - udało się za to (wreszcie) w poniedziałek i odrobiłem zaległości z dnia poprzedniego. Ale przez to, że nowy tydzień zacząłem od odrabiania zaległości właśnie, na koniec okazało się, że od poniedziałku do niedzieli nabiegałem sto szesnaście kilometrów (rekord!).
Ale wróćmy jeszcze na początek tygodnia.
Niezwykle ambitne plany miałem na wtorek. Postanowiłem wstać jeszcze przed wschodem słońca i część trasy przebiec po plaży (której, a propos, sporo w tym roku w Mrzeżynie ubyło), podziwiając przy tym widoki. Jak się łatwo domyślić, nie wstałem. Trochę w tym zasługi Córki Młodszej, która postanowiła się obudzić, akurat jak miał zadzwonić budzik. Niemniej, gdyby mi się bardziej chciało, pewno by się jednak udało. Tak więc zaplanowany jeszcze na pierwszy wyjazd trening, zrobiłem dzień później już w Poznaniu. A zanim wyruszyliśmy w kolejną podróż, zrealizowałem jeszcze dwa inne, w tym mocno nieudany drugi zakres.
Nadmorski hobbit, czyli z Trzebiatowa do Mrzeżyna (tam) i z powrotem (źródło: endomondo.com)
Kolejny weekend spędzaliśmy już na tzw. kępingu (sic! - Klasyk twierdzi, że nazwa wywodzi się od kępy traw), na którym ze wstawaniem było już o niebo lepiej. Po pierwszej nocy kręciłem się wokół Jeziora Mierzyńskiego. Natomiast naprawdę (jak to, podobno, mawia młodzież) grubo miało być (i było) w niedzielę. Trenejro zaplanował mi na ten dzień tzw. Trzydziestkę (na szczęście wyłącznie pierwszy zakres), z której miałem wrócić (podkreślam: wrócić) około siódmej, tak, aby MONBŻ mogła również pobiegać zanim zrobi się naprawdę gorąco (a przypomnę, szczególnie tym, którzy będą to czytać za kilka miesięcy na przykład, że mieliśmy akurat w Polsce falę upałów zbliżających się do czterdziestu kresek). Wstałem więc, niczym Jezus w Ewangelii, gdy jeszcze było ciemno i udałem się nie tyle w miejsce pustynne (jak Jezus), co do najbliższego miasta, by przy okazji obejrzeć trasę biegu III Międzychodzkiej Dziesiątki z Pompą, na która zapisałem się po raz drugi, choć (o ile oczywiście nic mi znów, jak w zeszłym roku, nie przeszkodzi) pobiegnę po raz pierwszy. I tak się atrakcyjnie złożyło, że dotarcie do Międzychodu, pięć pętli biegu i powrót dały dokładnie dystans trzydziestu kilometrów (przypadek?). I wróciłem nieco po siódmej.
Jeszcze raz udało mi się wstać - we wtorek. W środę, dzień wyjazdu, już jednak nie i znowu musiałem nadrabiać zaległości, przez co przez cztery ostatnie dni urlopu (już w Poznaniu) takiego bez biegania już nie było.
A od pierwszego do ostatniego dnia wakacji mych, przebiegłem dwieście dwadzieścia pięć kilometrów. Całkiem niezły wynik jak sądzę.
Zasadniczo w tym wypadku również było na hobbita (źródło: endomondo.com)
A jak się ma urlopowe bieganie do Pana ostatniego felietonu? Otóż postanowiłem (i najpewniej zdania już nie zmienię - zwłaszcza, że właśnie je upubliczniam), że w przyszłym roku w ramach letnich wakacji wybiorę się do Trójmiasta na Maraton Solidarności. Pewnie o rekord świata (nawet ten osobisty i prywatny) nie powalczę, ale pojadę i pobiegnę.

Łącze tradycyjne pozdrowienia od CMcMH
Bartek M.

*Doszliśmy wspólnie do wniosku, że Moja Żona już od jakiegoś czasu nie jest Od Niedawna Biegająca

2 marca 2015

O krosie idealnym uwag kilka

Bieg w terenie urozmaiconym, czyli kros (w niektórych kręgach znany jako cross) moich planach treningowych zagościł podówczas, gdy zaczął je przygotowywać Trenejro. Pod kilkoma względami jest to, nie da się ukryć, najbardziej problematyczny rodzaj treningu. Przynoszący wiele biegowej frajdy, a jednak problematyczny. Problem bowiem w tym, że jest to jedyna chyba jednostka treningowa, na którą muszę dojechać. W każdym innym przypadku ubieram się, wychodzę z domu i zaczynam biec. W przypadku krosu nie tylko zmuszony jestem upchnąć po kieszeniach jeszcze kluczyki od samochodu (a propos, czemu przyjęło się mówić kluczyki - przecież zazwyczaj są one większe od standardowych kluczy?) i dokumenty, ale jeszcze muszę wygospodarować dodatkowe pół godziny na dojazd. Ale kros ma to do siebie właśnie, że raczej trudno go biegać metodą gdzie nogi poniosą.

Od początku mojej (że tak to ujmę) przygody z krosem, realizowałem go w okolicach tzw. mekki poznańskich biegaczy, czyli Malty. Mając za sobą jedno bo jedno ale niezapomniane doświadczenie z Malta Trail Running, wiedziałem gdzie szukać terenów urozmaiconych. Na początku jednak dosyć mocno improwizowałem i eksperymentowałem z różnymi wariantami trasy. W tym roku postanowiłem zrobić z tym porządek i wytyczyć sobie porządną pętlę na cele krosu. Spędziłem kilka dłuższych chwil nad stronami internetowymi pomocnymi w wytyczaniu tras, zasięgnąłem języka u bardziej doświadczonych kolegów (właściwie to u jednego), a także wybrałem się na rekonesans. Potem jeszcze kilka poprawek i powstała wreszcie moja własna pętla krosowa. Choć być może ktoś już od dawna biega dokładnie po takiej samej, to ta jest moja i już. A znaleźć ją można, a jak ktoś zechce, to po lekturze niniejszego posta może wypróbować (aż tak moja nie jest - myta ani tantiemów nie pobieram), nieopodal Malty właśnie, a dokładnie między Stawem Olszak a poznańskim Nowym Zoo.
Wykres wysokości przy pięciu pętlach. Pomiar mógłby być bardziej dokładny, niemniej odcinek między drugim a czwartym kilometrem można by uznać za uśredniony.
Przy tyczeniu trasy kierowałem się głownie wskazówkami pana Jerzego Skarżyńskiego, jakie zawarł w jednej ze swoich książek i przyznać muszę, że wyszło mi dzieło niemal idealne. Posiada bowiem wszystko, a nawet więcej, co mistrz Skarżyński zaleca
  • Jej długość mieści się w granicach 1,5-3,0 km - a dokładniej rzecz ujmując ma tak ok dwóch kilometrów.
  • Jest pofałdowana (nawet mocno) a jej podłoże jest urozmaicone - może nie jakoś mocno urozmaicone, ale nie ma co narzekać. Są leśne ścieżki, ścieżki kamieniste, a nawet trochę kopnego piachu. Brak tylko kawałka nawierzchni utwardzonej dla urozmaicenia.
  • Zawiera łagodne podbiegi i zbiegi o długości 150-250 m - a może nawet nieco dłuższe.
  • Zawiera podbiegi i zbiegi krótkie, acz strome. Tu mistrz Skarżyński nie zaleca przesady stromościach, a ja znalazłem podbieg niczym mój pierwszy kilometr na maratonie w Pradze w zeszłym roku - na końcu stajesz i płaczesz. I za nic bym go nie usunął. Mało tego, niedaleko jest równie stromy zbieg - kiedyś pobiegnę w przeciwnym kierunku i stanie się podbiegiem.
  • Jest jedno siodło - choć znalazłem je (a w zasadzie przypomniałem sobie, że gdzieś tu powinno być), gdy myślałem, że pętla posiada już swój ostateczny kształt.
  • Są też lekko pofałdowane a nawet płaskie odcinki - jest gdzie odsapnąć.
  • Strumyka do przeskoczenia ani nisko zwisających drzew do schylania się pod nimi zabrakło niestety. Ale za to są dwa powalone drzewa - żeby było ciekawie oba na wspomnianym powyżej stromym zbiegu. Jest też jeszcze kilka sztucznych przeszkód terenowych w postaci skoczni wykonanych z grubych gałęzi oraz ziemi przez (najprawdopodobniej) amatorów jazdy na dwóch kółkach. A skocznie, jak sama nazwa wskazuje doskonale nadają się by je przeskakiwać, lub na nie wskakiwać.
Można by uznać, że na trening składają się z trzy pętle, w tym jedna właściwa.
Warto wspomnieć, że taki trening w terenie urozmaiconym nie składa się wyłącznie z kręcenia na wysokich obrotach po takiej pętli. Obudowa musi być - trochę truchtu, OWB1 oraz obowiązkowo gimnastyka rozciągająca. Dlatego zostawiam zazwyczaj samochód na ul. Arcybiskupa Dymka, by nad staw dotrzeć już biegiem, dokręcam jeszcze dwa kółka wokół stawu a potem już tylko 10-12 minut gimnastyki i wrzucam na wysokie obroty. No właśnie ciekawostka - choć daję z siebie zazwyczaj tak zwanego maksa, wykres tętna nie przypomina krzywej wznoszącej i nie zbliża się zbyt mocno do wartości tętna maksymalnego (momentami wchodzi zaledwie w trzeci zakres). Cecha osobnicza?
Do HRmax (u mnie ok. 185-186) wciąż jeszcze daleko...
W tym wszystkim żałuję tylko jednego. Że na jakiś czas przyjdzie mi się pożegnać z moją, z takim trudem wytyczoną pętlą. Przyszedł czas innych rodzajów akcentów.

10 lutego 2015

O trzynastu i trzech startach w imprezie o trzech nazwach uwag kilka

Przejrzałem właśnie historię moich startów w imprezie, która gdy stawiała swe pierwsze kroki, nazywała się Grand Prix Poznania w biegach przełajowych. W imprezie, która co roku bije rekordy popularności – dziś jest największym cyklem imprez biegowych w Polsce i charakter również podsiada ogólnopolski – a jednak często było mi z nią nie po drodze. Nie to, żebym miał coś przeciwko (wręcz przeciwnie, że tak przywołam klasyka), ale nadzwyczaj często tzw. czynniki sprawiały, że nie docierałem na poszczególne biegi.
Intensywność (w dwójnasób rozumiana) moich startów w GP Poznania (niezależnie od nazwy)
Historycznie wyglądało to mniej więcej tak:
Edycja 2010 – I Grand Prix Poznania w biegach przełajowych. Cztery starty. Sklasyfikowany (pierwszy i ostatni raz jak do tej pory).
Edycja 2010/11 – II Grand Prix Poznania w biegach przełajowych. Dwa starty (pierwszy i ostatni bieg). O ile dobrze pamiętam wykupiłem wtedy karnet na cały cykl. Oczywiście nie zostałem sklasyfikowany.
Edycja 2011/12 – III Grand Prix Poznania w biegach przełajowych. Cztery starty, a jednak bez klasyfikacji w całym cyklu, który podówczas liczył osiem biegów, a dla chętnych był dodatkowy bieg na dystansie 2,195 km (zgadnijcie dlaczego) i aby zostać sklasyfikowanym należało wystartować co najmniej sześć razy.
Edycja 2012/13 – Grand Prix Poznań zBiegiemNatury (zmiana nazwy). Jeden start.
Edycja 2013/14 – Grand Prix Poznań zBiegiemNatury. Dwa starty.

I wreszcie nadeszła edycja 2014/15, a z nią kolejna zmiana nazwy – na Grand Prix Poznań CITY TRAIL. W pierwszych dwóch biegach, z uwagi na konflikt terminów (to właśnie jeden z rodzajów wspomnianych wyżej czynników) nie wziąłem udziału. Zresztą kierowany doświadczeniem lat poprzednich nie miałem tzw. parcia. Tymczasem w rozmowach z Trenejro zrodziła się taka koncepcja, by raz w miesiącu pobiec szybką piątkę (tak dla sprawdzenia formy) ale z założeniem, że z domu na miejsce zawodów oraz z powrotem przemieszczam się biegiem. Najpierw myślałem o rozgrywanym na poznańskiej Cytadeli parkrunie – ostatecznie padło jednak na Rusałkę. I tak zapisałem się na trzeci bieg trwającego obecnie cyklu.
Dla przypomnienia - trasa biegu nad Rusałką wygląda jak powyżej
Grand Prix Poznań CITY TRAIL #3 – 20.12.2014 r.
W sobotę się zapisałem, a w niedzielę odezwało się kolano. I trzeba było szybko koncepcję rewidować. Pobiec wprawdzie pobiegłem, ale był to mój pierwszy bieg (jakikolwiek) po sześciu dniach przerwy, o mocnym ściganiu nie mogło być więc mowy. Nad Rusałkę pojechałem zatem samochodem, a sam bieg miał być może nie spokojny, ale też nie w tzw. trupa. To drugie akurat nie do końca wyszło, bo choć wynik końcowy z nóg nie zwala (0:22:37 – najsłabszy od stycznia 2012), to serce udało mi się rozpędzić na ostatnich metrach biegu niemal do haermaks.

Grand Prix Poznań CITY TRAIL #4 – 24.01.2015 r.
Tym razem na miejsce startu – z pominięciem biura zawodów, które akurat mieści się w okolicach mety (biuro odwiedziłem dzień wcześniej) – dotarłem biegiem. Nieco ponad cztery kilometrów pierwszego zakresu zakończone ćwiczeniami rozciągającymi – niemal klasyczna rozgrzewka, gdyby nie długość i intensywność biegu poprzedzającego rozciąganie. Potem chwila skupienia i start. Wykres tętna niemal identyczny jak miesiąc wcześniej (średnie 174, maksymalne 184) a wynik o dokładnie sto jeden sekund lepszy: 0:20:56. Dobrze jest. Na mecie herbata, drożdzówa i do domu – ponieważ meta jest po drugiej stronie jeziora, droga powrotna wyniosła niemal siedem kilometrów.
Refleksja: Lepiej nad Rusałkę biegać niż jeździć. Czasowo wychodzi mniej więcej to samo, a jaki ładny trening można zrobić (pomijając sam start).
Treningowo należałoby to chyba zaklasyfikować jako wytrzymałość tempową

Grand Prix Poznań CITY TRAIL #5 – 7.02.2015 r.
Zaledwie dwa tygodnie przerwy, ale miała być walka o jeszcze lepszy wynik środkowej części treningu. Niestety, znowu dały znać o sobie czynniki. Dzień wcześniej szkolenie dwieście pięćdziesiąt kilometrów od domu zakończone ciężkostrawną kolacją (grzybowa) i sensacje żołądkowe przed zaśnięciem. W sobotę pobudka po szóstej - Córki, które do przedszkola trzeba siłą z łóżka wyciągać, tradycyjnie stwierdziły, że w dzień wolny od pracy i wspomnianego przedszkola spać długo nie ma sensu. I jeszcze ból głowy. Zastanawiałem się nawet czy nie odpuścić. Ostatecznie nad Rusałkę pobiegłem. I choć czułem, że mocy nie ma, jeszcze do końca pierwszego kilometra, na którym goniłem samego siebie sprzed dwóch tygodni (Virtual Racer) łudziłem się, że poprawię ostatni wynik. Na drugim kilometrze wiedziałem już, że to niemożliwe. Nie odpuściłem jednak zupełnie – do mety dobiegłem tempem, na jakie mnie tego dnia było po prostu stać. A stać mnie było na pokonanie pięciu kilometrów w dwadzieścia jeden minut i czterdzieści dwie sekundy. Warto jednak zauważyć, że tego dnia nie tylko warunki wewnętrzne sprawiały, że bieg był trudny. Wyczekiwany przez wszystkich (no prawie, ale przez dzieci na pewno) śnieg sprawił, że trasa była dosyć śliska.

A jaka konkluzja na koniec. Jeśli uda mi się wykonać ten specyficzny trening jeszcze raz (na początku marca), po raz pierwszy od pięciu lat zostanę sklasyfikowany. No, to oby do marca!

7 października 2014

Halo Panie Jacku: O bieganiu w kółko uwag kilka

Halo Panie Jacku!

Chciałem do Pana napisać jeszcze przed moim kolejnym moim startem na dystansie maratońskim, ale... No jakoś w tej, tzw. przedmaratońskiej gorączce nie miałem absolutnie weny do pisania i w sumie kilka rzeczy, które powinienem był napisać jeszcze przed niedzielą piątego października, zostanie w plecione w cykl pomaratońskich podsumowań. A na pierwszy ogień idzie te kilka słów kierowanych do Pana.

Po lekturze Pańskiego ostatniego felietonu chciałem najpierw naszły mnie refleksje na temat moich ścieżek treningowych (tych u siebie i tych wyjazdowych - z racji wykonywanego zawodu również nieco podróżuję, o czym już zapewne wspominałem). Ale już po ukończeniu tego jubileuszowego, dziesiątego biegu na królewskim dystansie postanowiłem nawiązać właśnie to tegoż dystansu i przelać na papier (w wirtualną, rezo-jedynkową rzeczywistość raczej) swoje przemyślenia na temat przebiegu tras maratonów, ze szczególnym uwzględnieniem tych, które sam pokonałem. Pozwoliłem sobie zatem na małą retrospekcje (to ten moment w filmach, gdy obraz zaczyna charakterystycznie falować) i tak powstała ta oto Subiektywna Klasyfikacja Tras Biegów Maratońskich - w skrócie SKTBM
Biegi w kółko kojarzą mi się z lekcjami wuefu w podstawówce i tzw. pętelką. Na zdjęciu guzik z pętelką
(źródło: Wikimedia)
Typ 1, zwany także klasykiem - Trasa Jędnopętlowa
Dlaczego klasyk? Bo aż połowa (czyli pięć: Warszawki, Wrocławski, Berliński, Poznański w swej czternastej edycji oraz Silesia Marathon) przebiegniętych ukończonych przeze mnie maratonów miały właśnie taki przebieg. Ot, wybiega się z linii startu i biegnie by wrócić mniej więcej (nie zawsze dokładnie) w to samo miejsce. Czasem ani razu nie stawało się na tym samym kawałku asfaltu, jak na przykład w Berlinie, gdzie trasa miała kształt niedomkniętej pętli. Innym zaś razem mała część trasy pokrywała się, gdy na przykład finiszowało się w przeciwnym kierunku niż zaczynało bieg. A czasem trasa krzyżowała się sama ze sobą - taka pętelka na pętli.

Typ 2 - Trasa dwupętlowa
Przypadek niezbyt często spotykany, ale np. maraton w mieście, w którym obecnie mieszkam, przez długie lata miał taki właśnie przebieg. Na linie startu wracało się po przebiegnięciu mniej więcej połowy dystansu, by drugą połowę przebiec tą samą trasą. Niewątpliwą zaletą (niemniej ja osobiście i tak wolę trasy jędnopętlowe) takiego układu jest fakt, że nawet gdy biegniemy w obcym mieście, na tym zdecydowanie trudniejszym odcinku maratonu, wiemy już mniej więcej czego się o trasie spodziewać (choć czasem ignorancja to błogosławieństwo).

Typ 3 - Trasa trzypętlowa
Taki przebieg od lat ma trasa maratonu w Dębnie, która de facto w niewielkim jedynie stopniu przez owo Dębno prowadzi. Taka trasa, oprócz tego, że za trzecim razem czujemy się niemal jak u siebie, ma jeszcze jedną niewątpliwą zaletę. Wystarczy, że mieszkańcy takiego Dębna, jak i jego okolic, wyjdą przed dom (co zresztą mieszkańcy Dębna i okolic chętnie czynią), a już pojedynczy maratończyk może liczyć na trzykrotne wsparcie.

Typ 4 - Trasa udziwniona
Taką nazwę nadałem trasom takich maratonów jak ten w w Krakowie (edycja 2010), Łodzi (2013), czy Pradze (2014). Owo udziwnienie polega na tym, że przez niektóre fragmenty trasy przebiega się tylko raz, przez inne dwa (czasem w tym samym, a czasem w przeciwnych kierunkach), a przez niektóre nawet i trzy. Niemniej najbardziej zapadła mi w pamięć (w formie swego rodzaju traumy) trasa Cracovia Marathon A.D. 2010. Najpierw musieliśmy pokonać pętlę woków Błoni Krakowskich, potem pobiec do Nowej Huty i z powrotem, by na koniec jeszcze (nie raz, lecz) dwa razy obiec Błonie. Czemu to takie straszne? Bo trzeba było przebiec obok mety, mając do niej zarazem jeszcze pięć kilometrów. Gdyby nie to, że ludzie zasadniczo z własnej nieprzymuszonej woli na coś takiego się decydują, nadawało by się to na interwencję ONZ, Amnesty International, a co najmniej Rzecznika Praw Obywatelskich.

Zdefiniowałbym jeszcze trzy typy, z którymi zetknąłem się w biegach na krótszych dystansach (lub osobiście jeszcze się nie zetknąłem, niemniej wiem, że takowe bywają), ale występują również w wersji maratońskiej.

Typ 5 - Trasa czteropętlowa
Przed swoim drugim maratonem biegłem dystans o połowę krótszy w ramach maratonu w Lesznie. Tam właśnie wytyczono pętlę, którą trzeba było pokonać cztery razy by zaliczyć dystans królewski, dwa, aby mieć w nogach połówkę, a jak ktoś chciał, biegł raz i pokonywał ćwierćmaraton.

Typ 6 - Trasa wielopętlowa
Taką formę najczęściej przyjmują rozgrywane na niewielkim obszarze maratony koleżeńskie. Ilość pętli zależy najczęściej od dostępności powyższego obszaru

Typ 7 - Trasa z punktu A do punktu B
Taki przebieg ma chociażby Maraton Bostoński, a na naszym podwórku miał przez jakiś czas maraton, który również przez jakiś czas nazywał się Maratonem Metropolii i prowadził albo z Torunia do Bydgoszczy, albo zgoła odwrotnie.

Nie słyszałem jednak jak do tej pory o maratonie, który miałby trasę, którą ja nazywam na hobbita, czyli tam i z powrotem.

Łącze tradycyjne pozdrowienia od CMcMH
Bartek M.

26 lipca 2014

Halo Panie Jacku: O zamachu z pętelką uwag kilka

Halo Panie Jacku!

Ledwie kilkanaście minut temu (gdy słowa te doczekają się opublikowania na blogu, będzie tych minut zapewne kilkaset, a na pewno kilkadziesiąt), zajadając się porcją lodów, która była nagrodą za całkiem udany biegowo dzień, przeczytałem po raz kolejny Pański ostatni felieton. Przy okazji - niech Pan sobie wyobrazi, że w końcu (no w końcu) zebrałem się w sobie i odnowiłem prenumeratę Runner's World (bliźniaczego periodyku o polskim tytule zresztą też). Dzięki temu w ostatni piątek, zamiast Mahomet do góry (względnie, ktoś w zastępstwie Mahometa, żona na przykład - ciekawe ile ich miał), góra przyszła do Mahometa. Nie musiałem organizować wycieczki do sklepu, ani nic. Oczywiście, jak to w takich wypadkach zazwyczaj się dzieje (patrz: prawa Murphy'ego), tego dnia akurat trafiłem do sklepu z zupełnie innego powodu i przejrzałem sobie najnowszy numer, zanim ten mój do mnie dotarł. Niemniej wracając do meritum (pisałem już, ze jest Pan moim wzorem jeśli chodzi o dygresje i dygresje do dygresji?), po lekturze naszły mnie (jak zawsze) pewne refleksje.
A propos Po trzecie (źródło: endomondo.pl)
Po pierwsze, zgadzam się, że przebywanie biegacza w zasięgu wzroku staje się zjawiskiem powszechnym. Z moich obserwacji wynika jednak, że fenomen ów nasila się w okresie, gdy ja na ten przykład przez dzień, dwa lub trzy z jakiegoś powodu biegać nie mogę. Tak działo się na przykład gdy Moja Hanka trafiła na kilka dni do szpitala, a ja z MONBŻ na zmianę między tym szpitalem a domem kursowaliśmy (bynajmniej nie biegiem). No wszędzie, byli po prostu wszędzie.

Po drugie - w kwestii pozdrowień. Zwykłem ostatnio żartować, że ja biegałem zanim to stało się modne. Precyzyjniej byłoby powiedzieć, że zaczynałem biegać, gdy owa moda na bieganie, która ostatnimi mięsięcmi (sic!) rozbuchała się niczym jelenie na rykowisku, dopiero kiełkowała. Tak czy inaczej, było nas znacznie mniej niż jest nas teraz i wciąż było to normą, że należy się pozdrowić. Ale to chyba jest, że tak to określę, cecha osobnicza. Małżonka ma uważa na ten przykład jest zdania, że pozdrawianie nieznajomej osoby jest nie do końca na miejscu. I gdy raz jeden zdarzyło nam się biegać razem a ja zamachnałem się na mijanego biegacza płci męskiej, od razu mi przypomniała swoje na ten temat zdanie. Musiałem jej wytłumaczyć, że ja tego chłopaka znam - on tu czasem biega (widziałem go wówczas po raz pierwszy i jak do tej pory ostatni, ale skoro tamtędy biegł, to przytrafiło mu się to co najmniej raz). Pozdrawiam i zaprzestać nie zamierzam, choć wraz ze wzrostem mijanych biegaczy zauważam również coraz bardziej różnorodne na pozdrowienia reakcje. Od tej, nazwijmy to normalnej, czyli odwzajemnienia. Przez odwzajemnienie, choć z wymalowanym na twarzy zdziwieniem (w tym również zdziwieniem typu: Ojej ale fajnie, ktoś mi pomachał!). Po reakcje z cyklu: Nie widzę cię, nie patrzę, biegam sobie i nic ci do tego. Ale zawsze będę pamiętał ten jeden raz, gdy pewnemu biegaczowi nie pomachałem. Do dziś nie wiem, czy było to wynik zaskoczenia, czy po prostu zabrakło mi śmiałości (jednak). A było to wówczas, gdy mijałem Pana na Polach Mokotowskich w stolicy naszego pięknego kraju.

Po trzecie – co dobiegania wzdłuż drogi o ruchu samochodowym – trochę mnie Pan zmartwił. To znaczy nie tyle Pan, co fakt uświadomienia sobie, że i ja być może wdycham więcej szkodliwych substancji niż bym chciał. Od jakiegoś już bowiem czasu odszedłem zupełnie od biegania po parku (ten najbliżej mojego domu można obiec nie przeciągnąwszy nawet pełnego kilometra) i niemal zupełnie od biegania po lesie, w stronę koncepcji by, kiedy to tylko możliwe, biegać po trasie jednopętlowej. Nawet, jesli przychodzi mi biegać w nieznanej okolicy - obcym mieście na przykład. Ale takie postępowanie jest niemal niemożliwe bez biegania wzdłuż mniej lub bardziej ruchliwych ulic. Powrotu do starej koncepcji kręcenia się w kółko i, jak Pan to zgrabnie określił, umierania z nudów jakoś sobie wyobrazić nie mogę. Na szczęście, gdy biegam wcześnie rano, a ostatnio biegam niemal wyłącznie wcześnie rano, ruch samochodowy jest jeszcze niewielki. I tym się pocieszam.

I tylko z jednym się z Panem nie zgodzę – z tym zawsze znajdowaniem się jakiegoś biegu w okolicy. Jak ja akurat chciałbym się pościgać, i to najlepiej na atestowanej trasie o typowym (w sensie, że na dziesięć kaemów na przykład) dystansie, to w okolicy albo nic w ogóle, albo owszem coś, ale w na tyle odległej okolicy, że musiałbym to po raz kolejny okupić poczuciem, że znowu zostawiam moje trzy panny na pół dnia same. Zapewne dzieje się tak dlatego, że mieszkam w stolicy, ale jedynie Wielkopolski.

Łącze tradycyjne pozdrowienia od CMcMH
Bartek M.

30 czerwca 2014

Halo Panie Jacku: O (za)bieganiu w pracy uwag kilka

Halo Panie Jacku!

Przede wszystkim muszę (a raczej chcę) pogratulować Panu jubileuszu! Pięćdziesiąt felietonów to jest coś. Fiu fiu, jakby powiedział Wróbel Ćwirek. Pierwszą moją myślą było by życzyć Panu kolejnych pięćdziesięciu. Ale to mogłoby zostać w dwójnasób interpretowane. Niczym najpopularniejsza polska piosenka śpiewana jubilatom. W interpretacji mojej Córki Starszej mówi ona mniej więcej tyle, że gdy skończę sto lat, to umrę. I już mnie nie będzie. Na nic zdają się tłumaczenia, że planuję pobić rekord świata w maratonie w kategorii wiekowej 100+. Zatem pozwolę sobie życzyć Panu co najmniej tylu pomysłów na tekst, co tekstów do napisania.

Tak w ogóle, to gdy w trakcie długiego weekendu do kiosków i salonów prasowych - a także delikatesów spożywczych, bo zazwyczaj tam (konkretnej nazwy nie podam, ale pozwolę sobie wspomnieć, że w Poznaniu jest bieg organizowany przez ową sieć) zaopatruję się w połowę dostępnych na polskim rynku wydawniczym periodyków dla biegaczy - trafił najnowszy numer RW, poprosiłem Moją Od Niedawna Biegającą Żonę, by go dla mnie nabyła (akurat wybrała się do miasta do księgarni). MONBŻ po powrocie do domu zapytała po co ja w ogóle tą gazetę (miesięcznik w zasadzie, ale kto tak mówi w normalnej rozmowie?) kupuję. Że to niby niczym czasopisma dla matek w ciąży - w kółko o tym samym. Być może - odparłem - ale co miesiąc jest zupełnie nowy felieton Pana Jacka. Drogi ten felieton – skonkludowała MONBŻ.
Praca w domu pozwala zaoszczedzić czas... który mozna poświęcić na bieganie (źródło: dilbert.com)
A skoro już o samym felietonie mowa, to poruszył Pan temat, który na pewien sposób dotyka mnie, odkąd bieganie postrzegam w kategoriach pasji: bieganie do i/lub z pracy. Dotyka mnie o tyle, że leży poza zasięgiem moich możliwości realizacji. Jako tzw. pracownik terenowy pracuję tam, gdzie akurat jestem i de facto dotarcie na miejsce wykonywania danego zadania również jest moją pracą. Gdy pracowałem w poprzedniej firmie, charakter pracy miałem bardzo podobny, choć określiłbym go jako stacjonarno-terenowy. Dysponowałem podówczas pomieszczeniem biurowym w siedzibie firmy, sęk w tym, że owa siedziba oddalona była od mojego miejsca zamieszkania o dystans zbliżony do tego, który dzieli miejscowości Ateny i Maraton w państwie znanym jako Grecja. Chodziło mi po głowie, że ewentualnie, jeśli kiedyś zajmę się na poważniej triatlonem, będę mógł na odcinku dom-biuro (względnie odwrotnie) wykonywać treningi kolarskie. Łatwo się domyślić, że nic z tego nie wyszło.
Wykonywanie zadań pracownika terenowego ma jednakże swoje zalety (ale i wady, jak wszystko - a może, jak mawiał mój wykładowca od materiałów budowlanych, zady i walety), również pod kątem bycia biegaczem-amatorem. Szczególnie jeśli ów teren jest (lub bywa) na tyle rozległy, ze przytrafia się nocować poza domem. Domyślam się, że Pan, jako artysta estradowy, domyśla się już do czego zmierzam. Pewnie, że lepiej spać we własnym łóżku, ale skoro już i tak czasu nie wypełnionego pracą nie da się spędzić z najbliższymi, to można poświęcić go na bieganie. A i nowe ścieżki (niekoniecznie te wybudowane ze środków miłościwie nam panującej nas finansującej Unii Europejskiej) można biegiem przemierzyć. Jak to często powtarzam, przy wyborze miejsca na nocleg kieruję się przede wszystkim dwoma kryteriami: jakością śniadania (dobre śniadanie po porannym treningu, to jest to co tygrysy lubią najbardziej) i bliskością atrakcyjnych miejsc do biegania.

Do pracy zatem nie biegam. Do szkoły też nie biegałem. Nawet nie dlatego że, choć było to relatywnie niedawno, mało kto (albo nikt) by te kilkanaście (w porywach do dwudziestu kilku) lat temu mógł w ogóle o tym pomyśleć. Zupełnie tak jak z tą pracą. Albo miałem za blisko albo za daleko. Do podstawówki miałem około osiemset metrów, więc i tak wszyscy chodzili pieszo. Do liceum dojeżdżałem autobusem (tzw. Bryką, nie mylić z pekaesem) na trasie liczącej bądź to około dziesięciu, bądź siedemnastu kilometrów (ta rozbieżność to temat na oddzielne opowiadanie). Na studiach za to musiałem jedynie przejść przez jezdnie. Ale za to, będąc dzieckiem w podstawówce (a miałem wówczas pierwsze symptomy mojego dzisiejszego hobby) nie musiałem przejmować tym, że mogę być postrzegany jako dziwak. Wynikało to trochę z tego, że i tak byłem tak postrzegany (powiedzmy, że byłem dzieckiem nieco innym niż moi rówieśnicy), a trochę ze specyfiki miejscowości, w której się wychowywałem. Chociaż raz, gdy zapuściłem się w okoliczne wioski, jakieś dziecko wybiegło za mną z wiejskiej zagrody, niczym za wozem cyrkowym.

Co ciekawe, gdy ktoś w internetach pisze, że ma za blisko z domu do pracy na biegowy trening, zwykłem zauważać, że nikt nikomu nie każe biec najkrótszą drogą. Tylko jak tu kluczyć na drodze do zaparkowanego niemal pod samymi drzwiami samochodu. No niby można, ale trzeba jeszcze wziąć prysznic i coś zjeść. Czyli wrócić do domu.

Łącze tradycyjne pozdrowienia od CMcMH
Bartek M.

12 czerwca 2014

O wchodzeniu do tej samej rzeki uwag kilka

Było ciepłe czerwcowe popołudnie. Razem z MONBŻ, obiema córkami oraz bratem, świeżo upieczonym półmaratończykiem zmierzaliśmy w stronę samochodu, który zawieść nas miał w miejsce, gdzie zdecydowaną większość niedzielnego czasu (jaki nam jeszcze pozostał) spędzić na relaksie i chłodzeniu się (na wszelkie możliwe sposoby).
- Ale skwar – zagaiła MONBŻ
- Nieee, teraz jest przyjemnie – odpowiedziałem
Nic dziwnego, że było mi przyjemnie. Ostatnie niemal dwie godziny spędziłem biegając w pełnym słońcu, przy temperaturze przekraczającej trzydzieści stopni niejakiego Celsjusza, żebrząc o każdą kroplę wody, którą próbowałem zwilżać i schładzać zarówno organy wewnętrzne, jak i zewnętrzne. W tym samym czasie próbowałem pełnić rolę prywatnego zająca dla brata, który (jak już się powyżej wspomniało) debiutował (i to z sukcesem, choć ja sam jako zając nie do końca się sprawdziłem – ale o tym za chwilę) na dystansie dwudziestu jeden tysięcy dziewięćdziesięciu siedmiu i pół metra.
Jak samo***ka to i mina normalna być nie może, nie?
Założenia na ten start pierwotnie były takie, aby pomóc Sebastianowi przebiec połówke w czasie ok. 1:42-1:44 (taki czas wyszedł nam z analizy dokonań S. na krótszych dystansach). Biorąc pod uwagę upał, postanowiliśmy… nie zmieniać założeń i to zapewne był pierwszy z naszych błędów. Stwierdziłem, że pierwsze kilometry pobiegniemy w okolicach 5:00/km, a potem się zobaczy (w sensie przyspieszy).
Na początku szło nieźle. Słońce przygrzewało dziarsko, ale nam udawało się trzymać tempo. Nawet musiałem Sebastiana nieco hamować. Na każdym możliwym punkcie (oficjalnym i nieoficjalnym – bo trzeba zaznaczyć, że oprócz organizatorów również okoliczni mieszkańcy podawali oraz polewali nas wodą) staraliśmy się pić i schładzać się. Gdzieś pod koniec pierwszej pętli (pierwszej z dwóch), gdy mieliśmy za sobą jej najtrudniejszy odcinek (poza miastem, totalna pustka, prawie żadnych kibiców – normalnie patelnia) brat zaczął mi odjeżdżać (względnie ja jemu). Wtedy też wyprzedziła nas grupa prowadzona przez (oficjalnych) zajęcy na 1:45. Na początku drugiej pętli zacząłem zagrzewać Sebastiana do walki – wiedziałem, że 1:45 wciąż jeszcze jest w naszym zasięgu, nawet bez mocnego podkręcania tempa. Przejąłem też od niego tzw. nerkę, która (jak mi sam przyznał) razem z bidonem przeszkadzały mu w biegu. Tu trzeba zaznaczyć, że była to klasyczna torebka na pasku, nie zaś taka przeznaczona dla biegaczy. Faktycznie strasznie była niewygodna, ale to nie ja miałem tego dnia robić wynik, więc wziąłem to brzemię na siebie (i to jest przyjęta przeze mnie oraz oficjalnie obowiązująca przyczyna tego co się stanie za chwilę). Bidonu pozbyliśmy się w ogóle. Sebastianowi od razu poprawił się humor a w okolicach piętnastego kilometra złapał wiatr w żagle. I tempo też. A mnie… odcięło zupełnie. Przez ostatnie kilometry męczyłem się niemiłosiernie by utrzymać jako takie tempo i z przerażeniem obserwowałem tętno, które za chwilę przekroczy HRmax przy tempie wolniejszym niż trening w pierwszym zakresie. Nawet nie próbowałem już gonić brata. Wiem, że jako zając powinienem doprowadzić go do samej mety, ale uznałem, że skoro pomogłem mu przetrwać kryzys, to choć w połowie wypełniłem powierzone mi (nawiasem mówiąc, przez samego siebie) zadanie.

Jakoś dotarłem do mety, gdzie odnotowałem wynik, który okazał się lepszy jedynie od tego w moim półmaratońskim debiucie. Za to za metą, oj, co się działo za metą! Paróweczki, bułeczki, piwo (tego akurat sobie odmówiłem), swojskie jadło (czytaj: ogórki kiszone i chleb ze smalcem) ciasta drożdżowe. I tego wszystkiego ile dusza zapragnie. Aż żałowałem (ale tylko trochę), że tym razem przyjechałem z obstawą i nie mogłem tam posiedzieć dłużej.
Przeważnie słonecznie - bardzo zabawne. A tak w ogóle to moje szacowane HRmax do niedzieli wynosiło 185.
Poza pogodą, która już tradycyjnie (wprawdzie z ośmiu edycji pobiegłem tylko w dwóch, ale o pozostałych co nieco słyszałem) była nie do biegania, niemal nie było się do czego przyczepić. Organizacja perfekcyjna. Obsługa w biurze zawodów i depozytach szybka, sprawna i miła. Coś, z czym nie spotkałem się nigdzie indziej, a co widziałbym chętnie (z racji tego, że często na miejsce zawodów przybywam samotnie), czyli depozyt na rzeczy wartościowe. I atmosfera, nie zapominajmy o atmosferze, kształtowanej głownie przez mieszkańców miasta. To chyba jest specyfiką biegów w tych mniejszych miejscowościach. Nikt tu nie psioczy na zakorkowane miasto (zapewne również dlatego, że taki Grodzisk trudniej zakorkować, ale również widziałem samochody czekające na swoją kolej w uliczce przecinającej trasę biegu), za to kto żyw wspomaga biegaczy, a to podając kubek (tak tak, widziałem stoliki z parasolkami ustawione na podjeździe domku, gdzie mieszkańcy uwijali się jak w ukropie napełniając plastikowe kubki) czy butelkę wody, a to kostkę cukru, polewając wodą z węża (a nawet najzwyklejszego zraszacza do kwiatów). I doping, momentami ogłuszający doping – chwilami było tak głośno, że Sebastian stwierdził, że aż za głośno (mnie tam nie przeszkadzało, ale ja pamiętam taki doping z maratonu w Berlinie na ten przykład). Była tylko jedna łyżka dziegciu w tej beczce miodu – błąd interpunkcyjny w dacie na medalu (8.V.2014 zamiast 8 V 2014). Nie przesłania mi to jednak rewelacyjnej całości.

Na koniec dodam, że bart mój przyrodni zadebiutował na dystansie 21,097 km z czasem 1:49:21.

W najbliższą niedzielę jeszcze jeden start w kategorii Integracja i Zabawa (wynik rzecz trzeciorzędna), a potem skupiamy się (to znaczy ja się skupiam, choć pod czujnym wirtualnym okiem Trenejro) już na przygotowaniach do tego, co się wydarzy w pierwszy weekend października.

28 kwietnia 2014

O TEJ ostatniej niedzieli uwag kilka

Patrzę w kalendarz i co widzę? Ostatnia niedziela kwietnia. A przecież kwiecień to miesiąc maratoński. I co? I nic. W żadnym maratonie nie pobiegłem, co zdarza mi się po raz drugi od momentu, gdy maratończykiem zostałem. Ten pierwszy raz to wiosna, gdy na świat przyszła Córka Młodsza i postanowiłem na czas jakiś spuścić z tonu. Teraz jest drugi. Po prostu wyjątkowo (w stosunku do lat ubiegłych, bo co będzie w przyszłości, sama przyszłość pokaże) w tym roku maraton biegnę w maju. Przyznaje się, przez kolejne weekendy bieżącego miesiąca czułem się nieco nieswojo, kibicując zdalnie wszystkim krewnym i znajomym Królika, z których zdecydowana większość (co potwierdza tezę z trzeciego zdania niniejszego tekstu), o ile w ogóle zaplanowała start w maratonie, startowała właśnie w kwietniu. Ale co się odwlecze to nie uciecze – w tym roku maratoński będzie maj. I trochę czerwiec.

Już w drugi weekend maja czeka mnie wycieczka do stolicy naszych południowych sąsiadów (tych bardziej na zachód południowych) by odhaczyć pozycję nr 2 z mojej listy dziesięciu wymarzonych maratonów zagranicznych. Końcowe odliczanie za chwilę się zacznie. Ostatnie treningowe szlify w toku.
W wielkanocny poniedziałek zaliczyłem na ten przykład jedyną w panie trzydziestkę. Dokładnie rzecz ujmując były to trzydzieści dwa kilometry, z czego łącznie osiemnaście (dwanaście plus sześć) w drugim zakresie (a dokładnie w tempie 4:30/km). Trening stanowiący bardziej rozbudowaną wersję 26K sprzed dwóch tygodni. W tym wypadku bardziej rozbudowaną znaczyło także trudniejszą. O ile tydzień wcześniej noga mnie niosła i na koniec pierwszego szybkiego odcinka żal mi było zwalniać, o tyle tym razem utrzymanie tempa na ostatnich kilometrach (szczególnie dwóch ostatnich) wymagało już ode mnie sporego wysiłku. Jeszcze większego wysiłku, zwłaszcza mentalnego wymagało ode mnie kolejne zwiększenia tempa. Po czterech kaemach odpoczynku w pierwszym zakresie nie miałem najmniejszej (podkreślam: najmniejszej) ochoty przyspieszać. Nie bardzo miałem ochotę biec w ogóle. Pomogło mi trochę to, że do domu najkrótszą drogą miałem właśnie mniej więcej tyle ile powinienem przebiec. Udało się także przyspieszyć. I co się okazało? Że (jakkolwiek górnolotnie to nie zabrzmi) ograniczenia istnieją, ale w mojej głowie. Gdyby nie to, że również (tak jak tydzień wcześniej) trasa przypadająca na drugi szybki odcinek była mocno pofałdowana, tempo byłoby bliższe 4:25 niż 4:30.
Za to dzisiaj (sensu stricte to już wczoraj) lustrzane odbicie treningu sprzed dni czternastu. Odbicie pod tym względem, że dystans i układ treningu w zasadzie ten sam, nawet trasa ta sama, tyle że pobiegłem w przeciwnym kierunku. Z kolei poza długimi biegami na sam koniec tygodnia w plan dopełniają rozbiegania i tempówki (na odcinkach od dwustu metrów do kilometra).

W czasie (nie dosłownie, ale tego samego dnia) gdy ja będę w Pradze czeskiej zmagał się z dystansem 42 km 195 m, wielu moich znajomych (w tym i ci, którzy wiosenny maraton A.D. 2014 mają już w nogach) będzie zmagać się z tym samym dystansem, tyle że w systemie ratalnym. Tak się akurat (nie)atrakcyjnie złożyło, że w tym roku sztafeta maratońska Accreo Ekiden pobiegnie właśnie 11 maja. A to oznacza, że po raz pierwszy od czterech lat pobiegnie bez mojego udziału. Na szczęście nie zabraknie tam innych blogaczy – wzorem lat ubiegłych wystartują dwa składy, w tym roku z dodatkowymi dookreśleniami: Szybcy (tuszę, że z powodzeniem zaatakują trójkę) i Wściekli (nie wiem tylko czy będą mieli powody do wściekania się). I muszę przyznać, ze trochę żałuję, że mnie w stolicy zabraknie. Wprawdzie już dawno odgrażałem się, że w tym roku do Warszawy nie pojadę, ale gdyby nie konflikt terminów pewnie bym się przełamał. Więc w pewnym sensie dobrze, że się stało jak się stało. Poza tym świadomość, że Najlepsi Zdalni Kibice Świata (NZKŚ) tego samego dnia pobiegną, tylko w innym miejscu globu, będzie dla mnie dodatkowym motywatorem (mam nadzieję, że vice versa).
Ale w i tym wypadku co się odwlecze to nie uciecze. Mam na myśli, że tej wiosny jednak pobiegnę w sztafecie maratońskiej. Z tym, że dopiero w czerwcu (parafrazując klasyka: w pierwszej połowie czerwca, konkretnie piętnastego) i przy mniejszym wysiłku (że tak to określę) logistycznym. Po raz trzeci tej wiosny (sensu stricte to drugi, bo Maniacka Dziesiątka odbyła się jeszcze zanim nastała astronomiczna wiosna) będę finiszował nad Maltą. Za niecałe pięćdziesiąt dni, tam właśnie, odbędzie się druga edycja, a pierwsza z moim oraz pięciorga innych blogaczy udziałem, sztafeta maratońska XLPL Ekiden. Będzie fajnie!

Przede mną zatem Wyjątkowo Maratoński Maj (WMM). I Trochę Maratoński Czerwiec (TMC). Zdradzę od razu, że w czerwcu będzie jeszcze półmaraton (który, jak wszyscy od niedawna wiemy, z maratonem ma niewiele wspólnego). W lipcu też będzie ciekawie, ale na razie sza. Skupmy się na tym, co za zakrętem (a przecież, znowu cytując klasyka, coś być musi).

17 kwietnia 2014

O tym by nie chwalić czegoś przed czymś uwag kilka

Podobno nie powinno się chwalić dnia przed zachodem słońca, klasy przed maturą a teściowej (pozdrowiłbym, ale Mamusia prawie na pewno tego nie czyta) przed śmiercią. Zgodnie ze starą blogową tradycją trzeba dopisać wersję biegową: Nie chwal biegu przed finiszem a tygodnia treningowego przed ostatnim treningiem.

Ja dzisiaj trochę o tym drugim. Oczywiście chwalić i nie chwalić można pod różnymi względami, dlatego zawczasu uspokajam: plan zrealizowałem, nic sobie nie zrobiłem. Rozchodzi się o to, że gdy pierwszy raz spojrzałem na ów plan – a przypomnę: był to tydzień następujący bezpośrednio po starcie w Półmaratonie Poznańskim, czyli biegu w tzw. trupa – stwierdziłem, że luz totalny, banan z masłem i kaszka z mleczkiem. Trzy treningi i sam tlen. Najpierw (we wtorek) dwanaście kilometrów w pierwszym zakresie, potem (w czwartek) czternaście plus pięć przebieżek 100/100 m (przez pięć to się człowiek jeszcze dobrze zmęczyć nie zdąży – ot, przewietrzy lepiej płuca) i wreszcie w piątek ponownie dwanaście kilometrów w jedynce. Ale ale (sam do siebie), przecież tydzień nie kończy się w piątek (są tacy, którzy twierdzą wręcz odwrotnie, a była nawet taka piosnka: piątek, tygodnia koniec i początek)! A w planach na weekend – w moim przypadku na niedzielę – stoi napisane: Bieg 26km, OWB1 7 km + OWB2 10 km (Tempo: 4:30/km) + OWB1 3 km + OWB2 5 km (Tempo:4:30-4:25/km) + OWB1 1 km /buty startowe/solanka/asfalt/żel na 10km.


Nie to nie jest lekki trening. Na pewno nie można też tego nazwać długim wybieganiem. Tu należy wspomnieć, że coś takiego jak długie wybieganie (oczywiście różnie to można rozumieć – pamiętam czasy, gdy długie znaczyło dla mnie wszystko powyżej 10K; dziś ten sam dystans znaczy krótki trening), odkąd biegam pod wirtualnym okiem Trenejro, prawie nie występuje. Dość wspomnieć, iż od maratonu w Poznaniu najdłuższym dystansem jaki w całości przebiegłem w tzw. tlenie były dwadzieścia dwa kilometry. I zajęło mi to wówczas dwie godziny z naprawdę małym haczykiem (ten haczyk to dziewięćdziesiąt dwie sekundy). Jeśli zatem (na potrzeby niniejszych rozważań) przyjmiemy sobie założenie, że długie wybieganie to bieg w pierwszym zakresie trwający dłużej niż dwie godziny (oczywiście zdaję sobie sprawę, że dla niektórych biegaczy będzie to oznaczało przebiegnięcie kilkunastu kilometrów, ale są i tacy, którzy mocno zbliżą się do trzydziestu), okaże się, że w bieżącym sezonie miałem tylko jedno długie wybieganie. A i tak tylko dlatego, że owe 22K znalazły się w planie przed badaniami wydolnościowymi. Po korekcie w założeniach treningowych, która była efektem właśnie owych badań, przebiegnięcie tego dystansu niemal na pewno zajęło by mi mniej niż sto dwadzieścia minut. Były oczywiście biegi dłuższe – ale wówczas pojawiało się w nich co najmniej pięć kilometrów tzw. drugiego zakresu. Względnie tempa, bowiem Trenejro zaleca mi bieganie tych elementów treningu wg tempa właśnie (niemniej mam zalecenie pilnować aby tętno nie wzrosło powyżej 175 unm). Jednak gdy spojrzymy na wykres tętna, zdecydowanie jest to zakres drugi (czyli strefa mieszana, tlenowo-beztlenowa).

A tak wyglądała realizacja niedzielnego treningu w praktyce. Na początek owo siedem kaemów w jedynce. Tempo wahało się od 5:07 do 5:19/km (co ciekawe, najszybszy był pierwszy, najwolniejszy drugi kilometr). Gdzieś na piątym kilometrze bliskie spotkanie z wilczurem – na szczęście był przyjaźnie usposobiony i miał na pysku kaganiec. Mimo to w pierwszym momencie tętno mi mocno podskoczyło (ale jedynie w sensie symbolicznym – na wykresie linia niemal pozioma). Gdybym miał większą awersję (lub gorsze doświadczenia, co zazwyczaj na jedno wychodzi) do piesków, uwaga właścicielki, że widocznie mnie lubi skoro tak się zachowuje (co najmniej kilkadziesiąt metrów przebiegliśmy wspólnie, a jeden z nas skakał przy tym radośnie) stanowiła by dla mnie marne pocieszenie.

Po siedmiu kilometrach przyszło przyspieszyć. Na początku trudno było mi utrzymać założone tempo, na szczęście po żelu na dziesiątym kilometrze się poprawiło. Na sam koniec tego dziesięciokilometrowego odcinka byłem już tak rozkręcony, że aż mi trochę żal było zwalniać. Ale co było robić... Ostatecznie na całym odcinku udało mi się utrzymać średnie tempo 4:28. Sukces pełen.

Po kolejnych trzech kilometrach pierwszego zakresu, który tempem rzecz jasna odstawał nieco od odcinka początkowego (ale cóż się dziwić, wszak serce reaguje z pewnym opóźnieniem, a szczególnie po szybszych odcinkach potrzebuje nieco czasu by zwolnić), przyspieszyłem znowu. Tym razem miałem ambicje utrzymać tempo bliżej 4:25 niż 4:35/km. Na pierwszym kilometrze udawało mi się wręcz za bardzo – Gremlin aż krzyczał, abym zwolnił. Ale cóż się dziwić, z górki było. A że, jak to w życiu, skoro był zbieg, musi być i podbieg, na drugim (a tam był podbieg – tak wiem, tempo powinno biegać się po płaskim, ale raczej trudno by mi się było zmusić do kręcenia 26K po dwukilometrowej pętli) zaczęła się walka o utrzymanie tempa chociażby poniżej 4:30. I choć najcięższa była na drugim kilometrze, potrwała aż do piątego (oj ciężko było). Na szczęście okazała się zwycięską i średnie tempa z odcinków OWB2 pozostają takie same. Na koniec tego drugiego musiałem tylko zakręcić małą agrafkę, aby nie wpaść z taką prędkością do przejścia podziemnego (po przejściu w pierwszy zakres to co innego).

Na koniec kilometr o znaczeniu relaksacyjno-rozluźniającym i przed dotarciem do domu pozostało mi chwil kilka na podziwiania opustoszałego miasta (gdyż było lekko po północy z niedzieli na poniedziałek).

A najlepsze w tym wszystkim jest to, że w kolejny weekend czeka mnie bieg o podobnej strukturze, ale chyba jednak nieco bardziej wymagający. Ale też zapowiada się bardziej ciekawie. A i w tygodniu będzie coś więcej niż pierwszy zakres czy kilka przebieżek. Ale o tym już w swoim czasie.

27 stycznia 2014

O mocy i niemocy uwag kilka

Kiedyś usiądę i policzę wszystkie moje kryzysy twórcze związane z pisaniem bloga, czyli ataki zjawiska zwanego potocznie brakiem weny. A może jednak nie powinienem liczyć? Jeszcze mi wyjdzie, że mam za często. Nawiasem pisząc, ciekawe jak często tzw. statystycznego blogera nachodzą myśli o porzuceniu blogowania. Zaniepokojonych uspokajam (źle mi życzących wręcz przeciwnie) – nawet jeśli takowe myśli mnie nachodzą, daleki jestem od tego, aby im ulegać. Po prostu za bardzo to lubię. Tak bardzo, że nie zdobędę się nawet na taki krok, na jaki zdecydowała się Hanka, by choć na krótki czas, ale planowo zawiesić publikowanie nowych postów. Tymczasem jednak styczeń ma się ku końcowi, postanowiłem więc poczynić próbę podsumowania (nawet mimo tego, że w mojej rozpisze widnieją jeszcze dwa treningi zaplanowane do zrealizowania jeszcze przed pierwszym dniem lutego).
Mały kawałek grudnia i spory stycznia w moim bieganiu
Pierwszy miesiąc nowego roku zaczął się dla mnie zasadniczo od rozkręcania się na nowo po przerwie spowodowanej świąteczną gorączką (przy czym słowo gorączka należy tutaj rozumieć dosłownie). Pierwsze dwa wyjścia po chorobie miały miejsce jeszcze w roku ubiegłym, ale było to łącznie dziewiętnaście kilometrów i zdecydowana większość w pierwszym zakresie. Pierwszy trening nowego roku przypadł na jego drugi dzień i również długością nie powalał: zaledwie osiem kilometrów. Czyżby Trenejro zakładał, że będę jeszcze dochodził do siebie po sylwestrowych szaleństwach? A propos, chwaliłem się już, że za sylwestrowe bieganie dostałem dyplom uznania?
Ale te osiem kilometrów to miał być delikatny wstęp do urlopowego maratonu treningowego – kolejny dzień wolny od biegania miał przypaść dziewięć dni później. Tak, tak – jeszcze nie tak dawno cieszyłem się jak dziecko, że biegałem trzy dni z rzędu, a teraz miałem ten wynik potroić. Niestety, życie (jak to życie) napisało swój scenariusz (przypominam anegdotę o rozśmieszaniu Pana Boga). Najpierw trafił się jeden dzień (wtorek konkretnie) z pasmem niefortunnych zdarzeń a potem jedno tylko, za to nad wyraz brzemienne w skutki zdarzenie polegające na bliskim spotkaniu nie pamiętam już którego stopnia, niemniej mój palec spotkał się ze stopniem od schodów. I tak z zaplanowanych dziewięciu dni treningowych zrobiło się siedem treningów w osiem dni (mój nowy rekord dni treningowych z rzędu wynosi teraz pięć), po których nastąpiła czterodniowa przerwa na rekonwalescencję palca u nogi prawej (tego najbliższego stronie lewej). Podczas tej przerwy przeszedł mi obok nosa m.in. bieg WOŚP, a na domiar złego nie nagrałem swoich dowodów na to, że biegacze też są hapi (sic!).

Po kolejnej szybkiej konsultacji z Trenejro plan pozostał bez zmian (co tak naprawdę okazało się już w trakcie kolejnego treningu – założenie było takie: jak będzie moc robimy zaplanowane podbiegi, a jak nie to skracamy i robimy tylko pierwszy zakres; mocy na podbiegi stanęło). Kolejny mini kryzys nastąpił w niedzielę za sprawą gołoledzi. W planie był kros pasywny, a jak kros, to tylko nad Maltą. Najpierw cztery kilometry po płaskim, potem do lasu, a na koniec przebieżki i jeszcze trochę po płaskim. Tym razem najgorsze było to po płaskim. Ujmę to tak: ludzie, którzy tej niedzieli zapłacili za wstęp na kryte lodowisko to frajerzy – te same warunki były w całym Poznaniu za tzw. friko. Na szczęście w prawie całym. W lesie dało się biegać. Za to bieganie po asfalcie to była (to ostatnio bardzo modne słowo) masakra. Ma-sa-kra! Do tego stopnia, że miałem problemy z pokonaniem podbiegu przy trybunach.
Fatum marznącego deszczu ciągnęło się za mną jeszcze przez kilka dni. We wtorek wyjątkowo nie miałem w planie podbiegów, co dobrze składało się o tyle, że nocowałem w hotelu, którego okolicy jeszcze biegowo nie spenetrowałem. Ale gdy w poniedziałek wieczorem wyszedłem do samochodu po swoje buty do biegania, rzuciwszy okiem na to co się dzieje na widocznych dla oka powierzchniach płaskich, doszedłem do wniosku, że połamania kończyn, czy to górnych czy dolnych, ryzykować nie będę.

A zatem trening zaplanowany na wtorkowy poranek dokonał się w środowy wieczór, a właściwie noc (już po powrocie do Poznania). I znowu w ciężkich warunkach. Nadal było ślisko, ale do pakietu doszedł jeszcze siarczysty mróz. Tak siarczysty, że pewna część ciała przemarzła mi do tego stopnia, iż do domu wróciłem jeszcze przed ukończeniem zasadniczej części treningu. Przebieżki odpuściłem i chyba dobrze, bo stan nawierzchni chodników i ulic miasta poznania nie sprzyja bieganiu przebieżek.

Tymczasem stanąłem przed kolejnym dużym znakiem zapytania. Kolejny zaplanowany trening wymagał ode mnie m.in. przebiegnięcia ośmiu kilometrów w tempie 4:35/km. Znajdzie się nieoblodzony odcinek w okolicy? Nawet nie szukałem – i tak nie miałoby większego sensu bieganie w takim tempie przy dwucyfrowym mrozie. Wybrałem zatem mniejsze zło – bieżnie mechaniczną. Katorga mentalna. Niemniej satysfakcja z realizacji treningu jakby większa. Na niedzielne wybieganie wróciłem na świeże. Tym razem zaopatrzony w dodatkowe warstwy tu i ówdzie. Niemniej bez przygód się nie obyło – trzy razy biegowa ścieżka mi się podniosła. Za trzecim razem tak mocno zdzieliła mnie w łokieć, że okoliczna zwierzyna miała okazję usłyszeć tzw. wyrazy. Właściwie jeden wyraz. Wszyscy wiedzą jaki.

Tak czy inaczej miniony właśnie tydzień był pierwszym w tym roku, w którym zrealizowałem w stu procentach założony pierwotnie kilometraż. To cieszy. A skoro już o kilometrażach i statystykach mowa, garść liczb na miłe posta zakończenie. W minionym tygodniu kilometrów było sześćdziesiąt pięć i osiem (cyfrowo 65,8 km). Od początku roku sto i osiemdziesiąt sześć (186 km). W grudniu było ich dwieście siedem, więc powinienem jeszcze zdążyć dokręcić do tej cyfry (tak wiem, że 207 to liczba, ale słowo cyfra ma tu pewne konotacje społeczne).

A tymczasem wielkimi krokami zbliża się maratońska studniówka (może tym razem nie przegapię). Jakieś pomysły na jej uczczenie?

19 grudnia 2013

Podobieństwa i różnice

I tak sobie spoglądam na (minione już) dwa ostatnie tygodnie w moim dzienniczku treningowym (od razu się pochwalę: plany, przynajmniej te dotyczące samego biegania, zrealizowane w stu procentach – choć z przesunięciami i modyfikacjami, ale o tym napiszę później), to widzę, że są bardzo podobne do siebie. Przynajmniej w zapisie. Ale w realizacji – tutaj to już kilka różnic się znalazło.
Źródło: facebook.com/magda.danaj

Jeśli chodzi o same założenia, przedstawiały się one następująco*:

Wtorek - OWB1 5 km + Podbiegi 6x100/lekki zbieg + Przebieżki 5x100/100 + trucht 4 km / OWB1 5 km + Podbiegi 8x100/lekki zbieg + Przebieżki 5x100/100 + trucht 4 km
Czwartek - OWB1 15 km + ćwiczenia ogólnorozwojowe / OWB1 16 km + ćwiczenia ogólnorozwojowe
Piątek - OWB1 12 km + Przebieżki 5x100/100 / OWB1 12 km + Przebieżki 5x100/100
Niedziela - OWB1 15 km / OWB1 16 km

Ale sama realizacja już nieco inaczej.

Na początek nowa pozycja w planie na ten sezon – podbiegi. Na pierwszy raz tylko sześć: OWB1 5 km + Podbiegi 6x100/lekki zbieg + Przebieżki 5x100/100 + trucht 4 km. W kolejnym tygodniu już osiem.
Zapis w planie treningowym wynika w dużej mierze z tego, że na okres zimowy na realizację podbiegów wybrałem Wzgórze Jana Pawła II w podpoznańskim Luboniu. Z pierwszych pomiarów wynikało, że biegiem do tego miejsca mam około 5 km. Po dokładniejszym zbadaniu ścieżek i takiej ich modyfikacji by wracać inną drogą niż przybiegłem wyszło w tzw. praniu, że w tą mam ok. 6,5 km a z powrotem ca. 4,5 km (w tym kilometr przebieżek 100/100 m).
Na pierwsze podbiegi wybrałem się z opóźnieniem i w towarzystwie. Opóźnienie wynikało z dwóch czynników. Pierwszy był taki, iż w środę zrobiłem trening pierwotnie zaplanowany na czwartek (o nim za chwilę), a w czwartek dałem sobie spokój z uwagi na szalejącego Ksawerego. Ale skoro ów Ksawery w piątek już nieco odpuścił, wybrałem go na towarzysza podbiegów – nie był jednak to towarzysz na jedną noc, a na jedno popołudnie (bo akurat biegałem – wyjątkowo – w ciągu dnia). Mikołaja, mimo że to Mikołajki, nie było w ogóle. Za to Ksawery dzielnie mi w treningu pomagał. A właściwie przeszkadzał, bo wiał dokładnie w odwrotną stronę niż wzniesienie. Czyli w sumie to pomagał w rozwoju siły.
Kolejne podbieganie było już głęboką nocą i znów z poślizgiem (choć mniejszym) czyli w środę.

Zanim przejdę do treningów planowanych na czwartki mała dygresja – zauważyliście, że chwilowo mam po dwa długie wybiegania (przyjmując założenie, że długie wybieganie to najdłuższy bieg w tygodniu, oczywiście, bo czy bieg poniżej 20K to już długie wybieganie, pozostaje oczywiście do dyskusji) w tygodniu? Pierwsze z samym środku tygodnia (wbrew nazwie to przecież czwartek jest w ścisłym centrum), drugie na koniec.
Tydzień numer trzy zacząłem zatem od długiego wybiegania. Zacząłem w środę i również w towarzystwie, tyle że bardziej doborowym niż jeden orkan. Jako, że nocowałem w Skarżysku Kamiennej, postanowiłem skorzystać z okazji i pozacieśniać więzy między bogaczami (Bogacze miast i miasteczek, o wsiach nie zapominając, łączcie się!) i pobiegać z Damianem. Dołączył do nas jeszcze Maciek i zrobiliśmy piękną piętnastokilometrową pętlę wokół Skarżyska. Tydzień później biegałem już sam. Ale również z obsuwą, choć tym razem potężną – trening zaplanowany na czwartek zrealizowałem w sobotę.

Teoretycznie najlżejszy trening w tygodniu i w obu opisywanych tygodniach identyczny w założeniach to 12 km jedynki plus przebieżki. Za pierwszym razem przyszło mi go wykonać na tzw. obczyźnie, a tak konkretnie to we Wrocławiu – na tzw. ścieżce między mostami. A działo się to w sobotę. Tydzień później – dokładniej osiem dni później – z dwunastu kilometrów pierwszego zakresu wyszło osiem kilometrów truchtu i cztery OWB1. A to dlatego, że po raz kolejny biegałem nie sam (rzadko mi się to zdarza, a jeszcze rzadziej tak często jak ostatnio). I tym razem w najdoborowszym z możliwych towarzystw – własnej osobistej żony!

I wreszcie długie wybieganie nr 2. Planowane na niedzielę, a w obu przypadkach wykonane w poniedziałek. Za pierwszym razem przesunięcie wynikało z wyjazdu do Wrocławia. A za drugim wynikało z pierwszego. Ot, wszystko się przesunęło. Czy w tym tygodniu uda mi się owe przesunięcia względem planów zniwelować, się okaże dopiero.

Garść statystyki na koniec: dwa tygodnie po dwa wyjścia – łącznie prawie 122 km (nieco ponad 60 km w pierwszym i prawie 62 km w drugim). Od początku sezonu ponad 232 km. Wciąż czuję się jakbym jeszcze jechał na ręcznym. Biegowo jako tako, ale te ciągłe zawirowania w realizacji planu trochę mnie deprymują. Ale tylko trochę. Bo(wiem) wiem dobrze, że od tego jak, ważniejsze jest czy. Niemniej największą moją porażką jest realizacja ćwiczeń ogólnorozwojowych, a właściwie jej brak. Choć sam prosiłem Trenejro o wpisanie jej w plan, na razie nie stanęło środków by plany wykonać. No nic, może w tym tygodniu się poprawię.

* Tydzień 3 (2-8.12) / Tydzień 4 (9-15.12)

30 września 2013

Wyzwanie 2013 – Tydzień 16 i 17

Zasadniczo należy uznać, że Sezon Startowy dla Biegów o Niższym Priorytecie (w skrócie - jak pamiętamy, uwielbiam skróty - SSdBoNP) można uznać za zamknięty. Przez ostatnie dwa miesiące walczyłem dzielnie o życiówki (w dwóch na trzech przypadkach udało mi się to z tzw. przytupem), ale trzeba mieć na uwadze, że mimo wszystko były to tylko starty kontrolne stanowiące zarazem element przygotowania do wisienki na torcie sezonu letnio-jesiennego. Już po raz ostatni zatem pojawią się określenia przed- oraz postartowy, w odniesieniu do tygodni treningowych. Przywołajmy je zatem.

Tydzień 16 - (przed)startowy III
Obiecałem Wam dwa posty temu,iż napiszę co się stało z planowanymi na niedzielę tygodnia urodzinowego 12 km + 10x100/100m. Otóż skoro nie udało się w niedzielę, postanowiłem czym prędzej nadrobić zaległości w poniedziałek. I od tych zaległości zacząłem kolejny tydzień. A ponieważ po raz kolejny zawitałem w mieście grzejników, po powrocie do hotelu wytyczyłem sobie w tzw. internetach trasę o odpowiedniej długości, metodą mnemotechniki wbiłem do głowy miejscowości przez które przyjdzie mi przebiegać i ruszyłem. Niestety, dwa razy źle skręciłem i trasa wyszła nieco dłuższa o tej planowanej. W rezultacie czego do planu musiałem dorzucić ponad kilometr spokojnego biegu, by wrócić do miejsca noclegowania. Szczęście, że w ogóle połapałem się ostatecznie gdzie w ogóle jestem i w którą stronę biec by dobiec tam gdzie chciałem.
Miało być B-D-M, wyszło CG-B-D-M-H
Od wtorku miała być pełna realizacja bieżącego planu tygodniowego. Na początek sześć kilometrów plus dziesięć przebieżek 200/200 m (interwały pracy po 43-44 sekundy - tylko jeden wyszedł wolniej, a kilka wręcz za szybko) i kilometr jonizującego truchtu. W czwartek skończyło się bieganie planowe - po południu złapał mnie dziwny ból pleców (nie wiem czy źle spałem, czy też o długiej jazdy samochodem - a może jedno i drugie) i zamiast na trening postanowiłem wybrać się do wanny z gorącą wodą. Pomogło - w piątek ból praktycznie zniknął. Cóż z tego, jak przyszło mi pracować do późna. Zamiast zaplanowanych na piątek sześciu kilometrów w pierwszym zakresie i pięciu przebieżek 100/100 m był sobotni rozruch, czyli o dwa kilometry w pierwszym zakresie mniej. A skoro rozruch, to nazajutrz zawody - Bieg Zbąskich. Przez cały tydzień nabiegałem 58 kaemów (z malutkim haczykiem).

Tydzień 17 - postartowy III
Tu od razu z nieukrywaną radością napiszę, że choć z trudnościami, tym razem plan udało mi się wykonać w całości, bez korekt i przemeblowań. Na wtorek w owym planie widniało 12 km OWB1. Tym razem postanowiłem nie biegać w kółko po parku, ale pobiec tak trochę przed siebie. Wyszedł mi z tego Tour de Grunwald i udało mi się pobiec uliczkami, na których moja stopa nigdy wcześniej nie stanęła. Za to w czwartek było z kolei bieganie metodą na hobbita po Stargardzie Szczecińskim poprzedzone takim oto dialogiem:
Portier/Recepcionista: Deszcz pada!
Ja: Widzę (uśmiech)
P/R: To jak pan będzie biegał?
Ja: W deszczu (jeszcze szerszy uśmiech)
No cóż, nie ma złej pogody - są tylko słabe charaktery. Choć mokra koszulka obtarła mi paskudnie sutki, 15 km plus 10 x 100/100 m mogłem uznać za odhaczone jeszcze przed śniadaniem. W piątek z kolei była powtórka z zeszłego wtorku czyli 6K plus dwustumetrówki po 43-44'. Tym razem kręciłem po parku. W niedzielę miało być za to 20K, lecz Trenejro uznał ostatecznie, że przez starty zabrakło nieco dłuższych biegów i zalecił dorzucić piątaka (wiecie, taka zorganizowana akcja). A ja postanowiłem dorzucić do tego eksplorację trasy maratonu - ruszyłem ze swojego fyrtla w stronę MTP, a stamtąd pod prąd. Połowa dystansu pozwoliła mi dobiec aż za Wartę czyli w okolice trzydziestego czwartego kilometra. Po zmianie kierunku biegu (a sensu stricte jego zwrotu) dane mi było zatem posmakować ostatnich kilometrów planowanej trasy, w tym obrastającego powoli legendą podbiegu na Serbskiej. Taka mała próba generalna, choć w dużo wolniejszym tempie (jak dużo, to się dopiero okaże). I tym pozytywnym akcentem zakończyłem tydzień treningowy, a zakończyłem z liczbą 70,5 km.

A za chwilę rozpoczniemy wielkie odliczanie - jutro zaczyna się miesiąc maratonu...

30 sierpnia 2013

Wyzwanie 2013 – Tydzień 9 do 12

Wrzesień idzie - nie ma rady na to. A skoro to już tuż tuż, to myślę, że mogę się wreszcie szerszemu gronu pochwalić: od pierwszego września dzieci jak co roku do szkoły, a ja do nowej pracy. Także zmiany, zmiany, zmiany... A skoro zmiany, to (chciał nie chciał) pewne zamieszanie, które w ostatnim miesiącu osiągnęło swoje apogeum, co chyba można było zaobserwować odwiedzając bloga.
Ponieważ jednak cechuje mnie tzw. kronikarska dokładność, postanowiłem że jednak napiszę choć kilka słów, co biegowego się w kończącym się właśnie miesiącu działo.

Półmetek treningu w takim miejscu (czerwona wieżyczka) - czemu nie? Źródło: www.mrzezyno.net.pl

Tydzień 9 - przedstartowy
Skoro przedstartowy to nieco luźniejszy. We wtorek (jeszcze lipcowy) były podbiegi w apogeum swojej podbiegowości - piętnaście razy po 150 m, a do tego jeszcze przebieżki i 12 km w pierwszym zakresie. Pod koniec tygodnia zaczęło już mocno brakować czasu, więc były da treningi instant. W czwartek sześć kilometrów plus dziesięć dwusetek i kilometr truchtu na koniec. W piątek pięć kilometrów i tyleż samo przebieżek po sto metrów. A instant, bo z braku czasu zrobiłem je praktycznie bez rozgrzewki, a w czwartek to nawet bez rozciągania. W niedzielę Bieg Opalińskich. Razem 48 km.

Tydzień 10 - postartowy
Trenejro dał mi trochę odpocząć po łamaniu życiówki. Chociaż na pierwszym (wtorkowym) treningu nie do końca było to widać. Podbiegi były - miało być piętnaście po 100 m, ale ja (jak to przy podbiegach) coś pokręciłem i było dziesięć po 150 m. W czwartek luz - tylko pierwszy zakres i tylko 18 km (zrobiłem sobie nocne Tour de Poznań). W sobotę dwie dychy plus przebieżki, a w niedzielę drugi zakres: 15 km w tempie 4:55-5:00/km, poprzedzone 3 km w pierwszym zakresie i trzema przebieżkami. Kolejny tydzień z kilometrażem >80 (dokładnie 81,2 km).

Tydzień 11 - urlopowy
Caluśki tydzień nad morzem. Laba - ale nie od biegania. Ja wstawałem razem z późnym sierpniowym słonkiem i ruszałem przed siebie. We wtorek, skoro nad morzem, zamiast podbiegów był bieg po plaży. Samiuśkim brzegiem morza. Miało być 12 km, wyszło o pół więcej. W czwartek drugi zakres, więc wróciłem na szosę - dwa razy po pięć kilometrów po 4:45-4:50/km i trzy razy po jednym kilometrze w tempie 4:30-4:35. W piątek zaspałem więc dwie dychy plus przebieżki były w sobotę - dobiegłem z Trzebiatowa do wyjścia z portu w Mrzeżynie (bunkrów nie było) i z powrotem. Natomiast na niedzielę zaplanowałem przy pomocy internetów pętlę o długości ok 31 km, aby wystarczyło na 30 km wraz z rozgrzewką. I wystarczyło. A osiem z tych trzydziestu kilometrów było w narastającym tempie - od 4:55 do 4:40. I tylko stu metrów zabrakło by tygodniowy kilometraż przekroczył 90 km - aż miałem ochotę wyjść w niedzielę wieczorem i się dwieście metrów przebiec...

Tydzień 12 - z podwójnym bólem
Zaczęło się normalnie - podbiegami (15 x 100 m) we wtorek. W środę było coś spoza planu, czyli crossfit w deszczu. Od czwartku były zakwasy. I jeszcze przestawianie Córki Młodszej na spanie bez przerw na posiłki (czytaj: tata wstaje w nocy). Zaplanowanych na czwartek 16 km w drugim zakresie nie dałem rady zrobić ani w czwartek, ani nawet w piątek. Dopiero w sobotę spróbowałem biegać bez Gremlina (na szczęście pomógł miCoach Adidasa, bo tak zupełnie bez niczego chyba nie dałbym rady) i wyszedłem na w miarę spokojne (wciąż wszystko bolało) 21 km (przebieżki już odpuściłem). Ale w niedzielę nie było już wybacz - 25 km, z czego osiem (od siedemnastego do dwudziestego czwartego) w tempie narastającym od 5:05 do 4:30. Bolało, ale dałem radę i ten tydzień nacechowany skrajnymi emocjami zamknąłem z nieco (to nieco to 1800 m) ponad siedemdziesięcioma kilometrami na wirtualnym liczniku.

Tymczasem przygotowania do maratonu oczywiście trwają. Maraton coraz bliżej (jakby mógł być coraz dalej), a już w niedzielę kolejny sprawdzian formy w biegu na 10 km. To tak na zakończenie wakacji. I pewnego etapu w życiu w sumie. Dam znać jak poszło. Miłego.

20 lipca 2013

Wyzwanie 2013 – Tydzień 6

Kolejny tydzień przyniósł kolejne nowości – i bynajmniej nie mam tu na myśli wciąż trwającego przyrostu kilometrażu – znaczy się plan się rozwija. Ciekawe co też jeszcze Trenejro w zanadrzu skrywa. Nawiasem mówiąc tu pojawia się kolejna zaleta (choć oczywiście dla niektórych może być wadą) posiadania trenera – zawsze patrzy się w przyszłość z pewną dozą niepewności. Na lodówce nie wisi rozpiska na cały przedmaratoński okres, a jedynie na bieżący miesiąc (no dobra, przyznam się – u mnie nie wisi, żeby Lepszej Połowy niepotrzebnie nie denerwować). Z drugiej strony wcale nie jest powiedziane, że trener nie mógłby rozpisać od razu całego okresu przygotowawczego, ale planowanie na kilka tygodni do przodu pozwala cały czas bazować na świeżych danych.
Ciekawi jesteście, cóż to za nowość? Jeśli tak, musicie poczekać do końcówki posta, bo nowość była w niedzielę. A wcześniej…

Wtorek: OWB1 10 km + Podbiegi 15x100 m + Przebieżki 5x100 + OWB1 2 km
Tego dnia mój organizm po raz kolejny postanowił dać mi do zrozumienia (a ja dopiero tym razem zrozumiałem, co on mi do zrozumienia dać próbuje), że on najwyraźniej podbiegów po prostu nie lubi. Najpierw użył pięty, która od podbiegów wymigała się chowając za pęcherzem. Później dwa razy (z rzędu z resztą) zmanipulował (leń jeden) mój umysł, by ten wpisał do Gremlina o dwa podbiegi za mało. Tym razem wysłał do boju dolny odcinek układu pokarmowego. Ledwie skończyłem rozgrzewkę i rozpocząłem pierwszy zakres a poczułem niezbyt przyjemne procesy w pobliżu miejsca gdzie podbrzusze kończy swą szlachetną nazwę. Pomyślałem, że może przejdzie. Nie przeszło. Na szczęście przebiegałem akurat obok stacji benzynowej, więc zrobiłem przerwę, by się udać, jak to mawiał Dobry Wojak Szwejk, za małą a nawet większą potrzebą. Gdy ruszyłem dalej wydawało mi się, że dalsza część treningu odbędzie się bez problemu. Miałem rację – wydawało mi się. Około ósmego kilometra dolegliwości powróciły, postanowiłem zatem nie katować się na siłę i wróciłem do domu. Tego dnia trening zakończył się dziesięcioma kilometrami pierwszego zakresu. Na szczęście udało mi się jeszcze chwilę porozciągać.
Żeby choć trochę zrekompensować straty wieczorem zrobiłem sobie sesję gimnastyczno-siłową, czyli zestaw młodego Spartanina, a wcześniej sprawdziłem jeszcze ile razy jestem w stanie się podciągnąć za jednym razu. Zamknąłem się w liczbie jedno cyfrowej – szczęśliwie tej z górnej granicy skali.

OWB1 3 km+ Przebieżki 3x100 + OWB2 12 km przerwa 6-8' + Przebieżki 5x200/200 + trucht 1 km (Tempo: OWB2 5:00/km, "dwusetki" 44-45")
Nauczony doświadczeniami tygodnia poprzedniego tym razem drugi zakres postanowiłem biegać w miejscu innym niż gęsto zadrzewiony las. Znalazłem prawie płaską, prawie dwukilometrową a do tego utwardzoną i przecinającą tylko jedną jezdnię (za to na osiedlu domków jednorodzinnych, więc ruch znikomy, szczególnie że biegam bladym świtem) pętlę, do tego oddaloną na tyle mało, że dodarcie do niej i powrót do domu mogę spokojnie zrobić w ramach tzw. wstępu i zakończenia. Tym razem GPS nie szalał, więc tempo wyszło równe nie tylko na wykresie. Zaskoczeniem było tętno. Mimo tempa 5:00/km (średnie wyszło nawet o sekundę szybsze) dopiero pod koniec zaczęło zahaczać o granicę drugiego zakresu. I to o tę dolną. Mówiąc krótko przebiegłem dwanaście kilometrów w docelowym tempie maratonu prawie nie wychodząc z zakresu pracy tlenowej. Szok!

Piątek: OWB1 20 km + Przebieżki 5x100/100 pompki + brzuszki
Po raz kolejny trafił mi się trening wyjazdowy, czyli coś co ja nazywam wycieczką biegową. Trzykrotnie obiegłem Jezioro Klasztorne w Kartuzach. I to w jakich okolicznościach. Zacznę od tego, że bardzo, ale to bardzo nie chciało mi się wychodzić z hotelowego łóżka. Pomyślałem sobie nawet, że może pada i odłożę trening na wieczór. Nie padało. Wyszedłem więc. Ale wykrakałem – zaczęło padać na początku drugiej pętli. Pamiętacie jak pisałem o treningu, podczas którego myślałem, że nie jest możliwe by padało jeszcze mocniej? Jak ja się myliłem! Tym razem padało tak, że gdy zbiegałem po dosyć stromej (tak na oko inżyniera jakieś 30°) drodze wyłożonej betonowymi płytami, biegłem po kostki w wodzie. Jak się nietrudno domyślić płynącej). To jednak należy zapisać po stronie atrakcji. Mało przyjemne było biegnięcie w deszczu po poboczu – krótki, bo krótki, ale pewien odcinek trasy wiódł niestety wzdłuż szosy. Trening na szczęście ukończyłem (łącznie z przebieżkami), tylko goście hotelowi, których mijałem przy recepcji raczyli zauważyć, że chyba właśnie wróciłem z basenu (przy zdejmowaniu butów i reszty biegowej garderoby w łazience powstała spora kałuża). I tylko pierwotnie zaplanowane na wieczór siłowe wygibasy, z uwagi na zmęczenie wywołane siedmioma godzinami w aucie, sobie odpuściłem.

Niedziela: Bieg 24 km (ciągiem) OWB1 12 km+ CROSS2 8 km (HR na płaskim do 170ud) + OWB1 4 km + solanka
Jest wreszcie ta nowość. Kros (czy tez cross, jak kto woli). Niestety najbliższy teren sprzyjający tego rodzaju treningom, to lasy przylegające do Jeziora Maltańskiego. I choć tego nie lubię, musiałem tym razem wybrać się na trening samochodem. Wstępne dwanaście kilometrów to po prostu dwa okrążenia wokół jeziora (w odróżnieniu od spacerowiczów mogę powiedzieć, a nawet napisać, że jezioro zostało przeze mnie obiegnięte – ot ciekawostka). Na kros wybrałem trasę Malta Trail Running. A że uczestniczyłem w tym biegu niestety tylko raz jeden i to trzy lata temu, więc za bardzo trasy nie pamiętałem. Pobrałem zatem z internetów ślad GPS jednego z uczestników tegorocznej edycji, dzięki czemu mogłem wypróbować kolejną funkcję Gremlina. I przez to wyszedł mi trochę BNO – kilka razy musiałem zatrzymywać się, by sprawdzić gdzie skręcić, a nawet zawracać kilka razy. Nic to następnym razem będzie już łatwiej – w sensie szeroko rozumianego nawigowania, bo biegowo może być tylko trudniej. Przez to kluczenie zaplanowane osiem kilometrów skończyło się nieco wcześniej i pierwszy zakres zaczynałem jeszcze w leśnych odmętach. A potem w samochód i do domu zażywać życia rodzinnego.
Pod tym względem Malta jest super - można pobiegać i po płaskim i po pagórkach

Tydzień zamknąłem zatem na granicy (wciąż jednak poniżej – zabrakło trzystu metrów) osiemdziesięciu kilometrów i – mimo wtorkowych rewelacji – poczuciem dobrze wykonanej pracy. Na okoliczność tego miłego samopoczucia sympatyczna anegdota. Czasem podczas niedzielnych porannych treningów spotykam sobotnich imprezowiczów. Czasem też słyszę na tę okoliczność głodne teksty typu I tak nie zdążysz! czy Gdzie ci się tak spieszy?! Tym razem mijając czterech chłopaków, na oko siedemnasto-, osiemnastoletnich, usłyszałem: Patrz, nawet wodę ma przygotowaną! Mała rzecz, a cieszy. I spotykania takich imprezowiczów Wam życzę!

4 lipca 2013

Wyzwanie 2013 - Tydzień 4

Kolejny tydzień przygotowań do maratonu na moim podwórku zapisał się w historii biegania (nie biegania w ogóle, ale na pewno mojego biegania) złotymi zgłoskami. Otóż (jeśli się nie mylę oczywiście, a chyba się nie mylę) dzięki zrealizowaniu założeń treningowych (niemal) w całości po raz pierwszy odnotowałem cztery biegowe jednostki treningowe w tygodniu. Zdarzały się wcześniej wprawdzie tygodnie, gdzie pierwszy trening miał miejsce w poniedziałek, ostatni w niedzielę, a pomiędzy nimi biegałem jeszcze dwa razy, ale to było skutkiem przesunięcia granic mikrocyklu treningowego (po ludzku rzecz ujmując w poniedziałek nadrabiałem zaległości z niedzieli), czyli się nie liczy. A jak doszło do tego, że biegałem cztery razy między poniedziałkiem a niedzielą? Otóż tak oto.

Wtorek: OWB1 8km + Podbiegi 10x100m + Przebieżki 5x100 + OWB1 2km
Wtorek zaczął się od przedwczesnej pobudki Córki Starszej. Obudziła się równo ze mną i przyszła do mnie. Trochę poleżała, potem zażądała zapalenia światła, zabrała się zaczytanie (w jej wieku to bardziej oglądania, ale jako że dzieci maja fenomenalna pamięć, to patrząc z boku wyglądało to jak czytanie na głos) książek. Wreszcie zebrała całe naręcze książek i stwierdziła, że idzie do Hani. Udało mi się ja przekonać, że może pójść ale musi być cichutko by Hani nie obudzić, więc książki niech raczej zostaną. Poszła, leżała spokojnie (choć spać to już nie spała), ale... dla mnie i tak było już za późno by przed praca wskoczyć w buty do biegania. A szkoda, bo gdy do pracy wychodziłem zaczynało padać. Gdy do pracy dojechałem była już ściana wody... i tak cały dzień.

Spiąłem się jednak i mimo deszczu (oraz ku zdziwieniu Lepszej Połowy) wyszedłem wieczorem. Wybrałem się do Lasu Marcelińskiego, który tymczasem zmienił się w Pojezierze Marcelińskie. Po ośmiu kilometrach w pierwszym zakresie przyszła pora na podbiegi. Z uwagi na ciemność i na mokrość zdecydowałem na podbieg w okolicy lasu, jednak utwardzony i oświetlony. Jak się później okazało zamiast dziesięciu wpisałem do Gremlina osiem powtórzeń i tyle właśnie zrobiłem. Następnie przyszła kolej na przebieżki – pięć razy 100/100 m i dwa kilometry w jedynce (która, nawiasem mówiąc w Gremlinie jest dwójką, bo jedynka to trucht) na deser. Łącznie 13,2 kilometra.
Podbiegi po łuku
Czwartek: OWB1 14km + Przebieżki 5x100/100
Tym razem wstawanie odbyło się bez problemów. Prawie, bo dobre piętnaście minut zajęła mi walka z drzemką w komórce. I tym razem wybrałem Las Marceliński (pobliski park jest fajny, ale na dystansach powyżej 10 km dostaję kręćka), który wrócił prawie do swojego normalnego wyglądu. Poza jedna kałużą, które nijak nie dało się ominąć sucha stopą, więc musiałem nieco zmodyfikować swoje standardowe okrążenie. Przebieżki z czternastoma kilometrami w nogach okazały się już małym wyzwaniem, ale dałem radę. Na koniec treningu Gremlin pokazał (jak nietrudno policzyć) 15 kilometrów.

Piątek: OWB1 15km + brzuszki,pompki
Bieganie wyjazdowe (w delegacji znaczy się). Ku zdziwieniu przysypiającego recepcjonisty z hotelu wyszedłem krótko po piątej. Dystans analogiczny do dnia poprzedniego, jednak w równym tempie – od początku do końca w OWB1. Chwilę po siódmej zamykałem już okienko węglowodanowe w hotelowej restauracji (śniadanie wliczone). Wieczorem, już w domu, zestaw młodego Spartanina - 150 powtórzeń w cztery minuty czterdzieści trzy sekundy.

Niedziela: OWB1 20km
Przedwczesna pobudka Córki Starszej numer dwa (pobudka numer dwa – Córkę Starszą mam tylko jedną; Córkę Młodszą również jedną; Córek Średnich brak). I tym razem wylądowała ze mną w łóżku – obeszło się bez zapalania światła, za to zapuściła sondę (kładzie mi stopę na udzie, by mieć pewność, ze jestem obok), więc nawet wymknięcie się pod pretekstem załatwienia potrzeby fizjologicznej nie wchodziło w grę. Przynajmniej pospałem przy niedzieli. Ale dzięki temu (a przede wszystkim dzięki wyrozumiałości Lepszej Połowy) po raz pierwszy od dawna wyszedłem biegać w ciągu dnia, gdy jedno z dzieci nie spało (bieganie wchodziło oczywiście w grę jedynie z uwagi na drzemkę Córki Młodszej). To przy okazji zrodziło zabawna sytuację – gdy zakładałem buty, Córka Starsza podeszła do mnie i z pełną powagą zapytała: Tato, ale wróć jutro, dobrze?
Na szczęście w planie miałem nieco krótszy dystans, niż taki, na który potrzebowałbym pół dnia i całej nocy, bo jedynie dwadzieścia kilometrów (jakby nie mogło być okrągłe 21,0975 km – zboczenie maratończyka). Pokręciłem się nieco po okolicy, pomyślałem bowiem, że może znajdę jakieś nowe ciekawe miejsce na bieganie w drugim zakresie.
A propos, Skarżyński zaleca tu płaską pętlę, po twardym, najlepiej zacienioną i bez ruchu kołowego (psy też niemile widziane). W moim przypadku, czytaj w promieniu trzech kilometrów od domu, nie do spełnienia. Zawsze brakuje tej kropki nad i. Albo podbieg, albo miękko, albo samochody. Skończy się zapewne na tym, że biegi ciągłe będę robił w moim ulubionym Marcelińskim Lesie (o ile nie zamieni się znowu w pojezierze), w którym również skończyłem swoje niedzielne wybieganie.

Tydzień zamknąłem zatem z kilometrażem 65,2 (a cały miesiąc z liczbą 183,2 km) i nie jestem pewien, ale to również jest chyba rekordowy wynik w moim przypadku (nie licząc oczywiście wspomnianych powyżej tygodni z nadrabianiem zaległości, bo raz trafiło się nawet ponad 83 km). A na najbliższe tygodnie zapowiadają się jedynie przyrosty. Trenejro pisze, że tyle trzeba biegać, jak się myśli o pokonaniu maratonu poniżej 3:30, co niestety nie budzi entuzjazmu Lepszej Połowy (w jaki sposób ubiera to w słowa, zachowam to – przynajmniej na razie – dla siebie).
Kolejny tydzień (bieżący właściwie) to dalsze nowości w planie, o czym ze szczegółami doniosę za jakieś siedem dni.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...