Snuję i snuję. Snuję plany na kolejny sezon. Nie biegam (roztrenowanie z infekcją w pakiecie), wiec sobie marzę i zastanawiam się jak marzenia przekuć w rzeczywistość - oto idea(ł) planowania - więc zapewne już wkrótce będzie tu można wyczytać cóż takiego zaplanowałem. Ale zanim to nastąpi czeka mnie jeszcze garść podsumowań (garść, czyli jeszcze ze dwa posty). Dziś postanowiłem porozważać trochę (właściwie rozważam już od jakiegoś czasu, dziś postanowiłem to ostatecznie przelać w
internety), co właściwie spowodowało, że mój start w Maratonie Poznańskim zakończył się aż tak dobrze - będę powtarzał to do znudzenia, ale mój wynik na mecie przewyższył najśmielsze z moich oczekiwań, marzeń i wyobrażeń.
Co zatem zdecydowało (rzecz jasna w moim subiektywnym odczuciu), że na ostatnim starcie na dystansie maratońskim poszło mi (aż) tak dobrze?
Po pierwsze
dopisało zdrowie. O ile mnie pamięć nie myli, były to moje pierwsze przygotowania do maratonu, podczas których nie wypadł mi co najmniej jeden cały tydzień przygotowań, z powodu choroby lub tym podobnego zdarzenia. Jakieś mini infekcje lub że coś pobolewało się zdarzało, ale nigdy nic poważnego.
Po drugie w dniu zawodów była
idealna wręcz pogoda. Nie za ciepło i nie za zimno. Nie padało - padało w nocy przed biegiem, przez co nawierzchnia trasy była mokra, ale podczas samego biegu ja nie odnotowałem ani kropli
opadu atmosferycznego - ani nie wiało. Po prostu wymarzona pogoda do łamania życiówek, a i kibice, jak sądzę, nie mieli na co narzekać.
Po trzecie
odżywianie na trasie. Miałem ze sobą ten sam zestaw
kanapek (to moje pieszczotliwe określenie na to, czym posilam się podczas startów i dłuższych treningów, choć z tradycyjną kanapką ma to niewiele wspólnego), co na poprzednich dwóch maratonach, tylko nieco rozbudowany. W rozmowie z jednym z krajowych dystrybutorów dowiedziałem się bowiem, że stosowany przeze mnie dotychczas zestaw przygotowany został na bieg trwający ok trzech godzin.
Po trzecie
podbiegi (pojawia się pierwszy element treningu). Jak już
wspominałem tu swego czasu, nie wiedzieć jak do tego doszło, we wcześniejszych przygotowaniach nie stosowałem tej jednostki treningowej. Nie mam oczywiście twardych dowodów, ale czuję w kościach (a może lepiej będzie napisać
w mięśniach), że wpłynęły one znacząco na poprawę mojej formy.
Po czwarte
tzw. carboloading, czyli specyficzna dieta stosowana w tygodniu przedmaratońskim, polegająca najpierw na ograniczeniu, a wręcz wyłączeniu węglowodanów z diety, by potem spożywać je w dużych ilościach. To wszystko ma na celu zgromadzenie jak największej ilości
paliwa na maraton (to paliwo to oczywiście glikogen). Proces ten osobiście porównuję do tzw. formatowania baterii w telefonie, czyli ładowania po uprzednim całkowitym rozładowaniu. Dodam jeszcze, że przed dotychczasowymi moimi startami stosowałem jedynie drugą część powyższego procesu.
Po piąte
objętość (inaczej mówiąc kilometraż). Jak na początku patrzyłem na rozpiski, które przesyłał mi
Trenejro, bolały mnie zęby (i oczywiście mięśnie - tak awansem). Tygodnie, w których przebiegałem po sześćdziesiąt kilometrów należały do najlżejszych, a wcześniej były na pewno rekordowe. Apogeum osiągnąłem w tygodniu (de facto urlopowym, bieganym nie u siebie), w którym do przebiegnięcia dziewięćdziesięciu kilometrów zabrakło mi raptem dwieście metrów. Efekt być musiał.
Po szóste - i moim zdaniem najważniejsze -
plan skrojony pode mnie. Nie korzystałem z gotowej rozpiski ani ze schematu do tworzenia rozpiski. Mogłem się za to oprzeć na wiedzy, kogoś kto o bieganiu wie dużo więcej ode mnie - zawsze mogłem liczyć na poradę, czy korektę gdy coś poszło nie tak jak pójść miało. Dlatego też muszę tu po raz kolejny (bo wszakże uczyniłem to już osobiście) raz jeszcze podziękować mojemu
Trenejro, że mnie tak ładnie pokierował. Sława mu i chwała!
I wreszcie po siódme, nie bez znaczenia była ogólna atmosfera związana z uczestnictwie w programie pod nazwą
Wyzwanie Runner's World. Nie chodzi już nawet o pewne poczucie luksusu (nie mylić z
vipowaniem) jak choćby możliwość zostawienia przekazania komuś okrycia wierzchniego tuż przed startem, czy masaż bez kolejki, ale właśnie o ową
ogólną atmosferę, świadomość uczestnictwa w czymś niepowtarzalnym (pomijając również ów drobny fakt, ze każdy maraton jest czymś niepowtarzalnym) z niesamowitymi ludźmi (niniejszym pozdrawiam gorąco pozostałych uczestników oraz organizatorów Wyzwania, którzy być może czytają te słowa). Fajnie było i warto było - polecam kolejne edycje!
Na koniec muszę dołożyć łyżkę dziegciu do tej beczki miodu. Nie jest tak, że wszystko poszło tak super jak sobie wymarzyłem. Muszę się publicznie przyznać, że do jednej rzeczy, którą i trener zalecał, nie przykładałem się za mocno. Otóż nie realizowałem w stu procentach (a tak naprawdę zrealizowałem bardzo niewielki odsetek) wpisanych w mój grafik ćwiczeń siłowych. Czy było by jeszcze lepiej gdyby się do nich jednak przykładał? Nie wiem i już się nie dowiem. Ale obiecuję - przede wszystkim sobie - poprawę.
I tu wracamy do snucia planów na sezon kolejny. Ale o tym już nie dzisiaj...