Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trening. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trening. Pokaż wszystkie posty

31 sierpnia 2016

O tym, że zawsze trzeba widzieć jasną stronę życia, uwag kilka

Pozytywnego coś, pozytywnego coś
Tak bardzo chciałbym dać dziś...
Sobie. Od kilku już tygodni zbieram się. Zbieram się by napisać posta, który rozpoczynać mógłby się od słów pozytywnego, tudzież optymistycznego. A tu ciągle coś.
Jutro kończą się wakacje. Wakacje, których biegowo na pewno nie będę wspominał dobrze.

Druga połowa czerwca jeszcze jako tako (jak to mówią). Wprawdzie wciąż goniłem własny ogon, wciąż nadrabiałem zaległości i wciąż przekładałem trening za treningiem.
Źródło: endomondo.com
Ale gdzieś na początku lipca zaczęło to wreszcie wyglądać dobrze. Powiem więcej, wręcz zaczęło się rozkręcać. I choć siedemnastego na Nocnej Maniackiej Piątce nie nakręciłem wyniku który by mnie satysfakcjonował, zacząłem wreszcie czuć się dobrze ze swoim bieganiem.
Źródło: endomondo.com
A potem przyszedł tydzień, który chciałbym zapomnieć jak najszybciej. Wiele się działo rzeczy niefajnych. Dość powiedzieć, że na sam koniec odszedł mój Dziadek (Dziadziuś - tak się przecież do niego, dzieckiem będąc, ale i też już nie będąc, zwracałem).
Po pogrzebie dziadka wyjechaliśmy z Poznania, a ja znowu zacząłem szukać radości życia. W bieganiu między innymi. Dość powiedzieć, że pięć z siedemnastu biegowych dni lipca, to pięć ostatnich dni tegoż miesiąca.
Źródło: endomondo.com
Sierpień też zaczął się niczego sobie. Zmieniliśmy tzw. miejscówkę, ale wciąż poza Poznaniem. A ja połykałem z coraz większą satysfakcją kolejne kilometry. Ale potem do Poznania powróciliśmy. Niby nic w tym złego - Poznań pięknym miejscem jest - ale wkrótce po naszym powrocie do stolicy Pyrlandii odwiedził nas gość. Tak zwana jelitówka. Najpierw dzieci, potem MBŻ, a na końcu ja. Czyli opieka nad domownikami plus chorowanie plus dochodzenie do siebie w ogólnym rozrachunku daje kolejne dwanaście dni bez biegania z rzędu.
I wtedy coś we mnie pękło. Napisałem do Trenejro, że muszę po prostu na jakiś czas przestać się spinać. Trochę poluzować - naciągnąć sprężynę. I że nie będę zmieniał planów startowych, niemniej chcę, również na zawodach, pobiegać na tzw. luzie. I jeszcze, że chciałbym też na jakiś czas zredukować ilość treningów w tygodniu do czterech. I że myślę, że to pozwoli mi trochę przewietrzyć głowę (przede wszystkim głowę).
Źródło: endomondo.com
Tak sobie myślę, że jak trochę odpuszczę, to odnajdę raz jeszcze radość biegania. A potem znów będzie mi się chciało dążyć do lepszego siebie. I owszem, złamię tę trójkę. I kiedyś, parafrazując pewien dowcip o Jasiu, który wraca do domu z niezbyt satysfakcjonującą cenzurką, jeszcze będziemy się śmiali patrząc na żniwo tegorocznych wakacji.
Źródło: endomondo.com
A tak w ogóle to najlepszego z okazji Dnia Bloga (3108 Day)!

26 czerwca 2016

O bieganiu kontra reszta życia uwag kilka

Tak mniej więcej od jesiennego maratonu w Poznaniu wciąż i nieodmiennie mam wrażenie, że gonię własny ogon. Wciąż i wciąż nie idzie (a może powinienem napisać nie biegnie) mi niestety. Wciąż nie mogę złapać własnego rytmu. Postaram się wytłumaczyć to na przykładzie ostatnich trzech tygodni.

W drugim tygodniu czerwca spędziłem prawie cały tydzień na delegacji na Podkarpaciu w Małopolsce. Była to poniekąd świetna okazja do biegania w nowych lub mało znanych miejscach. I tu akurat mogę się pochwalić, że z tej okazji udało mi się skorzystać. Najpierw był Sandomierz. A był we wtorek, czyli (aktualnie) dzień podbiegów. Kto zna Sandomierz, ten wie, że o podbiegi tam nie trudno. Właściwie centrum tego miasta to jeden wielki podbieg. Tak więc zwiedziłem sobie w miarę dokładnie rynek i okolice, a zamiast podbiegów był kros pasywny po utwardzonym.
Wykres tętna i wysokości podczas wycieczki po Sandomierzu (źródło: endomondo.com)
Nazajutrz nocowałem (dla odmiany) w Krakowie. Ponieważ jednak Kraków to miasto nieco większe od Sandomierza, nocowanie w hotelu na przedmieściach w tym wypadku utrudniało bieganie po starówce. Postanowiłem jednak sprawdzić jak daleko, metodą na hobbita uda mi się dobiec. Udało mi się dotrzeć do Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha, a do samego Wawelu miałem już tylko tzw. kawałek. Ale co robić - jak na hobbita, to jest jeszcze z powrotem.
Niezbyt skomplikowana trasa wycieczki po Krakowie (źródło: endomondo.com)
A propos powrotów, to gdy wróciłem do siebie do Poznania, życie postanowiło mi przypomnieć, że nie składa się wyłącznie z biegania. Po trzech dniach posuchy biegowej, udało mi się zaliczyć niedzielne wybieganie, więc sobotni trening odrabiałem w poniedziałek.

W kolejnym tygodniu miało być oczywiście lepiej. Ale tu, nie pamiętam już który to już raz, spadło na mnie z wielką mocą coś, co zwykłem nazywać ciągiem niefortunnych zdarzeń. Zdarzenia związane były głownie z pracą, ale i życie rodzinne, a nawet zdrowie (ale to akurat wynikało z mojego zachowania w postępowania w pewnych kwestiach) dołożyło trzy grosze. Dość powiedzieć, że przez kolejne osiem (tak tak, osiem) dni nie udało mi się założyć butów do biegania ani razu.

Teraz staram się raz jeszcze zrealizować te plany, które miałem na drugi (podkarpacko-małopolski) tydzień czerwca. Już wiem, że w stu procentach mi się nie uda. Ale gonie ten ogon dalej. Jakoś dobiegnę do końca czerwca. A może lipiec w końcu będzie lepszy?

9 stycznia 2016

O piekielnym grudniu uwag kilka

Podobno dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło (tylko kto by chciał to sprawdzić?). Zaryzykuję stwierdzenie, że sumiennymi postanowieniami poprawy również.
Grudzień zacząłem z mocnym postanowieniem poprawy. No, bo teraz (to znaczy wtedy) to już nie ma lipy, jest nowy miesiąc, a ja się biorę do roboty, wióry będą lecieć i w ogóle.
Źródło: endomondo.com
Tydzień pierwszy.
Nowy miesiąc w pracy zaczynamy spotkaniem podsumowująco-wigilijnym. Grafik napięty, ale wszystko wskazywało na to, że bieganie się zmieści. A tu klops. Dyskusja się przeciągła (sic!), jak mawiał klasyk i pierwszy trening przepadł. Kolejnego dnia nie było lepiej. Niby syndromu dnia następnego (w jego klasycznym wydaniu) po firmowej wigilii (no bo co się robi na firmowych wigiliach?) nie było, ale był syndrom niewyspania (rozrywkowy współlokator mi się trafił). Generalnie czułem się fatalnie. Co się stało w czwartek, już nawet nie pamiętam. Skończyło się na tym, że biegałem jedynie w weekend - na pocieszenie, w oba weekendowe dni.

Tydzień drugi.
Tydzień bardzo podobny do pierwszego, choć zupełnie inny. We wtorek miały być podbiegi. Były w środę. Tak więc pierwotnie planowane na środę bieganie, samoistnie (nie dosłownie oczywiście), przesunęło się na czwartek. A czwartkowe miało być w piątek. Sęk w tym, że nastąpił chyba jeden z najgorszych weekendów jaki pamiętam. Znacie określenie-klucz ciąg niefortunnych zdarzeń? W tamten weekend mógłbym z takich ciągów spory bukiet upleć. Skutek: dwa dni w tygodniu na biegowo. Żaden weekendowy.

Tydzień trzeci.
No ten w końcu jakoś się w historii zapisał. Stu procent realizacji planu jeszcze nie było, ale było już więcej treningów z bieganiem niż bez (kto zgadnie ile, przy uwzględnieniu faktu, że planowo mam pięć treningów biegowych w tygodniu?). A propos planu, to tydzień de facto od zmian planu zacząłem. Wyjeżdżałem za granicę i nie wiedziałem, czy będzie gdzie zrealizować podbiegi. A, jak się okazało, Fulda to całkiem mocno pofałdowane miasto (warto zapamiętać).

Tydzień czwarty - świąteczny
Tragedia. Chyba właśnie dlatego nie lubię wszelkiego rodzaju świąt. Tak zwana atmosfera (przed)świąteczna udzieliła mi się tak bardzo, że pierwszy raz buty do biegania odziałem wieczorem pierwszego dnia świąt. Za to zakończyłem tydzień miłym akcentem - Biegiem Powstania Wielkopolskiego (kilka słów więcej o nim samym za kilka dni).

Tydzień piąty.
Niepełny. Ostanie trzy dni tygodnia to już nie tylko nowy miesiąc, ale i całkiem nowy rok. Ale całkiem owocne te cztery dni. Środowy trening niby przepadł. Ale przepadł za sprawą szesnastu godzin ciężkiej fizycznej pracy (takie hobby - doktorat), których efekty osłodziły brak odpowiedniego zapisu w biegowych annałach Bartka.
Źródło: endomondo.com
Reasumując, z zaplanowanych na ostatni miesiąc roku dwustu siedemdziesięciu kilometrów pokonałem o sto dziesięć mniej. Gaci niby nie urywa, jak mawia pewien mój biegający kolega, ale Trenejro stwierdził, że nie jest tak źle, więc i ja szat nie rozdzieram. A z drugiej strony to niemal tyle, co w październiku i listopadzie razem wzięte. A nawet więcej niż w grudniu roku ubiegłego. Także, jak widać, zawsze człowiek jakoś tam sobie humor poprawi. O!

8 listopada 2015

O dwóch miesiącach ciężkiej pracy uwag kilka

Tak, to były dwa miesiące naprawdę ciężkiej pracy. Z tym że praca pracy nie równa i pod kątem biegania wrzesień oraz październik wyglądały diametralnie różnie.
Źródło: endomondo.com
Wrzesień, był już niby miesiącem pewnego luzowania (przynajmniej pod kątem kilometrażu - wiadomo, tappering). Nabiegałem podówczas 286 km - o całe osiemdziesiąt pięć mniej niż w sierpniu i o dwadzieścia osiem mniej niż w lipcu (ale już o szesnaście więcej niż we wrześniu zeszłego roku). Ale trochę działo, nie powiem. Były przecież dwa starty - całkowicie nieudana połówka w Zielonej i super udana sztafeta w Warszawie (z tej wciąż jestem winien kilka słów relacji). Ale był też drugi zakres i podbiegi. Były biegi tempowe krótkie (te na dwa okrążenia - w moim przypadku wirtualne - stadionu lekkoatletycznego), były też i długie (te na dwa-ka). Były nawet moje ukochane (tak, to ironia - nienawidzę tego treningu) dwusetki. Że o klasyku, czyli pierwszym zakresie nie wspomnę - w czymś przecież trzeba było poupychać te wszystkie opisane powyżej rodzynki. I to wszystko w zaledwie osiemnaście (z trzydziestu) dni, gdy wychodziłem biegać. Trzeba przyznać (nieskromnie oczywiście), że w dzienniczku biegowym wygląda to całkiem przyzwoicie.
Źródło: endomondo.com
I wtedy przyszedł październik. Czas na naprawdę ostatnie szlify. Na początek moje ukochane (przypominam - ironia) dwusetki. Bolało, ale - jak to mówią - cuda dzieją się przecież poza strefą komfortu. W przedmaratoński weekend był jeszcze drugi zakres - też zakończony dwusetkami (na szczęście tylko pięcioma). Potem niby już coraz mniej, ale przecież najcięższy trening w cyklu przygotowań do maratonu to pierwszy trening w tygodniu maratońskim. Niby tylko dyszka - ale na rezerwie paliwa. Żadne dwusetki i żadne trzydziestki tak bardzo nie dają w kość. Ale (z drugiej strony) warto trochę pocierpieć, by w następnych dniach mieć tyle dobrego (ja to nazywam wtórnym masochizmem - kiedyś opowiem Wam jak ukułem to określenie). Najpierw wyżerka na całego, a potem to na co czekałem od pół roku. Maraton.
A po maratonie? Po maratonie też była bardzo ciężka praca. Tyle że, jak już napomknąłem w poprzednim poście, nijak z bieganiem nie związana, a przez swoją intensywność wręcz bieganie uniemożliwiająca. Tak więc październik zamknąłem pięcioma treningami i jednym startem, w wyniku czego przebiegłem okrągłe sto cztery kilometry. Jest tu jednak pewna prawidłowość, bo w październiku 2014 przebiegłem ich sto jeden, a dwa lata temu (tu poszalałem) sto trzydzieści sześć.
Źródło: endomondo.com
Dobra wiadomość jest taka, że w wigilię święta zmarłych (nie mylić z 1 listopada) rozpocząłem proces powrotu do świata żywych.

9 września 2015

O całkiem udanych wakacjach uwag kilka

Wakacje! Znów będą wakacje! Wakacje będą znów! Tak śpiewał niegdysiejszy Kabaret Otto, a w czasach, gdy to śpiewał moje wakacje trwały minimum dwa miesiące. Dziś już tak dobrze nie mam i lipiec oraz sierpień wakacyjne są tylko z nazwy (za rok może odczuję to nieco mocniej, jako że od kilku dni jestem ojcem uczennicy). Chociaż (z drugiej strony) okres wakacyjny można było zaobserwować chociażby po aktywności na blogu. Natomiast zdecydowanie nie było taryfy ulgowej w bieganiu. Pewnie, że były przemeblowania i perturbacje, a i tzw. odpuszczone treningi się trafiły. Ale było to solidnie przepracowane dziewięć tygodni. Dość dodać, że w sierpniu ustanowiłem swój prywatny kilometrażowy rekord, przebiegając ich trzysta siedemdziesiąt jeden. A łącznie prze te dwa letnie miesiące pokonałem kilometrów sześćset osiemdziesiąt pięć. To kolejny rekord, tym razem w kategorii dwóch miesięcy następujących po sobie.
Lipiec - całkiem zielony miesiąc (źródło: endomondo.com)
A pierwsze dni lipca wcale sukcesów nie zapowiadały. Jakoś pod górkę miałem. Najpierw falstart i trening przełożony ze środy na czwartek. W dodatku przez pomyłkę dołożyłem sobie kilometrów. Potem bieganie z duszą na ramieniu, bowiem w obcym mieście, biegnąc na hobbita, wbiegłem w mało zachęcające do zwiedzania uliczki (a działo się to wieczorem). Wreszcie zupełnie nieudany trening niedzielny – w myśl zasady, iż nieudany jest wyłącznie ten trening, który się nie odbył.
Kolejny (a pierwszy pełny) tydzień już się bardziej udał, choć i przygody były. Najpierw przymusowe okienko w środę, w związku z czym, zaplanowany na sobotę, drugi zakres wylądował w kalendarzu dzień później, przez co z kolei tydzień zakończył się dopiero w poniedziałek.
Zdecydowanie najbardziej udany w lipcu był tydzień kolejny, bo nie dość, że w poniedziałek oprócz zaległego biegania udało się wcisnąć trening obwodowy (łyżka dziegciu w beczkę miodu – było to niestety jedyne w tych dwu miesiącach machanie ciężarami), to zrealizowałem sto procent planu (w tym nawet tzw. core stability).
Przedostatni (ostatni w całości) tydzień lipca wyglądał niemal tak samo jak drugi – również jedno przesunięcie i drugi zakres w niedzielę zamiast w sobotę. Tylko tego niedzielnego nie udało mi się nadrobić. Ale za to nie zapomniałem wykonać porcji gimnastyki (dacie wiarę, że przez te dwa miesiące co najmniej dwa razy zdarzyło mi się po prostu zapomnieć – dosłownie – o gimnastyce?).
Ostatnie cztery dni to już wszystko (znaczy się pod kątem biegania stricte) zgodnie z planem.
Sierpień - również całkiem zielono. Szkoda, że tylko jeden odcień... (źródło: endomondo.com)
Początek sierpnia to wakacje sensu stricto w moim przypadku i co wtedy porabiałem i jak bardzo przebierałem nogami w zasadzie już napisałem. Druga połowa miesiąca również całkiem udana – a stała w sumie pod znakiem startu w Międzychodzie. Ale trzeba zauważyć, że przez te dwa tygodnie wykonałem wszystkie dziesięć zaplanowanych treningów (biegowych). Tylko ten już zupełnie ostatni, zamiast w niedzielę, miał miejsce w poniedziałek.
Aż się skala na wykresie zmieniła (źródło: endomondo.com)
A jak to wszystko wyglądało pod kątem szeroko rozumianej różnorodności treningów? W tygodniu przez większość lipca królował pierwszy zakres, rozbudowany ewentualnie o przebieżki. Pod koniec lipca pojawiły się podbiegi, a w sierpniu dwustumetrówki (mój zdecydowanie najmniej ulubiony trening). A raz nawet drugi zakres (moje największe sierpniowe niepowodzenie). W weekendy zazwyczaj biegałem drugi zakres – coraz więcej i coraz szybciej. No chyba, że miałem trzydziestkę, kilometrówki (czyli wytrzymałość tempową) lub zawody.

Takie to było to lato (które niby oficjalnie jeszcze trwa, ale kto myśli o wrześniu jako o miesiącu letnim?). Wrzesień to już rozkręcający się sezon startowy. Półmaraton za pasem a i na jeden maraton się wybieram. Biec go niby nie będę, ale doczekam się wreszcie finiszu na Narodowym. Więcej szczegółów wkrótce.

20 sierpnia 2015

Halo Panie Jacku: O Mrzeżynie i Mierzynie uwag kilka

Halo Panie Jacku!

Dawno mnie tu nie było. Tu, czyli na swoim własnym blogu. Istnieje jednak uzasadnienie mojej, ze tak to nieliteracko określę, niebytności. A kryje się ono pod popularnym o tej porze roku słowem: Urlop. Tak, byłem na urlopie, który okazał się również urlopem od blogowania. Nie to, żebym chciał i planował. Ot, po raz już któryś tam w życiu stanąłem przed wyborem: pisać o bieganiu, czy biegać? Zazwyczaj wybieram to drugie. Także urlopu od biegania nie było. Były pewne utrudnienia logistyczne, były przesunięcia w planie, ale laby biegowej nie.

Tak na marginesie - zastanawiał się pan kiedyś, jakie dni są najbardziej męczące? Ja już nie muszę. Wiem, że to są dni powrotu z wakacji. A konkretnie z wakacyjnego wyjazdu. W tym roku tak się złożyło, że przez siedemnaście urlopowych dni wyjechaliśmy w dwa różne miejsca, a więc dwa razy wracaliśmy do domu. Nie będę dobrze wspominał tych dni, a szczególnie następujących po nich wieczorów. Nie pamiętam kiedy ostatnio czułem się tak bardzo, ale to bardzo wykończony!

Całe urlopowe bieganie zaczęło się... od kłopotów ze wstawaniem. Cała sztuka biegania na urlopie kryje się w tym, by nie kolidowało ono z normalnym życiem urlopowym. Trzeba więc dosyć wcześnie wstawać (zazwyczaj o szóstej wystarcza). Na szczęście, będąc rodzicem dwójki przedszkolaków, chodzi się też zazwyczaj dosyć wcześnie (choć i tak buszowały do nieprzyzwoicie późnych godzin nocnych) spać. Niestety na pierwszy urlopowy trening (w sobotę) nie podźwignąłem się. Na szczęście MONBŻ* wykazała się ogromną wręcz wyrozumiałością i zabrała Córki Obie na Święto Kaszy, a mnie pozwoliła pobiec z Trzebiatowa do Mrzeżyna, i z powrotem. Trening ciężki, bo po pierwsze drugi zakres, po drugie miał miejsce w pierwszym dniu nagłego powrotu lata (ciepło było), a po trzecie o tej porze dnia szosa z Trzebiatowa do Mrzeżyna (i z powrotem) jest dosyć mocno uczęszczana (i to raczej przez zmotoryzowanych, nie zawsze kulturalnych, niż przez biegaczy). Ale jaka satysfakcja z wykonanego treningu.
W niedzielę znowu nie wstałem - udało się za to (wreszcie) w poniedziałek i odrobiłem zaległości z dnia poprzedniego. Ale przez to, że nowy tydzień zacząłem od odrabiania zaległości właśnie, na koniec okazało się, że od poniedziałku do niedzieli nabiegałem sto szesnaście kilometrów (rekord!).
Ale wróćmy jeszcze na początek tygodnia.
Niezwykle ambitne plany miałem na wtorek. Postanowiłem wstać jeszcze przed wschodem słońca i część trasy przebiec po plaży (której, a propos, sporo w tym roku w Mrzeżynie ubyło), podziwiając przy tym widoki. Jak się łatwo domyślić, nie wstałem. Trochę w tym zasługi Córki Młodszej, która postanowiła się obudzić, akurat jak miał zadzwonić budzik. Niemniej, gdyby mi się bardziej chciało, pewno by się jednak udało. Tak więc zaplanowany jeszcze na pierwszy wyjazd trening, zrobiłem dzień później już w Poznaniu. A zanim wyruszyliśmy w kolejną podróż, zrealizowałem jeszcze dwa inne, w tym mocno nieudany drugi zakres.
Nadmorski hobbit, czyli z Trzebiatowa do Mrzeżyna (tam) i z powrotem (źródło: endomondo.com)
Kolejny weekend spędzaliśmy już na tzw. kępingu (sic! - Klasyk twierdzi, że nazwa wywodzi się od kępy traw), na którym ze wstawaniem było już o niebo lepiej. Po pierwszej nocy kręciłem się wokół Jeziora Mierzyńskiego. Natomiast naprawdę (jak to, podobno, mawia młodzież) grubo miało być (i było) w niedzielę. Trenejro zaplanował mi na ten dzień tzw. Trzydziestkę (na szczęście wyłącznie pierwszy zakres), z której miałem wrócić (podkreślam: wrócić) około siódmej, tak, aby MONBŻ mogła również pobiegać zanim zrobi się naprawdę gorąco (a przypomnę, szczególnie tym, którzy będą to czytać za kilka miesięcy na przykład, że mieliśmy akurat w Polsce falę upałów zbliżających się do czterdziestu kresek). Wstałem więc, niczym Jezus w Ewangelii, gdy jeszcze było ciemno i udałem się nie tyle w miejsce pustynne (jak Jezus), co do najbliższego miasta, by przy okazji obejrzeć trasę biegu III Międzychodzkiej Dziesiątki z Pompą, na która zapisałem się po raz drugi, choć (o ile oczywiście nic mi znów, jak w zeszłym roku, nie przeszkodzi) pobiegnę po raz pierwszy. I tak się atrakcyjnie złożyło, że dotarcie do Międzychodu, pięć pętli biegu i powrót dały dokładnie dystans trzydziestu kilometrów (przypadek?). I wróciłem nieco po siódmej.
Jeszcze raz udało mi się wstać - we wtorek. W środę, dzień wyjazdu, już jednak nie i znowu musiałem nadrabiać zaległości, przez co przez cztery ostatnie dni urlopu (już w Poznaniu) takiego bez biegania już nie było.
A od pierwszego do ostatniego dnia wakacji mych, przebiegłem dwieście dwadzieścia pięć kilometrów. Całkiem niezły wynik jak sądzę.
Zasadniczo w tym wypadku również było na hobbita (źródło: endomondo.com)
A jak się ma urlopowe bieganie do Pana ostatniego felietonu? Otóż postanowiłem (i najpewniej zdania już nie zmienię - zwłaszcza, że właśnie je upubliczniam), że w przyszłym roku w ramach letnich wakacji wybiorę się do Trójmiasta na Maraton Solidarności. Pewnie o rekord świata (nawet ten osobisty i prywatny) nie powalczę, ale pojadę i pobiegnę.

Łącze tradycyjne pozdrowienia od CMcMH
Bartek M.

*Doszliśmy wspólnie do wniosku, że Moja Żona już od jakiegoś czasu nie jest Od Niedawna Biegająca

14 lipca 2015

O czerwcu nabierania wiatru uwag kilka

Połowa lipca za pasem (pasem z bidonami rzecz jasna), więc chyba fajnie by było (ale nie twierdzę, że owszem) jakoś zgrabnie i chociaż krótko podsumować... czerwiec. Do roboty zatem.
Źródło: endomondo.com
Przede wszystkim odnotować należy fakt, iż miesiąc rozpoczął się od czterodniowej przerwy. Przypomnijmy, że przerwę ową poprzedzał bieg na zabójczo długim dystansie dwunastu kilometrów z lekkim okładem (rozgrzewki, rozciągania i schłodzenia), który to dystans doprowadził mnie niemal na skraj wyczerpania. Na szczęście pierwszy po tych czterech dniach, a zarazem pierwszy w czerwcu trening wreszcie, mimo że kaszel, choć w zdecydowanym odwrocie, wciąż dawał znać o swojej obecności, dał mi trochę już zapomnianą przyjemność z biegania. I tak pierwszy tydzień czerwca, uwzględniając bieganie niedzielne, zapisał się w historii z dwoma treningami.

Drugi tydzień to również okienko na początek - trzydniowe. Tym razem, z tak zwanych przyczyn organizacyjnych, przepadł trening wtorkowy. Na szczęście końcówka tygodnia wg planu, czyli trzy razy bieganie, raz poszerzone o tak zwane core stability.

Tydzień trzeci to sukces pełen. No prawie pełen. Pod względem biegania, pierwszy raz od bardzo dawna udało mi się w stu procentach zrealizować plany treningowe. Oprócz biegania były jeszcze dwie jednostki core (miały być trzy - stąd słowo prawie dwa zdania wcześniej).

W czwartym tygodniu już aż tak dobrze nie było niestety. Znów przepadł mi trening wtorkowy. Ale za to pojawił się trening obwodowy w poniedziałek. I ćwiczenia na korpus w sobotę (tu znów trzeba uderzyć się w pierś - miały być również w czwartek). I nie zapominajmy o antyżyciówce (niemniej, bardzo przyjemnej) w niedzielę.

Ostatni tydzień, to już w większości tydzień lipcowy. Odnotować jednak należy, że spokojne dwanaście kilometrów (rzecz jasna z okładem) ostatniego dnia miesiąca było. Nie było za to obwodu w poniedziałek niestety.
Źródło: endomondo.com
Ostatecznie udało mi się nabiegać w szóstym miesiącu roku sto siedemdziesiąt dwa kilometry. To prawie dwa razy więcej niż w maju i trzydzieści kilometrów więcej niż w czerwcu dwa-czternaście (co ciekawe, dwa lata temu nabiegałem o dziesięć więcej kaemów, niż w tym roku). Realizowane jednostki treningowe nie oszałamiają jeszcze różnorodnością (taki etap planu, co robić?) - pierwszy zakres - dystanse oscylowały między ośmioma a dwunastoma kilometrami - czasem poszerzony o kilka przebieżek. Jest jeszcze trening uzupełniający, to jest siłowy, który nawiasem mówiąc, czyli pisząc, zasługuje - co najmniej z dwóch powodów - na oddzielnego posta, a który tradycyjnie idzie mi jak krew z nosa. Nie chcę nic zdradzać, ale może w lipcu będzie lepiej - no chociaż w drugiej połowie może... Ups!

6 czerwca 2015

O spadaniu z wysokiego konia uwag kilka

Będzie to prawdopodobnie, a nawet na pewno, jeden z najkrótszych postów na tym blogu. Bowiem to, co się wokół biegania działo ze mną w maju można by zawrzeć w jednym zdaniu: Fantastyczne kiepskiego początki, czyli upadek z wysoka niemal na sam dół. Niemniej postaram się rozwinąć choć trochę.
Źródło: endomondo.com
Pierwsze dziesięć dni maja to jedynie szlify (a jakby się uprzeć to nawet można by napisać, że jeden szlif, bo jeden był trening tzw jakościowy, tzw. dwusetki - pozostałe to wolne wybiegania, czasem z przebieżkami) przed startem w Swarzędzu, gdzie to udało mi się pokonać kolejną barierę. To jest to fantastyczne. Niestety, łamiąc tą barierę byłem już pokasłujący.

Kolejne dwa tygodnie, czyli długie czternaście (a w zasadzie to nawet piętnaście) dni,  to już kaszel na całego, zero biegania i ciągłe pocieszanie samego siebie, że za dwa, góra trzy dni, będzie już dobrze.

I wreszcie ostatni (niecały zresztą) tydzień to nieśmiały powrót na biegowe ścieżki, mimo wciąż nie dającego mi spokoju kaszlu. Forma żadna. Trzy wyjścia, z czego najdłuższe poniżej dwunastu kilometrów. A czułem się po tych dwunastu kilometrach jak po swoim pierwszym półmaratonie. Czyli się nie czułem.
Źródło: endomondo.com
Taki był maj. Dość dodać, że łącznie przebiegłem niecałe dziewięćdziesiąt cztery kilometry. Dziewięćdziesiąt cztery kilometry w tygodniu to ja zrozumiem, ale w miesiącu? Także spuszczam zasłonę milczenia i optymistycznie myślę o czerwcu. Ten rokuje jeszcze jakieś nadzieje...

28 maja 2015

O rozbieganiu mimo woli uwag kilka

To nie tak, nie tak, nie tak dziewczyno, nie tak nam miało być! - jak śpiewali niegdyś artyści Komicznego Odcinka Cyklicznego. Znaczy się miało być tak, że po dyszce w Swarzędzu podszlifuję jeszcze formę i w czerwcu zadebiutuję w Mistrzostwach Polski Weteranów (bo mogę) w Półmaratonie. A tu (nagle czyli wtem) kaszel i ból gardła. Stare biegowe porzekadło mówi, że jeśli w odpowiednim momencie nie zrobisz sobie przerwy, organizm sam ją sobie zrobi. Mój najwyraźniej uznał, iż po całkiem udanej pierwszej części sezonu należy mu się odpoczynek.
#wolneręce są. #koszulkamocy jest. I tylko mocy brak...
Infekcja przyszła do mnie już w sobotę przed startem w Swarzędzu. Ale jak już się napisało, pobiegłem mimo to. Jaki wpływ miał ów start na dalszy infekcji przebieg nie wiem i gdybać nie będę. Raz, że (nomen omen) było by to jedynie gdybanie. A dwa, zbyt jestem zadowolony w mojej nowej trójki z przodu (dla kogoś, kto słucha Trzeciego Programu Polskiego radia od czasów, gdy na pierwszym miejscu Listy Przebojów była Bogurodzica, jest to wartość podwójna). Niemniej łudziłem się jeszcze przez dzień czy dwa, że bez przerwy w bieganiu się obędzie. We wtorek jednak odpuściłem, zakładając, że tydzień treningowy rozpocznę w środę (wmawiałem sobie, że dodatkowy dzień regeneracji po starcie dobrze mi zrobi). W środę również zostałem w domu. W czwartek zaś było apogeum - ledwo mówiłem i co trzy minuty wypluwałem płuca. Wtedy już wiedziałem, że tydzień jest stracony. Na domiar złego, niezwykle intensywny w pozabiegowej sferze życia grafik  wydarzeń (z weekendem włącznie) sprawił nie sprzyjał regeneracji, która przecież zdecydowania pomaga w zwalczaniu infekcji wszelkiej maści i typu. Tymczasem minął cały tydzień bez biegania. A kaszel nie. I tak powtarzałem sobie, że za dwa trzy dni na pewno będę już zdrów i pójdę biegać. I tak minęło kolejnych dni siedem. Bez biegania oczywiście. I wówczas pochylił się na de mną lekarz w osobie Mojej Ulubionej Szwagierki (w skrócie MUS), uświadamiając mi, że to, co wciąż mnie męczy (mimo, że męczy mocno), to tzw. kaszel poinfekcyjny, który może trwać nawet jeszcze kilka tygodni. I, jak to ładnie MUS ujęła, szkoda, żebyś się męczył nie biegając. Zatem po szybkiej korespondencyjnej konsultacji z Trenejro się postanowiło, że (mimo kaszlu) od kolejnego tygodnia (bieżącego czyli) wracamy do świata żywych, czyli na biegowe ścieżki. Tak oto zakończyłem zupełnie nieplanowane wiosenne rozbieganie.

A skoro rozbieganie zakończone, czas zdradzić plany na lato i jesień. Zwłaszcza na jesień. Kalendarz startów w szwach zasadniczo nie pęka. Powiedziałbym, że jest w nim niezbędne minimum, czyli trzy starty (start główny, czyli maraton, oraz dwa starty kontrolne, czyli dycha i połówka). Ale nie powiem, bo są cztery. Ale ten czwarty bez (że tak użyję biegowego slangu) spiny, czyli rekreacyjnie, łamane na treningowo, łamane na towarzysko. najmniej fajna (właściwie to zupełnie niefajna) wiadomość jest jednak taka, że zupełnie rezygnuję ze startu w Murowanej Goślinie. Nie jestem nawet pewien czy do tej pory pozbędę się zupełnie tego (tu proszę sobie wpisać odpowiednie epitety) kaszlu. Nic to - w mistrzostwach weteranów zadebiutuję za rok.

Moje plany startowe od dziś do października przedstawiają się następująco:
28 czerwca: III Bieg Piotr i Paweł - to właśnie ten bieg rekreacyjno-treningowo-towarzyski. Oprócz mnie pobiegnie MONBŻ, MUS, Biegające Małżeństwo Polsko-Holenderskie i pewnie jeszcze cała wuchta Krewnych i Znajomych Królika. Jak to treningowo i rekreacyjnie będzie wyglądać jeszcze nie wiadomo. Się zobaczy.
23 sierpnia: III Międzychodzka Dziesiątka z Pompą - na ten bieg byłem już zapisany w zeszłym roku. Przesunięcia w planach urlopowych spowodowały, że wówczas pobiegłem w Nowym Tomyślu. W tym roku zamierzam w prezencie imieninowym (których zasadniczo nie obchodzę, ale co mi tam) sprawić sobie nową, jeszcze fajniejszą życiówkę.
13 września: IV Półmaraton Zielonogórski - pierwotnie planowałem wszystkie biegi tej jesieni pobiec w Wielkopolsce. Ale do Zielonej jest zasadniczo bliżej, niż do kilku miejsc w moim województwie (dajmy na to do Piły), a że to miasto biegowo kojarzy mi się bardzo dobrze - tam przecież jest mój Ulubiony Sklep Biegowy - zamiast zrobić powtórkę sprzed dwóch lat w Zbąszyniu (który tak dobrze wspominam), postanowiłem pojechać kawałek dalej, czyli do stolicy Lubuskiego właśnie.
11 października - wiadomo - Maraton Poznański. Mój trzeci (trzeci poznański), a szesnasty w ogóle.

Czy cos jeszcze dojdzie do tej listy? Nie mówię nie. Może jakaś szybka piątka wiosną albo latem. Może jakiś Bieg Niepodległości. Może jakaś dodatkowa połówka na zamknięcie sezonu. Jak to mawiał mój przyjaciel z lat licealnych, czas pokaże.

Na zakończenia Ogłoszenia Bynajmniej Nie Parafialne.
Pierwsze: Powoli zbliżamy się do finału naszej akcji, co ma #wolneręce (kliku-klik). Walczymy już nie o tysiąc, nie o dwa, ani nawet o trzy (tyle, nawet z górką - wcale nie świńską - już mamy) ale o okrągłe 4219,50 zł (te pięćdziesiąt groszy niestety niewidoczne - system nie przyjmuje drobnych). Damy radę?
Drugie: W niedzielę ma finał inna akcja bliska sercom (nie tylko) blogaczy. Doroczny finał w postaci III Piątki Dla Bartka i II Wirtualna Piatka Dla Bartka. Tu też można pomóc i to pomóc chłopcu o najładniejszym imieniu na świecie (bo jest najładniejsze, prawda?). Także tego - damy radę!?

11 maja 2015

O zabetonowanym kwietniu uwag kilka

Nie zgadniecie, co mi się dzisiaj śniło! Otóż śniła mi się moja piękna nowa życiówka. I w tym śnie byłem tak zapalony do przekraczania kolejnych granic, że zaraz po minięciu mety chciałem biec tę dychę jeszcze raz. Ale zanim napiszę słów kilka o tym, co się wczoraj działo w podpoznańskim Swarzędzu, muszę chcę dochować tzw. kronikarskiego obowiązku i pochylić się nad miesiącem minionym, popularnie zwanym kwietniem.
Źródło: endomondo.com
Nie da się ukryć, że najważniejszym wydarzeniem kwietnia było to z niedzieli dwudziestego szóstego. Był tez półmaraton, ale towarzysko (łamane na) treningowo. Z innych kamieni milowych, była też tzw. Trzydziestka (z opakowaniem to wyszło nawet 32K) w wielkanocny poniedziałek. I było jeszcze trzysta dwadzieścia przebiegniętych kilometrów – ponad trzydzieści więcej niż w marcu i o niemal sześćdziesiąt więcej niż w kwietniu (kwietniu bez maratonu) roku ubiegłego.
Źródło: endomondo.com
Wszystko to wygląda – było nie było – całkiem imponująco, choć miesiąc zaczął się tak trochę, jakbym miał zaciągnięty hamulec ręczny. Jego (miesiąca, nie hamulca) pierwszy dzień to było nadrabianie zaległości z marca, czyli zaplanowane pierwotnie na wtorek podbiegi. Zmodyfikowany na prędce plan posypał się już drugiego dnia miesiąca, gdy znowu znany każdemu biegaczowi ciąg niefortunnych zdarzeń sprawił, że buty pozostały tego dnia bezrobotne. Za to przez kolejne pięć dni pracowały na pełnych obrotach. Między innymi w piątkowy wieczór, kiedy to po całym dniu poszczenia wybrałem się na osiemnastokilometrowe rozbieganie. Niezapomniane przeżycie – szczególnie na ostatnich kilometrach! Powoli tradycją staje się też Trzydziestka, która (drugi rok z rzędu) ląduje z wielkanocnej niedzieli na lany poniedziałek. A przez to, oraz przez zaplanowane (i – tym razem – wykonane) 25K, drugi tydzień kwietnia łamie ustawę kominową, przewyższając, ze swoimi dziewięćdziesięcioma pięcioma kilometrami, tygodnie sąsiadujące o co najmniej dwadzieścia kilometrów.
Jak widać pierwsza połowa miesiąca dosyć burzliwa. Druga na szczęście bez zakłóceń.

Oprócz wspomnianej trzydziestki oraz treningu w ramach Półmaratonu Poznańskiego w planie znalazły się również dwusetki (raz na tydzień przez pierwsze trzy tygodnie), dziesięć kilometrów tempa na dziewięć (czy tylko ja zauważam tu pewną niespójność) dni przed maratonem oraz wytrzymałość tempową (5 x 1K) w przedmaratoński wtorek. Oraz oczywiście zaprawa spajająca to wszystko (a propos – tłumaczyłem ostatnio panu Jerzemu Skarżyńskiemu czym się różni beton od zaprawy), czyli pierwszy zakres okraszony czasami kilkoma (zazwyczaj pięcioma) przebieżkami.
Ostatnie akcenty przed maratonem: 10K tempa (cały czas w pierwszym zakresie)
Oraz 5 x 1K WT (również zadziwiająco niskie tętno)
Ostatni tydzień, a właściwie ostatnie kilka (konkretnie cztery) dni starego oraz pierwsze kilka (dokładnie trzy) nowego miesiąca to już, że tak użyję języka młodzieży (oczywiście achtejdzisiejszej) luz pełen. Ale co się dziwić!

24 kwietnia 2015

Jak wyszedłem na miasto napić się ze znajomymi uwag kilka

Dobra, ja wszystko rozumiem. Że pilna (pilna, bo nie zabrałem się za nią odpowiednio wcześnie) praca do skończenia, że przedmaratońska gorączka i że w ogóle. Ale najważniejsze wydarzenie sezonu wiosennego za dwa dni, a ja wciąż nie przelałem w wirtualną rzeczywistość internetu swoich wrażeń z poznańskiej połówki. A zatem tak w telegraficznym skrócie.

O treningu z zawodami, a właściwie o zawodach z otoczką już raz pisałem. Teraz miało być podobnie, tylko że trochę inaczej. Zawody - jak to półmaraton - obejmowały dystans 21,097 km. Ja natomiast miałem na ten dzień w planie trening, który na swoje potrzeby nazywam BCzET-em, czyli Biegiem Ciągłym z Elementami Tempa. W sumie dwadzieścia pięć kilometrów, w tym:
- 4 km OWB1,
- 2 km w tempie 4:20-4:25/km,
- 2 km OWB1,
- 10 km tempa 4:30-4:35/km,
- 2 km OWB1,
- 3 km w tempie 4:20-4:25/km,
- 2 km OWB1.
Tak to wyglądało w planie. Trenejro zalecił by dodatkowe kilometry podzielić i przebiec trochę przed, a trochę po samym półmaratonie, ale wyszło mi z obliczeń, że po przekroczeniu mety nie będzie za bardzo jak biec. Całość zaplanowałem więc tak by na starcie półmaratonu mieć już te dodatkowe około czterech kilometrów w nogach. Założyłem również, że ostatni odcinek nie będzie miał dokładnie dwóch tysięcy metrów. Policzyłem także skąd i o której muszę ruszyć, aby linię startu przekroczyć jako jeden z ostatnich uczestników biegu - tak by nie musieć zbyt gwałtownie hamować w tłumie (tym bardziej, że za linią startu to powinienem akurat przyspieszyć). I tak, gdy wszyscy zmierzali na linię startu, ja również tam wyruszyłem, tylko że drugim brzegiem Malty.
Znajdź różnicę w stosunku do oficjalnej trasy półmaratonu ;-)
Jak zwykle zacząłem od trzech minut truchtu - zawsze dopisuję ten element do wpisanego w plan treningu. Ale chyba udzieliły mi się startowe emocje, bo serce nijak w zakresie przypisanym do truchtu utrzymać się nie chciało. Po stu osiemdziesięciu sekundach przeszedłem (właściwie powinno być przebiegłem) do czterech kilometrów pierwszego zakresu i był to najcięższy odcinek tego biegu. Nie dość, że biegłem sam (niby jestem przyzwyczajony, ale jednak wiecie - atmosfera) to jeszcze po tej stronie jeziora wiało, jak nie przymierzając (wedle ludowego porzekadła) tam, gdzie mieszka Damian. Ale za to udało mi się wprawić w zdziwienie wolontariuszki, które przygotowywały punk odżywiania zaplanowany na dziewiętnastym kilometrze trasy i pytały się nawzajem (na mój widok), czy start aby nie był o dziesiątej (a było już z pięć po). Na linię startu dotarłem niemal idealnie wg obliczeń. Zdaje się, że przekroczyłem ją jako przedostatni. I tu zaczęły się moje kłopoty.

Spokojnie, spokojnie, nie było tak źle. Po prostu - co było do przewidzenia, a jednak dało mi to nieźle w kość - musiałem sporo (naprawdę sporo) wyprzedzać. A na trasie było, że tak to ładnie określę, dosyć gęsto. Tak, że nawet na poboczach i trawnikach było momentami ciasno. Na szczęście udawało się jakoś założone tempo utrzymać. Jakim kosztem się udawało, można zaobserwować na wykresie tętna. Ekonomika biegu nie stała na najwyższym poziomie - nie ma co ukrywać.
Tętno tylko raz weszło w trzeci zakres. Chociaż w ogóle nie powinno...
Po przejściu do kolejnego odcinka jedynki nadal wyprzedzałem. W rytm biegu peletonu wszedłem (wbiegłem) gdzieś w okolicach dziesiątego kilometra trasy, czyli na początku dziesięciokilometrowego odcinka tempa. A wtedy zaczęła się zabawa. Od dawna, naprawdę od dawna nie dane mi było aż tak bardzo cieszyć się atmosferom tej rozrywki dla mas, jaką jest bieg uliczny na dystansie półmaratonu. Owszem, pilnowałem tempa, ale było ono zasadniczo komfortowe, mogłem więc chłonąć atmosferę na całego. Czerpać pełnymi garściami. A że tresa tego odcinka prowadziła przez Rataje, gdzie mieszkają prawdopodobnie najlepsi kibice biegania w Poznaniu, więc czerpałem. Niczym się nie przejmując, po prostu biegłem. I tak biegłem i biegłem, i biegłem. Potem zwolniłem, bo znowu jedyneczka, i tak się dziwiłem, że w sumie to mało osób mnie wyprzedza. A potem znowu przyspieszyłem i znowu ja wyprzedzałem. A że ostatnie kilometry po raz kolejny pokonywałem w pierwszym zakresie (znowu, o dziwo, jakoś nie byłem wymijany jak przysłowiowa furmanka), czyli w pełni komfortowo, wspierałem mentalnie tych, którym na tych ostatnich metrach było ciężko. Nawet ze dwie osoby postraszyłem, że jeśli nie będą na mecie przede mną, to wypije im piwo. I chyba po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy na zdjęciach z finiszu nie mam mojej autorskiej miny pt. Jak rzygać, to z dobrym wynikiem. A przed przekroczeniem mety jeszcze zrobiłem sobie dziesięć pĄpasków. Taki miałem humor!
pĄpasy jeszcze na trasie (foto: Sandra Afek Photography)
I wiecie, co Wam powiem (napiszę)? Od dziś, jeśli tylko w tym czasie będę w Poznaniu, tutejszej połówki nie odpuszczam. Jeśli nie będę mógł biec po rekord, pobiegnę treningowo. A jak dwadzieścia jeden kilometrów to będzie dla mnie za dużo, jak na dany dzień, pobiegnę mniej i zejdę z trasy. I gorąco każdemu polecam - raz na jakiś czas start na pół gwizdka. Dla zabawy. Dla atmosfery. Dla zdrowia - fizycznego i psychicznego.

Za to za dwa dni, bieg jak życie - Na pełnej petardzie!

4 kwietnia 2015

O nienajgorszej realizacji planów uwag kilka

Gdy spoglądam w niezbyt odległą, ale jednak przeszłość – czyli na marzec – na moje (choć wyszły spod ręki Trenejro oczywiście) biegowe plany oraz ich realizację, to do głowy przychodzi mi analogia budowlana (to się zdaje nazywa zboczeniem zawodowym). Widzę ten miesiąc jako kawałek wznoszonego przeze mnie mozolnie muru, na który składają się duże kamienie oraz wypełniająca wolne przestrzenie, a zarazem spajająca całość, zaprawa. Ale, żeby nie było, zaprawa ma w sobie zarówno drobne, jak i grubsze kruszywo. Te większe elementy to oczywiście weekendowe starty, w które marzec był wyjątkowo obfity (dwa w trupa i jeden w ramach bardzo specyficznego treningu) oraz jeden trening, który samym zapisem w planie (ale nie wyprzedzajmy za bardzo faktów) wzbudza pewien respekt. Z uwagi na weekendowe obciążenia treningi w tygodniu nie przekraczały długości czternastu kilometrów, ale też nie były to wyłącznie spokojne rozbiegania. To wszystko pozwoliło mi przez te trzydzieści jeden dni przebiec dwieście osiemdziesiąt cztery kilometry. Niby sporo mniej niż w (było nie było) krótszym lutym, ale też więcej niż w styczniu. Jak i więcej niż w marcu zeszłego roku – o całe trzy kilometry, ale więcej.
Źródło: endomondo.com
Marzec zacząłem z tak zwanego wysokiego ce. Treningiem typowym dla przygotowań maratońskich. Tak tak – mowa o Trzydziestce (duża litera w pełni uzasadniona). Struktura niezbyt skomplikowana – dwadzieścia pięć kilometrów w pierwszym zakresie a kolejne pięć (bez zatrzymania) w tempie 4:45/km. Inną kwestią jest, że tego popołudnia Gremlin miał swój pomysł na siebie na owych pięciu kilometrach i wciąż dawał mi sygnały, że biegnę za szybko*. Ale tym razem zapamiętałem ile mam biec, więc sam pilnowałem sobie tempa. To co w realizacji tegoż treningu cieszy najbardziej, to fakt, że tempo nie okazało się zbyt wymagające, o czym świadczą nie tylko odczucia własne, ale i wyniki pomiaru tętna.
Tętno podczas Trzydziestki...
A propos wysyłającego sygnały o rzekomej sprzeczności realizacji z założeniami Gremlina, w ostatni weekend, czyli już po zakończeniu weekendowego trio Rusałka-Malta-Ostrów, miałem do zrobienia trening tempowy (zwany przez niektórych drugim zakresem), czyli dziesięć kilometrów po 4:35/km opakowane zakresem pierwszym (cztery kaemy przed i dwa po) oraz przebieżkami na sam koniec. Programując Gremlinowi ów trening, wpisałem ćwiczenia rozciągające po pierwszym odcinku OWB1. Gdy potem dopytałem Trenejro, ten zalecił rozciąganie przed przebieżkami, ale... zapomniałem to zmienić. I gdy ja już biegłem tempo (którego znów sam, bez podpowiedzi, musiałem pilnować), Gremlin myślał, że się rozciągam (na szczęście wówczas nie wszczynał alarmów). Gdy wróciłem do pierwszego zakresu, sądził, że biegnę tempo (i krzyczał, że mu za wolno). Gdy się rozciągałem on oczekiwał tętna z pierwszego zakresu (dalej krzyczał). I uspokoił się dopiero na przebieżkach.
tempówki...
Do innych ciekawostek treningowych miesiąca występującego w kalendarzu gdzieś między lutym a kwietniem zaliczyć trzeba jednostkę, którą również można by sklasyfikować, jako tempo. Z tym, że w wydaniu interwałowym, czyli dziesięć odcinków po dwieście metrów po (mniej więcej) czterdzieści dwie sekundy każdy (jak łatwo policzyć daje to 3:30/km) i tyleż samo metrów odpoczynku w truchcie. Wcześniej jednak pięć kilometrów jedynki i porcja rozciągania. A po interwałach jeszcze dwa tysiące metrów, również w pierwszym zakresie. I aż dwukrotnie przyszło mi taki trening zrealizować – w czwartek przed City Trail oraz w środę przed Maniacką. Pozostałe (niewymienione wcześniej) treningi to już sam pierwszy zakres, ewentualnie okraszony kilkoma (zazwyczaj pięcioma) stumetrowymi przebieżkami.
oraz dwusetek
Przeczytałem gdzieś kiedyś, że najgorszy plan to taki, który został zrealizowany w stu procentach. Mało brakowało, a marzec takim by właśnie był, bo aż do minionej soboty, realizacja nakreślonych przez Trenejro założeń przebiegała bez zakłóceń. Uratowały mnie urodziny Córki Młodszej i zamieszanie związane z kinder party, przez które odpuściłem sobotnie bieganie. To wydarzenie stało się początkiem złej passy w wersji mini, bo później wypadł mi z kalendarza trening siłowy, wtorkowe podbiegi robiłem w środę, a i w czwartek zostałem w domu. Ale to już zaczyna być temat na podsumowanie kwietnia, który, jak już widać najgorszy planowo nie będzie.
Źródło: endomondo.com
Warto na koniec nadmienić, że w kwietniu mam w planach dwa starty. Przy czym jeden ze strategią stricte treningową (bez walki o życiówkę, ale i bez pełnego luzu). Za to ten drugi to bieg o priorytecie Ą-Ę. A może nawet OWM.

*PS1. Edytując trening pod kolejną trzydziestkę zorientowałem się, że definiując tempo szybszego odcinka zamiast czwórki na początku wpisałem piątkę.
PS2. Wesołych Świąt!

10 marca 2015

O treningu cięższym niż start uwag kilka

No to mi Trenejro trening wymyślił. Ale to taki trening mi wymyślił, żeby mnie sponiewierać, a potem jeszcze mi dołożyć. A że przy okazji poprawiłem życiówkę na piątkę, to już zupełnie inna historia. Chociaż nie. Nie inna. W zasadzie to część tej dłuższej. To może ja pominę to jaki był plan, tylko przejdę od razu do opisu jego realizacji. Zresztą udało się niemal co do joty.

Tak w ogóle to pierwotnie w planach była wytrzymałość tempowa -–dziesięć razy jeden kilometr. Ale wyprosiłem, żeby mógł pobiec w Grand Prix City Trail. W końcu brakowało mi tego jednego startu, by po raz pierwszy od 2010 roku zostać sklasyfikowanym. Stanęło zatem na biegu nad Rusałką.

Chyba rodzi się jakaś nowa moda - zdjęcie grupowe przed startem (foto: Tomasz Szwajkowski)
Podobnie jak ostatnimi dwoma razy na linię startu dotarłem z domu biegiem. Tyle że gimnastykę rozciągającą rozpocząłem jeszcze zanim dotarłem do lasu otaczającego jezioro i jeszcze musiałem zrobić skróconą wersję zestawu. Wszystko przez to, że trochę za późno (jakieś pięć minut) wyszedłem z domu (względy natury, że tak to ujmę, fizjologicznej). Na linię startu na szczęście dotarłem o czasie. Zastanawiałem się nawet po drodze, czy nie zrobić normalnej gimnastyki tudzież nie zrezygnować ze skracania odcinka OWB1, a wystartować z drugą lub trzecią strefą. Doszedłem jednak do wniosku, że bieg z osobami utrzymującymi niższe tempo (celującymi w słabszy czas) może mi zabrać tę odrobinę adrenaliny, która tak napędza, gdy biegnie się z numerem przypiętym do koszulki . Ruszyłem zatem wraz z pierwszą turą.

Zgodnie z zaleceniem Trenejro, pierwszy kilometr miał być w tempie ok. 4:10-4:15/km. I był. Gdy mijałem tablicę z oznaczeniem pierwszego kilometra, stoper pokazywał czas 4:14. Kolejne miały być tylko szybsze. I też były. Drugi w (zdaje się) ok. 4:10, trzeci - choć, z uwagi na najwyższe na rasie wzniesienie i związany z nim podbieg, najtrudniejszy - mniej więcej tak samo szybko. A czwarty pewnie jeszcze szybciej. Na ostatnim skupiłem się na obmyślaniu strategii podkręcania tempa. Kiedy wyprzedziłem już wszystkie dziewczyny, które do tej pory biegły przede mną (nic tak nie działa na faceta jak uganianie się - w tym wypadku dosłownie - za płcią piękną) zacząłem odliczać wirtualne okrążenia stadionu, jakie pozostały mi do pokonania, by na ostatnich metrach wdać się w brawurowy pojedynek z innym finiszującym biegaczem. Dodajmy, że pojedynek wygrany. Za metą Gremlin pokazał czas okrążenia 0:20:34. W wynikach widnieje czas netto 0:20:36. Tak czy owak życiówka poprawiona, nawet ta nieoficjalna z międzyczasu z Maniackiej zeszłego roku (no nic nie poradzę, że piątek jest jak na lekarstwo).

Za linią mety róży wprawdzie nie dostałem (choć rozdawali - nie wiedzieć czemu tylko płci pięknej…), załapałem się za to na tradycyjną drożdżówkę (City Trail to taka moja biegowa dyspensa na zjadanie drożdżówek w poście) oraz herbatę. Chip oddałem, numeru nie. W końcu to ostatni bieg cyklu i numer można było legalnie zabrać na pamiątkę (powędrował zatem na plecy). Zjadłem, wypiłem, wymieniłem powitanie z biegnącym Marcinem (myląc go przy tym z jego bratem Darkiem - cóż za faux-pas), aż minęło ustalone osiem minut i ruszyłem do dalszej części treningu. Tak właśnie - była dalsza część treningu.

Trenejro obmyślił sobie, by oprócz biegu na piątkę zaaplikować mi choć część pierwotnie planowanej wytrzymałości tempowej. Miałem zrobić ledwie (a może aż) trzy tysiączki w tempie 4:00-:4:05/km. Nie byłem nawet pewien czy dam radę. Dałem na szczęście - wyszło odpowiednio 4:00, 4:02 i 3:59. Normalnie jest moc! Aż mi zaczęła chodzić po głowie piosenka z Krainy lodu (kto zgadnie która?). Dobre samopoczucie podtrzymał fakt, iż w drodze powrotnej, choć wybrałem trasę ze zdecydowanie większą ilością skrzyżowań, ani razu nie musiałem się zatrzymywać na światłach.

Na zakończenie dodam dla pewności, że zostałem sklasyfikowany w cyklu City Trail i zdaje się, że nawet medal za te cztery starty, w tym jeden z życiówką, dostanę. Nie wiem tylko jak go odbiorę, bowiem gdy będzie się rozpoczynać ceremonia zakończenia cyklu ja będę z Córką Starszą na basenie. Coś wymyślę. Chyba...

6 marca 2015

O prawie rekordowym lutym uwag kilka

W Dniu świra Marka Koterskiego jest taka scena, w której główny bohater żali się, że gdyby chciał odpisać na korespondencję, musiałby napisać list do (o ile dobrze pamiętam) pizzerii. Ja na szczęście otrzymuję jeszcze korespondencję, na którą można, a czasem nawet trzeba, odpisać, ale w tym miesiącu miałem ochotę odpisać Endomondo. Endomondo napisało do mnie, że luty był dobrym miesiącem. I miałem ochotę odpisać, że ma rację!
Źródło: endomondo.com
Patrzę na swój plan treningowy na miniony już miesiąc oraz na jego realizację. I widzę trzy różnice. Tak trzy - dwie zmiany daty zaplanowanego treningu i jeden trening niezrealizowany w ogóle. To wszystko pozwoliło pokonać łącznie trzysta piętnaście kilometrów (liczbowo: 315 km). Zatem był to trzeci (po lipcach obu lat ubiegłych) najbardziej rozbiegany miesiąc w historii mojej przygody z tym pięknym amatorskim sportem. Ale jeśli uwzględnić długość miesiąca, to ustępuje już jedynie lipcowi roku czternastego, kiedy to dziennie pokonywałem średnio 11,48 km. W lutym owa średnia arytmetyczna wyniosła 11,25 km (dla pełni obrazu – dla lipca 2013 10,61 km).

Źródło: endomondo.com
Żeby nie było tak słodko, włóżmy łyżkę dziegciu w tę beczkę miodu. To wszystko, co napisałem powyżej, tyczy się treningów stricte biegowych. Nie tak różowo było w przypadku treningów uzupełniających. Pamiętacie moje założenie - co najmniej raz w tygodniu siłowy trening obwodowy i co najmniej dwa razy w tygodniu gimnastyka siłowa? Jako że luty liczy sobie (zazwyczaj) dokładnie dwadzieścia osiem dni, łatwo policzyć, że treningów obwodowych powinno być cztery, natomiast gimnastykę siłową powinienem uskutecznić osiem razy. W tym pierwszym przypadku osiągnąłem wynik trzy (siedemdziesiąt pięć procent planu - tragedii nie ma). Drugim niby więcej, bo cztery. Ale miało być dwa razy więcej. Przyczyna? Posiadam ugruntowane przypuszczenia graniczące z całkowitą niemal pewnością, że podłoże jest psychologiczne. Gimnastyka siłowa jest na samym końcu treningu i to już po powrocie do domu. Zwykle chce mi się wtedy jeść, pić (spać jeszcze nie, bo endorfiny wciąż buzują), a i wanna czule na mnie spogląda. I jak tu nie ulec takim pokusom, no jak?

W aspekcie realizowanych jednostek treningowych luty był bardzo podobny do drugiej połowy stycznia. We wtorek głownie podbiegi. W środę tzw. bieg spokojny, czyli tylko pierwszy zakres (nawet bez fajerwerków w postaci przebieżek), a w czwartek zabawa biegowa. W sobotę raz był kros i raz start w GP City Trail w wersji brutto. Z kolei w niedzielę bieg długi - trzy na cztery razy wynik z dwójką z przodu. Najciekawiej zrobiło się w ostatnim tygodniu, kiedy to pojawiła się nowinka. Wytrzymałość tempowa - w skrócie WT.
Wykonanie wspomnianej wyżej jednostki wygląda bardzo podobnie do podbiegów czy zabawy biegowej. Po rozgrzewającym truchcie i czterech dogrzewających kilometrach pierwszego zakresu na chwilę podkręcam temperaturę przy pomocy trzech przebieżek. Ale naprawdę gorąco robi się dopiero po zakończeniu gimnastyki rozciągającej, kiedy to przychodzi moment na klu programu. Na ten dzień miałem zaplanowane dziesięć odcinków po pół kilometra w czasie ok. 1:55 każdy (co odpowiada tempu 3:50/km) z dwiema minutami odpoczynku w truchcie pomiędzy nimi. Na koniec jeszcze dwa kilometry OWB1 i ostateczne schłodzenie organizmu w truchcie. Realizacja przyjętych założeń przebiegła niemal perfekcyjnie. Mój czas na pięciusetmetrowych odcinkach wahał się między 1:52 a 1:55 z setnymi sekundy. Na ostatnim dokręciłem śrubę i wycisnąłem z siebie czas poniżej 1:48. Zastanawiające jest jedynie to, że mimo dosyć intensywnej pracy, nie udało mi się rozpędzić serca bardziej niż do 88% tętna maksymalnego. Jak to interpretować?

Ale to wszystko to już historia. Całkiem świeża, ale zawsze. Teraz przede mną marzec, czyli relatywnie spokojne tygodnie i bardzo intensywne weekendy. Plany są napięte a cele ambitne. Będzie się działo. Oj, będzie się działo.

2 marca 2015

O krosie idealnym uwag kilka

Bieg w terenie urozmaiconym, czyli kros (w niektórych kręgach znany jako cross) moich planach treningowych zagościł podówczas, gdy zaczął je przygotowywać Trenejro. Pod kilkoma względami jest to, nie da się ukryć, najbardziej problematyczny rodzaj treningu. Przynoszący wiele biegowej frajdy, a jednak problematyczny. Problem bowiem w tym, że jest to jedyna chyba jednostka treningowa, na którą muszę dojechać. W każdym innym przypadku ubieram się, wychodzę z domu i zaczynam biec. W przypadku krosu nie tylko zmuszony jestem upchnąć po kieszeniach jeszcze kluczyki od samochodu (a propos, czemu przyjęło się mówić kluczyki - przecież zazwyczaj są one większe od standardowych kluczy?) i dokumenty, ale jeszcze muszę wygospodarować dodatkowe pół godziny na dojazd. Ale kros ma to do siebie właśnie, że raczej trudno go biegać metodą gdzie nogi poniosą.

Od początku mojej (że tak to ujmę) przygody z krosem, realizowałem go w okolicach tzw. mekki poznańskich biegaczy, czyli Malty. Mając za sobą jedno bo jedno ale niezapomniane doświadczenie z Malta Trail Running, wiedziałem gdzie szukać terenów urozmaiconych. Na początku jednak dosyć mocno improwizowałem i eksperymentowałem z różnymi wariantami trasy. W tym roku postanowiłem zrobić z tym porządek i wytyczyć sobie porządną pętlę na cele krosu. Spędziłem kilka dłuższych chwil nad stronami internetowymi pomocnymi w wytyczaniu tras, zasięgnąłem języka u bardziej doświadczonych kolegów (właściwie to u jednego), a także wybrałem się na rekonesans. Potem jeszcze kilka poprawek i powstała wreszcie moja własna pętla krosowa. Choć być może ktoś już od dawna biega dokładnie po takiej samej, to ta jest moja i już. A znaleźć ją można, a jak ktoś zechce, to po lekturze niniejszego posta może wypróbować (aż tak moja nie jest - myta ani tantiemów nie pobieram), nieopodal Malty właśnie, a dokładnie między Stawem Olszak a poznańskim Nowym Zoo.
Wykres wysokości przy pięciu pętlach. Pomiar mógłby być bardziej dokładny, niemniej odcinek między drugim a czwartym kilometrem można by uznać za uśredniony.
Przy tyczeniu trasy kierowałem się głownie wskazówkami pana Jerzego Skarżyńskiego, jakie zawarł w jednej ze swoich książek i przyznać muszę, że wyszło mi dzieło niemal idealne. Posiada bowiem wszystko, a nawet więcej, co mistrz Skarżyński zaleca
  • Jej długość mieści się w granicach 1,5-3,0 km - a dokładniej rzecz ujmując ma tak ok dwóch kilometrów.
  • Jest pofałdowana (nawet mocno) a jej podłoże jest urozmaicone - może nie jakoś mocno urozmaicone, ale nie ma co narzekać. Są leśne ścieżki, ścieżki kamieniste, a nawet trochę kopnego piachu. Brak tylko kawałka nawierzchni utwardzonej dla urozmaicenia.
  • Zawiera łagodne podbiegi i zbiegi o długości 150-250 m - a może nawet nieco dłuższe.
  • Zawiera podbiegi i zbiegi krótkie, acz strome. Tu mistrz Skarżyński nie zaleca przesady stromościach, a ja znalazłem podbieg niczym mój pierwszy kilometr na maratonie w Pradze w zeszłym roku - na końcu stajesz i płaczesz. I za nic bym go nie usunął. Mało tego, niedaleko jest równie stromy zbieg - kiedyś pobiegnę w przeciwnym kierunku i stanie się podbiegiem.
  • Jest jedno siodło - choć znalazłem je (a w zasadzie przypomniałem sobie, że gdzieś tu powinno być), gdy myślałem, że pętla posiada już swój ostateczny kształt.
  • Są też lekko pofałdowane a nawet płaskie odcinki - jest gdzie odsapnąć.
  • Strumyka do przeskoczenia ani nisko zwisających drzew do schylania się pod nimi zabrakło niestety. Ale za to są dwa powalone drzewa - żeby było ciekawie oba na wspomnianym powyżej stromym zbiegu. Jest też jeszcze kilka sztucznych przeszkód terenowych w postaci skoczni wykonanych z grubych gałęzi oraz ziemi przez (najprawdopodobniej) amatorów jazdy na dwóch kółkach. A skocznie, jak sama nazwa wskazuje doskonale nadają się by je przeskakiwać, lub na nie wskakiwać.
Można by uznać, że na trening składają się z trzy pętle, w tym jedna właściwa.
Warto wspomnieć, że taki trening w terenie urozmaiconym nie składa się wyłącznie z kręcenia na wysokich obrotach po takiej pętli. Obudowa musi być - trochę truchtu, OWB1 oraz obowiązkowo gimnastyka rozciągająca. Dlatego zostawiam zazwyczaj samochód na ul. Arcybiskupa Dymka, by nad staw dotrzeć już biegiem, dokręcam jeszcze dwa kółka wokół stawu a potem już tylko 10-12 minut gimnastyki i wrzucam na wysokie obroty. No właśnie ciekawostka - choć daję z siebie zazwyczaj tak zwanego maksa, wykres tętna nie przypomina krzywej wznoszącej i nie zbliża się zbyt mocno do wartości tętna maksymalnego (momentami wchodzi zaledwie w trzeci zakres). Cecha osobnicza?
Do HRmax (u mnie ok. 185-186) wciąż jeszcze daleko...
W tym wszystkim żałuję tylko jednego. Że na jakiś czas przyjdzie mi się pożegnać z moją, z takim trudem wytyczoną pętlą. Przyszedł czas innych rodzajów akcentów.

26 lutego 2015

Halo Panie Jacku: O skrótowcach uwag kilka

Halo Panie Jacku!

Nawet nie zdaje Pan sobie sprawy, jak bardzo się cieszę, że mogę napisać ten felietono-post (w formie listu otwartego), po dłuższej niż zwykle przerwie, wymuszonej (a raczej spowodowanej) przez podwójne wydanie wiadomego miesięcznika, który ja prenumeruję, a Pan w nim publikuje. A z tego, co Pan opublikował ostatnio jednoznacznie wynika, że również Pan go czyta. Zakładam, że prenumerować Pan nie musi, bo regularnie otrzymuje (bo przecież regularnie Pan pisuje) egzemplarze autorskie. Ja tak dobrze niestety nie mam – wprawdzie w przedostatnim numerze wydrukowano kilka zdań mojego autorstwa (a nawet wymieniono mnie z imienia i nazwiska), ale to chyba jeszcze za mało, bym mógł o sobie powiedzieć, iż publikuję w ogólnopolskim miesięczniku dla biegaczy.
Tutaj (a propos prenumeraty) warto pochwalić osoby odpowiedzialne za kolportaż, bowiem po raz pierwszy od dawna mój własny egzemplarz dodarł jeszcze zanim można go było nabyć w tzw. dobrych salonach prasowych. Ale ja nie o tym.

W Pana ostatnim artykule, padło jedno zdanie, które (niczym jedna z piosenek nieodżałowanego Kabaretu Potem) mnie dotknęło. A dotyczyło ono skrótowców dotyczących jednostek treningowych, jakie stosowane są przez biegaczy amatorów i nie tylko. Postanowiłem zatem zajrzeć do mojego kalendarza i sprawdzić jakie skróty tam wpisuję i co one w ogóle oznaczają.
Warto podkreślić, że skrótowce odgrywają w moim przypadku szczególną rolę, ponieważ mam stosunkowo niewiele miejsca w kalendarzu, aby zapisać trening, jaki mam do wykonania. Najczęściej zapisywany przeze mnie skrót to OWB1. Ale nic dziwnego. Przecież popularny pierwszy zakres jest biegowym spełnieniem zasady Pareto. Zajmuje zatem około osiemdziesiąt procent czasu jaki poświęcam(y) na bieganie. W moim kalendarzu owe trzy litery i cyfra pojawiają się praktycznie w przypadku każdego treningu, bowiem nawet, jeśli jedynka nie stanowi trzonu treningu, to pełni rolę szeroko rozumianej obudowy (i podbudowy zarazem) akcentu. Natomiast dawno już w moim planie treningowym nie pojawił się skrót WB2. WB3 zaś w ogóle nie mogę sobie przypomnieć.

Pierwszy zakres zakończony jest często tzw. przebieżkami (niektórzy mówią na to rytmy). Choć Trenejro wpisuje mi do planu to pierwsze określenie, ja nie przepisuję go do kalendarza. Na cóż to tyle miejsca i cennego grafitu tracić. Na swoje własne potrzeby trening zakończony przebieżkami zapisuję na przykład tak: OWB1 10K + 10x100/100. I już wiem, że mam przebiec żwawo dziesięć razy po sto metrów, tyleż samo odpoczywając pomiędzy (zapisów po ukośniku używam też do oznaczenia interwałów odpoczynku w pozostałych przypadkach, gdy takowe występują).

O właśnie – kilometry. Zamiast ustalonego w układzie SI oznaczenia km (tak naprawdę w układzie SI jako jednostka długości wpisany jest metr, ale to taki – nomen omen – skrót myślowy), zapisuję (jak widać na powyższym przykładzie) jedno, za to duże, K. zawsze to o jedną literę mniej.

Długo miałem problemy jak zapisywać podbiegi. Jak tu to zgrabnie skrócić? Nie skracam zatem, skracam co innego. Ponieważ podbiegi są w moim przypadku tożsame z siłą biegową, zapisuję po prostu SB. Wiem, że ten skrót niezbyt dobrze się kojarzyć się będzie każdemu, kto posiada jakąkolwiek świadomość najnowszej historii kraju, w którym przyszło nam żyć, ale nie wymyśliłem jak do tej pory nic innego. Jest to zarazem pierwszy z przywołanych przez Pana połączeń dowolnych dwóch liter. Kolejnym jest ZB (ten akurat kojarzy mi się całkiem pozytywnie, bo z Zakładem Budownictwa na Poznańskiej Politechnice), czyli zabawa biegowa. Popularne określenia tej jednostki treningowej (która w moim planie gości ostatnimi czasy nadzwyczaj często), czyli szwedzki fartlek, czy niemieckie Geschwindigkeitsspass, jakoś nie chciały się zgrabnie skrócić. Jeszcze jeden zlepek dwóch liter to WT, czyli wytrzymałość tempowa. Tutaj niewiele mojej inwencji – to powszechnie stosowany skrót. W wypadku WT pojawia się jednak jeszcze zazwyczaj informacja na temat zakładanego tempa. W tym celu używam czegoś, co kojarzy się głównie z korespondencją, a co niemal wszyscy czytają jako małpa. Ja natomiast odczytuję jako at. I tak można, dla przykładu, znaleźć w mym kalendarzu zapis WT 10x500m@1:55/2’ (to akurat zaplanowany na wczoraj, a zrealizowany dzisiaj trening), co oznacza ni mniej ni więcej tylko dziesięć odcinków po pięćset metrów w czasie jednej minuty i pięćdziesięciu pięciu sekund (czasem wpisuję też tempo w formacie 3:50/km) i dwie minuty odpoczynku pomiędzy.

Na koniec przypadek szczególny. Język angielski znany jest z tego, że w większości przypadków wymaga o wiele mniej liter, niż nasz język ojczysty. Sam czasami, choć zaliczam się do tych wiecznie początkujących, używam angielskich słówek do notowania. Niemniej, dla opisania biegu w terenie urozmaiconym, zamiast, może nie wszechobecnego, ale pojawiającego się bardzo często angielskiego słówka cross, wpisuję (już bez skracania) po prostu… kros. Tak przy okazji – przygotowuję właśnie wpis na temat mojego krosowania.

I próżno tylko szukać w moich notatkach zapisów typu trucht czy GR. Ale skoro w moi przypadku są to immanentne elementy każdego treningu, to po cóż je zapisywać?

Łącze tradycyjne pozdrowienia od chwilowo niezbyt zdrowej CMcMH.
Bartek M.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...