Ci którzy mnie (gorzej lub lepiej) znają, wiedzą, że wśród rzeczy za którymi nie przepadam, są tak zwane hashtagi, pieszczotliwie określane przeze nie jako krzaczory. A jednak wczoraj na lajkpejdżu niniejszego bloga ukazało się tajemnicze zdjęcie, opisane jedynie takowym krzaczorem: #wolneręce
Wczoraj ten hashtag znaczył jeszcze niewiele. Dziś jego wartość można przeliczyć na pieniądze. I to bardzo już konkretne pieniądze (w chwili, gdy piszę te słowa, zbliża się do kwoty czterocyfrowej). O cóż więc chodzi? O dzień dziecka chodzi! Kolega Blogacz Krasusem zwany wpadł bowiem na pomysł, by na okoliczność święta, które, jak co roku, wypada w pierwszy dzień czerwca, zorganizować akcję, dzięki której będzie można pomóc potrzebującym (no właśnie) dzieciom. Reszta Blogaczy ideę podchwyciła. A potem posypały się pomysły, które dziś zmaterializowały się w postaci wydarzenia na twarzaku, zbiórki w portalu SięPomaga.pl. A przez następne dni będzie się jeszcze formalizować z postaci zdjęć, na których w przeróżnych i, o czym jestem przekonany, najbardziej wymyślnych konfiguracjach główną rolę będą grały właśnie #wolneręce. Wolne, bo gotowe by pomóc!
A najlepsze w tym wszystkim jest to, że oprócz pomocy jest dobra zabawa i (mało tego) można wygrać naprawdę atrakcyjne nagrody! A zatem aparaty, smartfony i inne srajpady w dłoń... Tzn. nie w dłoń - trzeba wymyślić coś innego. Bo przecież #wolneręce!
Zakończę cytując klasyka: To jak? Pomożecie?
PS. Nie pokocham tak nagle instytucji krzaczorów, niemniej tego jednego kocham już teraz miłością wielką.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konkurs. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konkurs. Pokaż wszystkie posty
21 maja 2015
4 października 2014
O zmywaniu i gotowaniu uwag kilka
Gdyby ktoś dziesięć (a nawet pięć lat temu) powiedział mi, że pewno dnia otrzymam do recenzji książkę kucharską, powiedziałbym mu, że ma urojenia. To luźna parafraza słów współautora (obok Georgie Fear) Książki Kucharskiej dla aktywnych*, Matta Fitzgeralda, ze wstępu do tejże książki. Generalnie do moich największych osiągnięć kulinarnych (jak do tej pory) można zaliczyć usmażenie jajecznicy, omleta, względnie przygotowanie spagetti pod czujnym okiem MONBŻ. A jednak, dzięki uprzejmości wydawnictwa Inne Spacery, kilka (no może kilkanaście) dni temu trafił do mnie egzemplarz sygnalny tejże publikacji. Do lektury przystąpiłem z pewną taką nieśmiałością, ale że na pierwszej stronie wstępu przeczytałem, że ideą książki jest, aby nadawała się ona dla tych, którzy wolą zmywać po obiedzie niż go gotować (To ja! - wykrzyknąłem w duchu), zabrałem się do dalszej lektury.
Zacznijmy może od tego, że Książka kucharska dla aktywnych, jest kontynuacją, a może raczej rozwinięciem, wcześniejszej publikacji Matta Fitzgeralda, Waga Startowa**, w której autor opisał stworzony przez siebie program nie tyle odchudzania, co dążenia do tytułowej wagi startowej. Dodajmy, że opisał bardzo dokładnie (miałem okazję czytać tą książkę, również wydaną przez Inne Spacery, dwa lata temu), wielokrotnie popierając swoje wywody wynikami badań naukowych. Uspokajam jednak, że nie trzeba bezwzględnie (chociaż moim skromnym zdaniem na pewno warto) sięgać po tę wcześniejszą publikację, zanim otworzy się Książkę kucharską. Zaraz za wstępem do tej drugiej znajdziemy bowiem wprowadzenie do programu wagi startowej - poznamy o zestaw sześciu wskazówek związanych z dietą, zrachowaniami i ćwiczeniami, czy też dowiemy się co to jest WJD (Wskaźnik Jakości Diety). Ale właśnie - co to jest ta waga startowa. Otóż jak twierdzi autor obu publikacji, każdy sportowiec wytrzymałościowy posiada swoją indywidualną wagę startową, tj. taką masę (z uwzględnieniem zawartości tłuszczu), przy której waga ciała jest na tyle niska, a wydolność na tyle wysoka, że osiągane wyniki są najlepsze (mam nadzieję, że nie zagmatwałem). Obie książki mają za zadanie pomóc ową wagę startową osiągnąć.
Książka kucharska to oczywiście przepisy. Ale nie tylko. Przede wszystkim, oprócz wspomnianego powyżej wprowadzenia, znajdziemy garść, a nawet pełne garści, praktycznych porad. Takich jak gdzie i jak kupować żywność, gdzie i jak ją przechowywać, czy też jak właściwie powinny wyglądać nawyki żywieniowe sportowca wytrzymałościowego (również sportowca amatora). A już w samym dziale przepisów znajdziemy praktyczne pomysły i porady, np. jak przygotować jajka na trzy sposoby, czy też (tę chyba sobie skseruję i będę nosił w portfelu) jak rozpoznać pieczywo pełnoziarniste (ostatnio pani w piekarni - tak, w piekarni - nie potrafiła mi wskazać, które to).
A jeśli już chodzi o sam dział przepisów, ten podzielony jest na trzy działy:
1. Przepisy dla sportowców początkujących w kuchni
2. Przepisy dla sportowca z pewnym doświadczeniem w kuchni
3. Przepisy dla sportowca, który uwielbia gotować
Jak łatwo się domyślić, poszczególne działy to kolejne poziomy trudności (a może lepiej zabrzmi wtajemniczenia). Autor zastrzega jednak, że ci, którzy zechcą od razu sięgnąć do działu numer trzy, nie będą się nudzić korzystając z dwóch poprzednich. Przepisy w każdym z trzech działów podzielony jest jeszcze na dania śniadaniowe i te przeznaczone na obiat i kolację. A jeśli chodzi o przepisy, to cóż - przyznam szczerze, że trudno mi się wypowiedzieć. Tak bardzo wolę zmywać niż gotować, że nawet niektóre przepisy z działu dla początkujących przyprawiają mnie o zawrót głowy. Nie to, żeby były aż tak skomplikowane. Po prostu co do niektórych składników musiałbym się najpierw mocno zastanowić, gdzie to kupić, a czasem najpierw sprawdzić, co to w ogóle jest i czym to się je. Niemniej sumiennie z tego miejsca chciałem obiecać i się zobowiązać, że się przełamię i wypróbuję kilka, nawet tych bardziej wyszukanych przepisów.
Warto na koniec dodać, że książka jest bogato ilustrowana i niektóre fotografie od razu powodują wzmożoną produkcję enzymów trawiennych. Nie napiszę, że jest to pozycja obowiązkowa, bo nie lubię wyświechtanych haseł, ale moim zdaniem jeśli tylko myślisz o tym by jeść nie tylko zdrowo, ale po prostu dobrze (jak dla mnie pierwsze jest immanentną częścią drugiego), warto to książkę mieć nie tyle w swojej biblioteczce, co w kuchni.
A propos mieć. Książka pojawi się w sprzedaży dosłownie na dniach. Będzie jednak szansa, by otrzymać egzemplarz bezpłatny. Jak tylko rozwiążę konkurs poprzedni, ogłosi się kolejny, w którym nagrodą będą właśnie egzemplarze Książki kucharskiej ufundowane przez wydawcę. Także w najbliższych dniach śledźcie lajkpejdża (w ogóle śledźcie).
*Pełny tytuł to Książka kucharska dla aktywnych. Waga startowa. Przepisy dla sportowców i osób aktywnych
**W tym przypadku z kolei pełny tytuł brzmi Waga Startowa. Jak zeszczupleć by poprawić wyniki sportowe. Plan pięciu kroków dla sportowców wytrzymałościowych
Zacznijmy może od tego, że Książka kucharska dla aktywnych, jest kontynuacją, a może raczej rozwinięciem, wcześniejszej publikacji Matta Fitzgeralda, Waga Startowa**, w której autor opisał stworzony przez siebie program nie tyle odchudzania, co dążenia do tytułowej wagi startowej. Dodajmy, że opisał bardzo dokładnie (miałem okazję czytać tą książkę, również wydaną przez Inne Spacery, dwa lata temu), wielokrotnie popierając swoje wywody wynikami badań naukowych. Uspokajam jednak, że nie trzeba bezwzględnie (chociaż moim skromnym zdaniem na pewno warto) sięgać po tę wcześniejszą publikację, zanim otworzy się Książkę kucharską. Zaraz za wstępem do tej drugiej znajdziemy bowiem wprowadzenie do programu wagi startowej - poznamy o zestaw sześciu wskazówek związanych z dietą, zrachowaniami i ćwiczeniami, czy też dowiemy się co to jest WJD (Wskaźnik Jakości Diety). Ale właśnie - co to jest ta waga startowa. Otóż jak twierdzi autor obu publikacji, każdy sportowiec wytrzymałościowy posiada swoją indywidualną wagę startową, tj. taką masę (z uwzględnieniem zawartości tłuszczu), przy której waga ciała jest na tyle niska, a wydolność na tyle wysoka, że osiągane wyniki są najlepsze (mam nadzieję, że nie zagmatwałem). Obie książki mają za zadanie pomóc ową wagę startową osiągnąć.
Książka kucharska to oczywiście przepisy. Ale nie tylko. Przede wszystkim, oprócz wspomnianego powyżej wprowadzenia, znajdziemy garść, a nawet pełne garści, praktycznych porad. Takich jak gdzie i jak kupować żywność, gdzie i jak ją przechowywać, czy też jak właściwie powinny wyglądać nawyki żywieniowe sportowca wytrzymałościowego (również sportowca amatora). A już w samym dziale przepisów znajdziemy praktyczne pomysły i porady, np. jak przygotować jajka na trzy sposoby, czy też (tę chyba sobie skseruję i będę nosił w portfelu) jak rozpoznać pieczywo pełnoziarniste (ostatnio pani w piekarni - tak, w piekarni - nie potrafiła mi wskazać, które to).
A jeśli już chodzi o sam dział przepisów, ten podzielony jest na trzy działy:
1. Przepisy dla sportowców początkujących w kuchni
2. Przepisy dla sportowca z pewnym doświadczeniem w kuchni
3. Przepisy dla sportowca, który uwielbia gotować
Jak łatwo się domyślić, poszczególne działy to kolejne poziomy trudności (a może lepiej zabrzmi wtajemniczenia). Autor zastrzega jednak, że ci, którzy zechcą od razu sięgnąć do działu numer trzy, nie będą się nudzić korzystając z dwóch poprzednich. Przepisy w każdym z trzech działów podzielony jest jeszcze na dania śniadaniowe i te przeznaczone na obiat i kolację. A jeśli chodzi o przepisy, to cóż - przyznam szczerze, że trudno mi się wypowiedzieć. Tak bardzo wolę zmywać niż gotować, że nawet niektóre przepisy z działu dla początkujących przyprawiają mnie o zawrót głowy. Nie to, żeby były aż tak skomplikowane. Po prostu co do niektórych składników musiałbym się najpierw mocno zastanowić, gdzie to kupić, a czasem najpierw sprawdzić, co to w ogóle jest i czym to się je. Niemniej sumiennie z tego miejsca chciałem obiecać i się zobowiązać, że się przełamię i wypróbuję kilka, nawet tych bardziej wyszukanych przepisów.
Warto na koniec dodać, że książka jest bogato ilustrowana i niektóre fotografie od razu powodują wzmożoną produkcję enzymów trawiennych. Nie napiszę, że jest to pozycja obowiązkowa, bo nie lubię wyświechtanych haseł, ale moim zdaniem jeśli tylko myślisz o tym by jeść nie tylko zdrowo, ale po prostu dobrze (jak dla mnie pierwsze jest immanentną częścią drugiego), warto to książkę mieć nie tyle w swojej biblioteczce, co w kuchni.
A propos mieć. Książka pojawi się w sprzedaży dosłownie na dniach. Będzie jednak szansa, by otrzymać egzemplarz bezpłatny. Jak tylko rozwiążę konkurs poprzedni, ogłosi się kolejny, w którym nagrodą będą właśnie egzemplarze Książki kucharskiej ufundowane przez wydawcę. Także w najbliższych dniach śledźcie lajkpejdża (w ogóle śledźcie).
*Pełny tytuł to Książka kucharska dla aktywnych. Waga startowa. Przepisy dla sportowców i osób aktywnych
**W tym przypadku z kolei pełny tytuł brzmi Waga Startowa. Jak zeszczupleć by poprawić wyniki sportowe. Plan pięciu kroków dla sportowców wytrzymałościowych
26 września 2014
O triatlonie od a do eee uwag kilka
Moje podejście do książki Marka Kleanthousa Triatlon od A do Z – Treningi do wszystkich dystansów przypomina(ło) moje podejście do triatlonu w ogóle. Jakoś się zebrać i zabrać nie mogłem. Najpierw nie mogłem się wciągnąć w czytanie. Raz przeczytałem kilka stron, potem książka leżała i czekała na mnie i moje zainteresowanie. Gdy znów po nią sięgnąłem i przebrnąłem przez kolejne stron kila, następował kolejny okres leżakowania. Dopiero podczas sierpniowego urlopu wczytałem się na dobre. Tyle, że od tamtej pory nie mogę się zebrać, by podzielić się swoimi z lektury wrażeniami. Zbieram się w końcu zatem.
Przede wszystkim na uwagę zasługuje układ książki. Tytuł może nieco mylić – nie jest to bowiem leksykon, a przynajmniej w zdecydowanej większości nie jest – niemniej struktura jest raczej nietypowa. Treść została podzielona na sekcje.
Sekcja 1, czyli Pierwsze kroki wprowadza czytelnika w tajniki sportu multidyscyplinarnego, jakim jest triatlon. Nazwa sekcji jest dosyć sugestywna, głównym adresatem są bowiem osoby, które zaczynają lub planują swoją przygodę z triatlonem, względnie dopiero o tym myślą. Autor wprowadza czytelnika w tri-świat omawiając niezbędny sprzęt, zwraca uwagę na potrzebę zdrowego i odpowiedniego (wbrew pozorom nie zawsze idzie to w parze) odżywiania oraz opisuje proces przygotowań do pierwszych zawodów. Jednocześnie zachęca, aby decyzję o poważniejszym zaangażowaniu się w trening (w tym zakupienie drogiego sprzętu) podjąć dopiero po pierwszym starcie, najlepiej na dystansie krótszym niż olimpijski. A propos owych krótszych dystansów – jak można dowiedzieć się z treści, wiele krótkich tri-zawodów w USA, na etapie pływackim rozgrywane jest na basenie. O ile mnie pamięć nie myli, raz jeden natknąłem się na taką formę zawodów w naszym kraju.
Sekcja 2 nosi tytuł Poważny trening i jak nie trudno się domyślić podpowiada jak na poważniej zaangażować się w przygodę z triatlonem oraz przygotować się do startu na dystansie olimpijskim (przypomnę, 1500 m pływania, 40 km na rowerze i 10 km biegu). Tu pojawiają się już poważnie brzmiące elementy takie jak teoria treningu, opis poszczególnych rodzajów bodźców treningowych, a nawet (a może przede wszystkim) przygotowanie, które określiłbym jako pozatreningowe, czyli te od strony mentalnej, odpowiedniej regeneracji, czy zarządzania czasem. A propos, żeby na poważnie (choć amatorsko) bawić się w triatlon, trzeba być albo singlem, albo mieć bardzo (ale to bardzo) wyrozumiałego partnera życiowego – względnie partnera współpasjonata.
Sekcja 3 opisuje Przygotowanie do zawodów (i taki tez nosi tytuł), ze szczególnym uwzględnieniem okresu, który bezpośrednio poprzedza moment startu, ale również sam dzień startu, ale również to, co się dzieje i co należy zrobić po przekroczeniu linii mety. Dodajmy że opisuje bardzo szczegółowo.
Sekcja 4 (ostatnia numerowana) dotyczy już jazdy bez trzymanki (oczywiście nie dosłownie), czyli przygotowań do startu na dystansie Ironman i (o połowę krótszym, czyli) Half-Ironman (nie muszę dodawać, że w odwrotnej kolejności?).
Książkę zamykają Sekcja encyklopedyczna, czyli tytułowy w zasadzie Triatlon od A do Z oraz, już chyba tradycyjne w tego typu publikacjach, Dodatki. W dodatkach nie zabrakło oczywiście tabel tempa, jakie należ(ałob)y utrzymywać, aby ukończyć poszczególne etapy w założonym czasie.
Książka zawiera oczywiście gotowe (albo prawie gotowe) plany treningowe. Jak można wywnioskować z tytułu publikacji, plany mające przygotować czytelnika do startu na wszystkich (oczywiście nie na raz i najlepiej po kolei) dystansach. Palny rozpisane są na poszczególne tygodnie, a do każdego tygodnia przypisane są po trzy kluczowe sesje dla każdej z dyscyplin. Jest to forma planu, który określiłbym jako pośrednią między gotowymi rozpiskami, jakich mnóstwo można znaleźć w Internecie, czy wydawnictwach drukowanych, a formą, jaką w swoich książkach proponuje na przykład Joe Friel. Moim zdaniem mocno mylące jest określenie kluczowe sesje. Osobiście, jako kluczowe postrzegam to, co przede wszystkim należy zrobić. Ale kto znajdzie czas na dziewięć (trzy dyscypliny po trzy sesje, nie chce wyjść inaczej) treningów w tygodniu?
Natomiast, nawet jeśli nie zdecydujemy się na skorzystanie z przedstawionych planów, na uwagę (nie tylko triatlonistów – z powodzeniem można zastosować to tylko biegając) zasługuje opracowany przez autora książki sposób oceny swojego poziomu obciążenia treningowego (w skrócie POT). Ów sposób składa się z trzech etapów. W pierwszym należy określić podstawowy POT. Uzależniony jest on przede wszystkim od wieku (dla mnie, jako trzydziestopięciolatka, podstawowy POT wynosi 155 punktów) Oddzielne kategorie stanowią zawodowi triatloniści oraz amatorzy zwyciężający w swojej kategorii. W drugim etapie należy swój POT spersonalizować. Należy zatem uwzględnić negatywne czynniki, takie jak stres, choroba czy brak snu (a nawet fakt oddania krwi), które uszczuplają naszą pulę (uwaga młodzi rodzice: bezsenna noc z powodu dziecka kosztuje dwukrotnie więcej niż normalna noc bez snu, bo aż dziesięć punktów). Pozytywne czynniki to przede wszystkim staż w sporcie, odpowiednia regeneracja oraz dobre nawyki. W ostatnim etapie wydajemy zgromadzone punkty, czyli… trenujemy. Ilość punktów, jakie wydamy uzależnione są od rodzaju, czasu trwania oraz intensywności danego treningu. W ogólnym zaś rozrachunku chodzi o to, by zachować płynność treningową, czyli nie wydawać więcej niż się posiada (można czasem coś odłożyć, względnie zrobić mały debet), co mogłoby prostą droga doprowadzić do przetrenowania.
Podsumowując całość, moim skromnym zdaniem książka napisana jest nieco zbyt chaotycznie. Wynika to poniekąd z koncepcji stopniowego zagłębiania się w świat triatlonu. Również z tego powodu pojawia się dosyć sporo (przynajmniej ja miałem takie odczucie) powtórzeń. Momentami jest aż nazbyt szczegółowa i trudno jest przebrnąć przez opisy poszczególnych, rozpisanych z minutową dokładnością, czynności, nie mówiąc już o ich spamiętaniu. No cóż, może niektórym taki układ i struktura odpowiada – mnie nie za bardzo.
Natomiast, co jeszcze raz podkreślę, naprawdę warto pochylić się nad sposobem oceny obciążenia treningowego. Jeśli tylko stanie mi zapału, w myśl biblijnej zasady Wszystko badajcie, a co szlachetne - zachowujcie (1 Tes 5:21), postaram się taki nawyk wdrożyć u siebie.
A jeśli chcielibyście sami przekonać się na ile wartościową pozycją jest Triatlon od A do Z, przygotowałem dla Was mały konkurs, w którym mam do rozdania dwa egzemplarze książki. Co należy zrobić? W komentarzu do niniejszego posta należy spróbować mnie przekonać, że warto rozpocząć przygodę z triatlonem (do czego mi się ostatnio nie pali). Konkurs trwa do momentu przekroczenia przeze mnie linii mety Silesia Maraton – czas start.
![]() |
| Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Septem |
Sekcja 1, czyli Pierwsze kroki wprowadza czytelnika w tajniki sportu multidyscyplinarnego, jakim jest triatlon. Nazwa sekcji jest dosyć sugestywna, głównym adresatem są bowiem osoby, które zaczynają lub planują swoją przygodę z triatlonem, względnie dopiero o tym myślą. Autor wprowadza czytelnika w tri-świat omawiając niezbędny sprzęt, zwraca uwagę na potrzebę zdrowego i odpowiedniego (wbrew pozorom nie zawsze idzie to w parze) odżywiania oraz opisuje proces przygotowań do pierwszych zawodów. Jednocześnie zachęca, aby decyzję o poważniejszym zaangażowaniu się w trening (w tym zakupienie drogiego sprzętu) podjąć dopiero po pierwszym starcie, najlepiej na dystansie krótszym niż olimpijski. A propos owych krótszych dystansów – jak można dowiedzieć się z treści, wiele krótkich tri-zawodów w USA, na etapie pływackim rozgrywane jest na basenie. O ile mnie pamięć nie myli, raz jeden natknąłem się na taką formę zawodów w naszym kraju.
Sekcja 2 nosi tytuł Poważny trening i jak nie trudno się domyślić podpowiada jak na poważniej zaangażować się w przygodę z triatlonem oraz przygotować się do startu na dystansie olimpijskim (przypomnę, 1500 m pływania, 40 km na rowerze i 10 km biegu). Tu pojawiają się już poważnie brzmiące elementy takie jak teoria treningu, opis poszczególnych rodzajów bodźców treningowych, a nawet (a może przede wszystkim) przygotowanie, które określiłbym jako pozatreningowe, czyli te od strony mentalnej, odpowiedniej regeneracji, czy zarządzania czasem. A propos, żeby na poważnie (choć amatorsko) bawić się w triatlon, trzeba być albo singlem, albo mieć bardzo (ale to bardzo) wyrozumiałego partnera życiowego – względnie partnera współpasjonata.
Sekcja 3 opisuje Przygotowanie do zawodów (i taki tez nosi tytuł), ze szczególnym uwzględnieniem okresu, który bezpośrednio poprzedza moment startu, ale również sam dzień startu, ale również to, co się dzieje i co należy zrobić po przekroczeniu linii mety. Dodajmy że opisuje bardzo szczegółowo.
Sekcja 4 (ostatnia numerowana) dotyczy już jazdy bez trzymanki (oczywiście nie dosłownie), czyli przygotowań do startu na dystansie Ironman i (o połowę krótszym, czyli) Half-Ironman (nie muszę dodawać, że w odwrotnej kolejności?).
Książkę zamykają Sekcja encyklopedyczna, czyli tytułowy w zasadzie Triatlon od A do Z oraz, już chyba tradycyjne w tego typu publikacjach, Dodatki. W dodatkach nie zabrakło oczywiście tabel tempa, jakie należ(ałob)y utrzymywać, aby ukończyć poszczególne etapy w założonym czasie.
Książka zawiera oczywiście gotowe (albo prawie gotowe) plany treningowe. Jak można wywnioskować z tytułu publikacji, plany mające przygotować czytelnika do startu na wszystkich (oczywiście nie na raz i najlepiej po kolei) dystansach. Palny rozpisane są na poszczególne tygodnie, a do każdego tygodnia przypisane są po trzy kluczowe sesje dla każdej z dyscyplin. Jest to forma planu, który określiłbym jako pośrednią między gotowymi rozpiskami, jakich mnóstwo można znaleźć w Internecie, czy wydawnictwach drukowanych, a formą, jaką w swoich książkach proponuje na przykład Joe Friel. Moim zdaniem mocno mylące jest określenie kluczowe sesje. Osobiście, jako kluczowe postrzegam to, co przede wszystkim należy zrobić. Ale kto znajdzie czas na dziewięć (trzy dyscypliny po trzy sesje, nie chce wyjść inaczej) treningów w tygodniu?
Natomiast, nawet jeśli nie zdecydujemy się na skorzystanie z przedstawionych planów, na uwagę (nie tylko triatlonistów – z powodzeniem można zastosować to tylko biegając) zasługuje opracowany przez autora książki sposób oceny swojego poziomu obciążenia treningowego (w skrócie POT). Ów sposób składa się z trzech etapów. W pierwszym należy określić podstawowy POT. Uzależniony jest on przede wszystkim od wieku (dla mnie, jako trzydziestopięciolatka, podstawowy POT wynosi 155 punktów) Oddzielne kategorie stanowią zawodowi triatloniści oraz amatorzy zwyciężający w swojej kategorii. W drugim etapie należy swój POT spersonalizować. Należy zatem uwzględnić negatywne czynniki, takie jak stres, choroba czy brak snu (a nawet fakt oddania krwi), które uszczuplają naszą pulę (uwaga młodzi rodzice: bezsenna noc z powodu dziecka kosztuje dwukrotnie więcej niż normalna noc bez snu, bo aż dziesięć punktów). Pozytywne czynniki to przede wszystkim staż w sporcie, odpowiednia regeneracja oraz dobre nawyki. W ostatnim etapie wydajemy zgromadzone punkty, czyli… trenujemy. Ilość punktów, jakie wydamy uzależnione są od rodzaju, czasu trwania oraz intensywności danego treningu. W ogólnym zaś rozrachunku chodzi o to, by zachować płynność treningową, czyli nie wydawać więcej niż się posiada (można czasem coś odłożyć, względnie zrobić mały debet), co mogłoby prostą droga doprowadzić do przetrenowania.
Podsumowując całość, moim skromnym zdaniem książka napisana jest nieco zbyt chaotycznie. Wynika to poniekąd z koncepcji stopniowego zagłębiania się w świat triatlonu. Również z tego powodu pojawia się dosyć sporo (przynajmniej ja miałem takie odczucie) powtórzeń. Momentami jest aż nazbyt szczegółowa i trudno jest przebrnąć przez opisy poszczególnych, rozpisanych z minutową dokładnością, czynności, nie mówiąc już o ich spamiętaniu. No cóż, może niektórym taki układ i struktura odpowiada – mnie nie za bardzo.
Natomiast, co jeszcze raz podkreślę, naprawdę warto pochylić się nad sposobem oceny obciążenia treningowego. Jeśli tylko stanie mi zapału, w myśl biblijnej zasady Wszystko badajcie, a co szlachetne - zachowujcie (1 Tes 5:21), postaram się taki nawyk wdrożyć u siebie.
A jeśli chcielibyście sami przekonać się na ile wartościową pozycją jest Triatlon od A do Z, przygotowałem dla Was mały konkurs, w którym mam do rozdania dwa egzemplarze książki. Co należy zrobić? W komentarzu do niniejszego posta należy spróbować mnie przekonać, że warto rozpocząć przygodę z triatlonem (do czego mi się ostatnio nie pali). Konkurs trwa do momentu przekroczenia przeze mnie linii mety Silesia Maraton – czas start.
4 sierpnia 2014
O dokręcaniu i podkręcaniu uwag kilka
W lipcu było gorąco. Dosłownie i w przenośni. Dosłownie, bo kanikuła dobrze dała nam się we znaki. Na całe szczęście biegałem głównie rano – i tu od razu trzeba się pochwalić, że udało się, może jeszcze nie wprowadzić, ale na pewno rozwinąć nawyk wczesnego wstawania i rozpoczynania dnia od treningu. Zresztą gdyby się nie udało, wiele by z tego lipca nie było, bo Trenejro dokręcił mi śrubę tak mocno, że trzeba było zasuwać i to zdrowo. I pod tym właśnie względem lipiec był gorący w przenośni.
Po czerwcowym wprowadzeniu w letnio-jesienną cześć sezonu zaczęła się konkretna praca. Z jednej strony przestały dominować spokojne i krótkie zarazem rozbiegania, a zatem nastąpiło znaczące zróżnicowanie akcentów. Z drugiej strony zwiększyła się objętość. I to konkretnie. Cóż zatem biegało się w lipcu? Otóż pojawiły się biegi tempowe. Ciągiem od ośmiu do dwunastu kilometrów lub też krótsze odcinki (dwa do sześciu kilometrów), za to z narastającym tempem i w ramach całkiem długiego biegu. A wszystko to w okolicach tempa czterech i pół minuty na kilometr. Były jeszcze tzw. kilometrówki, ale jak się łatwo domyślić nieco szybsze, bo w okolicach 4:10/km. Było także biegane po pagórkowatym – bądź to w formie tzw. krosu (lipcowe krosy zasłużyły w sumie na oddzielnego posta), bądź klasycznych podbiegów (góra-dół, góra dół – i tak dziesięć razy). Nie obyło się również bez spokojnych wybiegań (każdy wie, nawet dziecko, że trening biegacza wyłącznie z akcentów składać się nie może – no chyba, że się biega trzy razy w tygodniu na przykład, ale w moim przypadku to już historia), czasem zakończone przebieżkami, określanymi niekiedy jako rytmy. Co ciekawe, po raz pierwszy od dawna pojawiło się w moim planie długie (spokojne) wybieganie (jako długie definiuję takie powyżej dwudziestu kilometrów).
Przy tym wszystkim udało mi się zachować w lipcu regularność, która (nie ukrywam) napawa mnie sporym zadowoleniem. Oczywiście nie obyło się bez pewnych korekt i przesunięć. Nie mogę również napisać, że zrealizowałem wszystkie treningi i w stu procentach zgodnie z założeniami. Ale żadnego treningu nie odpuściłem - jeden musiałem skrócić, z uwagi na przygodę z chyba-na-wpół-zdziczałym-psem, a inny, zaplanowany na ostatni dzień miesiąca, zrealizowałem już w sierpniu. I tylko trening siłowy wciąż jest u mnie przyczyną frustracji. Wprawdzie sześciokrotnie kończyłem bieganie gimnastyką siłową (strasznie mi się nie chciało, dopóki nie wprowadziłem pewnego urozmaicenia), ale powinno tych razów być co najmniej o trzy więcej. Za to ten zasadniczy trening siłowy, na który przeznaczyłem sobie poniedziałki leżał w lipcu całkowitym odłogiem. No niczym w tym filmiku o musze, co nie siada – ciągle coś, normalnie ciągle coś.
Prawie na koniec (na koniec będzie niespodzianka) garść statystyki, bez której przecież podsumowanie miesiąca obyć się nie może. Przede wszystkim należy odnotować, że w lipcu przebiegłem trzysta pięćdziesiąt sześć kilometrów (na pierwszy rzut oka tyle, ile zazwyczaj jest dni w roku, ale tylko pod warunkiem popełnienia czeskiego błędu). Więcej niż w maju i czerwcu razem wziętych. I w ogóle więcej niż w jakimkolwiek innym miesiącu w mojej dotychczasowej karierze biegacza amatora. Jeszcze jeden rekord padł w miesiącu minionym. Otóż pierwszy raz udało mi się w jednym tygodniu przebiec więcej niż dziewięćdziesiąt kilometrów. A uwzględniając pierwszy sierpniowy weekend to już nawet dwukrotnie. I tylko raz (w pierwszym tygodniu) kilometraż nie przekroczył kilometrów osiemdziesięciu. Jak tak na to patrzę, to nie do końca jeszcze wierzę i od samego patrzenia na te cyferki nogi mnie zaczynają boleć. A wszystko wskazuje na to, że w sierpniu lżej nie będzie.
A skoro w poprzednim akapicie się zapowiedziało niespodziankę, oto i niespodzianka. Dwa z lipcowych treningów zrealizowałem w pięknym (s)portowym mieście Szczecinie (w tym zabójczy kros w Lesie Arkońskim). W mieście, w którym co roku odbywa się bieg ulicznym, który już od kilku lat jest bardzo wysoko na mojej biegowej liście życzeń, ale wciąż coś stoi na przeszkodzie by w Szczecińskim Półmaratonie Gryfa pobiec. W tym roku również nie dam rady, ale Wy możecie. Mam bowiem dla Was trzy pakiety startowe ufundowane przez wspierający bieg PKO Bank Polski. Zadanie konkursowe jest następujące: Należy określić jaki procent założeń treningowych (pod kątem kilometrażu) na lipiec udało mi się zrealizować. Dla ułatwienia dodam, że założenia nie obejmują rozgrzewki, którą z kolei zaliczam do statystyk (nie dalej jak dzisiaj szwagierka zapytała się mnie co to kilometr dwieście na endomondo). Odpowiedzi (z dokładnością do dwóch miejsc po przecinku) należy wpisywać przez tydzień od momentu ukazania się posta w komentarzach pod tymże. Wygrywają trzy osoby, które podadzą wynik najbardziej zbliżony do rzeczywistego. Powodzenia!
Po czerwcowym wprowadzeniu w letnio-jesienną cześć sezonu zaczęła się konkretna praca. Z jednej strony przestały dominować spokojne i krótkie zarazem rozbiegania, a zatem nastąpiło znaczące zróżnicowanie akcentów. Z drugiej strony zwiększyła się objętość. I to konkretnie. Cóż zatem biegało się w lipcu? Otóż pojawiły się biegi tempowe. Ciągiem od ośmiu do dwunastu kilometrów lub też krótsze odcinki (dwa do sześciu kilometrów), za to z narastającym tempem i w ramach całkiem długiego biegu. A wszystko to w okolicach tempa czterech i pół minuty na kilometr. Były jeszcze tzw. kilometrówki, ale jak się łatwo domyślić nieco szybsze, bo w okolicach 4:10/km. Było także biegane po pagórkowatym – bądź to w formie tzw. krosu (lipcowe krosy zasłużyły w sumie na oddzielnego posta), bądź klasycznych podbiegów (góra-dół, góra dół – i tak dziesięć razy). Nie obyło się również bez spokojnych wybiegań (każdy wie, nawet dziecko, że trening biegacza wyłącznie z akcentów składać się nie może – no chyba, że się biega trzy razy w tygodniu na przykład, ale w moim przypadku to już historia), czasem zakończone przebieżkami, określanymi niekiedy jako rytmy. Co ciekawe, po raz pierwszy od dawna pojawiło się w moim planie długie (spokojne) wybieganie (jako długie definiuję takie powyżej dwudziestu kilometrów).
Prawie na koniec (na koniec będzie niespodzianka) garść statystyki, bez której przecież podsumowanie miesiąca obyć się nie może. Przede wszystkim należy odnotować, że w lipcu przebiegłem trzysta pięćdziesiąt sześć kilometrów (na pierwszy rzut oka tyle, ile zazwyczaj jest dni w roku, ale tylko pod warunkiem popełnienia czeskiego błędu). Więcej niż w maju i czerwcu razem wziętych. I w ogóle więcej niż w jakimkolwiek innym miesiącu w mojej dotychczasowej karierze biegacza amatora. Jeszcze jeden rekord padł w miesiącu minionym. Otóż pierwszy raz udało mi się w jednym tygodniu przebiec więcej niż dziewięćdziesiąt kilometrów. A uwzględniając pierwszy sierpniowy weekend to już nawet dwukrotnie. I tylko raz (w pierwszym tygodniu) kilometraż nie przekroczył kilometrów osiemdziesięciu. Jak tak na to patrzę, to nie do końca jeszcze wierzę i od samego patrzenia na te cyferki nogi mnie zaczynają boleć. A wszystko wskazuje na to, że w sierpniu lżej nie będzie.
A skoro w poprzednim akapicie się zapowiedziało niespodziankę, oto i niespodzianka. Dwa z lipcowych treningów zrealizowałem w pięknym (s)portowym mieście Szczecinie (w tym zabójczy kros w Lesie Arkońskim). W mieście, w którym co roku odbywa się bieg ulicznym, który już od kilku lat jest bardzo wysoko na mojej biegowej liście życzeń, ale wciąż coś stoi na przeszkodzie by w Szczecińskim Półmaratonie Gryfa pobiec. W tym roku również nie dam rady, ale Wy możecie. Mam bowiem dla Was trzy pakiety startowe ufundowane przez wspierający bieg PKO Bank Polski. Zadanie konkursowe jest następujące: Należy określić jaki procent założeń treningowych (pod kątem kilometrażu) na lipiec udało mi się zrealizować. Dla ułatwienia dodam, że założenia nie obejmują rozgrzewki, którą z kolei zaliczam do statystyk (nie dalej jak dzisiaj szwagierka zapytała się mnie co to kilometr dwieście na endomondo). Odpowiedzi (z dokładnością do dwóch miejsc po przecinku) należy wpisywać przez tydzień od momentu ukazania się posta w komentarzach pod tymże. Wygrywają trzy osoby, które podadzą wynik najbardziej zbliżony do rzeczywistego. Powodzenia!
13 października 2013
Jestem Legendą!
Zanim przejdę do obiecywanego ogłoszenia swojego wyniku w dzisiejszym maratonie - znaczy się w 14 Maratonie Poznańskim im. Macieja Frankiewicza - pozwólcie, że podzielę się pewną anegdotą, która z jednej strony przywołuje szeroki uśmiech na i tak roześmianą dziś niezmiernie moją twarz, z drugiej jednak czule łechta moje męskie ego.
Otóż bezpośrednio z miasteczka maratońskiego udałem się na Poznański Sołacz, gdzie (de facto w niemal bezpośrednim sąsiedztwie trasy maratonu), odbywał się finał Międzynarodowego Tygodnia Rodzicielstwa Bliskości. Czyli w jednym miejscu zebrała się spora grupka rodziców z małymi dziećmi. Pomijając już fakt, że musiałem (acz nie twierdzę, że bez przyjemności) odpowiadać na niekończący się ciąg pytań o sam maraton i mój w nim udział, to w pewnym momencie Moja Lepsza Połowa, przedstawiła mi koleżankę, która nie dalej jak wczoraj prowadziła w ramach MTRB warsztaty fotograficzne, a ta natychmiast oznajmiła mi, iż je własny mąż kilka chwil wcześniej zapytał ją: Słyszałaś, podobno tu jest ktoś, kto dzisiaj ukończył maraton? Jestem legendą...
No dobrze, ale wróćmy do meritum. Jeśli wierzyć wynikom opublikowanym na stronie firmy prowadzącej pomiar czasu (a nie mam najmniejszych podstaw, żeby nie wierzyć), momentu minięcia linii startu przez moją prawą nogę (na niej miałem chipa) do momentu minięcia mety przez prawą nogę i całą resztę mojego ciała minęło dokładnie trzy godziny, dwadzieścia minut i trzydzieści sekund (3:20:30). Jest to wynik, który nie śnił mi się w najśmielszych marzeniach i szczerze mówiąc wciąż nie do końca wierzę. Znamienny jest fakt, iż nikt z typujących nie obstawał wyniku lepszego niż ten, który osiągnąłem w rzeczywistości.
Najbliżej ostatecznego wyniku typowali Zbigniew Tymicki (3:21:46), Emilia (3:22:48), Przemysław Radziwon (3:23:21), Ava (3:23:34) oraz Krystian (3:24:25). Z podanej piątki trzy osoby wypełniły również punkt drugi zasad zabawy, miło mi zatem ogłosić iż pakiety startowe na XXV Bieg Niepodległości w Warszawie otrzymają Zbigniew Tymicki z Warszawy, Ewa Siwoń (Ava) również z Warszawy oraz (tak, tak - ostatecznie mamy jeszcze trzeci pakiet) Krystian Mieszkian z Nowego Dworu Mazowieckiego.
Na samo zakończenie jeszcze tzw. dwa słowa (w rzeczywistości jest ich oczywiście więcej) na temat akcji charytatywnej, jaka będzie prowadzona podczas Biegu Niepodległości:
Zwycięzcom oczywiście gratuluję i do zobaczenia 11.11 w stolicy!
EDIT [23.11.2013]: Uwaga! Z przyczyn niezależnych od Fundacji PKO Banku Polskiego, zaszły pewne zmiany w akcji charytatywnej organizowanej w ramach BN. Dlatego też pozwowliłem sobie zaktualizować znajdujące się powyżej informacje.
Otóż bezpośrednio z miasteczka maratońskiego udałem się na Poznański Sołacz, gdzie (de facto w niemal bezpośrednim sąsiedztwie trasy maratonu), odbywał się finał Międzynarodowego Tygodnia Rodzicielstwa Bliskości. Czyli w jednym miejscu zebrała się spora grupka rodziców z małymi dziećmi. Pomijając już fakt, że musiałem (acz nie twierdzę, że bez przyjemności) odpowiadać na niekończący się ciąg pytań o sam maraton i mój w nim udział, to w pewnym momencie Moja Lepsza Połowa, przedstawiła mi koleżankę, która nie dalej jak wczoraj prowadziła w ramach MTRB warsztaty fotograficzne, a ta natychmiast oznajmiła mi, iż je własny mąż kilka chwil wcześniej zapytał ją: Słyszałaś, podobno tu jest ktoś, kto dzisiaj ukończył maraton? Jestem legendą...
![]() |
| Źródło: filmweb.pl |
Najbliżej ostatecznego wyniku typowali Zbigniew Tymicki (3:21:46), Emilia (3:22:48), Przemysław Radziwon (3:23:21), Ava (3:23:34) oraz Krystian (3:24:25). Z podanej piątki trzy osoby wypełniły również punkt drugi zasad zabawy, miło mi zatem ogłosić iż pakiety startowe na XXV Bieg Niepodległości w Warszawie otrzymają Zbigniew Tymicki z Warszawy, Ewa Siwoń (Ava) również z Warszawy oraz (tak, tak - ostatecznie mamy jeszcze trzeci pakiet) Krystian Mieszkian z Nowego Dworu Mazowieckiego.
Na samo zakończenie jeszcze tzw. dwa słowa (w rzeczywistości jest ich oczywiście więcej) na temat akcji charytatywnej, jaka będzie prowadzona podczas Biegu Niepodległości:
Podczas Biegu Niepodległości, który odbędzie się 11 listopada br. w Warszawie, zapraszamy wszystkich biegaczy do włączenia się w charytatywną akcję biegową, w której możemy pomóc 9-letniej Klementynce. Dziewczynka cierpi na niewydolność serca oraz kardiomiopatię rozstrzeniową. Czeka na przeszczep. Rodzice gromadzą środki na jej operację i leczenie. Jest podopieczną Fundacji „Mam serce” im. Diny Radziwiłłowej w Warszawie.
Zainteresowani biegacze kartki „Biegnę dla Klementynki” będą mogli odbierać w dniu imprezy w namiocie PKO Banku Polskiego, który zlokalizowany będzie przy scenie rozstawionej na skrzyżowaniu al. Jana Pawła II i ul. Stawki. Jeśli do akcji dołączy co najmniej 200 zawodników, to Fundacja PKO Banku Polskiego przekaże na operację 20 tys. złotych.
Zwycięzcom oczywiście gratuluję i do zobaczenia 11.11 w stolicy!
EDIT [23.11.2013]: Uwaga! Z przyczyn niezależnych od Fundacji PKO Banku Polskiego, zaszły pewne zmiany w akcji charytatywnej organizowanej w ramach BN. Dlatego też pozwowliłem sobie zaktualizować znajdujące się powyżej informacje.
3 października 2013
Plan Dziesięciodniowy
Zależało mi na tym, aby ten post ukazał się na dziesięć dni przed Maratonem Poznańskim. Nie do końca się to udało, ale na szczęście na blogu można czasem cofnąć wskazówki zegara (tylko cicho sza, nikomu ani słowa). A sprawa jest taka, że można coś wygrać. Wraz z PKO Bankiem Polskim, sponsorem Maratonu Poznańskiego oraz organizatorem Korony Maratonów oraz akcji Biegajmy Razem, chciałbym zaprosić Was do konkursu, w którym wygrać można dwa pakiety startowe na Bieg Niepodległości, ufundowane przez wyżej wymienioną instytucję. Wspomniany bieg odbędzie się 11 listopada w mieście stołecznym Warszawa.
Co trzeba zrobić? Trzeba wytypować mój wynik w 14 Maratonie Poznańskim.
Garść zasad:
1. Typować można wpisując w komentarzach do niniejszego posta wynik w formacie g:mm:ss. Można dodać coś od siebie, ale wynik musi się znaleźć.
2. Jednocześnie na adres mailowy bartlomiej[at]monczynski.pl należy przesłać dane niezbędnie do rejestracji w Biegu Niepodległości - tj. imię i nazwisko, datę urodzenia, adres zamieszkania, województwo, numer telefonu, adres e-mail, rozmiar koszulki - oraz nicka pod jakim był wpisany komentarz na blogu.
Tutaj dwie uwagi. Po pierwsze: dane te przekażę dalej tylko w przypadku osób, które zostaną zwycięzcami konkursu (dane pozostałych osób po prostu usunę ze swojej skrzynki e-mail). Po drugie: Zgłoszenie swojego udziału w konkursie jest równoznaczne ze zgodą na przetwarzanie powyższych danych na cele rejestracji w Biegu Niepodległości (z zastrzeżeniem tego, co po pierwsze) oraz zgody na opublikowanie imienia, nazwiska oraz miasta zamieszkania na liście zwycięzców. I jeszcze po trzecie - osoby, które wiedzą, że nie będą mogły wykorzystać nagrody, a chcą wziąć udział w konkursie na zasadzie zabawy, proszone są o nie wypełnienia punktu nr 2.
3. Typować można do niedzieli 13 października, do momentu startu Maratonu Poznańskiego (czyli do ok. godziny 9:00).
4. Zwycięzcą zostanie osoba, która wytypuje wynik dokładnie oraz druga osoba, która będzie najbliżej celu. Jeśli nikt nie wytypuje co do sekundy (co jest wysoce prawdopodobne, nie oszukujmy się) zwycięzcą zostaną dwie osoby, które wytypowały najbliżej - jedna, która przeszacowała oraz jedna, która niedoszacowała. W przypadku, gdy dwie lub więcej osób wytypuje taki sam wynik, decyduje kolejność zgłoszeń.
5. Wynikiem, który należy typować jest czas netto.
6. Wyniki konkursu (oraz mój w maratonie) zostaną ogłoszone w niedzielę, 13 października w godzinach wieczornych.
7. Jeśli o czymś zapomniałem, to dopiszę potem (lub nie) a ewentualne sprawy spore rozpatrzę osobiście, radząc się uprzednio swej Lepszej Połowy.
Miłej zabawy!
Na zakończenie dodam, że zarówno podczas Maratonu Poznańskiego, jak i Biegu Niepodległości Fundacja PKO Banku Polskiego prowadzić będzie akcje charytatywne na rzecz osób potrzebujących. Zachęcam do udziału jeszcze goręcej niż do udziału w konkursie!
Co trzeba zrobić? Trzeba wytypować mój wynik w 14 Maratonie Poznańskim.
Garść zasad:
1. Typować można wpisując w komentarzach do niniejszego posta wynik w formacie g:mm:ss. Można dodać coś od siebie, ale wynik musi się znaleźć.
2. Jednocześnie na adres mailowy bartlomiej[at]monczynski.pl należy przesłać dane niezbędnie do rejestracji w Biegu Niepodległości - tj. imię i nazwisko, datę urodzenia, adres zamieszkania, województwo, numer telefonu, adres e-mail, rozmiar koszulki - oraz nicka pod jakim był wpisany komentarz na blogu.
Tutaj dwie uwagi. Po pierwsze: dane te przekażę dalej tylko w przypadku osób, które zostaną zwycięzcami konkursu (dane pozostałych osób po prostu usunę ze swojej skrzynki e-mail). Po drugie: Zgłoszenie swojego udziału w konkursie jest równoznaczne ze zgodą na przetwarzanie powyższych danych na cele rejestracji w Biegu Niepodległości (z zastrzeżeniem tego, co po pierwsze) oraz zgody na opublikowanie imienia, nazwiska oraz miasta zamieszkania na liście zwycięzców. I jeszcze po trzecie - osoby, które wiedzą, że nie będą mogły wykorzystać nagrody, a chcą wziąć udział w konkursie na zasadzie zabawy, proszone są o nie wypełnienia punktu nr 2.
3. Typować można do niedzieli 13 października, do momentu startu Maratonu Poznańskiego (czyli do ok. godziny 9:00).
4. Zwycięzcą zostanie osoba, która wytypuje wynik dokładnie oraz druga osoba, która będzie najbliżej celu. Jeśli nikt nie wytypuje co do sekundy (co jest wysoce prawdopodobne, nie oszukujmy się) zwycięzcą zostaną dwie osoby, które wytypowały najbliżej - jedna, która przeszacowała oraz jedna, która niedoszacowała. W przypadku, gdy dwie lub więcej osób wytypuje taki sam wynik, decyduje kolejność zgłoszeń.
5. Wynikiem, który należy typować jest czas netto.
6. Wyniki konkursu (oraz mój w maratonie) zostaną ogłoszone w niedzielę, 13 października w godzinach wieczornych.
7. Jeśli o czymś zapomniałem, to dopiszę potem (lub nie) a ewentualne sprawy spore rozpatrzę osobiście, radząc się uprzednio swej Lepszej Połowy.
Miłej zabawy!
Na zakończenie dodam, że zarówno podczas Maratonu Poznańskiego, jak i Biegu Niepodległości Fundacja PKO Banku Polskiego prowadzić będzie akcje charytatywne na rzecz osób potrzebujących. Zachęcam do udziału jeszcze goręcej niż do udziału w konkursie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






