Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Odżywianie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Odżywianie. Pokaż wszystkie posty

20 marca 2015

O nowościach, kulinariach i inspiracjach uwag kilka

Na Liście Przebojów Programu Trzeciego Polskiego Radia w takim momencie robią parapam-parapam-parapam (tak wiem, kiepski jestem w pisaniu dźwiękonaśladowczym). Znaczy się będzie nowość. I nie to nieplanowana nowość. Chodziło mi to wprawdzie już od jakiegoś czasu po głowie, ale realnej formy przybrało dziś rano. Ponieważ mamy (w momencie, gdy piszę te słowa, znaczy się) późny wieczór, mogę zdradzić, że dzisiejszy dzień miał dla mnie dwa jaśniejsze momenty - drugie śniadanie i wieczorne bieganie. A skoro pisanie o bieganiu to nihil novi sub sole na tym blogu wszystko staje się jasne. Będzie post kulinarny.

Wspomniane drugie śniadanie wcale nie było wyszukane. Ale smaczne, zdrowe i pożywne. A dodatkowo inspirowane (o tym więcej na koniec). To niewyszukane danie to omlet z papryką.
Fotografować, to co za chwilę mam zjeść, nie zdarza mi się zbyt często...

Składniki (na jedną osobę):
  • 2 jajka,
  • pół pokrojonej w kostkę papryki (poszedłem w monotonię kolorystyczną i wybrałem żółtą),
  • posiekana nać pietruszki,
  • sól, pieprz, słodka papryka do smaku.
Przygotowanie:
  • jajka wbiłem do miski i roztrzepałem tak aby białka połączyły się z żółtkami, ale nie powstała piana;
  • dodałem posiekaną w kostkę paprykę, posoliłem oraz dodałem szczyptę słodkiej mielonej papryki, całość wymieszałem;
  • tak przygotowaną masę wylałem na rozgrzaną patelnię z odrobiną masła klarowanego;
  • całość smażyłem do momentu, aż większość jajka się ścięła, po czym złożyłem omleta na pół (nie odwracałem) i smażyłem jeszcze ok. minuty;
  • już na talerzu posypałem posiekaną nacią pietruszki i pieprzem.
Prawda, że proste (czyli coś na moim aktualnym poziomie zaawansowania kulinarnego)? Omleta spożyłem z dodatkiem chleba orkiszowego z masłem oraz zielonej herbaty, a także Tria Arcyksiąże w wykonaniu Rubinsteina, Heifetza i Feuermanna.


Właśnie to połączenie - omlet z papryką oraz Trio Arcyksiążę - jest inspirowane. Temu, kto odgadnie źródło inspiracji, gotów jestem wręczyć jakąś niespodziankę. Dla ułatwienia dodam, że owo źródło jest związane z pewnym znanym (niekoniecznie z tego, że szybko biega, ale jednak znanym) biegaczem. Ktoś już wie?

18 marca 2015

O czwórce na początku i końcu uwag kilka

Na wariackich papierach. Był taki serial w szalonych latach dziewięćdziesiątych. Nie za bardzo pamiętam o czym był, ale jego tytuł doskonale oddaje to, co się działo wokół mojego startu w szóstej mojej a jedenastej w ogóle Maniackiej Dziesiątce.
Szósty medal z Maniackiej. Trzeci srebrny. Czas na kolejny kolor?
Po pierwsze - w piątek pracowałem do późna, przez co raz, że nie mogłem odebrać wcześniej pakietów startowych (możliwy był jedynie odbiór osobisty, a biuro było czynne między osiemnastą a dwudziestą pierwszą), dwa, że tzw. przedstartowe podekscytowanie zacząłem odczuwać dopiero ok. godziny dwudziestej pierwszej. Po drugie - w sobotę musiałem wstać bardzo wcześnie i już po ósmej wyjść z domu. Wynikało to z tego, że miałem do odebrania nie tylko swój pakiet, ale też pakiety Córek Dwóch, które tym razem udało nam się zapisać na biegi dzieci (perypetie z biegami dzieci to temat na osobną historię). Po trzecie - ponieważ musiałem wyjść wcześnie, nie do końca wiedziałem jak ułożyć przedstartową strategię żywieniową. Ostatecznie tuż przed wyjściem zjadłem bułkę z miodem i kromkę (w niektórych rejonach naszego pięknego kraju nazywaną też pajdą) chleba z dżemem oraz zabrałem ze sobą baton bananowy Chia Charge. Baton pochłonąłem o godzinie dziesiątej a o jedenastej znów byłem głodny. Na szczęście pewien nowy znajomy podzielił się ze mną żelem przed startem (wniosek na przyszłość: na wszelki wypadek już zawsze zabieram żel; najwyżej nie zjem). Po czwarte - z uwagi na aurę nie miałem pomysłu na to, jak się na bieg ubrać. Na wszelkie zaś zabrałem ze sobą trzy (tak, trzy) zestawy ubrań. Ostatecznie zdecydowałem się na krótkie startowe spodenki, podkoszulek, koszulkę z krótkim rękawem oraz naramienniki i rękawiczki (cienkie, nazywane przeze mnie tymi do biegania w lekkim plusie), a także czapkę z chusty kominowej na głowę. W sumie dobrze wyszło - na samym początku trochę mi było zimno w ręce, ale później się rozgrzałem. Zresztą wyszedłem z założenia, że im bardziej będzie mi zimno, tym śpieszniej mi będzie do mety. I wreszcie po piąte - mimo całonocnego podłączenia do źródła prądu, rozładował mi się telefon, przez co miałem pewne trudności z odnalezieniem się z MONBŻ oraz Córkami Obiema. Szczęście w nieszczęściu, dzień wcześniej zapomniałem zabrać z samochodu telefon służbowy, przez co po dokonanej podmianie udało mi się w ogóle odnaleźć z pozostałymi biegnącymi Monczyńskimi, czyli tatą i bratem. Niestety udało się to dopiero po biegu.

Samo bieganie (moje, bo dzieci biegły już o w pół dziesiątej) zaczęło się dosyć wcześnie. Zwykle zaczynam rozgrzewkę na ok. pół godziny przed startem. Tym razem na jedenastą umówiłem się z Trenejro i kilkoma innymi jego podopiecznymi, więc wchodzenie na wyższe obroty zaczęło się wyjątkowo wcześnie (ja zacząłem jeszcze wcześniej, gdyż z depozytu na miejsce spotkania przemieściłem się truchtem) i trwało wyjątkowo długo. Ale przynajmniej było miło. Na szczególnie wysokie obroty wszedłem oczywiście tuż po dwunastej, zaraz po tym jak dotarłem do przypisanej mi strefy (to ciekawostka - podobno były wielkie flagi w oznaczeniem stref; w ogóle ich nie pamiętam, stanąłem tam gdzie było więcej osób z oznaczeniem B na numerze startowym) i pozbyłem się mojego tradycyjnego już, a wciąż budzącego mieszankę rozbawienia z zainteresowaniem stroju rogrzewkowego, czyli kombinezonu malarskiego zwanego pieszczotliwie kondomkiem.

Taktyka na bieg była prosta jak dwa metry sznurka w kieszeni. Żartuję - naprawdę była prosta. Pierwsze pięć kilometrów w 20:15 (tempo 4:00-4:05 km). W drugiej połowie przyspieszamy i schodzimy nieco poniżej czterech minut na kilometr. Na pierwszym kilometrze tradycyjnie staram się z jednaj strony nie dać się ponieść tłumowi, z drugiej nie zaciągać przypadkiem ręcznego. Innymi słowy staram się wstrzelić w odpowiedni rytm. Spoglądam na pomiar tempa chwilowego Gremlina, który pokazuje 4:05/km. Jest dobrze. Gdy znacznik pierwszego kilometra mijam po niemal dokładnie czterech minutach, wiem już jaką poprawkę przyjmować. Tempo kolejnych kilometrów kontroluję bez aptekarskiej dokładności - mam włączony autolap a na znacznikach sprawdzam łączny czas biegu. Wiem jednak, że tempo jest odpowiednie a mnie biegnie się całkiem dobrze. Na półmetku mam czas 20:14. Idealnie. Teraz tylko przyspieszyć. Wiśta wio, łatwo powiedzieć. Na szóstym kilometrze jest całkiem spory, jak na tak płaską trasę, podbieg i zaczynamy biec pod wiatr (i tak dobrze, że nie wali gradem, jak rok wcześniej). Walczę jednak dalej. Szósty kilometr wciąż całkiem dobrze (poniżej czterech), siódmy lekko wolniej (cztery z wąsem). Zaczynam odczuwać zmęczenie. Czy wynika ono z opisanych powyżej perypetii żywieniowych, nie wiem - w takim stanie nie odczuwam głodu. Ósmy kilometr najwolniejszy ze wszystkich - cztery-zero-sześć. Tłumaczę to sobie podbiegiem i wiatrem i postanawiam przyspieszyć. Jest ciężko ale się udaje. Na kilometr przed metą stoper pokazuje czas w okolicach 36:40. Uda się złamać barierę, która jeszcze kilka lat temu wydawała mi się innym światem? Nie pozostaje nic innego jak spróbować. Daję z siebie wszystko. Na ostatnich metrach Gremlin pokazuje tempo chwilowe 3:00/km. Kenijczycy potrafią szybciej przez ponad dwie godziny, ale dla mnie jest to w tej chwili wszystko co jestem w stanie wycisnąć z doczesnej powłoki. Mijam metę, zatrzymuję stoper, kontroluję czas - 0:40:16 (oficjalny czas netto 0:40:18).
Źródło: endomondo.com
Jestem oczywiście zadowolony, choć niedosyt pozostał. Kolejny wynik poniżej 40 min., pisze w esemesie Trenejro, zanim zdążę mu się pożalić, że marzyło i się to już dzisiaj. Ale nie ma co narzekać - to był dobry bieg. Niech świadczy o tym fakt, że drugą połowę przebiegłe w dwadzieścia minut i cztery sekundy (0:20:04), co jest moją nową życiówką na pomierzonym odcinku pięciu kilometrów. Dwie życiówki jednego dnia to jest jednak coś. Za tydzień w Ostrowie walczymy o kolejną!

Po biegu wariackich papierów ciąg dalszy. Bo jak nazwać obiad na siedemnaście osób, w tym szóstkę dzieci?

18 grudnia 2014

O dużym słowie na "ty" uwag kilka

Od kilku już dni nosiłem się z zamiarem upublicznienia swoich ambitnych (a jakże) planów biegowych na zbliżający się wielkimi krokami rok dwa tysiące piętnasty. Tylko jak tu planować, gdy ciągle coś sprawia, że biegać nie za bardzo mogę. A to plecy, a to kolano – g**no, jak mawiają prości ludzie! I dziś mnie olśniło. Tym bardziej muszę planować! Tym bardziej muszę myśleć o swoich celach! Bo czymże innym, jak nie zmaganiem się ze swoimi słabościami (w tym również kontuzjami) jest proces przygotowywania się do kolejnych startów i kolejnych wyzwań?
Źródło: demotywatory.pl
Czas zatem upublicznić soje cele, czyli marzenia z terminem realizacji. Cel główny jest dosyć ambitny oraz (że tak to ujmę) przełomowy. Sam długo nie byłem pewien czy to już czas by realnie o nim myśleć. W pewnym sensie przekonał mnie powyższy obrazek. Ale i tak zdradzę go na sam koniec niniejszego tekstu (choć i tak wiem, że część osób czytająca te słowa się domyśli, a inni już podejrzeli). Na mojej ścieżce do niego są również cele pośrednie oraz środki realizacji. A one przedstawiają się jak poniżej.

Zacznę od kalendarza startów, choć tak naprawdę wiele w nim znaków zapytania. Niemal pewne są starty w dwóch maratonach (czyli biegach o priorytecie A) – Orlen Warsaw Marathon na wiosnę oraz Maraton Poznański jesienią. Tak tak, po raz trzeci (wcześniej był rok ubiegły oraz dwa tysiące jedenasty) pobiegnę u siebie na fyrtlu. I chyba tak już zostanie, że jesienią lat nieparzystych będę maratonił w swoim mieście. Roił mi się jakiś czas temu taki pomysł, by oba maratony A.D. 2015 pobiec w stolicy, ale ostatecznie zawitam do Warszawy tylko w kwietniu (ale spokojnie – swoje porachunki z Maratonem Warszawskim jeszcze wyrównam).
Przed obu maratonami mam oczywiście w planach starty kontrolne, zwane również startami o priorytecie B. Tu jest, jak na razie, jeden pewniak – Maniacka Dziesiątka (w końcu jedyny bieg, w którym startuję regularnie, co roku). Wciąż waham się gdzie pobiec połówki. Wiosenną chciałbym pobiec jeszcze w marcu. W grę wchodzą Ostrów Wielkopolski (niestety, wciąż nieznana jest data kolejnej edycji), Pabianice oraz (ewentualnie) Warszawa. Jesienią biorę pod uwagę Zbąszyń i Piłę. A może, z racji tego, że na maraton zostaję w domu, wybiorę się gdzieś dalej? Jakieś propozycje? Co do jesiennej dychy, również pomysłów jeszcze brak. Wyjdzie w tzw. praniu.
Jeśli, ktoś zastanawia się, czemu nie startuję w poznańskiej połówce, śpieszę z odpowiedzią. Po pierwsze termin jest trochę późny (tak przynajmniej twierdzi – łamane na: rekomenduje - Trenejro). Po drugie, owszem startuję, ale (w związku z po pierwsze) nie w trupa. Podobno nie ma czegoś takiego jak start treningowy, a jednak taki to właśnie ma być dla mnie ten Półmaraton Poznański. Będą również inne starty o priorytecie C, ale o tych to jak na razie nie wiadomo prawie nic. Pewnie jakiś Parkrun, jakiś City Trail może. Jakaś sztafeta również by się przydała. Ale, jak to mawiał mój przyjaciel z czasów licealnych, czas pokaże.
Zapomniałbym! Jest jeszcze jeden pewniak - Półmaraton Weteranów w Murowanej Goślinie. Bo mogę!

Założenia treningowe i okołotreningowe są następujące.
Po pierwsze: objętość. Będę zmierzał do tego, by biegać pięć razy w tygodniu.
Po drugie: siła. Co najmniej raz w tygodniu (wyłączając okres bezpośrednio poprzedzający start w biegu o priorytecie A) siłowy trening obwodowy i co najmniej dwa razy w tygodniu gimnastyka siłowa.
Po trzecie: masa. Masa ciała oczywiście (wszyscy wiemy, że im mniej należy donieść na własnych nogach do mety, tym szybciej nam się to uda). Jeszcze przed wiosennym maratonem chcę zredukować zawartość tkanki tłuszczowej poniżej poziomu 12,5%. A potem dalej iść tą drogą. Jak zamierzam to zrobić? Otóż racjonalną dietą. Przede wszystkim zamierzam drastycznie ograniczyć spożycie słodyczy i alkoholu. To pierwsze nie częściej niż raz w tygodniu i najlepiej domowe. To drugie naprawdę od święta.
Niemniej na sam początek (zamykając temat działań okołotreningowych) muszę zająć się kolanem.

Powoli przechodzimy do konkretów najkonkretniejszych w swej konkretności (sic!). Czasów, w jakie będę celował. Wiosną chciałbym zejść poniżej czterdziestu minut na dychę i godziny trzydzieści w połówce. Jesienią planuję urwać kolejne półtorej minuty na 10K, natomiast dystans 21,095 km pokonać w godzinę i minut dwadzieścia pięć lub szybciej. A jeśli chodzi o to, co najważniejsze, w Warszawie chciałbym zrobić co najmniej to, czego nie udało mi się dokonać w Katowicach. Zejść poniżej trzy dziesięć. Zaś jesienią, już po przekroczeniu linii mety na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich, chcę zobaczyć taki obrazek (tadam!):
Ja naprawdę ogłosiłem to publicznie?

4 października 2014

O zmywaniu i gotowaniu uwag kilka

Gdyby ktoś dziesięć (a nawet pięć lat temu) powiedział mi, że pewno dnia otrzymam do recenzji książkę kucharską, powiedziałbym mu, że ma urojenia. To luźna parafraza słów współautora (obok Georgie Fear) Książki Kucharskiej dla aktywnych*, Matta Fitzgeralda, ze wstępu do tejże książki. Generalnie do moich największych osiągnięć kulinarnych (jak do tej pory) można zaliczyć usmażenie jajecznicy, omleta, względnie przygotowanie spagetti pod czujnym okiem MONBŻ. A jednak, dzięki uprzejmości wydawnictwa Inne Spacery, kilka (no może kilkanaście) dni temu trafił do mnie egzemplarz sygnalny tejże publikacji. Do lektury przystąpiłem z pewną taką nieśmiałością, ale że na pierwszej stronie wstępu przeczytałem, że ideą książki jest, aby nadawała się ona dla tych, którzy wolą zmywać po obiedzie niż go gotować (To ja! - wykrzyknąłem w duchu), zabrałem się do dalszej lektury.
Zacznijmy może od tego, że Książka kucharska dla aktywnych, jest kontynuacją, a może raczej rozwinięciem, wcześniejszej publikacji Matta Fitzgeralda, Waga Startowa**, w której autor opisał stworzony przez siebie program nie tyle odchudzania, co dążenia do tytułowej wagi startowej. Dodajmy, że opisał bardzo dokładnie (miałem okazję czytać tą książkę, również wydaną przez Inne Spacery, dwa lata temu), wielokrotnie popierając swoje wywody wynikami badań naukowych. Uspokajam jednak, że nie trzeba bezwzględnie (chociaż moim skromnym zdaniem na pewno warto) sięgać po tę wcześniejszą publikację, zanim otworzy się Książkę kucharską. Zaraz za wstępem do tej drugiej znajdziemy bowiem wprowadzenie do programu wagi startowej - poznamy o zestaw sześciu wskazówek związanych z dietą, zrachowaniami i ćwiczeniami, czy też dowiemy się co to jest WJD (Wskaźnik Jakości Diety). Ale właśnie - co to jest ta waga startowa. Otóż jak twierdzi autor obu publikacji, każdy sportowiec wytrzymałościowy posiada swoją indywidualną wagę startową, tj. taką masę (z uwzględnieniem zawartości tłuszczu), przy której waga ciała jest na tyle niska, a wydolność na tyle wysoka, że osiągane wyniki są najlepsze (mam nadzieję, że nie zagmatwałem). Obie książki mają za zadanie pomóc ową wagę startową osiągnąć.

Książka kucharska to oczywiście przepisy. Ale nie tylko. Przede wszystkim, oprócz wspomnianego powyżej wprowadzenia, znajdziemy garść, a nawet pełne garści, praktycznych porad. Takich jak gdzie i jak kupować żywność, gdzie i jak ją przechowywać, czy też jak właściwie powinny wyglądać nawyki żywieniowe sportowca wytrzymałościowego (również sportowca amatora). A już w samym dziale przepisów znajdziemy praktyczne pomysły i porady, np. jak przygotować jajka na trzy sposoby, czy też (tę chyba sobie skseruję i będę nosił w portfelu) jak rozpoznać pieczywo pełnoziarniste (ostatnio pani w piekarni - tak, w piekarni - nie potrafiła mi wskazać, które to).

A jeśli już chodzi o sam dział przepisów, ten podzielony jest na trzy działy:
1. Przepisy dla sportowców początkujących w kuchni
2. Przepisy dla sportowca z pewnym doświadczeniem w kuchni
3. Przepisy dla sportowca, który uwielbia gotować
Jak łatwo się domyślić, poszczególne działy to kolejne poziomy trudności (a może lepiej zabrzmi wtajemniczenia). Autor zastrzega jednak, że ci, którzy zechcą od razu sięgnąć do działu numer trzy, nie będą się nudzić korzystając z dwóch poprzednich. Przepisy w każdym z trzech działów podzielony jest jeszcze na dania śniadaniowe i te przeznaczone na obiat i kolację. A jeśli chodzi o przepisy, to cóż - przyznam szczerze, że trudno mi się wypowiedzieć. Tak bardzo wolę zmywać niż gotować, że nawet niektóre przepisy z działu dla początkujących przyprawiają mnie o zawrót głowy. Nie to, żeby były aż tak skomplikowane. Po prostu co do niektórych składników musiałbym się najpierw mocno zastanowić, gdzie to kupić, a czasem najpierw sprawdzić, co to w ogóle jest i czym to się je. Niemniej sumiennie z tego miejsca chciałem obiecać i się zobowiązać, że się przełamię i wypróbuję kilka, nawet tych bardziej wyszukanych przepisów.

Warto na koniec dodać, że książka jest bogato ilustrowana i niektóre fotografie od razu powodują wzmożoną produkcję enzymów trawiennych. Nie napiszę, że jest to pozycja obowiązkowa, bo nie lubię wyświechtanych haseł, ale moim zdaniem jeśli tylko myślisz o tym by jeść nie tylko zdrowo, ale po prostu dobrze (jak dla mnie pierwsze jest immanentną częścią drugiego), warto to książkę mieć nie tyle w swojej biblioteczce, co w kuchni.

A propos mieć. Książka pojawi się w sprzedaży dosłownie na dniach. Będzie jednak szansa, by otrzymać egzemplarz bezpłatny. Jak tylko rozwiążę konkurs poprzedni, ogłosi się kolejny, w którym nagrodą będą właśnie egzemplarze Książki kucharskiej ufundowane przez wydawcę. Także w najbliższych dniach śledźcie lajkpejdża (w ogóle śledźcie).

*Pełny tytuł to Książka kucharska dla aktywnych. Waga startowa. Przepisy dla sportowców i osób aktywnych
**W tym przypadku z kolei pełny tytuł brzmi Waga Startowa. Jak zeszczupleć by poprawić wyniki sportowe. Plan pięciu kroków dla sportowców wytrzymałościowych

18 lipca 2014

O energii dla aktywnych uwag kilka

Energia dla aktywnych - tak sami o sobie piszą producenci wyrobów ukrywających się pod marką ALE (Active Life Energy). Piszą też, iż owa marka  została stworzona, z myślą zarówno o amatorach, jak i profesjonalnych sportowcach, aby dostarczyć gamę suplementów, które wspomogą i uzupełnią dietę osób uprawiających wszelkie aktywności sportowe, przechodzących rekonwalescencję lub po prostu chcących uzupełnić niedobory witamin i minerałów w organizmie. Wygląda na to, że można do tej grupy (przynajmniej do pierwszej) zaliczyć i mnie. Wszystkie ALE-Produkty wytwarzane są w rodzimym laboratorium (a kot... znaczy się firma z miasta Łodzi pochodzi), co ma dać możliwość zagwarantowania najwyższej jakości w przystępnej dla konsumenta cenie.

Krótko przed moim startem w Pradze dotarła do mnie paczka, w której znalazłem:
  • ALE Gel – dostępny w dwóch smakach żel energetyczny nowej generacji, o wysokiej kaloryczności i optymalnej konsystencji;
  • ALE Thunder Gel – błyskawicznie działający żel energetyczny, wzbogacony w kofeinę;
  • ALE Race – dostępny w dwóch smakach izotoniczny napój węglowodanowy w proszku, wzbogacony w kluczowe elektrolity;
  • ALE MagneUp – kapsułki uzupełniające niedobory magnezu i witamin;
  • ALE HemoUp – kapsułki o wysokiej przyswajalności, wspierające funkcjonowanie układu krwionośnego oraz uzupełniające niedobory żelaza i witamin z grupy B;
  • ALE D-Vit 1000 – nowoczesny preparat w kapsułkach o wysokiej przyswajalności, uzupełniający dietę w witaminę D.
Jak się zapewne domyślacie, ostatnie dni przed startem w maratonie to nie jest dobry moment na próbowanie nowych rzeczy, szczególnie żeli czy izotoników, niemniej gdy tylko ochłonąłem z praskich i popraskich emocji przystąpiłem do (nazwijmy to szumnie testów).

Na pierwszy ogień poszły żele, a zatem ALE Gel oraz ALE Thunder Gel. Ten pierwszy dostępny jest w dwóch smakach - truskawkowo-bananowym oraz zielonego jabłka - oraz zalecany jest do stosowania przed i/lub podczas treningów. Posiadający smak coli (koli?) ALE Thunder Gel, z uwagi na zawartość kofeiny, powinien być stosowany (spożywany) podczas trwania wysiłku fizycznego. Jako że dłuższe niż dziesięć kilometrów treningi dopiero zaczynają (na powrót) pojawiać się w moim planie treningowym testowanie przyszło mi prowadzić raczej kosztując żele przed rozpoczęciem wysiłku - przed porannymi treningami odbywanymi na czczo ale także przed startem w XLPL Ekiden (co jest istotne o tyle, że biegłem na ostatniej zmianie i o ostatnim posiłku zdążyłem już zapomnieć). Jeden podwójny zestaw zabrałem też ze sobą na trasę Półmaratonu Słowaka.
Zastrzyku energii żelom odmówić nie sposób, ale odnoszę wrażenie, że nieco inne aspekty decydują zazwyczaj o wyborze biegowego dopalacza. Po pierwsze smak. Ten truskawkowo-bananowy jak i zielone jabłko określiłbym może nie jako neutralny, lecz jako łagodny. Z kolei żel o smaku coli opisałbym jako mdły - być może dlatego, że po czymś co ma smakować jak cola (nadmienię, że nie zaliczam się do fanów tego typu napoi) podświadomie oczekiwałem intensywności w smaku właśnie. W ramach ciekawostki dodam, iż żel nie posiada koloru charakterystycznego dla tego smaku. Po drugie konsystencja - żele posiadają konsystencję ni to gęstą ni to rzadką, ale taką, która najbardziej przypomina mi kisiel. Mnie osobiście (że tak użyję kolokwializmu) ani grzeje, ani ziębi, ale na ten przykład MONBŻ, gdy dałem jej spróbować, krzywiła się niemiłosiernie. Także jest to tzw. rzecz gustu jak widać. Po trzecie coś co określiłbym jako pochodną smaku czyli słodkość. Zwykle z żelami energetycznymi jest tak, że są niczym przysłowiowy ulepek i albo trzeba mieć ze sobą coś do popicia, albo (przede wszystkim na zawodach) czekać ze spożyciem do momentu aż możliwe będzie popicie. Tutaj tego problemu nie ma - żele po prostu nie są przesłodzone i można je, jak to się ładnie określa, spożyć na sucho.

Mnie osobiście do używania bądź nie używania danego żelu przekonuje coś jeszcze. Coś co określiłbym jako merytoryczną wartość dodaną, czyli podpowiedź jak stosować. W przypadku produktów ALE ową wartość otrzymujemy. Dzięki specjalnym tabelom możemy na przykład opracować strategię na bieg maratoński i określić ile, kiedy i którymi żelami uzupełniać energię podczas biegu.
Jak widać, w moim przypadku musiałbym zabrać ze sobą trzy lub cztery żele...

... z czego dwa lub trzy powinny być z kofeiną i w zależności od przyjętej kombinacji powinienem je przyjąć na dziesiątym, piętnastym, dwudziestym piątym, trzydziestym, względnie trzydziestym piątym kilometrze.

Przejdźmy od żeli do pozostałych produktów... chciałoby się napisać. Nie za bardzo jest to jednak możliwe. Napoju węglowodanowego ALE Race (trafił do mnie smak czerwonego jabłka) spróbowałem raz. Okazał się dla mnie niepijalny. Napisać, że smak mi nie odpowiada, byłoby daleko posuniętym eufemizmem. Ale to w sumie rzecz gustu (jeśli ktoś chciałby przekonać się osobiście, to trochę mi zostało). Co do suplementów w formie tabletek, to tabletek akurat unikam jak ognia (nie połykam dopóki nie muszę) i duża w tym zasługa producentów (a właściwie reklam) suplementów właśnie. Poza tym musiałbym podeprzeć się co najmniej kilkukrotnymi badaniami krwi (przed w trakcie i po). Chociaż wcale nie wykluczone, że z ALE MagneUp jeszcze się bliżej poznamy, bowiem Trenejro, przesyłając trening na lipiec, zalecił suplementację magnezem. Nie jest zatem jeszcze powiedziane, że post niniejszy nie będzie mieć ciągu dalszego.

25 marca 2014

Halo Panie Jacku: O niezwyczajnych zwyczajach uwag kilka

Hallo Panie Jacku,

Muszę Panu napisać, że chyba mam kiepski okres. Skąd ten wniosek? Znowu przegapiłem najnowszy numer Runner’s Worlda. A że przegapiłem zorientowałem się dopiero w momencie, gdy zauważyłem, iż od poprzedniego mojego listu otwartego do Pana minął już ponad miesiąc, a przecież wówczas miałem dobry tydzień tzw. obsuwy. Czym prędzej pobiegłem do najbliższego sklepu, by nadrobić to rażące niedopatrzenie. I dzięki temu weekend mogłem zacząć z błogą świadomością, iż sprawiłem sobie przyjemność lektury kolejnego felietonu Pańskiego autorstwa. Muszę wreszcie (ale chyba pisałem to już nie raz) odnowić prenumeratę Runner’s Worlda. To samo dotyczy zresztą drugiego periodyka dla biegaczy czyli Biegania.
A propos – zastanawiam się czasem jakby można nazwać kolejne tego typu czasopismo i czy udało by się nie używać słowa bieganie/run. Nawiasem mówiąc (pisząc) swego czasu w Poznaniu (gdzie mieszkam) były dwa specjalistyczne sklepy dla amatorów biegania (teraz jest już nieco lepiej, a i szersza konkurencja wpłynęła na jakość obsługi) – jeden nazywał się tak jak miesięcznik, do którego Pan pisuje, czyli Runner’s World, a drugi… Świat Biegacza.

Stawiam sobie Pana jako wzór w stosowaniu dygresji i dygresji do dygresji, ale chyba pora dojść wreszcie do klu Pańskiego ostatniego felietonu. Siłą rzeczy po jego lekturze zacząłem się zastanawiać jak to wygląda u mnie jeśli chodzi o rytuały przedstartowe. I o to do jakich wniosków doszedłem.
Przede wszystkim nie mam (i chyba na szczęście) żadnych amuletów ani czynności przygotowawczych, którym miałbym przypisywać tzw. działanie magiczne. Żadnych szczęśliwych koszulek i nic z tych rzeczy. Niemniej posiadam tzw. zestaw startowy, czyli zestaw ubrań, które wkładam wyłącznie w przypadku startu w zawodach (o ile start nie odbywa się w czymś, co w budownictwie nazywamy warunkami zimowymi) – koszulkę, spodenki, skarpetki oraz czapeczkę. Po ostatnim starcie w Maniackiej Dziesiątce (nie były to warunki zimowe, ale za ciepło to też nie było) zacząłem się zastanawiać nad poszerzeniem owego zestawu o element opcjonalny w postaci rękawków termicznych na przedramiona.
Michelle Jenneke - ona to ma dopiero rytuał przedstartowy (źródło: Wikimedia Commons)
Mam też inne zwyczaje – niektóre związane ze specyfiką poszczególnych startów. Chociażby startów wyjazdowych. Najczęściej są to jednak maratony, bo krótsze starty staram się wybierać kierując się kryterium odległości – wystarczająco dużo podróżuję służbowo. W przypadku wyjazdu oczywistym (aby na pewno?) jest rytuał pakowania. Swego czasu stworzyłem sobie nawet tzw. checklistę (a może powinienem napisać czeklistę lub po prostu... listę kontrolną) rzeczy potrzebnych przed, po i w trakcie startu na dystansie maratonu. Czymś już niemal zwyczajnym i oczywistym jest również tzw. ładowanie węgli, które ostatnio poprzedziłem nawet dietą bezwęglowodanową. A propos węgla, mam również zwyczaj maratońskiego poranka zażywać węgiel medyczny. Tak na wszelki wypadek. Przed moim pierwszym startem na królewskim dystansie jeden z bardziej doświadczonych biegaczy poradził mi takie rozwiązanie. Z rady skorzystałem, tylko że zapomniałem przeczytać ulotki i połknąłem... dwie tabletki. Skończyło się to dłuższą przerwą na coś, co Dobry Wojak Szwejk zwykł nazywać dużą potrzebą. Czy było by inaczej, gdybym połknął dziesięć? Nie wiem, ale odkąd połykam dziesięć, problem się nie powtórzył, a zwyczaj pozostał.

Jest jeszcze coś na co zwróciłem uwagę. Trudno to nazwać rytuałem, ale chyba można by zaryzykować użycie określenia tradycja, a może nawet nowa świecka tradycja – podobno jak coś wydarzy się dwa razy z rzędu, można to już traktować jako nową tradycję (czyli mój list otwarty również). Otóż obserwuję, że już w przypadku kolejnego ważniejszego startu mam zaplanowany lekki trening na, wspomniane de facto przez Pana, dwa dni wcześniej, zawsze zdarza się coś, co mi realizację owych założeń treningowych uniemożliwia. A to Mama przyjedzie z wizytą, a to Tata (niestety, jeśli przyjeżdżają to oddzielnie). A to Córka Młodsza, względnie Starsza, niedomaga. Piszę zatem krótką wiadomość tekstową (popularnie zwanej esemesem) do Trenejro z zapytaniem, czy na dzień przed zawodami zrobić sobie wolne czy tylko lekki rozruch. Piszę chociaż wiem, jaką odpowiedź otrzymam – rozruch. Dobrze jak się ów rozruch uda zrobić (ostatnio się nie udało), bo czasem zamieszanie, które pokrzyżowało mi plany dzień wcześniej, trwa w najlepsze i kończy się to koszmarem sennym każdego biegacza: trzydniową dziurą w dzienniku treningowym (ten koszmar to z lekkim przymrużeniem oka rzecz jasna).

Rytuały rytuałami, a przed tegoroczną Maniacką pięć minut przed wyjściem biegałem, ale po mieszkaniu za ostatnimi bezwzględnie mi potrzebnymi przedmiotami.

Łączę tradycyjne pozdrowienia od CMcMH
Bartek M.

31 stycznia 2014

O biegaczu u lekarza uwag kilka

Jako, że mój obecny (już nie piszę nowy, bo po pięciu długich miesiącach pracy już nie wypada przecież) dba o mnie jak ojciec (względnie matka żywicielka) najlepszy i w ramach szeroko rozumianego pakietu świadczeń socjalnych zapewnia mi między innymi opiekę medyczną. Bartek, choć na żadnym z maratonów, do których się obecnie Bartek przygotowuje, nie wymagają od niego zaświadczenia o stanie zdrowa (Hm, ale czy aby na pewno w Pradze nie wymagają? Upewnię się może na wszelki wypadek) postanowił udać się na profilaktyczną wizytę lekarską celem ustalenia czy wszystkie trybiki pod maską działają jak trzeba i czy poziom oleju jest taki jaki jest oczekiwany.
Zdjęcie: Laura Smith - Źródło: www.flickr.com
Na pierwszy ogień lekarz internista. W tym wypadku pani lekarka. Pani internistka (a może powinno być internistra per analogia do ministra?) owszem zbadała, ale w trakcie badania dała całkiem długi wykład na temat tego, jakie to całe bieganie jest... niezdrowe i tak żadne badania nie uchronią mnie przed tym, co się wydarzyło na Biegnij Warszawo, a wydarzyć się może wszędzie i każdemu. Po wyjściu z gabinetu zbierałem żuchwę i inne części ciała z podłogi, bo jak się okazuje we wszystkich medycznych gazetach lub czasopismach (a przynajmniej tych, które czyta pani internistka - tu cytat: ale to jest tylko to co ja wyczytałam w swoich medycznych pismach) rozpisują się jak to bieganie doprowadza do destrukcji kompletnej cały organizm, poczynając oczywiście od deformacji stóp i kolan, a skończywszy zapewne na kokluszu i raku macicy (względnie jąder). A jakby jakiś lekarz twierdził jednak, że bieganie jest zdrowe to jest to oczywiście lobbysta, bo przecież te wszystkie wielkie koncerny taaką kasę na biegaczach robią. I jeszcze rzecz najlepsza - znowu cytat: A co na tych blogach biegowych wypisują! Nawet nie pisnąłem, że sam bloga pisuję, bo jeszcze wróciłbym do domu z zaleceniem Do końca życia nic nie jeść! okraszonym komentarzem Te dwie godziny jakoś Pan wytrzyma.
No cóż, ktoś kiedyś powiedział (Larry Winget bodajże), że zanim wysłucha się rad lekarza, powinno się spróbować ocenić, czy lekarz ów sam się do takich rad stosuje. Nie mnie oczywiście stawiać jednoznaczne osądy, niemniej pani doktor nie wyglądała na osobę prowadzącą zdrowy tryb życia. Tak czy owak, zdegradowania mojego organizmu nie stwierdziła i dała coś w rodzaju skierowania (coś w rodzaju, bo jak się okazało w tej przychodni skierowania do specjalisty nie potrzebuję - jak chcę to mogę się zapisać ot tak) do kardiologa, dermatologa, laryngologa oraz na badania krwi i moczu.
Ten laryngolog i dermatolog, to nie w związku z bieganiem, ale załatwiłem przy okazji. A że podczas wizyty u laryngologa wyjaśniłem ostatecznie kwestię jak bardzo krzywą mam przegrodę nosową i czy jest sens ją prostować, bo może przestanę chrapać a i jakby pobór ternu mi się poprawił to by było miło niezmiernie, to już inna sprawa (nie będzie prostowane).

Krok drugi: wizyta u kardiologa. Pan doktor wysłuchał z czym przychodzę, osłuchał pomierzył co trzeba i dał skierowanie na EKG spoczynkowe oraz na echo serca. O destruktywnym wpływie biegania na mój organizm słowa nie wspomniał. Lobbysta widać. Tylko coś nieśmiały, bo nic mi także sprzedać nie próbował. A może po prostu gazet lub czasopism nie czyta. Wiecie, tych medycznych. Chociaż jedno nie wyklucza drugiego. Bo jak lobbysta, to po co miałby czytać. No w każdym bądź razie EKG zrobili od ręki. A nawet od ręki, nogi i klatki piersiowej, bo wszędzie tam miałem takie mini przyrządy do depilacji (takiej mini depilacji - punktowej). Na szczęście nie należę do osobników nadmiernie owłosionych, więc obyło się bez większych bólów depilacyjnych i już po kilkunastu minutach wróciłem do gabinetu kardiologicznego z wynikiem. Pozytywnym dodam. W sensie, że pan doktor powiedział, że wszystko jest w porządku, że lewej nodze coś tam widać (tu rzucił jakieś medyczne określenie, tak skomplikowane, że od razu zapomniałem), ale to się ma czym przejmować, a w ogóle to może być właśnie od tego mojego biegania.

Krok trzeci: badanie krwi i moczu. Największe wyzwanie. Nienawidzę wychodzić z domu bez śniadania (no chyba, że pobiegać - śniadanie zawsze najlepiej smakuje po bieganiu), ale cóż było robić. Nie dość, że na czczo (a propos, pamiętacie tę zagadkę: ile jajek można zjeść na czczo?), to jeszcze trafiła mi się pielęgniarka z amputowanym (względnie nigdy nierozwiniętym) poczucie humoru. Ona do mnie, że mam przygotować rękę do pobrania, więc ja się pytam dlaczego chcę mi rękę pobierać? Przecież ona mi będzie jeszcze potrzebna - do mycia zębów, do smyrania po laptopie, a w ogóle to będę bez niej wyglądał co najmniej niesymetrycznie! Nic. Zero reakcji. Ale krew pobrała i mocz odebrała (pobrałem sobie sam).
Wyniki były do wglądu na stronie internetowej przychodni już po weekendzie (pobranie nastąpiło w piątek) - oczywiście po zalogowaniu na mój profil; na szczęście nikt nie upublicznia tego co mam (pardon) w sikach. I znowu banał - wszystko w normie. A jak tak bardzo chciałbym wystawać ponad normy - być ponadprzeciętny... Na pocieszenie Trenejro, po zapoznaniu się z wynikami napisał, że mam popracować nad zwiększeniem poziomu hematokrytu i hemoglobiny i wprowadzić do diety produkty bogate w żelazo, takie jak wątróbka, fasola biała, czy soja (wszelkiej maści ciekawe przepisy w komentarzach do posta mile widziane).

Krok czwarty i ostatni: Echo serca. I tym razem trafił i się nieśmiały lobbysta, bo na temat mojego hobby słowa nie pisnął (a stało w skierowaniu jak byk: uprawia bieganie). Kazał się położyć na boku (a że to rano było, a ja jeszcze przed pierwszą kawą, to mało mu tam nie zasnąłem), wysmarował galaretą i zaczął badać. A że przy okazji wbił mi końcówkę swojej niebywale bardzo drogiej aparatury między żebra tak, że czułem ją do końca dnia, to już zupełnie inna sprawa. Niemniej potwierdził moją własną diagnozę, że jak nie umrę to żyć będę i zapewnił, że wszystko jest w porządku. Wprawdzie w wynikach, których kopie otrzymałem napisał dosyć strasznie brzmiące zdanie, że mam nieistotne hemodynamiczne niedomykalności zastawkowe, ale Moja Bardziej Uświadomiona Medycznie Żona uspokoiła mnie, że to w zasadzie jest normą i chyba każdy to ma.

A zatem potwierdziły się moje nieśmiałe przypuszczenia, że jestem zdrowy niczym te dwa łyse konie (sic!) i mogę biegać do końca życia, chyba że mnie wcześniej to całe bieganie wykończy. Ale w końcu wszyscy wiemy, że to co nam sprawia przyjemność musi być albo tuczące, albo niezdrowe, albo chociaż niemoralne.

30 października 2013

Klucz do sukcesu

Snuję i snuję. Snuję plany na kolejny sezon. Nie biegam (roztrenowanie z infekcją w pakiecie), wiec sobie marzę i zastanawiam się jak marzenia przekuć w rzeczywistość - oto idea(ł) planowania - więc zapewne już wkrótce będzie tu można wyczytać cóż takiego zaplanowałem. Ale zanim to nastąpi czeka mnie jeszcze garść podsumowań (garść, czyli jeszcze ze dwa posty). Dziś postanowiłem porozważać trochę (właściwie rozważam już od jakiegoś czasu, dziś postanowiłem to ostatecznie przelać w internety), co właściwie spowodowało, że mój start w Maratonie Poznańskim zakończył się aż tak dobrze - będę powtarzał to do znudzenia, ale mój wynik na mecie przewyższył najśmielsze z moich oczekiwań, marzeń i wyobrażeń.
Co zatem zdecydowało (rzecz jasna w moim subiektywnym odczuciu), że na ostatnim starcie na dystansie maratońskim poszło mi (aż) tak dobrze?
Źródło: playyourbusiness.pl
Po pierwsze dopisało zdrowie. O ile mnie pamięć nie myli, były to moje pierwsze przygotowania do maratonu, podczas których nie wypadł mi co najmniej jeden cały tydzień przygotowań, z powodu choroby lub tym podobnego zdarzenia. Jakieś mini infekcje lub że coś pobolewało się zdarzało, ale nigdy nic poważnego.

Po drugie w dniu zawodów była idealna wręcz pogoda. Nie za ciepło i nie za zimno. Nie padało - padało w nocy przed biegiem, przez co nawierzchnia trasy była mokra, ale podczas samego biegu ja nie odnotowałem ani kropli opadu atmosferycznego - ani nie wiało. Po prostu wymarzona pogoda do łamania życiówek, a i kibice, jak sądzę, nie mieli na co narzekać.

Po trzecie odżywianie na trasie. Miałem ze sobą ten sam zestaw kanapek (to moje pieszczotliwe określenie na to, czym posilam się podczas startów i dłuższych treningów, choć z tradycyjną kanapką ma to niewiele wspólnego), co na poprzednich dwóch maratonach, tylko nieco rozbudowany. W rozmowie z jednym z krajowych dystrybutorów dowiedziałem się bowiem, że stosowany przeze mnie dotychczas zestaw przygotowany został na bieg trwający ok trzech godzin.

Po trzecie podbiegi (pojawia się pierwszy element treningu). Jak już wspominałem tu swego czasu, nie wiedzieć jak do tego doszło, we wcześniejszych przygotowaniach nie stosowałem tej jednostki treningowej. Nie mam oczywiście twardych dowodów, ale czuję w kościach (a może lepiej będzie napisać w mięśniach), że wpłynęły one znacząco na poprawę mojej formy.

Po czwarte tzw. carboloading, czyli specyficzna dieta stosowana w tygodniu przedmaratońskim, polegająca najpierw na ograniczeniu, a wręcz wyłączeniu węglowodanów z diety, by potem spożywać je w dużych ilościach. To wszystko ma na celu zgromadzenie jak największej ilości paliwa na maraton (to paliwo to oczywiście glikogen). Proces ten osobiście porównuję do tzw. formatowania baterii w telefonie, czyli ładowania po uprzednim całkowitym rozładowaniu. Dodam jeszcze, że przed dotychczasowymi moimi startami stosowałem jedynie drugą część powyższego procesu.

Po piąte objętość (inaczej mówiąc kilometraż). Jak na początku patrzyłem na rozpiski, które przesyłał mi Trenejro, bolały mnie zęby (i oczywiście mięśnie - tak awansem). Tygodnie, w których przebiegałem po sześćdziesiąt kilometrów należały do najlżejszych, a wcześniej były na pewno rekordowe. Apogeum osiągnąłem w tygodniu (de facto urlopowym, bieganym nie u siebie), w którym do przebiegnięcia dziewięćdziesięciu kilometrów zabrakło mi raptem dwieście metrów. Efekt być musiał.

Po szóste - i moim zdaniem najważniejsze - plan skrojony pode mnie. Nie korzystałem z gotowej rozpiski ani ze schematu do tworzenia rozpiski. Mogłem się za to oprzeć na wiedzy, kogoś kto o bieganiu wie dużo więcej ode mnie - zawsze mogłem liczyć na poradę, czy korektę gdy coś poszło nie tak jak pójść miało. Dlatego też muszę tu po raz kolejny (bo wszakże uczyniłem to już osobiście) raz jeszcze podziękować mojemu Trenejro, że mnie tak ładnie pokierował. Sława mu i chwała!

I wreszcie po siódme, nie bez znaczenia była ogólna atmosfera związana z uczestnictwie w programie pod nazwą Wyzwanie Runner's World. Nie chodzi już nawet o pewne poczucie luksusu (nie mylić z vipowaniem) jak choćby możliwość zostawienia przekazania komuś okrycia wierzchniego tuż przed startem, czy masaż bez kolejki, ale właśnie o ową ogólną atmosferę, świadomość uczestnictwa w czymś niepowtarzalnym (pomijając również ów drobny fakt, ze każdy maraton jest czymś niepowtarzalnym) z niesamowitymi ludźmi (niniejszym pozdrawiam gorąco pozostałych uczestników oraz organizatorów Wyzwania, którzy być może czytają te słowa). Fajnie było i warto było - polecam kolejne edycje!

Na koniec muszę dołożyć łyżkę dziegciu do tej beczki miodu. Nie jest tak, że wszystko poszło tak super jak sobie wymarzyłem. Muszę się publicznie przyznać, że do jednej rzeczy, którą i trener zalecał, nie przykładałem się za mocno. Otóż nie realizowałem w stu procentach (a tak naprawdę zrealizowałem bardzo niewielki odsetek) wpisanych w mój grafik ćwiczeń siłowych. Czy było by jeszcze lepiej gdyby się do nich jednak przykładał? Nie wiem i już się nie dowiem. Ale obiecuję - przede wszystkim sobie - poprawę.
I tu wracamy do snucia planów na sezon kolejny. Ale o tym już nie dzisiaj...

12 października 2013

Wyzwanie 2013 - ostatnie dwa tygodnie

Buty stygną właśnie po ostatnim treningu przed Maratonem Poznańskim. Jak na bieg śniadaniowy (samotny, ale co tam) przystało, najpierw było bieganie, potem dopiero śniadanie (a potem zdjąłem buty...). Ale zanim nastał dzisiejszy poranek, były jeszcze dwa ostatnie tygodnie. Ostatnie przed Godziną W (nie mylić z referendum, które tego samego dnia odbędzie się w mieście stołecznym Warszawa).
Źródło: marathon.poznan.pl/pl/maraton/trasa
Tydzień 18
We wtorek były ostatnie podbiegi. Niestety po twardym (udało się wyjść dopiero jak dziewczyny wstały, a skręcenia nogi biegając po ciemnym lesie nie chciałem ryzykować), ale trzeba być twardym. Przed podbiegami (a było ich dziesięć po 100 m każdy) było osiem kilometrów w pierwszym zakresie, a po jeszcze dwa, z tym że truchtu.
W czwartek teoretycznie ostatni mocny trening przed maratonem - 12 km tempa. Na początek trzy kilometry w pierwszym zakresie i trzy przebieżki 100/100 m. Te dwanaście kilometrów miło być po 4:50-4:55/km - wyszło 4:50 przy średnim tętnie 151.
Trening z piątku, już niemal tradycyjnie, wylądował dzień później. A zatem w sobotę było 10 km jedynki i pięć przebieżek 100/100.
W niedzielę miało być po prostu 15 km w pierwszym zakresie. Ale muszę się przyznać, że trochę pozazdrościłem tym, którzy robili swoje treningi w tempie maratońskim i postanowiłem spróbować zrobić trochę mocniejszy pierwszy zakres. Biegłem zatem tak, by tętno oscylowało w okolicach 150 uderzeń na minutę. I udało mi się takie właśnie średnie tętno utrzymać na całym dystansie. Przy średnim tempie 4:51/km - lubię to!
Pod kreską zamykającą tydzień treningowy numer 18 zapisałem 60,6 km.

Tydzień 19
Kolacja po niedzielnej piętnastce była ostatnim w miarę normalnym treningiem - na jakiś czas. Od poniedziałku z diety wyleciały pieczywo, ryż makaron, kasze, mleko i w ogóle wszelki cukier. Przez cztery dni królowały jaja, mięso, ryby, twaróg i pomidory (na twarożek z pomidorem nie spojrzę przez następny miesiąc). Na tak krzepiącej diecie zrobiłem we wtorek 14 km plus dziesięć przebieżek 100/100 m - przebieżek, które miały moją wątrobę ostatecznie wyczyścić z glikogenu. W czwartek wieczorem zrobiłem jeszcze dziesięć kilometrów, ale to już naprawdę na tzw. oparach. Ale za to gdy wróciłem do domu, czekał na mnie ryż z warzywami (mam naprawdę Najwspanialszą Na Świecie Żonę) - popchnąłem go jeszcze naleśnikami z serem i bananami oraz ciepłym kakao.
Ostatni trening miał mieć miejsce wczorajszego wieczorem, ale przyjechała babcia. To znaczy babcia moich dzieci (mama moja znaczy się), więc dzieci dokazywały z babcią (takie ich święte prawo). Do późna dokazywały z babcią. Tak więc po szybkiej esemesowej konsultacji z Trenejro postanowiliśmy, że będzie krócej ale rano - ot, rozruch: 4 km OWB1 plus pięć przebieżek 100/100 m.
Do przebiegniętych w tym tygodniu trzydziestu trzech kilometrów zamierzam jutro dopisać jakieś 42,195 (plus rozgrzewka rzecz jasna).

A teraz już tylko ciąg dalszy ładowania węglów (jeszcze dziś pasta party w gronie Blogaczy oraz współuczestników Wyzwania RW), relaks i szykowanie wyposażenia (tzw. ołtarzyk maratończyka). Pozostaje mi jeszcze ostateczny wybór strategii (mam dwie do wyboru), ale może się zdarzyć, że to nastąpi dopiero jutro rano).

Acha, pamiętajcie, że jeszcze do jutrzejszego poranka można typować mój wynik w jutrzejszym biegu. Jeśli będziecie ładnie typować, to postaram się dorzucić trzeci pakiet. Zatem powodzenia (Wam i nieskromnie sobie).

18 lipca 2013

Daj mi jeść

Ostatnio w jednym z cogodzinnych serwisów informacyjnych w Moim Ulubionym Radiu usłyszałem o wynikach pewnego badania, dotyczącego odżywiania się Polaków w pracy. Podobno większość z nas zabiera do pracy jedynie kanapki, czasem jakiś owoc i generalnie je raz w ciągu ośmiu godzin, co – jak twierdzą dietetycy (wypowiedź przedstawiciela tej branży była nawet przytaczana na antenie) – jest gwałtem (a może użyto słowa zbrodnia) na organizmie. Trochę mnie to zdziwiło, nie powiem. Bowiem ja do pracy zabieram właśnie kanapki. I owoc. I jogurt naturalny jeszcze. I naprawdę nie uważam, żebym zadawał gwałt swemu organizmowi. Prawdą jest jednak, że nie jadam raz w ciągu ośmiu godzin – staram się dostarczyć organizmowi dawki energii co 2-3 godziny. Zwykle zjadam śniadanie przed wyjściem z domu, około dziewiątej zjadam jogurt naturalny z owocem, a w okolicach południa na scenę wkraczają kanapki. Warto też podkreślić, że staram się, aby nie była to przysłowiowa buła z szyną (łamane na z serem, pasztetową i tym podobne). Na obiad wracam do domu. O ile danego dnia wracam do domu (bo w delegacji to się jada na tzw. mieście niestety).

Ale odżywianie (szczególnie zdrowe odżywianie się) to jest temat szerszy, zaprzątający ostatnio mój umysł biegacza. Do tego niełatwy niestety. Dla przykładu, prawie za każdym razem, gdy wybiorę się do sklepu by uzupełnić tygodniowe zapasy jedzenia, mam ochotę na powrót (tu ciekawostka dla niewtajemniczonych: miałem i to całkiem długi – od drugiej klasy liceum do końca studiów niemal – taki okres w życiu, ale raczej na podłożu ideologicznym) zostać wegetarianinem. A to za sprawą lektury składu wędlin.
Jak zatem jeść by odżywiać się zdrowo? Chyba każdy zna tzw. piramidę żywienia. Ja natknąłem się jakiś czas temu na (moim zdaniem oczywiście) o wiele ciekawszą koncepcję tzw. całościowego spojrzenia na zagadnienie zdrowego i zrównoważonego żywienia. Ta koncepcja to Talerz Zdrowego Jedzenia (ang. Healthy Eating Plate) opracowany przez ekspertów Harvard School of Public Health.
Źródło: www.hsph.harvard.edu/nutritionsource
Oto zasady:
  • Połowę talerza powinny wypełnić warzywa i owoce (a propos, kto wie jaka jest różnica między warzywem a jarzyną?). Im więcej kolorów, tym lepiej. Jako warzyw nie należy jednak traktować ziemniaków oraz frytek, które mają na organizm podobny wpływ jak białe pieczywo i słodycze.
    Tu przypomina mi się od razu jedno zdanie z książki Waga startowa – mówiące o tym, że keczup nie może być traktowany jako porcja warzyw; i to nie dlatego, że pomidor jest owocem.
  • Jedną czwarta talerza powinny stanowić wyroby pełnoziarniste (nie po prostu wyroby zbożowe). Wyroby pełnoziarniste (pieczywo, makarony) czy brązowy ryż mają lepszy wpływ na poziom cukru oraz insuliny we krwi niż tzw. wyroby rafinowane, takie jak biały ryż czy białe pieczywo.
  • Ćwierć talerza zapełnij źródłami zdrowego białka. Najlepszy wybór to ryby, drób (a propos, przepiórki to drób czy dziczyzna, że tak zapytam retorycznie?), rośliny strączkowe lub orzechy, ponieważ produkty te zawierają dobroczynne elementy odżywcze takie jak kwasy omega-3. Można zjeść jedno jajko dziennie (autor wspomnianej już książki Waga startowa dopuszcza dwa dziennie). Należy ograniczyć czerwone mięso (wołowinę, wieprzowinę czy jagnięcinę) a unikać przetworzonych wyrobów mięsnych, takich jak bekon, wędliny (wracają moje wegetariańskie ciągoty) czy parówki (nie wspominając już o parówkach do których producent nie dodaje trocin i makulatury tylko dlatego, że trociny i makulatura są zbyt drogie).
  • Używaj zdrowych olei roślinnych. Szklana butelka zawsze w pobliżu, a w niej oliwa z oliwek, olej rzepakowy, sojowy, kukurydziany, słonecznikowy czy z orzeszków ziemnych. Ogranicz masło i unikaj tłuszczów trans.
  • Pij wodę, kawę lub herbatę. Posiłki popijaj wodą (Myy pijemy woodęę – pamiętacie skąd to?), herbata lub kawą (z małą ilością cukru, a najlepiej bez). Mleko i produkty mleczne ogranicz do dwóch porcji dziennie (pytanie jakich porcji – szklanka mleka to porcja, ale pół litra zupy mlecznej też?). Soki owocowe, z uwagi na dużą zawartość cukru, ogranicz do małej szklanki dziennie. Zrezygnuj z napojów słodzonych – powód na zdjęciu poniżej.
    Źródło: bhs-phd.blogspot.com
    Przy okazji – słyszałem gdzieś ostatnio (a może czytałem), że wbrew wcześniejszym opiniom kawa wcale nie odwadnia organizmu.
  • Bądź aktywny. Tak, tak – to element zdrowego żywienia. Wbrew osobistym skłonnościom dodam, że bycie aktywnym wcale nie musi oznaczać biegania maratonów.
Jestem bardzo ciekaw co sądzicie o takiej koncepcji patrzenia na swój talerz powszedni. Mnie wydaję się, że z jednej strony daje to nowe ciekawe spojrzenie, a z drugiej jest bardziej przystępne i przejrzyste jako pomoc w planowaniu posiłków niż wspomniana na początku popularna piramida. Może też stanowić pomoc zarówno dla mięsożerców jak i dla wegan, czy wegetarian.
Pisząc o jedzeniu, nie sposób nie zejść na temat odchudzania. Wierzycie w diety cud? Ja w jedną - spalać zawsze więcej kalorii niż się spożyło (to oczywiście pewne uproszczenie), czego i wam życzę.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...