Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zawody. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zawody. Pokaż wszystkie posty

31 sierpnia 2016

O tym, że zawsze trzeba widzieć jasną stronę życia, uwag kilka

Pozytywnego coś, pozytywnego coś
Tak bardzo chciałbym dać dziś...
Sobie. Od kilku już tygodni zbieram się. Zbieram się by napisać posta, który rozpoczynać mógłby się od słów pozytywnego, tudzież optymistycznego. A tu ciągle coś.
Jutro kończą się wakacje. Wakacje, których biegowo na pewno nie będę wspominał dobrze.

Druga połowa czerwca jeszcze jako tako (jak to mówią). Wprawdzie wciąż goniłem własny ogon, wciąż nadrabiałem zaległości i wciąż przekładałem trening za treningiem.
Źródło: endomondo.com
Ale gdzieś na początku lipca zaczęło to wreszcie wyglądać dobrze. Powiem więcej, wręcz zaczęło się rozkręcać. I choć siedemnastego na Nocnej Maniackiej Piątce nie nakręciłem wyniku który by mnie satysfakcjonował, zacząłem wreszcie czuć się dobrze ze swoim bieganiem.
Źródło: endomondo.com
A potem przyszedł tydzień, który chciałbym zapomnieć jak najszybciej. Wiele się działo rzeczy niefajnych. Dość powiedzieć, że na sam koniec odszedł mój Dziadek (Dziadziuś - tak się przecież do niego, dzieckiem będąc, ale i też już nie będąc, zwracałem).
Po pogrzebie dziadka wyjechaliśmy z Poznania, a ja znowu zacząłem szukać radości życia. W bieganiu między innymi. Dość powiedzieć, że pięć z siedemnastu biegowych dni lipca, to pięć ostatnich dni tegoż miesiąca.
Źródło: endomondo.com
Sierpień też zaczął się niczego sobie. Zmieniliśmy tzw. miejscówkę, ale wciąż poza Poznaniem. A ja połykałem z coraz większą satysfakcją kolejne kilometry. Ale potem do Poznania powróciliśmy. Niby nic w tym złego - Poznań pięknym miejscem jest - ale wkrótce po naszym powrocie do stolicy Pyrlandii odwiedził nas gość. Tak zwana jelitówka. Najpierw dzieci, potem MBŻ, a na końcu ja. Czyli opieka nad domownikami plus chorowanie plus dochodzenie do siebie w ogólnym rozrachunku daje kolejne dwanaście dni bez biegania z rzędu.
I wtedy coś we mnie pękło. Napisałem do Trenejro, że muszę po prostu na jakiś czas przestać się spinać. Trochę poluzować - naciągnąć sprężynę. I że nie będę zmieniał planów startowych, niemniej chcę, również na zawodach, pobiegać na tzw. luzie. I jeszcze, że chciałbym też na jakiś czas zredukować ilość treningów w tygodniu do czterech. I że myślę, że to pozwoli mi trochę przewietrzyć głowę (przede wszystkim głowę).
Źródło: endomondo.com
Tak sobie myślę, że jak trochę odpuszczę, to odnajdę raz jeszcze radość biegania. A potem znów będzie mi się chciało dążyć do lepszego siebie. I owszem, złamię tę trójkę. I kiedyś, parafrazując pewien dowcip o Jasiu, który wraca do domu z niezbyt satysfakcjonującą cenzurką, jeszcze będziemy się śmiali patrząc na żniwo tegorocznych wakacji.
Źródło: endomondo.com
A tak w ogóle to najlepszego z okazji Dnia Bloga (3108 Day)!

27 maja 2016

O tym, że drużyna daje kopa, uwag kilka

Od czego by tu zacząć? Jak mawiała noblistka, pierwsze zdanie jest najtrudniejsze. Czyli powinno być już łatwo, bo w zasadzie właśnie piszę trzecie. Ale wcale łatwiej nie jest. W zasadzie nadal nie wiem co napisać. No może poza tym, że czuję się niemal jakbym po raz pierwszy miał napisać relację zawodów. Pisanie, że to mój powrót do startów, byłoby znacznym nadużyciem semantycznym, ale tak trochę się czuję. Jakbym wrócił z podróży. Może nie dalekiej. Ale podróży.

W każdym razie w miniony weekend, konkretnie w niedzielę, pobiegłem najdłuższą zmianę w sztafecie maratońskiej XLPL Ekiden, której czwarta edycja odbyła się w tzw. Mekce poznańskich biegaczy (ja akurat tego zdania) czyli nad Jeziorem Maltańskim. A tak konkretnie to wokół tegoż jeziora, które aby obiec, należy pokonać 5400 m. Ale jeśli je obiec niecałe osiem razy, pokona się (tak tak) pełny maraton. Caluśkie czterdzieści dwa kilometry i sto dziewięćdziesiąt pięć metrów. I tak właśnie zrobiliśmy (już śpieszę donieść, co za my).
Sztafeta maratońska to bieganie... (źródło: Fotografia Tomasz Szwajkowski)
Idea wspólnego startu w maratońskiej sztafecie zrodziła się w gronie rodzinnym, w którym biegaczy ostatnio jakby coraz więcej. Wstępnie do składu wytypowani zostali: Moja Biegająca Żona, Takoż Biegająca Szwagierka oraz moja skromna osoba. Kolejnym murowanym kandydatem był Brat Mój Przyrodni. Jeszcze kolejnym Biegająca Koleżanka (nazwijmy ją na potrzeby tej opowieści Marta – nie powinna się obrazić, bo faktycznie ma tak na imię) oraz jej Ślubny (z imienia Mariusz), który wprawdzie nie biega, ale na to jedno okrążenie Malty postanowił się porwać. Nazwa drużyny nasunęła się sama – skoro ja, Brat i Żona nosimy to samo nazwisko na em, Szwagierka wprawdzie inne, ale również na em, a do tego Marta i Mariusz, ochrzciliśmy się emenemsy. Problem pojawił się dopiero, gdy z zespołu wykruszył nam się Mariusz (bo nie dość, że brak szóstej osoby, to jeszcze trzeba ją dobierać według klucza). Ale poradziliśmy sobie, zachowując przy tym tak zwaną twarz. Dołączyła do nas znana i lubiana (no ba!) biegaczka, która wprawdzie imię nosi na ka, a nazwisko na wu, ale szerzej znana jest jako Biegająca Matka (matka – na em).
kibicowanie...
Sztafeta maratońska ma to do siebie, że o ile nie zbierzesz ekipy biegaczy, takich że krew, pot i łzy, więcej w tym pikniku niż czystego biegania. Aura zapowiadała się zatem obiecująco – dżdżu wcale, za to słońca owszem. Jak się okazało było aż za ciepło i nawet biwakująca część ekipy (wliczając osoby towarzyszące, w większości dzieci) pożądała cienia, niczym kania (nomen omen) dżdżu. Biegacze na cień nie mogli liczyć już prawie wcale. A szukaliśmy go jeszcze zanim biec zaczęliśmy. My, czyli ja i Brat, któremu to przypadła pierwsza zmiana (niecałe dwa okrążenia), którzy stawiliśmy się na miejscu jako pierwsi. Brat ruszył na start, potem na trasę, ja zaś odebrałem resztę tzw. ekipy, która w międzyczasie przybyła. Pomogłem im się przemieścić, a następnie sam począłem się gotować do swojej zmiany. Choć też za bardzo nie musiałem bo mieszanka aury (zewnętrznej) i emocji (wewnętrznej) sprawiła, że gotowałem się, zanim jeszcze dostrzegłem czerwoną koszulkę najmłodszego członka (nie dalej jak dzień wcześniej ukończył dwadzieścia sześć wiosen) naszej radosnej drużyny. Gdy ten ukończył swój bieg, pałeczkę (w równie radosnym, jak nasza grupa, kolorze fioletowym) – dosłownie i w przenośni – przejąłem ja.
niepowtarzalny multimedal...
Cel nie był nazbyt ambitny – niezbyt wolne, ale spokojne rozbieganie (nie mam ostatnio za wiele kilometrów w nogach). I tak też starałem się zacząć – spokojnie. Jakież było moje zaskoczenie (całkiem pozytywne), że owo spokojnie przełożyło się tempo około 4:45/min. Tak mniej więcej do trzeciego kilometra, gdy upał już naprawdę zaczął dawać się we znaki, a tempo zaczęło spadać (najpierw w okolice 5:00/km). Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek wcześniej na czwartym kilometrze dziesięciokilometrowej trasy z takim wytęsknieniem oczekiwał jej końca. Na szczęście pod koniec pierwszego okrążenia otrzymałem nieco (a nawet sporo) mentalnego wsparcia, z którym ruszyłem na kolejne okrążenie. Upał dawał się we znaki ostro, ale ja robiłem swoje. Tym razem nie pilnowałem tempa. Pilnowałem samopoczucia. Kiepskiego, ale pilnowałem. Chwytałem tez każdej okazji, aby się ochłodzić. Cienia wprawdzie jak na lekarstwo, wiatr bardziej przeszkadzał, niż pomagał. Ale były na trasie trzy punkty z wodą. Mogły być wprawdzie lepiej rozmieszczone, ale przyznać trzeba, że były trzy. Choć dodać także należy, że (jak słyszałem) późniejsze zmiany nie miały już do dyspozycji takiej ilości wody jak chociażby ja. A ja, skoro mogłem, korzystałem garściami (żeby nie było, żem samolubny – woda była z kranu, więc nie mogłem wiedzieć, że mogą być braki): łapałem wszystkie możliwe kubki, ale wypijałem jeden. Reszta (a właściwie jej zawartość) lądowała na głowie. Pod koniec po prostu krzyczałem do wolontariuszy, że mają lać (nomen omen za metą wypiłem dopiero trzeci z kubków, które wziąłem do ręki). Niewiele jednak to pomagało. Upał za to pomógł mi pobić pewien osobisty rekord. Na ostatnim kilometrze. Przy tempie około 5:15/km odnotowałem tętno 185. Na finiszu 188 przy tempie 5:00/km.
ale przede wszystkim tzw. timspiryt* :-D
Ostatecznie swoją zmianę pokonałem w czasie 0:54:35. Jako drużyna 3:48:45 i 178 na 286 sztafet które dotarły do mety. Są jednak rzeczy ważniejsze od wyniku. Jak bardzo górnolotnie by to nie zabrzmiało, liczy się przecież duch zespołu. I jeszcze jedno – dla połowy tegoż zespołu był to maratoński debiut. Póki co jeszcze nie indywidualny (to samo ja mogę powiedzieć o sobie, jeśli chodzi o łamanie trójki w maratonie – też mi się udało, choć jeszcze nie indywidualnie), ale na jesień zapowiada się co najmniej jeden osobisty (to się również tyczy mojego łamania trójki). Reasumując, uznaję tę sztafetę jako optymistyczny prognostyk na nadchodzące jesienne (nie tylko moje) starty. I tego się będę trzymał!

*Na zdjęciu od lewej: Szwagierka, Marta, Marty Córka Młodsza, Brat, Moja Córka Młodsza, Biegająca Matka, Matki Córka Młodsza, Moja Córka Starsza, Moja Biegająca Żona oraz ja. Z kadru uciekli: Syn Szwagierki, Marty Córka Starsza oraz Marty Małżonek Mariuszem Zwany, zdjęcie wykonujący.

8 maja 2016

O sytuacji, gdy Endomondo za mną teskni, uwag kilka

W kwietniu wydarzyły się dwie rzeczy, które nigdy wcześniej nie miały miejsca. DNF na maratonie oraz to, że przez cały miesiąc nie opublikowałem nawet jednego posta na blogu. Na szczęście ten miesiąc właśnie się skończył. Taki samomotywujący wpis na lajkpejdża ułożyłem sobie w głowie układając się do snu ostatniego dnia kwietnia. Chciałem go przelać na klawiaturę następnego dnia rano. Nie zdążyłem. Nad ranem dnia następnego obudził mnie paskudny ból pleców. Kolejne kilka dni spędziłem w łóżku w towarzystwie silnych leków przeciwbólowych. w tym czasie dostałem mejla, w którego tytule wyczytać można Bartek Monczyński, brakuje nam Ciebie. Mejl przyszedł z adresu service@endomondo.com.
Ten specyficzny uśmiech nie gościł na ojej twarzy zbyt często przez ostatnich kilka tygodni (meta 9 Półmaratonu Poznańskiego - źródło: Sandra Afek Photography)

Spróbujmy (liczba mnoga wydaję się tu być naturalna, choć oczywiście to ja spróbuję) podsumować co się wydarzyło przez ostatnie 59 dni (tak tak, pięćdziesiąt dziewięć - słownie - dni). Wszystko zaczęło się w piątek jedenastego marca. Wieczorem wybrałem się na (zległy nomen omen, bo pierwotnie zaplanowany na środę) trening. Miał być drugi zakres łamany z trzecim. Czyli ciężki trening. Ale nie było ciężko - było nie do zniesienia. Okazało się, że objawy przeziębienia, które objawiły się po raz pierwszy o poranku dnia poprzedniego, a które początkowo zbagatelizowałem, okazały się nie jaskółką zapowiadającą wiosnę (której już podówczas wyczekiwaliśmy), ale początkiem okresu, który będę chciał jak najszybciej zapomnieć (najlepiej zaraz, jak skończę pisać niniejszego posta). Najpierw ten niedokończony trening. Kilka dni później praktycznie straciłem głos. A przecież w sobotę miała być Maniacka - jedyny bieg, w którym startowałem regularnie co roku od siedmiu już lat. Niestety nie wydobrzałem. Gorzej, mijały kolejne dni, a nawet tygodnie, a mnie wciąż się nie poprawiało. Aż wreszcie - na tydzień przed planowanym maratonem - sięgnąłem po broń dużego kalibru. Antybiotyk. Pomógł. Ale nie zbyt wielka była to pociecha.

Do Holandii jednak z MBŻ polecieliśmy. Spędziliśmy tam kilka naprawdę miłych dni i mimo wszystko przed południem dnia 10 kwietnia na starcie Marathon Rotterdam stanąłem. Do dziś nie wiem, czy to była dobra decyzja. Na pewno dobrym nie mogę nazwać tego co się stało. Pierwsze w życiu DNF (ang. did not finish).

Było minęło, pomyślałem po powrocie. Za miesiąc jest Wings for Life - tam się odkuję. Po drodze był jeszcze Półmaraton Poznański, na którym, jak pozwoliłem sobie zażartować, miałem dokończyć maraton sprzed tygodnia. Nie chciałem biec całego (wierzcie mi, to nie byłby dobry pomysł), postanowiłem więc pozającować szwagierce (MBŻ nie chciała nawet o tym słyszeć), biegnąć z nią od szóstego kilometra. Szwagierce złamać dwóch godzin (taki był plan maksimum) nie udało, choć było blisko. Dla mnie był to miły, niezbyt wyczerpujący bieg. Tylko pozornie - po południu czułem się jakbym nie dokończył, a przebiegł z półtora maratonu.

To (już w nieco innej formie, ale jednak) wyczerpanie towarzyszyło mi przez kolejne dni. Aż napisałem byłem wiadomość do Trenejro, że przez najbliższe dwa tygodnie nie widzę się w innych treningach niż spokojne biegi. Wiedziałem już, że ósmego maja (czyli dzisiaj) już nie powalczę. Liczyłem tylko na dobrą zabawę. Aż do poranka 1 maja (a propos, miałem w podstawówce koleżankę, która miała na imię Maja - wszyscy chłopaki w klasie się w niej durzyli). A dziś wejście na twarzaka sprawiało mi niemal fizyczny ból - wszyscy tylko Wings for Life i Wings for Life...

Jutro, po tygodniu el-cztery, wracam do pracy. Wciąż jestem osłabiony (po lekach), więc do biegania zapewne wrócę dopiero pod koniec tygodnia. Forma jest taka, że w sumie zaczynam z dosyć niskiego poziomu. Ale plan jest ambitny, a ja nie mam zamiaru odpuszczać. Nie wiem czy krew i łzy, ale pot będzie na pewno. Dużo potu.

29 lutego 2016

O drugiej szóstej edycji uwag kilka

Nic nie dzieje się bez przyczyny. Oczywiście, można napisać relację z zawodów, w których się brało udział, dzień lub dwa po. Ba, można nawet i tego samego dnia wieczorem. Ale czy nie lepiej spojrzeć na wszystko z perspektywy, dajmy na to, ośmiu dni. Przecież osiem to biblijny symbol doskonałości, nieskończoności oraz obfitości. A jeśli owo osiem dodamy do dnia zawodów, czyli nomen omen mojej ulubionej liczby dwadzieścia jeden, otrzymamy dwadzieścia i dziewięć (einundzwanzig, jak mawiają Niemcy), a dwudziesty dziewiąty lutego jest niczym maraton na igrzyskach letniej olimpiady - trafia się raz na cztery lata.
No dobrze napiszę już prawdę (z tym że niecałą i niekoniecznie prawdę najprawdziwszą). Nie mogłem nic napisać, tak bardzo dławiło mnie napięcie w oczekiwaniu na to, czy boski (no ba!) Leo dostanie w końcu tego Oskara, czy też nie dostanie. Na szczęście dostał. Dzięki temu już można.
Przełaj w środku miasta wyrasta (źródło: facebook.com/365sportu.sklep.triathlonowy)
Co łączy Wildecką Dziesiątkę z Dziesiątą Maniacką (poza dziesiątką w nazwie). Oba biegi organizowane są na tym samym dystansie (a to ci niespodzianka) i w tym samym mieście (ale nie, nie ma w Poznaniu dzielnicy Maniak). W obu też debiutowałem dopiero w szóstej edycji. Tu podobieństwa się kończą. Maniacka jest biegiem masowym (druga największa dycha w Wielkopolsce A.D. 2015 i pierwsza dziesiątka biegów na tym dystansie w Polsce), Wildecka kameralnym. Maniacka finiszuje w miejscu określanym mekką poznańskich biegaczy, Wildecka na terenie Rodzinnych Ogrodów Działkowych im. Jana Mazurka (kimkolwiek ów był). Maniacka jest szybkim biegiem ulicznym, Wildecką, moim skromnym zdaniem (w opozycji do informacji na stronie biegu o nawierzchni z przewagą dróg asfaltowych) należałoby zakwalifikować jako bieg przełajowy. Mimo tego, że rozgrywany jest w tzw. samym środku miasta.

Nawiasem mówiąc, podejrzewam, że w poprzednich edycjach, kiedy mnie na tym biegu zabrakło, miał on swój klimat. Zakładam, że jeśli nie leżał śnieg, to było chociaż nieco chłodniej i nie trzeba się było taplać w błocie, jak w tym roku. Nie zdziwiłbym bym się , gdyby miał zimowa w nazwie. Zapewne w poprzednich edycjach był trochę podobny do Zimowego Biegu Trzech Jezior. Oby globalne ocieplenie nie galopowało tak bardzo i dane nam było tegoż klimatu jeszcze posmakować. Bo ja miałem dylemat jak się na ten bieg ubrać i w stroju późno-jesiennym (wcześnie-wiosennym względnie) nieco, przyznam się, zgrzałem.
Czy ja aby na pewno żelazko wyłączyłem? (źródło: facebook.com/trrazem)
A teraz o samym biegu. Podobnie jak Zimowy Forest Run (tak samo zimowy), bieg miał być przetarciem przed wiosennymi (choć pierwszy jeszcze kalendarzową zimą - 19 marca) startami. W odróżnieniu jednak od Foresta nie miał być mocnym treningiem, a bardzo mocnym treningiem. Czyli bez oszczędzania się. I chyba na początku nieco za bardzo w owo nie oszczędzanie się wczułem. Bo choć o życiówce nawet nie śmiałem marzyć, pierwszy kilometr pobiegłem prawie tak szybko, jakbym ową życiówkę atakować zamierzał. I tu znów podobieństwo do Foresta. Pierwszy kilometr najszybszy (no dobrze prawie najszybszy; najszybszy był ten z ostrym finiszem, o którym za chwilę). Tylko że w Wielkopolskim Parku Narodowym było mocno z górki. Na wildeckich ogródkach działkowych trochę mnie poniosło. A może po prostu mi się wydawało, że uda mi się utrzymać takie tempo przez dziesięć kilometrów. Późniejsze tempo zależało też zależało też od fragmentu trasy. Po twardym było szybciej, po błocie i trawie wolniej. Momentami wiatr też dawał się we znaki. O podbiegach okołowiaduktowych nie wspominając (na szczęście zaraz potem były zbiegi).

Mniej więcej pod koniec szóstego (albo na początku siódmego - ale to w zasadzie to samo) zrównał się ze mną inny biegacz, po czym ustaliliśmy w krótkiej (chciało by się powiedzieć żołnierskiej, ale może lepiej pasowało by biegowej) wymianie zdań, że dalej walczymy dalej. Udało nam się to przez kolejne dwa kilometry z okładem, bowiem na podbiegu odszedł mi nieco i choć cały czas miałem go w zasięgu wzroku, już do końca oglądałem tylko jego plecy. Podjąłem wprawdzie dramatyczną (dramatyczna była szczególnie moja mina, z grymasem walki o śmierć i życie) próbę wyprzedzenia go na mocnym finiszu, ale nie dał się zaskoczyć. Mam nadzieję, że pobił chociaż swoją życiówkę (jak się później okazało, dzieli nas dziesięć lat życia i to ja jestem ten starszy, co, nie powiem, nieco mi osłodziło smak porażki). Niemniej już za metą wyściskaliśmy się po przyjacielsku.
Ten kształt trasy kogoś/coś przypomina mi (źródło: endomondo.com)
Mimo całkiem pozytywnego (jak mi się wydaje) wydźwięku kilku powyższych akapitów, przyznać muszę, że nie jestem zbytnio podbudowany swoim wynikiem. Wiem, że nie nazbyt szybka trasa (zawsze mnie nieco bawi to określenie - szybka trasa - jakby to trasa biegała), że błoto, że wiatr i że podbiegi. Ale jednak spodziewałem się po sobie choć odrobinę więcej.

Byłbym zapomniał. Chyba rodzi się nowa świecka tradycja. Znów po pakiet wybrałem się biegiem. Następnym razem to już się raczej nie uda. No chyba, że przeniosą biuro Maniackiej gdzieś bliżej.

12 lutego 2016

O (Nie)Zimowym Parku Narodowym uwag kilka

Chcesz rozśmieszyć trenera, opowiedz mu o swoich planach startowych (że tak sparafrazuję znaną wypowiedź jeszcze bardziej znanego filmowca). Miało zimą nie być żadnych startów. Trenejro jednak nalegał (no dobrze - dobitnie sugerował) by w lutym zrobić jakieś przetarcie (jak to ładnie nazwał). Nie za bardzo miałem ochotę, dopóki nie dowiedziałem się, że jest okazja by pobiec w zimowej edycji Forest Run (ok. 22 km).

Podkreślenia wymaga przede wszystkim miejsce, gdzie bieg się odbywa. Ciekaw jestem ile osób spoza Poznania zdaje sobie sprawę, co my (poznaniacy) posiadamy tuż za granicami naszego pięknego, nomen omen, miasta. Zaryzykuję stwierdzenie, że znalazłoby się również całkiem sporo autochtonów, nie zdających sobie sprawy z tego, co mają pod przysłowiowym nosem (sam pamiętam swe zdziwienie, gdy znajomy, przy okazji wizyty w pobliskiej Mosinie, pierwszy raz wyciągnął mnie tam na spacer; na swoje usprawiedliwienie mam to, że byłem podówczas świeżo upieczoną ludnością napływową). Otóż mamy ponad siedem i pół tysiąca (a licząc ze strefą ochronną, to prawie piętnaście tysięcy) hektarów dzikiego niemal lasu, czyli Wielkopolski Park Narodowy. Nic tylko biegać. Aż sobie teraz myślę, że trochę szkoda, iż tak bardzo nie lubię "jeździć biegać" i tak naprawdę biegłem tam po raz pierwszy (choć to już pewne, że nie ostatni).
W oczekiwaniu na finisz Taty (zdjęcie: MBŻ)
Pierwsze co zrobiłem, po podjęciu decyzji o starcie, było (za wyraźną namową Mojej Biegającej Żony, której akurat biegać po WPN zdarzyło się już nie raz) zamówienie antypoślizgowych nakładek na buty. Jak się nietrudno domyślić (złośliwi twierdzą, że było cieplej nić podczas jesiennej edycji) nakładki nierozpakowane wylądowały w szufladzie, by czekać na lepsze (dla siebie - ja tam nie narzekam) czasy. A ja za to swoje bieganie w ramach Forest Run zacząłem już w sobotę. Jako że tego dnia chciałem odebrać swój pakiet, a można to było uczynić w hostelu Poco Loco, który znajduje się jakiś pięć tysięcy metrów od mojego domu, szkoda było tego nie wykorzystać. Szczególnie, że w planie na sobotę miałem akurat jakieś dziesięć kilometrów biegu (przypadek?).

Teraz wyjaśnienia wymaga to, co się ukrywa pod słowem "przetarcie". Bieg właściwy (w odróżnieniu od sobotniego biegu po pakiet) miał być (tym razem) po prostu mocnym treningiem. Trenejro nawet zalecił mi tempo, jakiego mam się trzymać, ale trasa, a właściwie jej ukształtowanie, szybko te założenie zweryfikowało. Najpierw in plus, bo pierwszy kilometr prowadził niemal wyłącznie z górki (gdybym sam siebie nie hamował, tempo wyszłoby poniżej czterech minut na kilometr). Później zaś in minus, jako że podbiegów, w tym tych morderczych, na trasie naprawdę nie brakowało. Jeśli chodzi o mordercze podbiegi, to trafił się też taki, na którego widok stwierdziłem, że ani myślę pokonywać go biegiem. Na szczęście na szczycie ustawili się spece od uwieczniania rzeczywistości, więc głupio było maszerować. Ale tamten podbieg to nic, w porównaniu z tym, co organizatorzy przewidzieli na sam finisz. No klękajcie narody, że tak klasyka zacytuję.
Najlepsze Kibicki Świata (zdjęcie: MBŻ)
Niemniej, cieszę się, że nie biegłem w przysłowiowego trupa (dochodzę do wniosku, że raz na jakiś czas po prostu tak trzeba). Po pierwsze mogłem się cieszyć samym biegiem. Po drugie mogłem chłonąć piękne (i tego, i niepowtarzalne) okoliczności przyrody. A po trzecie pełnymi (niemal dosłownie) garściami czerpałem z rozstawionych przy trasie bufetów. Zazwyczaj łapię kubek lub dwa wody, czasem kawałek banana i pędzę dalej. Tym razem z pełną premedytacją delektowałem się miejscowym menu. A czego tam nie było - szaszłyki, kanapeczki, koreczki. No dobrze - teraz trochę ukoloryzowałem. Ale były banany, pomarańcze, wafelki, ciastka i czekolada, a do picia woda, izotonik a nawet gorąca herbata (piwo dopiero na mecie).
Tort Jedyny w Swoim Rodzaju (zdjęcie: MBŻ)

Najlepsze (i wcale nie chodzi o rzeczone piwo) czekało właśnie na mecie. Jak już uporałem się z najbardziej upiornym z upiornych podbiegów, udało mi się zrobić coś, czego przez wszystkie te lata startów w zawodach jakoś uczynić się nie zdarzyło. Przekroczyłem metę w obstawie Córek Dwóch. Są czasem w życiu rzeczy ważniejsze niż kolejna urwana z wyniku sekunda.

Na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie. Pogoda zupełnie nieadekwatna do nazwy biegu okazała się bardzo pomocna w tzw. integracji. Z racji obecności wszystkich trzech Moich Dziewczyn oraz całej masy biegowych znajomych, atmosfera zrobiła się niemal piknikowa. Był nawet improwizowany na szybko, wyposażony w świeczkę narysowaną markerem na kawałku tektury, tort urodzinowy. I chyba to wspominał będę najlepiej. Jak się okazuje w tym całym bieganiu, bieganie nie jest najważniejsze (ale mi się napisało!).
Źródło: endomondo.com

Relacja napisana dla aktywniebardzo.pl

26 stycznia 2016

O biegu, na który tak czekałem, uwag kika

26 stycznia 1919 żołnierze Armii Wielkopolskiej, wraz z gen. Dowborem-Muśnickim, złożyli uroczystą przysięgę na placu Wilhelmowskim, przemianowanym wówczas na plac Wolności w Poznaniu.* Tak, to już dziewięćdziesiąt siedem lat minęło od tego wydarzenia. A nie doszło by do tego, gdyby nie wydarzenia 27 grudnia roku 1918, kiedy to wybuchło jedno z nielicznych zwycięskich powstań zbrojnych naszego narodu - Powstanie Wielkopolskie. Dziewięćdziesiąt siedem lat później na ulicach ścisłego centrum Poznania, w wielu miejscach z Powstaniem związanych, odbył się Bieg Powstania Wielkopolskiego.

Pod wieloma względami dziwny był to bieg. A może nie - może nie dziwny. Lecz na pewno nietypowy. Po pierwsze pora. Zdecydowana większość biegów odbywa się w godzinach przedpołudniowych, a nawet porannych. Najczęściej w myśl zasady, im dłuższy bieg tym wcześniej start. Ale i tzw. piątki i dychy startują z reguły (od której, pamiętajmy, wyjątki występować muszą, by w ogóle reguła regułą była) nie później niż o jedenastej, dwunastej. A tu nie dość, że start ok. 16:40, to jeszcze (a właściwie już) nie za dnia, bowiem pod koniec grudnia to już ciemno. Ale przecież godzina startu nie wzięła się znikąd. 16:40 to domniemana godzina wybuchu powstańczych walk, a co za tym idzie samego Powstania.
Źródło: Fotografia Tomasz Szwajkowski
Po drugie miejsce, a właściwie miejsca. Start i meta znajdowały się na Placu Wolności, tuż obok budynku Arkadii, czyli tam gdzie walki się rozpoczęły i gdzie poległ pierwszy powstaniec, Franciszek Ratajczak. Ale na trasie biegu znalazły się również ulica Święty Marcin, gdzie w początkowym etapie Powstania swoją siedzibę miało Dowództwo Główne. Była ulica Święty Wojciech, przy której znajduje się cmentarz zasłużonych Wielkopolan (nomen omen najstarszy istniejący cmentarz w Poznaniu), gdzie spoczywa pierwszy dowodzący Powstaniem, generał Stanisław Taczak. Była też sama ulica Powstańców Wielkopolskich.
Tu mała dygresja. Przez kilka lat mieszkałem na osiedlu Powstań Narodowych. Wielokrotnie korespondencja przychodziła zaadresowana na osiedle Powstańców Narodowych. Na szczęście dochodziła.

Po trzecie oprawa. Bieg wpisany był niejako w główne obchody rocznicy. W okolicach startu panował więc atmosfera nie do końca taka, jaka zazwyczaj biegom masowym towarzyszy. Dość, że oprócz przedstawicieli płci obojga odzianych w stroje sportowe, można było spotkać nie tylko tzw. zwykłych mieszkańców, ale i osoby w strojach historycznych. Biegowi towarzyszyły również odśpiewanie hymnu oraz minuta ciszy tuż przed startem.
Tu przemyślenie, którym przy tej okazji wręcz muszę się podzielić. Ja rozumiem (przynajmniej się staram) i szanuję (jak wyżej), że patriotyzm różnie może być rozumiany i różnie manifestowany (taka złota myśl mnie naszła, że patriotyzm nie polega na odpalaniu rac). Lecz braku szacunku dla hymnu i minuty ciszy zrozumieć i zaakceptować nie potrafię.
Źródło: Fotografia Tomasz Szwajkowski
Po czwarte uczestnicy. Nie mam być może zbyt dużego doświadczenia w tym temacie (w startach w biegach z akcentem historyczno-patriotycznym w tle), ale odniosłem silne wrażenie, że mamy zdecydowanie szerszy przekrój startujących, co zaobserwować można było między innymi za sprawą strojów, jak i zachowania przed i tuż po starcie. Zdziwiła mnie na przykład ilość osób, które mnie wyprzedzały na pierwszych metrach biegu, a które na stałych bywalców biegów ulicznych nie wyglądały. Dla jasności - nie jest moim zamiarem deprecjonowanie kogokolwiek, dzielę się jedynie własnymi obserwacjami (to co się wydarzyło na kolejnych kilkuset metrach, zdaje się owe obserwacje potwierdzać). Cieszy mnie wręcz fakt, że ludzie, którzy (być może) na co dzień nie żyją bieganiem tak mocno jak ja i mnie podobni, postanowili uczcić ten dzień akurat w taki sposób.

Po piąte (przez dziesiąte - nie mogłem się powstrzymać) pogoda. Blisko dziesięć stopni w ostatnich dniach grudnia i strój startowy lżejszy niż na październikowym maratonie nie wymagają chyba szerszego komentarza (tydzień później biegałem już w trzech warstwach i soplach na buffie).
Źródło: endomondo.com
A sam bieg (w sensie jak mi poszło)? Chciało by się rzec, rzecz drugorzędna. Trasa niełatwa (pagórkowato i sporo kostki brukowej - tej historycznej), a i formy nie było, więc i cudów się nie spodziewałem. A może trochę szkoda. Bo gdybym pobiegł w okolicach swojej życiówki, to mógłbym liczyć nawet na pierwsze w życiu pudło (ale nic, kiedyś się przecież doczekam). Tak czy owak, za rok pobiegnę znów.

PS1. Jeśli chcielibyście zrobić sobie powtórkę (no, ewentualnie lekcję) z historii, gorąco polecam Historię bez cenzury.
PS2. Teraz czekam na Bieg Poznańskiego Czerwca.

*Źródło: Wikipedia

25 grudnia 2015

O kalendarzu innym niż wszystkie uwag kilka

To jakie macie plany? - zapytał wczoraj teść przy wigilijnym stole. Chciałbym skończyć doktorat (nie zarzekam się, że uda mi się to przez najbliższe dwanaście miesięcy, ale koniec widać coraz wyraźniej), odpowiedziałem. To dobrze. Ale to twoje plany. A jakie macie wspólne? - ciągnął teść. W kwietniu jedziemy do Rotterdamu, odparła MBŻ.

Tak, święta Bożego Narodzenia to dobry moment na snucie planów. Chociaż jeśli chodzi o te biegowe na rok dwa tysiące szesnasty, ja snuję już od jakiegoś czasu. Część jest już pewna od dawna. Inne wyklarowały się dopiero co. Jeszcze inne wciąż wiszą pod znakiem zapytania. Jedno co najważniejsze to to, że wiem już jak chcę, aby ten sezon z grubsza wyglądał (a będzie wyglądał nieco inaczej niż poprzednie). A skoro wiem to mogę się pochwalić.
Ostatnio listonosz przyniósł dwie pozycje przydatne w planowaniu i monitorowaniu poczynań biegacza.
Zima
Zima treningiem będzie stała. Zakładam (i nastawiam się), że ciężkim, ale tylko treningiem. Nie planuję żadnych startów. Odpuszczam nawet cykl City Trail. Opuściłem już trzy biegi (te tegoroczne z bieżącego cyklu), z uwagi na drugie zdanie niniejszego posta. Odbywałem podówczas trening siłowy w hali politechniki (tak tak, w moim przypadku doktorat to w dużej mierze ciężka praca fizyczna - piasek, cement, betoniarka i takie tam) i gdy będą się odbywały kolejne trzy, ja również będę zapewne zajęty czymś innym. Ale na treningach... Na treningach nie ma zmiłuj. Bowiem po zimie jest wiosna, a wiosną...

Wiosna
Punkt kulminacyjny wiosny przypada 10 kwietnia. Wtedy to stanę na starcie NN Marathon Rotterdam. Cel jest prosty. Rozprawić się z barierą, z którą nie udało mi się uporać jesienią na własnym fyrtlu. Z trójką z przodu. Ale żeby cel był choć trochę ambitniejszy niż podczas mojego poznańskiego startu, postanowiłem podnieść poprzeczkę nieco wyżej. Zatem planuję pobiec w Rotterdamie szybciej niż pobiegł Krasus w Rotterdamie (dwa lata wcześniej).
Stały punkt programu to oczywiście Maniacka Dziesiątka (oczywiście, bowiem startuję w niej nieprzerwanie od 2010 roku). Ale jako że Maniacka jest w tym roku dosyć późno (19 marca), maraton dosyć wcześnie (10 kwietnia), a po drodze jest jeszcze Wielkanoc (27 marca), Maniacka będzie najprawdopodobniej jedynym startem kontrolnym przed królewskim dystansem. Prawdopodobnie, bo dopuszczam jeszcze jakiś start w okolicach Wielkanocy (myślałem nad Biegiem do Pustego Grobu w Nowej Soli, ale to jednak kawałek). Na pewno jednak przed wyjazdem do kraju tulipanów i wiatraków nie wystartuję już w półmaratonie.
Półmaraton widnieje w moim kalendarzu pod datą 17 kwietnia. Nie wiem jeszcze czy pokonam całą trasę Półmaratonu Poznańskiego (w końcu to ledwie tydzień po dwukrotnie dłuższym dystansie), ale na pewno się na niej (na tej trasie) pojawię. Szczególnie, że w tym (czyli przyszłym) roku przebiega niemal pod moimi oknami.
Kolejny punkt kulminacyjny wiosny, to start, który sam dla siebie określam jako ten o priorytecie A minus. A nastąpi nie w długi weekend majowy jak w latach ubiegłych, lecz 8 maja. Mowa rzecz jasna o Wings for Life. Czy będzie to mój pierwszy start na dystansie ultra? To się zobaczy. Jeśli uda mi się przez sto dziewięćdziesiąt dwie minuty (lub dłużej) utrzymać średnie tempo 4:27/km (lub szybsze), to pewnie tak.
Ostatni punkt (jak widać całkiem napiętego) programu wiosennego to nadrabianie zaległości z roku bieżącego. Choroba uniemożliwiła mi debiut w Półmaratonie Weteranów. W tym roku zamierzam to nadrobić.

Lato
Najgorętsza część roku ma wyglądać zupełnie inaczej niż zwykle. Dlatego liczę po cichu, że nie będzie aż taka gorąca tym razem. Bowiem jak słowo się już jakiś czas temu rzekło, w sierpniu wybieram się na maraton do Trójmiasta. Biorę oczywiście pod uwagę, że raczej trudno liczyć na warunki idealne do bicia życiówek, ale po prostu chcę w tym maratonie pobiec. I pobiegnę, najlepiej jak tego dnia będę potrafił. Tym razem tzw. personal best najważniejszy na świecie nie będzie.

Jesień
Długo zastanawiałem się, czy w związku z podjętymi już planami na lato, zakładać kolejny start w maratonie jesienią. I postanowiłem, że jesień tym razem będzie bez maratonu. Zamierzam za to pobiec mocną połówkę w październiku (najpewniej w Szamotułach). Ale taką naprawdę mocną. W końcu nie będzie to start kontrolny, a ten o priorytecie A (na jesień). Kontrolna to będzie zapewne jakaś dyszka, gdzieś we wrześniu (ale jeszcze nie wiem gdzie dokładnie).

Tak to właśnie wygląda. Kalendarz jeszcze ciepły, a już pełen startów. To oczywiście tylko plany i jak będzie wyglądać ich realizacja okaże się za jakieś dwanaście miesięcy. Niemniej są. A jak tam Wasze plany?

14 października 2015

O dwunastu groszach uwag kilka

Jeden grosik dla sierot
W zimny i wietrzny październikowy poranek wszystkie możliwe zegary wskazały godzinę dziewiątą. Wybrzmiało odliczanie, wybrzmiały dźwięki motywu z filmu Rydwany ognia. Wszystko to mogło oznaczać tylko jedno. Biegacze ruszyli na trasę 16. Maratonu Poznańskiego. A wśród nich i ja.
Obok mnie SSBM Biegającej Matki. Obaj mamy ten sam cel - dwójkę z przodu. Postanawiamy trzymać się tej samej strategii, trzymać w zasięgu wzroku zająców na 3:00. Niestety, chętnych do osiągnięcia podobnego czasu znajduje się dosyć sporo i na pierwszych metrach panuje tłok. Stawka się rozciąga, a baloniki gdzieś znikają. Staramy się zatem sami pilnować tempa. Pierwszy kilometr wolno. Nawet bardzo wolno. Zatem na drugim przyspieszamy. Na trzecim wpadamy we właściwy rytm. Pewnie pomogło pozbycie się ostatniej warstwy grzejnej - bawełnianej koszulki. Na wysokości stadionu Lecha skręcamy w lewo. W nasz fyrtel.

Drugi grosik dla chudziny
Kibiców jakby więcej. Widać znajome twarze. Wśród nich te znane bardzo dobrze. Słychać krzyki adresowane do nas i  tylko do nas. Ich doping niesie. Niesie aż za bardzo, bo biegniemy nieco za szybko, co obaj zauważamy. Tymczasem stawka się rozciąga. Tłoku już praktycznie nie ma. Pierwsza piątka za nami, pokonana w 21:58. Wolniej niż średnie tempo na złamanie magicznej bariery, ale wciąż w dopuszczalnych (a wręcz zakładanych) widełkach. Gdzieś za pierwszym punktem odżywiania znika mi mój towarzysz podróży (ucieka gdzieś do przodu). Za to spotykam czytelnika (chyba pierwszy raz w życiu, ktoś mnie rozpoznał, bo wcześniej czytał moje tu wypociny) - Łukasz, pozdrawiam. Zamieniamy kila słów, lecz potem każdy z nas walczy już o swój własny cel.

Trzeci grosik dla żołnierzy
Gdzieś w okolicach znacznika siódmego kilometra orientuję się, że jestem bliski zgubienia jednego z żeli. Poprawiam go, lecz zaraz zauważam, że jeden już straciłem. Wkurzam się i klnę w myślach sam na siebie. Od tej pory regularnie sprawdzam zawartość kieszeni w moich spodenkach i próbuję złapać się jakiejś grupy. Niestety wszyscy wokół jak na złość biegną bądź za szybko, bądź za wolno. Nie chcę sam walczyć z wiatrem, ale jeszcze bardziej nie chcę szarpać tempa. Staram się pilnować swojego. Drugą piątkę pokonuję w 21:38. Niby tylko dwadzieścia sekund szybciej niż pierwsza, ale jest dobrze. Robię swoje. Zjadam pierwszy żel. Przede mną długa prosta, czyli Droga Dębińska.

Czwarty grosik dla urzędów
Następuje docinek, na którym jest jakby mniej kibiców, za to więcej drzew. Kusi by zatrzymać się za potrzebą (czy będzie jeszcze taka okazja?) - z premedytacją to ignoruję. Miejsce drzew znów zajmują kibice. Znów robi się głośno. Wracamy na Hetmańską. Przed nami Warta. Już za chwilę znajdziemy się na drugim jej brzegu.

Gdzieś na trasie (źródło: Radio Merkury Poznań)
Piąty grosik dla policji
Na moście Przemysła kibiców prawie nie ma, ale zaczynają już być słyszalne Rataje - dzielnica Najlepszych Kibiców Świata. Mijam piętnasty kilometr (trzecia piątka w 21:30 - jest dobrze) i pierwszy raz spotykam Martę (Marta, pozdrawiam). A potem to już szpaler ludzi. Hałas, transparenty, balony, megafony oraz małe i większe ręce wyciągnięte do piątek (no jak tu nie przybić, jak?). Pięknie jest.

Szósty pomnik na pomniki tworzących historię
Gdzieś na osiemnastym kilometrze zauważam gdzieś przede mną plecy SSBMBM. Biegnie w małej grupie. Postanawiam do nich dołączyć. Ale powoli, spokojnie. Byle nie szarpać tempa. Zanim ich dopadłem raz jeszcze spotykam Martę. Która zdążyła się tu przenieść z piętnastego kilometra. Do grupy dołączam gdzieś w okolicach dziewiętnastego kilometra. Melduję swój powrót komu trzeba i dalej walczymy już wszyscy razem. Mijamy kolejny punkt odżywiania, gdzie konsumuję kolejny żel. Czwarta piątka w 21:16. Wkrótce docieramy też do półmetka - ten przekraczamy w 1:31:03 od momentu przekroczenia linii startu. Wszystko zgodnie z planem.

Siódmy grosik dla lekarzy
Kolejne kilometry prowadzą nas tam, gdzie rodził się Poznański Maraton - nad Maltę. Chyba jednak bardziej niż atmosfera tego miejsca (niektórzy wręcz twierdzą, że to Mekka poznańskich biegaczy) niesie nas ukształtowanie terenu, a zwłaszcza wynikające z niego działanie siły powszechnego ciążenia. Dwudziesty czwarty kilometr okazuje się najszybszym z całego maratonu.

Ósmy grosik dla księdza
Zwykle, gdy jest zbieg, gdzieś musi być podbieg. My już wiemy co nas czeka po dwudziestym piątym kilometrze (piąta piątka bliźniacza czwartej - w 21:16). Ulica Krańcowa, czyli pierwszy kawałek mocno pod górę. Ja jednak postanawiam pokonać go nieco agresywniej niż moi dotychczasowi towarzysze (co wcale nie oznaczało przyspieszenia - nie zwolniłem aż tak mocno) i na jakiś czas zostawiam ich za plecami. Na ulicy warszawskiej znów daję się nieco ponieść sile grawitacji. Potem już staram się znowu trzymać równe tempo.
Najlepsi Kibice Świata (źródło: Sandra Afek Photography)
Dziewiąty grosz stryjowi
Ostrów Tumski przemierzam pogrążony we własnych myślach. W pewnym momencie po prostu orientuję się, że katedrę mam już daleko za plecami. Na dwudziestym dziewiątym kilometrze spotykam brata, który postanawia mi towarzyszyć w dalszej wędrówce ku mecie. Na kolejnym punkcie odżywczym, jak na każdym, piję wodę i wtedy orientuję się, że to punkt na trzydziestym kilometrze. Nie będę miał czym popić ostatniego żelu. W tym momencie obecność brata okazuje się bardzo pomocna. Mimo że od Warszawskiej trzymam tempo jak należy, przed znacznikiem trzydziestego kilometra (szósta piątka w 21:11) dogania mnie moja stara grupa. Razem wkraczamy na Sołacz, gdzie znów tłumy kibiców, a wśród nich kolejna znajoma twarz (Paulina, Ciebie również gorąco pozdrawiam).

Dziesiąty grosz dla Jadzi
Na Sołaczu też czeka nas pomarańczowa brama okraszona hasłem o tym co przemija, a co pozostaje. Ale ta brama stoi w nie byle jakim miejscu. Na trzydziestym drugim kilometrze. Zabawa się kończy. Zaczyna się maraton. Tym bardziej, że przed nami ulica Świętego Wawrzyńca, czyli podbieg dłuższy i cięższy niż ten na Karńcowej. Siłą rzeczy zwalniamy. Tym razem trzymam się grupy i staram się wypchnąć istnienie podbiegu ze swojej świadomości. Koncentruję się na pięknie otoczenia (ehem). Dodatkowej motywacji dodaje nam świadomość, że na końcu, oprócz wypłaszczenia (wiem, że niektórzy przyjezdni oczekiwali zbiegu, przez co srogo się zawiedli). czeka na nas ekipa gRUNwaldu z Kaśką na czele. Jednak nasza grupa znów się mocno kurczy. Znów gubię gdzieś SSBMBM. Tym razem to on zostaje z tyłu. Do mety już tylko siedem kilometrów z wąsem (siódma piątka w 21:27 - mimo podbiegu).

Grosz cieciowi
Kawałek za trzydziestym piątym kilometrem spotykam Rafała. Jemu też podbieg dał się we znaki. Ale Rafał ratuje mi trochę życie i częstuje żelem (przypominam, że jeden ze swoich zgubiłem, sierota jedna). Tak pokrzepiony ruszam w kierunku stadionu aktualnego wciąż (aktualnej jego formy nie komentuję) Mistrza Polski w piłce kopanej. Bieg przed stadion wrażenie owszem robi (choć bieganie po macie rozłożonej na murawie komfortowe bynajmniej nie było), ale pętelka wymyślny zawijas w jego okolicach nieco zmęczoną już biegiem czachę nieco zaorał. Na szczęście kawałek za nim zaczyna się przedostatnia prosta - wyczekiwana, prowadząca niemal cały czas w dół, ulica Grunwaldzka. A na niej niespodzianka - MBŻ, Również Biegająca Szwagierka (RBS), Nie-Biegające Ola i Karolina plus cała siódemka dzieciaków (w tym dwa moje). To był zdecydowanie najpiękniejszy moment tego maratonu!

Dwunasty grosz na końcu
Ale też zaraz potem maraton się skończył. No może nie sam maraton, ale na pewno rumakowanie. Dostałem taki wiatr w twarz, że... No, że nie wiem co. Ludzi już jak na lekarstwo. Znów nie było z kim zbić się w grupę. Jeszcze na czterdziestym kilometrze (ósma piątka w 21:28 a ostatni jej kilometr 10-15 sekund wolniejszy niż cztery poprzednie) liczyłem po cichu, że może jednak, mimo tego cholernego wiatru, uda się dowieźć jakoś tę dwójkę do mety. Kilometr później nadzieja już zgasła zdmuchnięta brutalnie przez poziomy ruch cząsteczek powietrza.
Wymarzone... zdjęcie na mecie (zdjęcie: Patryk Pieczyński)
Ostatecznie do mety dowiozłem wynik 3:01:05 netto. Co oznacza poprawę życiówki o niemal sześć minut. A jednak do celu-marzenia zabrakło tak mało i tag dużo zarazem. Taki to właśnie jest ten maraton.
Źródło: endomondo.com

20 września 2015

O deja vu i tym, że nazwa zobowiązuje, uwag kilka

Jak sięgam pamięcią, od początku mojej (ehem) kariery maratończyka stosowałem tzw. starty kontrolne. To znaczy, że przed każdym startem na królewskim dystansie, wcześniej zawsze (z wyjątkiem sezonu 2011) startowałem na dystansie dziesięciu kilometrów oraz półmaratonu. Ale powoli dochodzę do wniosku, że nie ma sensu kurczowo trzymać się tego schematu. Szczególnie przed maratonem jesiennym, gdy starty kontrolne nie chcą wypaść inaczej, jak tylko latem.

Rzućmy okiem na kilka biegów z przeszłości. Wrzesień 2012 - półmaraton w Pile. Życiówka owszem była, ale wywalczona w ciężkich warunkach (oj, ciepło było). Wrzesień 2014 - połówka w Gnieźnie. Grzało i wiało. Wynik grubo poniżej oczekiwań. I nie zapominajmy o maratonie we Wrocławiu we (i tu niespodzianka) wrześniu 2011 i tamtejszy maraton. Bieg niby tylko na zaliczenie (zbierałem podówczas na koronę), ale cierpiałem okrutnie. Tylko co się dziwić - było grubo ponad trzydzieści stopni, a termometry zamontowane na wiaduktach pokazywały temperaturę asfaltu z czwórką na początku. I wreszcie półmaraton w Zielonej Górze w minioną niedzielę. Ostrzyłem zęby na nową piękną życiówkę, a skończyło się na wyniku o blisko pięć minut od owej życiówki gorszym.
Dobra mina do złej gry (źródło: Sandra Afek Photography)
Żeby nie było, nie zamierzam prowadzić teraz wywodów, które doprowadzą mnie do udowodnienia tezy, że jestem zwycięzcą. Nie jestem. W mieście Mojego Ulubionego Sklepu Biegowego poniosłem swoją sromotną porażkę. Niemniej tak to już w bieganiu bywa (a nawet jest), że do dobrego wyniku potrzeba czegoś więcej niż formy.
Na pogodę wpływu nie mamy. Ale profil trasy mogłem przecież przeanalizować nieco dokładniej. Owszem, okiem rzuciłem. Odnotowałem, że mniej więcej na dziesiątym kilometrze jest spory podbieg (w sumie jeden poważniejszy, pomyślałem wówczas), ale nie zdawałem sobie jeszcze sprawy jak stromy, jak długi, i jak, w połączeniu z pogodą, mocno da mi w kość. A najbardziej mam żal do siebie o to, że będąc tydzień z okładem wcześniej w Zielonej Górze nie zrobiłem objazdu trasy. Może oszczędziło by mi to nieco bólu i rozczarowań. Ale po kolei.

Początek trasy półmaratonu w Zielonej Górze prowadzi (nomen omen) pod górę. Nie było to jeszcze jakoś mocno uciążliwe, tym bardziej, że, jak to na pierwszych kilkuset metrach, stawka jeszcze się nie rozciągnęła i głownie należało się skupić na biegu w sporym tłumie. A i tak zacząłem za mocno (dałem się ponieść?). Między pierwszym a czwartym kilometrem nastąpiła część trasy, którą zapamiętałem jako ciąg krótkich acz mocnych podbiegów przeplatanych długimi zbiegami (ewentualnie na odwrót). Na podbiegach pilnowałem kadencji i starałem się by tempo nie spadało zbyt gwałtownie, a na zbiegach - no cóż - czerpałem garściami z odkrycia niejakiego Isaaca Newtona. Pełnymi garściami czerpałem z owego odkrycia na piątym kilometrze, który prowadził mocno w dół - nic dziwnego, że pokonałem go w mniej niż cztery minuty. Wszystko szło dobrze mniej więcej do połowy dziewiątego kilometra. Na ósmym miałem nawet jeszcze nieco zapasu w stosunku do założonej strategii. Ale pamiętam, że już wtedy pomyślałem, iż to niedobrze, że biegnie mi się tak ciężko na tak wczesnym etapie biegu. I właśnie wtedy zaczęły się schody. Niemal dosłownie.
Od połowy dziewiątego do końcówki jedenastego trasa to jeden wielki podbieg (a słońce nie pomagało). Pokonaliśmy w tym czasie około (jeśli wierzyć Endomondo) sześćdziesięciu metrów w pionie. Nawet nie starałem się za bardzo pilnować tempa, choć walczyłem i wierzyłem, że, mimo tego jak jest ciężko, będzie dobrze. Pierwszy sygnał ostrzegawczy przyszedł na dwunastym kilometrze, gdy okazało się, że jestem o jakąś minutę w plecy. O tym, że naprawdę jest źle, uświadomiłem sobie mniej więcej na szesnastym kilometrze, gdy najpierw dogonili mnie, a potem zostawili w tyle, pacemakerzy na godzinę trzydzieści.
Ostatnie kilometry to już walka, ale nie o wynik. Bardziej walka ze samym sobą. Momentami o to, żeby się nie zatrzymać. Znów poczułem się jak na Silesia Marathon, choć tam przecież słońce i temperatura nie dawały się we znaki. Gdy po raz drugi przebiegaliśmy przez osiedle domków jednorodzinnych (ósmy i osiemnasty kilometr) ku mojej uciesze jeden z autochtonów (szkoda, że tylko jeden) postanowił wyjść na trasę nie tylko kibicować, ale zabrał też ze sobą wąż ogrodowy (domyślacie się z czym się to wiąże?). Jeszcze tylko podbieg trasą, którą zazwyczaj wjeżdżam do Zielonej i długa, ale ostatnia (i raczej prowadząca w dół) prosta do stadionu.

Mimo zmęczenia i słabego wyniku, na ostatnich metrach starałem się wyglądać dobrze. Zachęcałem kibiców do wsparcia i postawiłem na to, by chociaż na zdjęciu z finiszu (o ile ktoś mi zrobi) wyjść jako tako (a najlepiej spektakularnie). Nawet stoper zatrzymałem dopiero kilka metrów za linią mety. Nie do końca, ale się udało (patrz powyżej). A na osłodę, jako że znalazłem się w gronie pierwszych dwustu finiszerów (nie za bardzo lubię to słowo, ale trzeba przyznać, że dobrze oddaje naturę zjawiska) - dokładnie byłem sto pięćdziesiąty - dostałem złoty medal. Złoty medal za kiepski wynik - cóż za ironia.

Źródło: endomondo.com
No nic, potwierdzeniem formy będzie musiał być bieg (choć ma mieć formę mocnego treningu, a nie walki na 110% normy) w Warszawie i finisz na Narodowym (moje małe biegowe marzenie). A ostateczny sprawdzian formy za trzy tygodnie u siebie na fyrtlu. Do tego czasu mniej więcej mogę sobie pozwolić na dumanie, czy starty kontrolne latem mają sens. Co myślicie?

26 sierpnia 2015

O laniu wody uwag kilka

Podobno wszystko zaczyna i kończy się w głowie. Samurajowie mawiali, że większość pojedynków kończy się zanim zostanie zadane pierwsze cięcie. Jeśli to prawda, wychodzi na to, że sam jestem sobie winien, iż z Międzychodu nie przywiozłem takiego wyniku, jakiego po sobie oczekiwałem, choć zapewne był jak najbardziej w moim zasięgu. Nawet uwzględniając niezbyt przyjazną ustanawianiu życiówek aurę. Tak czy owak, teraz to już tylko gdybanie. Było minęło.

Właściwie to przez cały tydzień poprzedzający start w Krainie 100 Jezior czułem się lekko ociężały. Zwalałem to jednak na karb minionych dwóch tygodni, które przepracowałem naprawdę solidnie, i powtarzałem sobie w myślach, że do niedzieli się przecież zregeneruję. W sobotę nadal jednak nie czułem się świeży. Powiem więcej, w sobotni wieczór czułem się tak, jakbym tego dnia zrobił co najmniej solidne, ponad dwudziestokilometrowe wybieganie, a nie lekki rozruch z kilkoma przebieżkami. Następnego dnia ruszyłem jednak do Międzychodu z (niewielkim, ale zawsze) bojowym nastawieniem.
Nikt mi przynajmniej nie zarzuci, że nie dałem z siebie wszystkiego - przynajmniej na finiszu... (źródło: miedzychod.naszemiasto.pl)
Od początku zamierzałem trzymać się założeń strategii nakreślonej przez Trenejro, a zacząłem nawet  nieco za szybko, bo pierwszy kilometr pokonałem w 3:51, zamiast zakładanych 3:55-4:00 (zastanawiam się teraz, czy gdybym tak postanowił, dałbym radę utrzymać takie tempo przez dalszą cześć biegu). Zniwelował to kilometr drugi, który w większości prowadził podbiegiem. Gdy podbieg się skończył, docisnąłem nieco mocniej i gdzieś na pierwszej nawrotce, zgubiłem gdzieś kolegę (Krzysztof, pozdrawiam, jeśli to czytasz), z którym trzymaliśmy się razem od startu. Kontrolując czas na kolejnych kilometrach, widziałem, że średnie tempo wynosi nieco poniżej czterech minut na kilometr. Nie jest źle, pomyślałem i jąłem się zastanawiać (zamiast po prostu założyć), czy na drugiej pętli uda mi się przyspieszyć.

Pierwszy kilometr drugiej pętli jeszcze całkiem nieźle. Ale potem znów zaczął się długi podbieg i przyszedł kryzys. Jak mocny był, widać po tempie siódmego kilometra (ok. 4:13). Jakoś dotarłem do nawrotu i tak jak na pierwszej pętli wstąpiły we mnie nowe siły. Niemniej kończąc kilometr ósmy wiedziałem, że plan maksimum jest już absolutnie poza moim zasięgiem (musiałbym ostatnie dwa kilometry pokonać w sześć minut), wciąż jednak myślałem (i to całkiem realnie o życiówce). I mimo, iż czułem (w tamtym momencie już tak) moc i wydawał mi się, że biegnę szybko (i coraz szybciej) na kilometr przed metą wyszło mi z obliczeń, że czeka mnie walka o trójkę z przodu.

Na przedostatniej prostej udało mi się jeszcze rozbawić nieco wolontariuszy i garstkę kibiców. Gdzieś na wysokości Laufpompy, której bieg zawdzięcza swą oryginalną nazwę, wolontariusze rozdawali wodę. Biegłem sam, walcząc z samym sobą i zmęczeniem, więc, szczerze mówiąc, nie miałem już ochoty sięgać po kubki. Krzyknąłem zatem by po prostu ją (wodę) na mnie wylali. Zero reakcji. Mówię serio - krzyknąłem - lać! I zaliczyłem piękny szpaler lania wody, ku radości wspomnianych wolontariuszy, kibiców oraz mojej.
Jak bieg z pompą, to ma być mokro (źródło: www.facebook.com/SmArtITC
Na znajdującą się jakieś czterysta metrów dalej metę wpadłem zatem przemoczony do suchej nitki. A i tak (co chyba dobrze zobrazuje warunki atmosferyczne) jakieś pól litra wody, którą otrzymałem razem z medalem, wylałem na głowę, zanim w ogóle zacząłem pić. Dodam jeszcze tylko, że toczoną przez ostatnie tysiąc metrów walkę o trójkę, przegrałem o włos. Czyli o sekundę. Mój wynik netto to 0:40:00.
Źródło: endomondo.com
Nie będę na koniec próbował wyciągać wniosków. Mam jakieś dziwce przekonanie, że tym razem nie ma to większego sensu. Trzeba robić swoje dalej. Dodam jedynie, że fantastyczny kameralny bieg. Gorąco polecam!

28 czerwca 2015

O antyżyciówce i dyskryminacji uwag kilka

W małżeństwie przychodzą czasem takie chwile, że język czuły i delikatny odchodzi na bardzo daleki plan i w ruch idą słowa powszechnie uważane za niecenzuralne. Co ciekawe czasem są to chwile, które wspomina się jako te piękne. Kilka ostrych słów usłyszałem, gdy na świat przychodziła Córka Starsza (w przypadku Córki Młodszej nie usłyszałem, bo cała akcja przebiegła tak sprawnie, że zdążyłem jedynie przeciąć co nieco). Kilka też skierowanych zostało w moim kierunku podczas dzisiejszego Biegu Piotra i Pawła. Podczas, bo pokonałem go wspólnie z MONBŻ.
Już po (selfie by MONBŻ)
Na III Bieg Piotr i Paweł zapisałem się towarzysko. Ot, zaprzyjaźnione małżeństwo z Krakowa postanowiło odwiedzić w czerwcu Poznań i zapytało, czy i my byśmy się nie zapisali. No to się zapisaliśmy. Ale walki o życiówkę nie zakładałem ani przez chwilę. Ot miało być rekreacyjnie i towarzysko. No może jakiś mocniejszy trening. A że po drodze przypałętała się infekcja i przerwa w bieganiu, a forma jedyne loty, jaki wykonywała, to ostre pikowanie, to się postanowiło, że się pobiegnie na całkowitym luzie, a tak konkretnie, to się potowarzyszy MONBŻ w jej zmaganiach z dystansem dziesięciu kilometrów.

Od wczorajszego popołudnia trwały zażarte (wyolbrzymiam oczywiście) dyskusje nad strategią, jaką mamy przyjąć. Oczywiście przyjęliśmy tę złą. Postanowiliśmy ruszyć w tempie około 5:45/km, a i tak pierwszy kilometr wyszedł szybciej, bo 5:38. Już na tym pierwszym kilometrze MONBŻ dała mi do zrozumienia, że mam nie gadać za dużo, a w ogóle to mam się oddalić (oczywiście ujęła to nieco dobitniej). Ale to tempo - choć ani przez moment nie narzucałem go ja - pozostało z nami na jakiś czas. Aż do piątego kilometra, który to zawierał w sobie najmocniejszy na trasie podbieg, z racji czego okazał się nieco wolniejszym, biegliśmy w okolicach 5:40. Na szóstym, choć widać już było, że MONBŻ przechodzi kryzys, również udało się utrzymać wcześniejsze tempo. Niestety potem było coraz ciężej. Kilka razy walczyliśmy z chęcią przejścia do marszu (moje próby motywowania spaliły na panewce, bowiem robiłem to tak jak potrafię, czyli po męsku, a biegłem przecież z kobietą), ale gdzieś na dziewiątym kilometrze się nie udało po raz pierwszy. Drugi raz, że aż tak bardzo mi nie zależy, usłyszałem kilkaset metrów przed metą. Ale zaraz też Ślubna stwierdziła, że jak chwile jeszcze odpocznie, to chociaż skończy z klasą. I faktycznie, jak na czterysta metrów przed metą wystrzeliła do przodu, to niemal musiałem ją gonić. I w ten sposób, mimo całkiem długiego odcinka marszu, ostatni kilometr znowu oscylował w okolicach 5:40/min. Na metę wbiegliśmy z wynikiem 0:58:11. W moim przypadku to antyżyciówka, ale MONBŻ udało się urwać kilka (a nawet więcej niż kilka) sekund z zeszłorocznego wyniku. Jeszcze tylko obiecane Krasusowi pompki za metą i można się było oddać zajadaniu lodów i pogawędkom z krewnymi i znajomymi (nieznajomymi zresztą też) Królika.
Pulsometr ewidentnie zwariował w pewnym momencie (źródło: endomondo.com)
Tegoroczny bieg Piotr i Paweł zapadnie mi w pamięć jeszcze z jednego powodu. Niestety mniej przyjemnego. Niby rzecz błaha, ale jednak. W pakiecie startowym znajdował się koszulka. Koszulki były dostępne w dwóch kolorach - zielonym i fioletowym. Zapytałem czy różnią się krojem - nie, nie różnią się. Poprosiłem więc o fioletową (ot, chciałbym mieć choć jedną koszulkę w wyrazistym kolorze). Nie mogę dostać. Bo to damskie. I nawet rozumiem argument, że jeśli ja bym dostał, to dla jakiejś kobiety mogłoby zabraknąć. Ale czemu u diabła zakładają z góry, że zielona to męska, a fioletowa to damska!?

18 maja 2015

O pobożności i opłacalności uwag kilka

Zwolnić, by przyspieszyć? Czasem tak właśnie trzeba!
Ostatni tydzień, a właściwie ostatnie kilka (konkretnie cztery) dni starego oraz pierwsze kilka (dokładnie trzy) nowego miesiąca to już, że tak użyję języka młodzieży (oczywiście achtejdzisiejszej) luz pełen. Ale co się dziwić!
Tak zakończyłem swojego ostatniego posta, który podsumowywał kwiecień. Domniemany brak zdziwienia wynikać miał oczywiście z regeneracji po maratonie. Ale zaraz też trzeba było trochę śruby dokręcić, bo kolejny start za pasem. Już w czternaście dni po maratonie miałem bowiem powalczyć o kolejną życiówkę na dystansie dziesięciu kilometrów. Chociaż z tym dokręcaniem śruby znowu tak nie szaleliśmy - jeden trening jakościowy (dwusetki), bo jeszcze kiedyś trzeb świeżość złapać, czyż nie?

Bieg w Swarzędzu - bowiem dycha miała być w ramach 4. biegu 10 km Szpot Swarzędz - okazała się jednak nie lada wyzwaniem logistycznym. Bowiem MONBŻ wybyła na weekend do Wrocławia, a ja zostałem na gospodarce. Sam z dziećmi. Na szczęście w takich okolicznościach można liczyć na KiZK (Krewnych i Znajomych Królika - ze wskazaniem na znajomych). Córkę Starszą udało się sprzedać już w sobotę, na okoliczność nocowania u koleżanki (to jest coś, co rodzice lubią najbardziej - a szczególnie rodzice strony nocującej). Córka Młodsza zaś udała się ze mną do Swarzędza (chociaż - co jest oczywiście normą - trzeba ją było wołami z łóżka o ósmej wyciągać; jakbym ja chciał pospać, wstała by o szóstej), gdzie szybko przejęła występująca tego dnia w roli kibica Ciocia Kasia, a ja trafiłem na przedstartową rozgrzewkę. A potem na sam start.
Takie wsparcie na trasie to ja lubię. Takie wsparcie to ja rozumiem!
(Zdjęcie: Adrian Wykora; Źródło: Głos Wielkopolski)
Nie wiem jak to się stało, ale na swarzędzką dychę dotarłem po raz pierwszy. Trasa reklamowana była jako jedna z najszybszych w Polsce i - choć do płaskich nie należy - trzeba przyznać, że chyba coś w tym jest (nie uprzedzajmy jednak faktów). Ponoć, z uwagi na rosnącą liczbę uczestników (a propos - od tygodnia to właśnie bieg w Swarzędzu jest najliczniejszą dychą w Wielkopolsce) początek trasy przeniesiono na najszerszą ulicę w mieście. I trzeb przyznać, że na początku faktycznie było szeroko i można było spokojnie złapać swoje tempo. No właśnie tempo. Tempo wynikało ze strategii, która tym razem była  prosta jak równik na ściennej mapie świata - Trenejro nakazali (sic!) od początku trzymać tempo ok 3:58/km (pisałem już, że celem było to, do czego na Maniackiej zabrakło kilkunastu sekund?), a na ósmym kilometrze zamknąć oczy i do mety. A zatem, uwzględniając fakt, iż Gremlin przekłamuje tempo chwilowe średnio o dwie sekundy na kilometr (tak mi przynajmniej wyszło z obliczeń), starałem się pilnować tempa 3:56. Pierwszy kilometr tak właśnie wyszedł. Na drugim trzeba było pokonać pierwszy z wiaduktów. A propos - wiedzieliście, że istnieją dwa rodzaje wiaduktów: górą i dołem (oczywiście sposób postrzegania zależy id tego, na którym z przecinających się szlaków komunikacyjnych się znajdujemy)? I właśnie takie dwa znalazły się na trasie biegu. Z tym, że oba musieliśmy pokonać dwukrotnie. Pierwszy wiadukt - dołem (pod drogą krajową nr 92) - na drugim kilometrze. Najpierw mocno w dół a potem podbieg, taki podbieg brany z rozpędu. Na kolejny wiadukt - tym razem górą (nad torami kolejowymi) dotarliśmy już na kolejnym (trzecim czyli) kilometrze. Ta też spotkałem SSBM* wspomnianej powyżej Kasi, który w zastępstwie nie całkiem jeszcze zdrowej żony, biegł sobie może nie rekreacyjnie, ale nie na sto procent swoich niemałych możliwości.

Kolejne kilometry to poniekąd zwiedzanie południowej części Swarzędza - trochę zakrętów, kilka rond oraz całkiem sporo charakterystycznych dla niewielkomiejskich biegów kibiców. Tempo niemal jak po sznurku aż do szóstego kilometra. Na siódmym zaczyna być ciężko (kryzys to może zbyt duże słowo, a może i nie). Na moje szczęście mniej więcej w tym momencie po raz kolejny znajduje mnie Paweł (tym razem on mnie, a nie my siebie) i zaczyna mnie ciągnąć. Wracamy na wiadukt górą - mniej więcej na górze właśnie znajduje się znacznik ósmego kilometra. Paweł każe mi już się nie odzywać i trzymać tempo (osłania mnie też przed wiatrem). Pomny zleceń Trenejro co do tego, ca ma się dziać po ósmym kilometrze, zamykam się, przestaję w ogóle patrzeć na Gremlina i biegnę. Okolice znacznika z cyfrą 9 to raz jeszcze siodło pod trasą Poznań-Września. Tu popełniam mój największy błąd podczas tego biegu - na podbiegu skracam krok i nieco zwalniam. A przecież to było raptem kilometr przed metą - trzeba było cisnąć!
Nawet po tętnie widać, że walka była!
Na szczęście ostatni kilometr jest mocno z górki. Cały peleton naturalnie przyspiesza. Mnie jednak, dzięki motywacji Prywatnego Pacemakera (Tego triatlonistę wyprzedź!), udaje się kilka osób wyprzedzić. Tuż przed stadionem mijamy osobistych kibiców, których na szczęście udało mi się nie przeoczyć. Również Córka Młodsza wyłapała mnie z tłumu (podobno były sprzeczki czyj tata oto właśnie przebieg, a przecież były oba). Na stadionie walczę ostatkiem sił, ale wciąż motywowany (Jeszcze tę dziewczynę!) wciąż wyprzedam. Mijam metę i padam na przysłowiowy pysk (nie do końca dosłownie, ale na pewno w przenośni). Późniejszy esemes potwierdzi to, co widzę na wyświetlaczu Gremlina - 0:39:14. Właśnie przekroczyłem granicę, która jeszcze kilka lat temu leżała w sferze tzw. pobożnych życzeń. Okazuje się, że pobożność popłaca!
Źródło: endomondo.com
Byłbym zapomniał - w sobotę obudziłem się z bólem gardła i kaszlem. Przez większość dnia zastanawiałem się co będzie z tej całej walki o nowe PB. Doszedłem jednak do wniosku, że biegnę - w najgorszym wypadku się nie uda. Jak widać udało się, choć z dużą dozą prawdopodobieństwa w ten sposób się doprawiłem bo od tygodnia charczę jak Grzesiuk w ostatniej części autobiograficznej trylogii. Odpoczywam też od biegania niestety. Ale, jakkolwiek niemądrze i nieedukacyjnie to zabrzmi, warto było!

*Dla niewtajemniczonych: Super Szybko Biegającego Męża

3 maja 2015

O Maratonie Wdzięczności Narodowej uwag kilka

Znacie ten dowcip o Kaszubie, krakusie, warszawiaku i złotej rybce? Jeśli nie, to ode mnie go nie usłyszycie (ani tu nie przeczytacie), bo powiela pewne stereotypy, których nigdy nie podzielałem. A od zeszłej niedzieli na warszawiaków złego słowa powiedzieć nie dam. A wszystko przez Orlen Warsaw Marathon.

Maraton Paliwowy, jak czasem jest nazywany, pojawił się znikąd dwa lata temu. Decyzję o starcie w danym maratonie podejmuję zazwyczaj z dużym wyprzedzeniem, ale podówczas nawet popełniłem posta, dlaczego nie pobiegnę w pierwszej edycji. W zeszłym roku również było nam nie po drodze. Ale w tym postanowiliśmy (a właściwie ja postanowiłem) się spotkać i 26 kwietnia roku bieżącego stanąłem na starcie tego, zdaje się, już największego maratonu w Polsce.
I przyznać trzeba, że rozmach zachwycał, choć nie to zaprzątało głównie moją głowę. Po różnych doświadczeniach z lat ubiegłych, postanowiłem przede wszystkim dobrze się ustawić. Jak najwcześniej (ale też bez przesady) udałem się zatem do przypisanej mi strefy startowej, gdzie oczekiwałem na godzinę W. A ta nastąpiła o dziewiątej minut trzydzieści. Ruszyliśmy!

Na pierwszych metrach dosyć tłoczno. Było to jednak małe zaskoczenie. Mimo, że ochrona z dużym zaangażowaniem pilnowała, aby każdy znalazł się w przypisanej mu strefie (aż do przesady - słyszałem relację biegacza, który chciał pobiec wolniej niż jego życiówka, a nie pozwolono mu wejść do tej wolniejszej strefy), więc przede mną powinni stać niemal wyłącznie biegacze z dwójką na początku rekordu życiowego, musiałem sporo wyprzedzać. Wyprzedziłem m.in. (choć to jednak oddzielna kategoria) tak zwanego Bosego Biegacza, który z rozbrajającym uśmiechem chwalił się wszystkim dookoła, że biegnie na sześć godzin (to po kiego diabła ustawia się razem z czołówką?). Jak już wyprzedziłem tych, których miałem wyprzedzić, zaczął się podbieg na Moście Świętokrzyskim. I tak minął mi pierwszy kilometr - nieco wolniej niż zakładała strategia, a przewidywała tempo 4:27/km przez pierwsze dziesięć kilometrów. Zresztą jeszcze długo nie udawało mi się wejść na zaplanowane obroty.
Piąty kilometr. Jeszcze przez jakiś czas będę miał siły na uśmiech.
Gdy dotarliśmy do kolejnego, znacznie dłuższego i znacznie bardziej stromego podbiegu (na szczęście również ostatniego z taką charakterystyką) coś zaczęło mi się nie zgadzać. Podbieg się kończył a tu dopiero osiem i pół kilometra w nogach. Miał się kończyć w okolicach dziesiątego kilometra, gdzie pierwszy żel mieli mi podać Hania i Staszek (czyli mąż Hani). I Hania i Staszek, tak jak się umówiliśmy, przed zakrętem czekają. No nic, pomyślałem, może coś pokręciłem. Zawsze lepiej wziąć żel za wcześnie, niż za późno. Ale drugiego punktu odżywiania też o mało co nie przegapiłem. W okolicach dwudziestego kilometra miała czekać na mnie Emilia, która mieszka w okolicy i tam dopingowała maratończyków. I czekała, tylko że jakiś kilometr, półtora wcześniej. Na szczęście to ona mnie zauważyła i dała znać o swojej obecności. O co w tym wszystkim chodzi, zachodziłem w głowę. Odpowiedź znalazłem na kolejnych znacznikach kilometrów, obok których na asfalcie były oznaczenia dokładnie o jedne niższe. Najwyraźniej grafik poprawiając mapę z poprzedniej edycji nie przesunął znaczników kilometrów. Niby niewielka pomyłka, niemniej mogła (a może była) brzemienna w skutkach.

Ale wróćmy do tego, jak mnie się biegło. Tak jak wspomniałem, długo nie mogłem wskoczyć w założone tempo. Praktycznie do piętnastego kilometra byłem o kilka sekund na każdym kilometrze w plecy. Na dziesiątym zameldowałem się po czterdziestu pięciu minutach (równo), na piętnastym po sześćdziesięciu siedmiu i pół minucie. Później wreszcie udało mi się nieco dokręcić śruby i na półmetku miałem już zaledwie kilkanaście sekund straty w stosunku do planu. Ale niedługo później zaczęły się moje kłopoty - pojawiła się kolka. Niby niewielka, ale dyskomfort był. Mimo, że znowu nieco zwolniłem, walczyłem jednak dzielnie. Mniej więcej na tym odcinku trasy otrzymałem też kubek wody od jednego z najbardziej rozpoznawalnych maratończyków-amatorów, czyli od redaktora Lisa, który zorganizował prywatny punkt nawadniania. Zresztą kilka kilometrów dalej przyszło mi być dopingowałem przez tri-polityka czyli Wojciecha Olejniczaka. Same sławy, a ja wśród nich...

Nie pamiętam już dokładnie, w którym momencie kolka odpuściła. Ja jednak nie odpuszczałem - pilnowałem tempa i zacząłem wypatrywać Hani i Staszka. Tym razem czekali nie tylko tam, gdzie się umówiliśmy, ale i kilometr trasy się zgadzał - trzydziesty. Podobno wyglądałem nieciekawie, choć akurat wtedy biegło mi się całkiem nieźle (jeszcze). Kolejny, już ostatni, żel Hania i Staszek podali mi na trzydziestym piątym kilometrze. Jak twierdzą, wyglądałem lepiej niż dwadzieścia dwie minuty wcześniej, ale biegło już mi się ciężko. Kawałek dalej dopadł mnie (niemal dosłownie) człowiek z fletem, czyli Krasus i sprzedał porządnego mentalnego kopa (dał też kawałek batona Chia Charge). Kurczę, gdy stał dwa kilometry przed metą, chyba bym do niej pofrunął. Co ciekawe zapytał też jak jest. Nie tyle pytanie było ciekawe, co moja odpowiedź. Odparłem, że ciężko, ale dobrze (tak było - walczyłem, ale tempo było jak trzeba). I tak sobie teraz myślę, że jest to w pewnym sensie najkrótsze ujęcie piękna maratonu - zwłaszcza w okolicy trzydziestego piątego kilometra.
Widać po minie, która to dycha. Później było gorzej - na szczęście tylko z miną...
Jakiś kilometr za Krasusem spotkałem innego Marcina (który, jak się domyślam, zmierzał ku temu pierwszemu), a potem zaczęła się prawdziwa walka. Zauważyłem w pewnym momencie całkiem mocny spadek tempa, więc zwiększyłem obroty. Wróciłem na właściwe, a czułem się tak samo źle jak przy tym wolniejszym. Jak myślicie, jakie wnioski wysnułem? Na trzydziestym ósmym zaczęła mi ciążyć czapka z daszkiem. Zachowałem chyba jednak resztki tzw. skrupułów, bo żal mi jej było i nie wyrzuciłem jej gdzie bądź. Ale gdy po raz kolejny przebiegałem przez Most Świętokrzyski i dopadł mnie Staszek na rowerze, czapka w trybie ekspresowym poleciała w jego kierunku. To go na chwilę zatrzymało, niemniej za chwil kilka znowu był obok i w niezbyt parlamentarnych słowach przekazał mi co mam robić i dlaczego tak szybko. Czułem się akurat tak, że miałem ochotę odpowiedzieć mu w równie nieparlamentarnych słowach, że ma się oddalić, ale stwierdziłem, że jednak lepiej będzie te resztki energii spożytkować na to, do czego z takim zaangażowaniem mnie zachęcał. Minąłem to, co jeszcze trzy godziny wcześniej było linią startu i ostatnia prosta. Matko jaka ona długa. Myślałem, że nigdy się nie skończy. Na pewno każdemu choć raz śniło się, że biegnie, ale stoi w miejscu - tak się właśnie czułem. Dobrze, że chociaż głośno było - im bliżej tej cholernej (pardon) mety tym głośniej. Jeszcze ostatnie słowa zachęty od stojącej za barierką Hani, ostatni wysiłek, ostatnie metry i upragniony po dwakroć cel - linia mety i piękna nowa życiówka na dystansie czterdziestu dwu kilometrów i stu dziewięćdziesięciu pięciu metrów - 3:06:50! I o ile jakieś cztery kilometry wcześniej pomyślałem, że nie widzę siebie łamiącego jesienią trzy godziny, za metą optymizm jakby powrócił.
Źródło: endomondo.com
Ale gdybym miał znaleźć jedno słowo, które by najlepiej opisywało wydarzenia tego dnia, tym słowem byłaby wdzięczność! Nie mogę zatem, choć kojarzy mi się to z drętwymi przemowami, nie podziękować tym wszystkim, bez których ten dzień nie okazał się tak niesamowity (nie tylko z uwagi na uzyskany wynik). Wielkie dzięki przede wszystkim dla Hani i Staszka, którzy nie tylko wspierali mnie na trasie, ale dali dach nad głową na przedmaratońską noc oraz ugościli naprawdę po królewsku. Dziękuję Emilii i Krasusowi, którzy również wsparli mnie na trasie (i sami to wsparcie zaproponowali). Dziękuję Blogaczom, którzy jak zawsze rozgrzewali Twarzaka do czerwoności, Dziękuję wszystkim znajomym i nieznajomym, którzy mnie wspierali dobrym słowem, kubkiem wody, czy po prostu uśmiechem. Dziękuję wszystkim, którzy pamiętali o mnie tego dnia, dając lub nie dając temu wyraz. Podziękowania należą się również Trenejro, który tak ładnie mnie przygotował oraz Trzem Kobietom Mojego Życia (a zwłaszcza MONBŻ), które tak dzielnie znoszą moje maratońskie fanaberie! A jeśli o kimś zapomniałem - to też dziękuję!
Garść statystyk...

Niby to całe bieganie to sport indywidualny. A tak bardzo wcale nie (sic!).

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...