Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zdrowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zdrowie. Pokaż wszystkie posty

31 sierpnia 2016

O tym, że zawsze trzeba widzieć jasną stronę życia, uwag kilka

Pozytywnego coś, pozytywnego coś
Tak bardzo chciałbym dać dziś...
Sobie. Od kilku już tygodni zbieram się. Zbieram się by napisać posta, który rozpoczynać mógłby się od słów pozytywnego, tudzież optymistycznego. A tu ciągle coś.
Jutro kończą się wakacje. Wakacje, których biegowo na pewno nie będę wspominał dobrze.

Druga połowa czerwca jeszcze jako tako (jak to mówią). Wprawdzie wciąż goniłem własny ogon, wciąż nadrabiałem zaległości i wciąż przekładałem trening za treningiem.
Źródło: endomondo.com
Ale gdzieś na początku lipca zaczęło to wreszcie wyglądać dobrze. Powiem więcej, wręcz zaczęło się rozkręcać. I choć siedemnastego na Nocnej Maniackiej Piątce nie nakręciłem wyniku który by mnie satysfakcjonował, zacząłem wreszcie czuć się dobrze ze swoim bieganiem.
Źródło: endomondo.com
A potem przyszedł tydzień, który chciałbym zapomnieć jak najszybciej. Wiele się działo rzeczy niefajnych. Dość powiedzieć, że na sam koniec odszedł mój Dziadek (Dziadziuś - tak się przecież do niego, dzieckiem będąc, ale i też już nie będąc, zwracałem).
Po pogrzebie dziadka wyjechaliśmy z Poznania, a ja znowu zacząłem szukać radości życia. W bieganiu między innymi. Dość powiedzieć, że pięć z siedemnastu biegowych dni lipca, to pięć ostatnich dni tegoż miesiąca.
Źródło: endomondo.com
Sierpień też zaczął się niczego sobie. Zmieniliśmy tzw. miejscówkę, ale wciąż poza Poznaniem. A ja połykałem z coraz większą satysfakcją kolejne kilometry. Ale potem do Poznania powróciliśmy. Niby nic w tym złego - Poznań pięknym miejscem jest - ale wkrótce po naszym powrocie do stolicy Pyrlandii odwiedził nas gość. Tak zwana jelitówka. Najpierw dzieci, potem MBŻ, a na końcu ja. Czyli opieka nad domownikami plus chorowanie plus dochodzenie do siebie w ogólnym rozrachunku daje kolejne dwanaście dni bez biegania z rzędu.
I wtedy coś we mnie pękło. Napisałem do Trenejro, że muszę po prostu na jakiś czas przestać się spinać. Trochę poluzować - naciągnąć sprężynę. I że nie będę zmieniał planów startowych, niemniej chcę, również na zawodach, pobiegać na tzw. luzie. I jeszcze, że chciałbym też na jakiś czas zredukować ilość treningów w tygodniu do czterech. I że myślę, że to pozwoli mi trochę przewietrzyć głowę (przede wszystkim głowę).
Źródło: endomondo.com
Tak sobie myślę, że jak trochę odpuszczę, to odnajdę raz jeszcze radość biegania. A potem znów będzie mi się chciało dążyć do lepszego siebie. I owszem, złamię tę trójkę. I kiedyś, parafrazując pewien dowcip o Jasiu, który wraca do domu z niezbyt satysfakcjonującą cenzurką, jeszcze będziemy się śmiali patrząc na żniwo tegorocznych wakacji.
Źródło: endomondo.com
A tak w ogóle to najlepszego z okazji Dnia Bloga (3108 Day)!

8 maja 2016

O sytuacji, gdy Endomondo za mną teskni, uwag kilka

W kwietniu wydarzyły się dwie rzeczy, które nigdy wcześniej nie miały miejsca. DNF na maratonie oraz to, że przez cały miesiąc nie opublikowałem nawet jednego posta na blogu. Na szczęście ten miesiąc właśnie się skończył. Taki samomotywujący wpis na lajkpejdża ułożyłem sobie w głowie układając się do snu ostatniego dnia kwietnia. Chciałem go przelać na klawiaturę następnego dnia rano. Nie zdążyłem. Nad ranem dnia następnego obudził mnie paskudny ból pleców. Kolejne kilka dni spędziłem w łóżku w towarzystwie silnych leków przeciwbólowych. w tym czasie dostałem mejla, w którego tytule wyczytać można Bartek Monczyński, brakuje nam Ciebie. Mejl przyszedł z adresu service@endomondo.com.
Ten specyficzny uśmiech nie gościł na ojej twarzy zbyt często przez ostatnich kilka tygodni (meta 9 Półmaratonu Poznańskiego - źródło: Sandra Afek Photography)

Spróbujmy (liczba mnoga wydaję się tu być naturalna, choć oczywiście to ja spróbuję) podsumować co się wydarzyło przez ostatnie 59 dni (tak tak, pięćdziesiąt dziewięć - słownie - dni). Wszystko zaczęło się w piątek jedenastego marca. Wieczorem wybrałem się na (zległy nomen omen, bo pierwotnie zaplanowany na środę) trening. Miał być drugi zakres łamany z trzecim. Czyli ciężki trening. Ale nie było ciężko - było nie do zniesienia. Okazało się, że objawy przeziębienia, które objawiły się po raz pierwszy o poranku dnia poprzedniego, a które początkowo zbagatelizowałem, okazały się nie jaskółką zapowiadającą wiosnę (której już podówczas wyczekiwaliśmy), ale początkiem okresu, który będę chciał jak najszybciej zapomnieć (najlepiej zaraz, jak skończę pisać niniejszego posta). Najpierw ten niedokończony trening. Kilka dni później praktycznie straciłem głos. A przecież w sobotę miała być Maniacka - jedyny bieg, w którym startowałem regularnie co roku od siedmiu już lat. Niestety nie wydobrzałem. Gorzej, mijały kolejne dni, a nawet tygodnie, a mnie wciąż się nie poprawiało. Aż wreszcie - na tydzień przed planowanym maratonem - sięgnąłem po broń dużego kalibru. Antybiotyk. Pomógł. Ale nie zbyt wielka była to pociecha.

Do Holandii jednak z MBŻ polecieliśmy. Spędziliśmy tam kilka naprawdę miłych dni i mimo wszystko przed południem dnia 10 kwietnia na starcie Marathon Rotterdam stanąłem. Do dziś nie wiem, czy to była dobra decyzja. Na pewno dobrym nie mogę nazwać tego co się stało. Pierwsze w życiu DNF (ang. did not finish).

Było minęło, pomyślałem po powrocie. Za miesiąc jest Wings for Life - tam się odkuję. Po drodze był jeszcze Półmaraton Poznański, na którym, jak pozwoliłem sobie zażartować, miałem dokończyć maraton sprzed tygodnia. Nie chciałem biec całego (wierzcie mi, to nie byłby dobry pomysł), postanowiłem więc pozającować szwagierce (MBŻ nie chciała nawet o tym słyszeć), biegnąć z nią od szóstego kilometra. Szwagierce złamać dwóch godzin (taki był plan maksimum) nie udało, choć było blisko. Dla mnie był to miły, niezbyt wyczerpujący bieg. Tylko pozornie - po południu czułem się jakbym nie dokończył, a przebiegł z półtora maratonu.

To (już w nieco innej formie, ale jednak) wyczerpanie towarzyszyło mi przez kolejne dni. Aż napisałem byłem wiadomość do Trenejro, że przez najbliższe dwa tygodnie nie widzę się w innych treningach niż spokojne biegi. Wiedziałem już, że ósmego maja (czyli dzisiaj) już nie powalczę. Liczyłem tylko na dobrą zabawę. Aż do poranka 1 maja (a propos, miałem w podstawówce koleżankę, która miała na imię Maja - wszyscy chłopaki w klasie się w niej durzyli). A dziś wejście na twarzaka sprawiało mi niemal fizyczny ból - wszyscy tylko Wings for Life i Wings for Life...

Jutro, po tygodniu el-cztery, wracam do pracy. Wciąż jestem osłabiony (po lekach), więc do biegania zapewne wrócę dopiero pod koniec tygodnia. Forma jest taka, że w sumie zaczynam z dosyć niskiego poziomu. Ale plan jest ambitny, a ja nie mam zamiaru odpuszczać. Nie wiem czy krew i łzy, ale pot będzie na pewno. Dużo potu.

31 marca 2016

O tym, że czasem trzeba odpuścić, kolejnych uwag kilka

Bartek, nie chcę Ci psuć planów maratońskich, ale chyba rodzę. W te słowy odezwała się do mnie nie biegająca jeszcze MBŻ o piątej nad ranem, trzydziestego marca roku dwa tysiące dwunastego. Właśnie tego dnia przyszła na świat Córka Młodsza i w ciągu kilkunastu najbliższych godzin moje plany maratońskie (i startowe w ogóle) uległy gruntownej zmianie. Dziś, cztery lata później, historia w pewnym sensie się powtarza. Plany ulegają zmianie.
Lata lecą, a historia się powtarza. Ale za to zostałem nadwornym specjalistą od tortu naleśnikowego. O!
Nie, nie zostałem po raz trzeci tatą. Nawet się tego nie spodziewam. Powód jest o wiele bardziej błahy, za to, w odróżnieniu od Córki Młodszej (chociaż ona też potrafi zaleźć za skórę), niezmiernie irytujący. Infekcja gardła.
Niby nic wielkiego. Żadnej temperatury, czy łamania w kościach. Ot, chrypka, kaszel i trochę bólu. A jednak właśnie mija trzeci tydzień, jak nie jestem w stanie biegać (niby takie nic, a ciągnie się, jak przysłowiowa guma w gaciach). Tymczasem do maratonu w Rotterdamie pozostało dziesięć dni. Jest już bardziej niż jasne, że ani nie będzie łamania trójki, ani tym bardziej poprawiania wyniku Krasusa. Szczerze mówiąc nie wiem czy w ogóle pobiegnę. MBŻ uważa, że powinienem pobiec, chociażby przeczłapać. I tak sobie myślę, że to nie jest może i najgorszy pomysł. Niemniej mam pewne wątpliwości. I co Wy byście zrobili na moim miejscu?

To oczywiście nie koniec zmian. Skoro maraton nie wypali, ktoś (a właściwie coś) musi wziąć na siebie ciężar głównego startu wiosny. Jak się łatwo (a może wcale nie) domyślić, będzie to Wings for Life. Może przez ten miesiąc z wąsem, jaki został do ósmego maja (nomen omen, dzień zwycięstwa), coś się da zrobić z moją formą i może nawet uda się zostać ultrasem (takim przez małe u, ale zawsze). Po drodze są jeszcze Półmaraton Poznański (który, wbrew wcześniejszym założeniom, może i będzie sens pokonać w całości) i Bieg Kosynierów (dycha), ale też do końca nie wiadomo, co z nich wyniknie.

Niemniej zmiany planów sięgają nieco dalej. Pierwotnie drugi w tym roku maraton planowałem na sierpień. Bez parcia na życiówkę. Ale przecież wiedząc, że właśnie przepadła druga szansa na połamanie tej ukochanej i znienawidzonej zarazem trójki, nie mogę nie mieć parcia na wspomnianą życiówkę. Wniosek - jeszcze się znajdzie okazja na start w Maratonie Solidarności (XXV edycja będzie jak znalazł). W tym roku chcę jednak jeszcze o coś zawalczyć.

I tutaj mały chichot historii. Gdy cztery lata temu pojawiła się Córka Młodsza, zrezygnowałem ze startu w maratonie, który podówczas odbywał się wiosną. Od kilku lat natomiast startuje jesienią (pod koniec października). A to, że gdy dziś wszedłem na jego stronę, okazało się, iż właśnie mija ostatni dzień obowiązywania najniższej opłaty startowej, można by wręcz uznać za znak (Palec Boży, jak kto woli). Także klamka zapadła, słowo się rzekło, kobyłka u płotu i w ogóle, i właśnie. 23 października roku bieżącego zamierzam przebiec kolejny maraton. Toruński Maraton.

6 czerwca 2015

O spadaniu z wysokiego konia uwag kilka

Będzie to prawdopodobnie, a nawet na pewno, jeden z najkrótszych postów na tym blogu. Bowiem to, co się wokół biegania działo ze mną w maju można by zawrzeć w jednym zdaniu: Fantastyczne kiepskiego początki, czyli upadek z wysoka niemal na sam dół. Niemniej postaram się rozwinąć choć trochę.
Źródło: endomondo.com
Pierwsze dziesięć dni maja to jedynie szlify (a jakby się uprzeć to nawet można by napisać, że jeden szlif, bo jeden był trening tzw jakościowy, tzw. dwusetki - pozostałe to wolne wybiegania, czasem z przebieżkami) przed startem w Swarzędzu, gdzie to udało mi się pokonać kolejną barierę. To jest to fantastyczne. Niestety, łamiąc tą barierę byłem już pokasłujący.

Kolejne dwa tygodnie, czyli długie czternaście (a w zasadzie to nawet piętnaście) dni,  to już kaszel na całego, zero biegania i ciągłe pocieszanie samego siebie, że za dwa, góra trzy dni, będzie już dobrze.

I wreszcie ostatni (niecały zresztą) tydzień to nieśmiały powrót na biegowe ścieżki, mimo wciąż nie dającego mi spokoju kaszlu. Forma żadna. Trzy wyjścia, z czego najdłuższe poniżej dwunastu kilometrów. A czułem się po tych dwunastu kilometrach jak po swoim pierwszym półmaratonie. Czyli się nie czułem.
Źródło: endomondo.com
Taki był maj. Dość dodać, że łącznie przebiegłem niecałe dziewięćdziesiąt cztery kilometry. Dziewięćdziesiąt cztery kilometry w tygodniu to ja zrozumiem, ale w miesiącu? Także spuszczam zasłonę milczenia i optymistycznie myślę o czerwcu. Ten rokuje jeszcze jakieś nadzieje...

28 maja 2015

O rozbieganiu mimo woli uwag kilka

To nie tak, nie tak, nie tak dziewczyno, nie tak nam miało być! - jak śpiewali niegdyś artyści Komicznego Odcinka Cyklicznego. Znaczy się miało być tak, że po dyszce w Swarzędzu podszlifuję jeszcze formę i w czerwcu zadebiutuję w Mistrzostwach Polski Weteranów (bo mogę) w Półmaratonie. A tu (nagle czyli wtem) kaszel i ból gardła. Stare biegowe porzekadło mówi, że jeśli w odpowiednim momencie nie zrobisz sobie przerwy, organizm sam ją sobie zrobi. Mój najwyraźniej uznał, iż po całkiem udanej pierwszej części sezonu należy mu się odpoczynek.
#wolneręce są. #koszulkamocy jest. I tylko mocy brak...
Infekcja przyszła do mnie już w sobotę przed startem w Swarzędzu. Ale jak już się napisało, pobiegłem mimo to. Jaki wpływ miał ów start na dalszy infekcji przebieg nie wiem i gdybać nie będę. Raz, że (nomen omen) było by to jedynie gdybanie. A dwa, zbyt jestem zadowolony w mojej nowej trójki z przodu (dla kogoś, kto słucha Trzeciego Programu Polskiego radia od czasów, gdy na pierwszym miejscu Listy Przebojów była Bogurodzica, jest to wartość podwójna). Niemniej łudziłem się jeszcze przez dzień czy dwa, że bez przerwy w bieganiu się obędzie. We wtorek jednak odpuściłem, zakładając, że tydzień treningowy rozpocznę w środę (wmawiałem sobie, że dodatkowy dzień regeneracji po starcie dobrze mi zrobi). W środę również zostałem w domu. W czwartek zaś było apogeum - ledwo mówiłem i co trzy minuty wypluwałem płuca. Wtedy już wiedziałem, że tydzień jest stracony. Na domiar złego, niezwykle intensywny w pozabiegowej sferze życia grafik  wydarzeń (z weekendem włącznie) sprawił nie sprzyjał regeneracji, która przecież zdecydowania pomaga w zwalczaniu infekcji wszelkiej maści i typu. Tymczasem minął cały tydzień bez biegania. A kaszel nie. I tak powtarzałem sobie, że za dwa trzy dni na pewno będę już zdrów i pójdę biegać. I tak minęło kolejnych dni siedem. Bez biegania oczywiście. I wówczas pochylił się na de mną lekarz w osobie Mojej Ulubionej Szwagierki (w skrócie MUS), uświadamiając mi, że to, co wciąż mnie męczy (mimo, że męczy mocno), to tzw. kaszel poinfekcyjny, który może trwać nawet jeszcze kilka tygodni. I, jak to ładnie MUS ujęła, szkoda, żebyś się męczył nie biegając. Zatem po szybkiej korespondencyjnej konsultacji z Trenejro się postanowiło, że (mimo kaszlu) od kolejnego tygodnia (bieżącego czyli) wracamy do świata żywych, czyli na biegowe ścieżki. Tak oto zakończyłem zupełnie nieplanowane wiosenne rozbieganie.

A skoro rozbieganie zakończone, czas zdradzić plany na lato i jesień. Zwłaszcza na jesień. Kalendarz startów w szwach zasadniczo nie pęka. Powiedziałbym, że jest w nim niezbędne minimum, czyli trzy starty (start główny, czyli maraton, oraz dwa starty kontrolne, czyli dycha i połówka). Ale nie powiem, bo są cztery. Ale ten czwarty bez (że tak użyję biegowego slangu) spiny, czyli rekreacyjnie, łamane na treningowo, łamane na towarzysko. najmniej fajna (właściwie to zupełnie niefajna) wiadomość jest jednak taka, że zupełnie rezygnuję ze startu w Murowanej Goślinie. Nie jestem nawet pewien czy do tej pory pozbędę się zupełnie tego (tu proszę sobie wpisać odpowiednie epitety) kaszlu. Nic to - w mistrzostwach weteranów zadebiutuję za rok.

Moje plany startowe od dziś do października przedstawiają się następująco:
28 czerwca: III Bieg Piotr i Paweł - to właśnie ten bieg rekreacyjno-treningowo-towarzyski. Oprócz mnie pobiegnie MONBŻ, MUS, Biegające Małżeństwo Polsko-Holenderskie i pewnie jeszcze cała wuchta Krewnych i Znajomych Królika. Jak to treningowo i rekreacyjnie będzie wyglądać jeszcze nie wiadomo. Się zobaczy.
23 sierpnia: III Międzychodzka Dziesiątka z Pompą - na ten bieg byłem już zapisany w zeszłym roku. Przesunięcia w planach urlopowych spowodowały, że wówczas pobiegłem w Nowym Tomyślu. W tym roku zamierzam w prezencie imieninowym (których zasadniczo nie obchodzę, ale co mi tam) sprawić sobie nową, jeszcze fajniejszą życiówkę.
13 września: IV Półmaraton Zielonogórski - pierwotnie planowałem wszystkie biegi tej jesieni pobiec w Wielkopolsce. Ale do Zielonej jest zasadniczo bliżej, niż do kilku miejsc w moim województwie (dajmy na to do Piły), a że to miasto biegowo kojarzy mi się bardzo dobrze - tam przecież jest mój Ulubiony Sklep Biegowy - zamiast zrobić powtórkę sprzed dwóch lat w Zbąszyniu (który tak dobrze wspominam), postanowiłem pojechać kawałek dalej, czyli do stolicy Lubuskiego właśnie.
11 października - wiadomo - Maraton Poznański. Mój trzeci (trzeci poznański), a szesnasty w ogóle.

Czy cos jeszcze dojdzie do tej listy? Nie mówię nie. Może jakaś szybka piątka wiosną albo latem. Może jakiś Bieg Niepodległości. Może jakaś dodatkowa połówka na zamknięcie sezonu. Jak to mawiał mój przyjaciel z lat licealnych, czas pokaże.

Na zakończenia Ogłoszenia Bynajmniej Nie Parafialne.
Pierwsze: Powoli zbliżamy się do finału naszej akcji, co ma #wolneręce (kliku-klik). Walczymy już nie o tysiąc, nie o dwa, ani nawet o trzy (tyle, nawet z górką - wcale nie świńską - już mamy) ale o okrągłe 4219,50 zł (te pięćdziesiąt groszy niestety niewidoczne - system nie przyjmuje drobnych). Damy radę?
Drugie: W niedzielę ma finał inna akcja bliska sercom (nie tylko) blogaczy. Doroczny finał w postaci III Piątki Dla Bartka i II Wirtualna Piatka Dla Bartka. Tu też można pomóc i to pomóc chłopcu o najładniejszym imieniu na świecie (bo jest najładniejsze, prawda?). Także tego - damy radę!?

9 stycznia 2015

O dialogu z organizmem uwag kilka

I co ja mam o tym grudniu, znaczy się ostatnim miesiącu minionego już roku, napisać? Może, że choroba nie wybiera? Choroba owszem, nie wybiera, ale z kontuzją to już nie do końca tak jest. Przeczytałem gdzieś ostatnio, że każda kontuzja to żółtą kartka od organizmu, kara za coś co robimy źle. A zatem w grudniu organizm pokazał mi żółtą kartkę i dlatego miesiąc ten wygląda(ł) tak jak na załączonym obrazku.
Źródło: endoondo.com
Pierwsza wyrwa w kalendarzu to jeszcze nie moja wina. To znaczy nie do końca. No może moich cech osobniczych. Drugi raz mi się to w życiu przytrafiło, że spędziłem tydzień w łóżku z powodu bólu pleców. Nic przyjemnego i nikomu tego nie życzę. Ten tydzień miał tylko jeden plus. Obejrzałem wszystkie sześć (w chronologicznej kolejności wydarzeń) części Gwiezdnych Wojen.
Nieco obolały po chorobie (skutkiem zapewne długotrwałego napięcia mięśni - czułem się, jakby miał za sobą przeprowadzkę z wnoszeniem mebli na siódme piętro), zacząłem rozkręcać się na nowo. Asekuracyjnie, aby ulżyć nieco plecom, umówiłem się na masaż, a tymczasem odezwało się kolano. I stąd kolejna przerwa w treningach, a planowany masaż pleców zamienił się w masaż nóg i pleców, a oprócz tego odwiedziłem jeszcze lekarza specjalistę (od nóg oczywiście). W tzw. międzyczasie zamiast na bieganiu skupiłem się na ćwiczeniach poprawiających stabilizację.
Nieśmiały powrót do żwawszego przebierania nogami nastąpił w charakterze... zawodów. Już wcześniej byłem zapisany na bieg City Trail i ustaliliśmy z Trenejro, że mogę pobiec ale na luzie. Wyszło i nie wyszło, bo z jednej strony nabiegałem wynik na poziomie życiówki... z przed czterech, pięciu lat (0:22:37 netto). Ale jak post factum spojrzałem na wykres tętna, to nie sposób było stwierdzić, że się na tym biegu obijałem. Dalej było już tylko lepiej. Wprawdzie tzw. atmosfera przed-świąteczna nie sprzyjała uprawianiu sportów (remont w domu to dopiero nie sprzyja, ale to już styczniowa historia), ale szło i idzie ku lepszemu. Warto wspomnieć, że jeszcze przed świętami wylądowałem na kolejnym stole - tym razem fizjoterapeuty, który zajął się moją nogą i okolicami. A tuż po świętach wziąłem udział w pewnym biegu patriotyczno-towarzyskim, ale to już opowieść na oddzielnego posta.

Summa summarum przez cały miesiąc nie udało mi się nabiegać nawet stu kilometrów. Z drugiej strony, od trzech miesięcy utrzymuję się na niemal stałym poziomie (tylko to chyba nie powód do radości, niestety).
Źródło: endoondo.com
Inna kwestia jest taka, iż z racji na to, że na przemian pauzowałem i rozkręcałem się na nowo po pauzie, moje grudniowe treningi nie grzeszyły różnorodnością. Królowała ogólna wytrzymałość biegowa w pierwszym zakresie. Pewnym urozmaiceniem były wspomniana piątka nad Rusałką oraz patriotyczne wycieczka biegowa. I jeszcze dwa treningi, na których pojawiły się przebieżki. Warto przy okazji wspomnieć, że podejście do treningu z przebieżkami również nieco ostatnio zmieniłem. Kiedyś robiłem je z biegu - dosłownie i w przenośni. Czyli gdy tylko Gremlin oznajmił mi, że właśnie przebiegłem zaplanowany dystans OWB1, ruszałem z kopyta do pierwszego z rytmów. Teraz (za radą mądrzejszych ode nie) poprzedzam to szybsze przebieranie nogami gimnastyką rozciągającą.
Swego rodzaju ciekawostkę stanowi dla mnie to, że na wykresie tętna z powyżej opisanego treningu dokładnie można wyczytać kiedy rozciągałem się w truchcie, a kiedy w miejscu.


W zasadzie to rok 2014 żegnam tak samo jak witałem - dziurawym miesiącem. Optymistycznie zakładam, że w nowym roku miesięcy niczym ser szwajcarski już nie będzie. Czego sobie i Wam życzę!

18 grudnia 2014

O dużym słowie na "ty" uwag kilka

Od kilku już dni nosiłem się z zamiarem upublicznienia swoich ambitnych (a jakże) planów biegowych na zbliżający się wielkimi krokami rok dwa tysiące piętnasty. Tylko jak tu planować, gdy ciągle coś sprawia, że biegać nie za bardzo mogę. A to plecy, a to kolano – g**no, jak mawiają prości ludzie! I dziś mnie olśniło. Tym bardziej muszę planować! Tym bardziej muszę myśleć o swoich celach! Bo czymże innym, jak nie zmaganiem się ze swoimi słabościami (w tym również kontuzjami) jest proces przygotowywania się do kolejnych startów i kolejnych wyzwań?
Źródło: demotywatory.pl
Czas zatem upublicznić soje cele, czyli marzenia z terminem realizacji. Cel główny jest dosyć ambitny oraz (że tak to ujmę) przełomowy. Sam długo nie byłem pewien czy to już czas by realnie o nim myśleć. W pewnym sensie przekonał mnie powyższy obrazek. Ale i tak zdradzę go na sam koniec niniejszego tekstu (choć i tak wiem, że część osób czytająca te słowa się domyśli, a inni już podejrzeli). Na mojej ścieżce do niego są również cele pośrednie oraz środki realizacji. A one przedstawiają się jak poniżej.

Zacznę od kalendarza startów, choć tak naprawdę wiele w nim znaków zapytania. Niemal pewne są starty w dwóch maratonach (czyli biegach o priorytecie A) – Orlen Warsaw Marathon na wiosnę oraz Maraton Poznański jesienią. Tak tak, po raz trzeci (wcześniej był rok ubiegły oraz dwa tysiące jedenasty) pobiegnę u siebie na fyrtlu. I chyba tak już zostanie, że jesienią lat nieparzystych będę maratonił w swoim mieście. Roił mi się jakiś czas temu taki pomysł, by oba maratony A.D. 2015 pobiec w stolicy, ale ostatecznie zawitam do Warszawy tylko w kwietniu (ale spokojnie – swoje porachunki z Maratonem Warszawskim jeszcze wyrównam).
Przed obu maratonami mam oczywiście w planach starty kontrolne, zwane również startami o priorytecie B. Tu jest, jak na razie, jeden pewniak – Maniacka Dziesiątka (w końcu jedyny bieg, w którym startuję regularnie, co roku). Wciąż waham się gdzie pobiec połówki. Wiosenną chciałbym pobiec jeszcze w marcu. W grę wchodzą Ostrów Wielkopolski (niestety, wciąż nieznana jest data kolejnej edycji), Pabianice oraz (ewentualnie) Warszawa. Jesienią biorę pod uwagę Zbąszyń i Piłę. A może, z racji tego, że na maraton zostaję w domu, wybiorę się gdzieś dalej? Jakieś propozycje? Co do jesiennej dychy, również pomysłów jeszcze brak. Wyjdzie w tzw. praniu.
Jeśli, ktoś zastanawia się, czemu nie startuję w poznańskiej połówce, śpieszę z odpowiedzią. Po pierwsze termin jest trochę późny (tak przynajmniej twierdzi – łamane na: rekomenduje - Trenejro). Po drugie, owszem startuję, ale (w związku z po pierwsze) nie w trupa. Podobno nie ma czegoś takiego jak start treningowy, a jednak taki to właśnie ma być dla mnie ten Półmaraton Poznański. Będą również inne starty o priorytecie C, ale o tych to jak na razie nie wiadomo prawie nic. Pewnie jakiś Parkrun, jakiś City Trail może. Jakaś sztafeta również by się przydała. Ale, jak to mawiał mój przyjaciel z czasów licealnych, czas pokaże.
Zapomniałbym! Jest jeszcze jeden pewniak - Półmaraton Weteranów w Murowanej Goślinie. Bo mogę!

Założenia treningowe i okołotreningowe są następujące.
Po pierwsze: objętość. Będę zmierzał do tego, by biegać pięć razy w tygodniu.
Po drugie: siła. Co najmniej raz w tygodniu (wyłączając okres bezpośrednio poprzedzający start w biegu o priorytecie A) siłowy trening obwodowy i co najmniej dwa razy w tygodniu gimnastyka siłowa.
Po trzecie: masa. Masa ciała oczywiście (wszyscy wiemy, że im mniej należy donieść na własnych nogach do mety, tym szybciej nam się to uda). Jeszcze przed wiosennym maratonem chcę zredukować zawartość tkanki tłuszczowej poniżej poziomu 12,5%. A potem dalej iść tą drogą. Jak zamierzam to zrobić? Otóż racjonalną dietą. Przede wszystkim zamierzam drastycznie ograniczyć spożycie słodyczy i alkoholu. To pierwsze nie częściej niż raz w tygodniu i najlepiej domowe. To drugie naprawdę od święta.
Niemniej na sam początek (zamykając temat działań okołotreningowych) muszę zająć się kolanem.

Powoli przechodzimy do konkretów najkonkretniejszych w swej konkretności (sic!). Czasów, w jakie będę celował. Wiosną chciałbym zejść poniżej czterdziestu minut na dychę i godziny trzydzieści w połówce. Jesienią planuję urwać kolejne półtorej minuty na 10K, natomiast dystans 21,095 km pokonać w godzinę i minut dwadzieścia pięć lub szybciej. A jeśli chodzi o to, co najważniejsze, w Warszawie chciałbym zrobić co najmniej to, czego nie udało mi się dokonać w Katowicach. Zejść poniżej trzy dziesięć. Zaś jesienią, już po przekroczeniu linii mety na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich, chcę zobaczyć taki obrazek (tadam!):
Ja naprawdę ogłosiłem to publicznie?

5 grudnia 2014

O przekątnej pleców uwag kilka

To był mój błąd - podczas pływania naciągnąłem sobie najwyraźniej nie wykurowany mięsień (lub mięśnie) i weekend trzeba było spisać na starty, towarzyszył mi bowiem silny ból pleców. Tak silny, że mój powrót do biegania po weekendzie stanął pod sporym znakiem zapytania. Ale to już temat na innego posta.
Tak zakończył się mój post podsumowujący październik.Teraz zagadka: Jak się zakończył listopad? Tak samo. Tylko bardziej. Tym razem ból pleców okazał się tak silny, że spędziłem kilka dni w łóżku na silnych lekach przeciwbólowych, a przerwa w bieganiu cięgnie się już półtora tygodnia. Ale może po kolei.
Źródło: endomondo.com
Pierwszy weekend listopada spisany został na straty - to już wiemy. Bałem się jednak podówczas, czy rozbieganie nie wydłuży się ponad zaplanowane ostatnie dwa tygodnie października. Niby w planie na pierwszy tydzień nowego miesiąca i nowego sezonu zarazem miałem jedynie bardzo krótkie i niezwykle spokojne biegi, ale i takich nie ma sensu realizować, gdy ból pleców doskwiera. Ostatecznie relację z obuwiem sportowym odnowiłem w środę. Do końca tygodnia udało mi się zrealizować jeszcze jeden z trzech pozostałych zaplanowanych treningów, więc ten z założenia niedzielny zrealizowałem w poniedziałek (tradycyjne nadrabianie zaległości).
W kolejnym tygodniu było już lepiej, ale znów jeden trening wypadł. Widać było jednak, że się rozkręcam.
Tydzień numer trzy to potwierdził. Niby nie wszystko zgodnie z planem, ale stan jednostek wykonanych pokrywał się ze stanem jednostek zrealizowanych.
No - powiedziałem sobie w duchu - w ostatnim tygodniu będzie "tip top" i w grudzień wejdę na, może nie pełnych, bo do tego jeszcze daleko, ale obrotach! I się wszystko pięknie, ale posypało. We wtorek jeszcze zgodnie z planem. W środę odwiedziła nas grypa żołądkowa (czy inna cholera - w znaczeniu zaraza). Niby dopadło nie mnie, tylko Ślubną. Ale trzeba się było nią i dzieciarnią zająć i wiadomo: Man muss Prioritäten setzen, jak mawiają nasi bracia Słowianie. Zaś w czwartek obudziłem się z bólem pleców. Niby nic wielkiego - wydawało mi się, że to może dlatego, że źle spałem. Ale po południu już byłem mocno zaprzyjaźniony z lekami na ból, w nocy chciałem dzwonić po karetkę, a w piątek rano dzwoniłem do firmy, że sorry, ale el-cztery. Neuralgia. I dziękować Bogu, że to był piątek i dzieci były w przedszkolu, bo gdy w pewnym momencie leki puściły, puszczałem i ja. Ale takie wiązanki wyrazów, że klękajcie narody. Dziękować również za tę grypę żołądkową, bo gdyby nie ona, to w czwartek pojechałbym w delegację i jakby mnie tak złapało trzysta kilometrów od domu, dopiero byłoby niewesoło.
Wracając jednak do spraw stricte biegowych, to wszystko co opisałem powyżej sprawiło, że listopad na tle innych miesięcy wygląda mizernie - o całe trzy kilometry więcej niż w październiku (czyli sto i cztery).
Źródło: endomondo.com
Jest na szczęście coś, co się wydarzyło w listopadzie, a o czym warto jeszcze wspomnieć. Otóż moje podejście do biegania zaczęło trochę ewoluować. Zaprzyjaźniłem się nieco bardziej z książkami pana Jerzego S. i w pewny sensie uczę się biegania na nowo. Wytłumaczę na przykładzie. Kiedyś najprostszy z prostych trening, czyli bieg w pierwszym zakresie wytrzymałości (oznaczany w planie przez Trenejro jako OWB1), pieszczotliwie określany przeze mnie jedynką (a tak w ogóle to moje bieganie w listopadzie to były niemal wyłącznie owe jedynki), wyglądał tak oto. Po kilku minutach truchtu rozgrzewałem się w truchcie i w miejscu - skłony, wymachy i takie tam (zresztą kiedyś poczyniłem nawet wpis na ten temat). Następnie reset Gremlina i trening właściwy, czyli zadany odcinek w zadanym zakresie pierwszym. Na koniec (już po zatrzymaniu stopera) ok. dziesięciu minut statycznego rozciągania. Od niedawna zacząłem natomiast robić tak, iż stoper uruchamiam i zatrzymuję tylko raz. Najpierw truchtam do momentu, aż puls wejdzie mi we wspomniany pierwszy zakres. A jak już wejdzie, znaczy się wzrośnie powyżej wartości 140, Gremlin automatycznie zaczyna naliczać czas i dystans zasadniczej części treningu. A jak już zaplanowaną ilość kilometrów pokonam, przechodzę do gimnastyki rozciągającej (ok. 10-12 minut), czyli w sumie do ćwiczeń, które wcześniej stanowiły główny element mojej rozgrzewki. A jak już się pogimnastykuję rozciągając (względnie porozciągam gimnastykując) wracam do domu truchtem i dopiero wówczas wyłączam stoper. Mój wykres tętna podczas takiego treningu wygląda na przykład tak oto:
Źródło: connect.garmin.com
W grudniu pojawią się kolejne jednostki, których będę się uczył realizować na nowo. Tymczasem jednak mamy już prawie Mikołajki, a ja nie przebiegłem w tym miesiącu jeszcze ani kilometra. Boli mnie to prawie tak bardzo, jak te plecy tydzień temu, ale - jak to mówią - nic na siłę. Weekend powinienem już kończyć w lepszym nastroju. Czego sobie i Wam życzę!

11 listopada 2014

O miesiącu vice-życiówek uwag kilka

Jest taki dowcip o facecie, którego skazano na karę śmierci. Wyrok miano wykonać za pomocą krzesła elektrycznego. Niestety, facet był tak otyły, że w krześle się nie mieścił. Sędzia nakazał zatem miesiąc ścisłej diety plus ćwiczenia. Nie pomogło. Zalecił zatem miesiąc o chlebie i wodzie. Nic. W przypływie desperacji zalecił zatem miesiąc o samej wodzie. Skazany nie schudł ani kilograma. Sędzia doprowadzony już na skraj załamania nerwowego pyta więc skazańca: Panie, czemu pan nie chudniesz? A on na to: No jakoś nie mam motywacji...

No właśnie ja też jej jakoś nie mam. Ani do biegania, ani do pisania. Do tego pierwszego jakoś sam siebie przekonuję - rozbieganie mam już bowiem za sobą. Do tego drugiego też, dzięki czemu piszę te słowa.

Mam teraz obecnie tzw. przełom sezonów (wspominałem powyżej o zakończonym dopiero co roztrenowaniu). Czeka mnie zatem trochę podsumowań i snucie planów i wyznaczanie celów na kolejne miesiące. Najpierw jednak czeka mnie jeszcze krótkie podsumowanie miesiąca, który zakończył sezon biegowy 2014/2015, czyli października.
Specyficzny to był miesiąc. Biegania niewiele, a nawet bardzo niewiele, bowiem o włos (w dniu takim jak dzisiejszy zdecydowanie bardziej pasuje wąs) przekroczyłem 100 km. Za to każdy tydzień był inny.
Źródło: endomondo.com
Tydzień pierwszy - maratoński.
Miesiąc zaczął się w środę, a już w niedzielę przyszło mi się po raz dziesiąty zmierzyć z dystansem maratońskim. Tym razem to maraton okazał się silniejszy, o czym już zresztą pisałem. Wliczając kilometry nakręcone w Katowicach, Siemianowicach Śląskich i Mysłowicach, od wspomnianej środy do niedzieli przebiegłem 58,3 km.

Tydzień drugi - pomaratoński
Po powrocie z Górnego Śląska byłem tak przez maraton sponiewierany, że długo nie miałem najmniejszej ochoty na zakładanie butów do biegania. Odpuściłem zatem zarówno sześć kilometrów zaplanowane przez Trenejro na wtorek, jak i osiem zaplanowanych na piątek. Do dychy wpisanej w rozpisce pod nagłówkiem niedziela również się nie zmusiłem. Tydzień pozostał nietknięty.

Tydzień trzeci - półmaratoński
Przed Szamotułami trzeba się było jednak zmobilizować. Przyjąłem, że biegnę bez strategii (czyli na wyczucie) - za to na maksa. Niemniej trzeba było zastany już nieco organizm rozruszać. We wtorek była zatem spokojna dyszka plus przebieżki. W czwartek dwusetki poprzedzone piątką w pierwszym zakresie. I tylko sobotniego rozruchu nie udało się zrealizować. A co się działo w niedzielę, kiedy to nie poprawiłem życiówki, również już popełniłem oddzielnego posta. Przez cały tydzień nabiegałem nieco ponad maraton - 42,6 km.

Tydzień czwarty  - roztrenowanie
Zmęczony nieco sezonem zwróciłem się za zapytaniem do Trenejro o możliwość zrobienia krótkiej przerwy w bieganiu. Ten wyraził zgodę na dwa tygodnie, pod warunkiem, że będę pływał i jeździł na rowerze. W piątek wybrałem się zatem na basen, a w niedzielę na rower. Niestety rowerowanie zakończyło się dla mnie bliższym spotkaniem z asfaltem.

Tydzień piaty - lizanie ran
Choć nic sobie nie złamałem (rower też wyszedł bez większego szwanku) przez kolejne dni byłem mocno połamany. Najgorszy był poniedziałek, gdy wsteczny bieg wrzucałem lewą ręką. W czwartek czułem się już całkiem lepiej i nawet myślałem czy by nie popedałować... na rowerze stacjonarnym. Ostatecznie postanowiłem dać sobie jeszcze jeden dzień odpoczynku i dopiero w piętek zdecydowałem się basen. To był mój błąd - podczas pływania naciągnąłem sobie najwyraźniej nie wykurowany mięsień (lub mięśnie) i weekend trzeba było spisać na starty, towarzyszył mi bowiem silny ból pleców. Tak silny, że mój powrót do biegania po weekendzie stanął pod sporym znakiem zapytania. Ale to już temat na innego posta.
Źródło: endomondo.com

4 listopada 2014

Halo Panie Jacku: O bywaniu na zakręcie uwag kilka

Halo Panie Jacku!

Za każdym razem, gdy nie za bardzo wiem jak zacząć list, przypomina mi się program Trąbka dla Gubernatora Mojego Ulubionego Kabaretu i W pierwszych słowach mojego scenariusz informuję, że u nas wszyscy zdrowi, czego i Wam życzę! Co ciekawe, wcale nie jest tak, że nie wiem od czego zacząć, ale nie mogłem przepuścić tak wspaniałej okazji do wspomnienia mojego niewątpliwie ulubionej (którego lider twierdził, że kabaret skończył się na Dudku - ja uważam, że skończył się na Potemach) formacji kabaretowej.


Tak więc, skoro wstęp mamy już za sobą (że tak dla odmiany przypomnę noblistkę, która rzekomo rozdawała autografy na ostatnich Targach Książki w Krakowie), muszę się Panu przyznać, że w odróżnieniu od Pana nie zmęczenie pod koniec długiego biegu nie zmienia mnie w diabła wcielonego. Owszem, zdarza się, iż pod koniec bardzo wyczerpującego biegu wyglądam jakbym za chwilę miał się z nim spotkać (względnie ze świętym Piotrem - wolałbym oczywiście z tym drugim, więc trochę martwi, że nie władam jego ojczystym językiem; z diabłem jest lepiej, złośliwi bowiem twierdzą, że mówi po niemiecku), ale morderczych uczuć wobec otoczenia w sobie podówczas nie odnajduję.

Gdy tak się nad tym zastanawiałem, przypomniały mi się jedynie dwie sytuacje z udziałem zmęczonych mocno biegaczy, w obu przypadku maratończyków. Pierwszą znam ze słyszenia, a raczej z przeczytania. Otóż mąż znanej mi (i lubianej, a jakże) blogerki biegowej, w odpowiedzi na doping na ostatnich kilometrach maratonu zwanego paliwowym, rzucił w nią paskiem od pulsometru (który najwyraźniej uznał za zbędny) tak fortunnie (lub nie), że trafił ją w oko. Drugiej byłem świadkiem osobiście w Dolinie Trzech Stawów na trasie mojego ostatniego maratonu. Sam byłem już nieźle zmęczony (prawdziwy kryzys miał przyjść dosłownie za chwil kilka), gdy zobaczyłem współbiegacza, który przestał biec i przeszedł do marszu. Postanowiłem wesprzeć go jakoś i wykrzesałem dodatkowe siły, by klepnąć go zachęcająco w plecy oraz wesprzeć werbalnie. W odpowiedzi usłyszałem, że łatwo mi mówić, bo nie biegnę z zapaleniem oskrzeli. No wtedy akurat to zaczęły i się cisnąć mocne słowa na usta, postanowiłem jednak nie marnować już tak potrzebnej mi w tym momencie energii.

Ale w swych przemyśleniach poszedłem o krok dalej i począłem rozważać sytuacje, w których delikatna zazwyczaj natura zmienia się diametralnie i zaczynam miotać słowa powszechnie uważane za niecenzuralne, z tym najbardziej popularnym, mylnie uważanym za pochodzące od obcojęzycznego brzmienia słowa zakręt (a jak wiemy - ja przynajmniej - od pani Katarzyny-Kropka-Klosińskiej-Małpa-Polskieradio-Kropka-Peel, pochodzącym od słowa kura) na czele. Tak, zdarza mi się przeklinać. Nie pozwalam sobie na to na łamach tegoż bloga, bo uważam, że to nie miejsce na to, ale jestem piewcą opinii, iż przekleństwa mają swoją ściśle określoną rolę w naszym ojczystym języku. Przypomina mi się też od razu zdanie z książki Trzy mądre małpy Łukasza Grassa, o aktorach, którzy słowo na ka wypowiadają w taki sposób, że nawet w kościele nikt by się nie obruszył. Inna kwestia jest taka, że ostatnio muszę baczniej zwracać uwagę na to co mówię, bo moje córki są akurat w wieku, w którym łapią w lot i powtarzają niemal wszystko.

Tak czy owak, zdarzają mi się w życiu chwile uniesienia (w tym negatywnym tych słów znaczeniu), które podsumować można jedynie w słowach, które w komiksach zapisuje się jako #$%^ oraz *&^%. Ostatnio zdarzyło mi się to na ten przykład dwukrotnie w bardzo krótkim odstępie czasu. W pierwszym przypadku wykonywałem drobne prace remontowe w mojej prywatnej łazience. Mam w życiu takiego pecha, że z jednej strony jestem perfekcjonistą (choć nie zawsze to po mnie widać - może na szczęście), z drugiej natura poskąpiła mi zdolności manualnych. I jak czasami próbuję coś zrobić, a mi nie wychodzi, to wyrazy w powietrzu latają. Tym razem się powstrzymałem (dzieci w domu były) ale przedmioty owszem latały. Po tych wydarzeniach Ślubna orzekła, że nie pozwoli mi w domu zrobić już nic więcej poza dokręcaniem poluzowanych śrubek. W drugim przypadku nie przedmioty latały, a ja latałem. Nad kierownicą, by chwilę później sprawdzić organoleptycznie twardość nawierzchni asfaltowej. A wszystko przez to, że o ułamek sekundy za późno dostrzegłem nadjeżdżający poprzeczną uliczką samochód i, przestraszywszy się, zahamowałem tak nagle i tak gwałtownie, że nie pozostało mi już nic innego jak rozpocząć lot koszący. Po lądowaniu przez chwilę kląłem szpetnie a druga część mojego roztrenowania zmieniła się w lizanie ran.

A propos roztrenowania - pora je kończyć, dzięki czemu będę na powrót mógł pisać stricte o bieganiu. Bez wyrazów.

Łącze tradycyjne pozdrowienia od CMcMH
Bartek M.

4 października 2014

O zmywaniu i gotowaniu uwag kilka

Gdyby ktoś dziesięć (a nawet pięć lat temu) powiedział mi, że pewno dnia otrzymam do recenzji książkę kucharską, powiedziałbym mu, że ma urojenia. To luźna parafraza słów współautora (obok Georgie Fear) Książki Kucharskiej dla aktywnych*, Matta Fitzgeralda, ze wstępu do tejże książki. Generalnie do moich największych osiągnięć kulinarnych (jak do tej pory) można zaliczyć usmażenie jajecznicy, omleta, względnie przygotowanie spagetti pod czujnym okiem MONBŻ. A jednak, dzięki uprzejmości wydawnictwa Inne Spacery, kilka (no może kilkanaście) dni temu trafił do mnie egzemplarz sygnalny tejże publikacji. Do lektury przystąpiłem z pewną taką nieśmiałością, ale że na pierwszej stronie wstępu przeczytałem, że ideą książki jest, aby nadawała się ona dla tych, którzy wolą zmywać po obiedzie niż go gotować (To ja! - wykrzyknąłem w duchu), zabrałem się do dalszej lektury.
Zacznijmy może od tego, że Książka kucharska dla aktywnych, jest kontynuacją, a może raczej rozwinięciem, wcześniejszej publikacji Matta Fitzgeralda, Waga Startowa**, w której autor opisał stworzony przez siebie program nie tyle odchudzania, co dążenia do tytułowej wagi startowej. Dodajmy, że opisał bardzo dokładnie (miałem okazję czytać tą książkę, również wydaną przez Inne Spacery, dwa lata temu), wielokrotnie popierając swoje wywody wynikami badań naukowych. Uspokajam jednak, że nie trzeba bezwzględnie (chociaż moim skromnym zdaniem na pewno warto) sięgać po tę wcześniejszą publikację, zanim otworzy się Książkę kucharską. Zaraz za wstępem do tej drugiej znajdziemy bowiem wprowadzenie do programu wagi startowej - poznamy o zestaw sześciu wskazówek związanych z dietą, zrachowaniami i ćwiczeniami, czy też dowiemy się co to jest WJD (Wskaźnik Jakości Diety). Ale właśnie - co to jest ta waga startowa. Otóż jak twierdzi autor obu publikacji, każdy sportowiec wytrzymałościowy posiada swoją indywidualną wagę startową, tj. taką masę (z uwzględnieniem zawartości tłuszczu), przy której waga ciała jest na tyle niska, a wydolność na tyle wysoka, że osiągane wyniki są najlepsze (mam nadzieję, że nie zagmatwałem). Obie książki mają za zadanie pomóc ową wagę startową osiągnąć.

Książka kucharska to oczywiście przepisy. Ale nie tylko. Przede wszystkim, oprócz wspomnianego powyżej wprowadzenia, znajdziemy garść, a nawet pełne garści, praktycznych porad. Takich jak gdzie i jak kupować żywność, gdzie i jak ją przechowywać, czy też jak właściwie powinny wyglądać nawyki żywieniowe sportowca wytrzymałościowego (również sportowca amatora). A już w samym dziale przepisów znajdziemy praktyczne pomysły i porady, np. jak przygotować jajka na trzy sposoby, czy też (tę chyba sobie skseruję i będę nosił w portfelu) jak rozpoznać pieczywo pełnoziarniste (ostatnio pani w piekarni - tak, w piekarni - nie potrafiła mi wskazać, które to).

A jeśli już chodzi o sam dział przepisów, ten podzielony jest na trzy działy:
1. Przepisy dla sportowców początkujących w kuchni
2. Przepisy dla sportowca z pewnym doświadczeniem w kuchni
3. Przepisy dla sportowca, który uwielbia gotować
Jak łatwo się domyślić, poszczególne działy to kolejne poziomy trudności (a może lepiej zabrzmi wtajemniczenia). Autor zastrzega jednak, że ci, którzy zechcą od razu sięgnąć do działu numer trzy, nie będą się nudzić korzystając z dwóch poprzednich. Przepisy w każdym z trzech działów podzielony jest jeszcze na dania śniadaniowe i te przeznaczone na obiat i kolację. A jeśli chodzi o przepisy, to cóż - przyznam szczerze, że trudno mi się wypowiedzieć. Tak bardzo wolę zmywać niż gotować, że nawet niektóre przepisy z działu dla początkujących przyprawiają mnie o zawrót głowy. Nie to, żeby były aż tak skomplikowane. Po prostu co do niektórych składników musiałbym się najpierw mocno zastanowić, gdzie to kupić, a czasem najpierw sprawdzić, co to w ogóle jest i czym to się je. Niemniej sumiennie z tego miejsca chciałem obiecać i się zobowiązać, że się przełamię i wypróbuję kilka, nawet tych bardziej wyszukanych przepisów.

Warto na koniec dodać, że książka jest bogato ilustrowana i niektóre fotografie od razu powodują wzmożoną produkcję enzymów trawiennych. Nie napiszę, że jest to pozycja obowiązkowa, bo nie lubię wyświechtanych haseł, ale moim zdaniem jeśli tylko myślisz o tym by jeść nie tylko zdrowo, ale po prostu dobrze (jak dla mnie pierwsze jest immanentną częścią drugiego), warto to książkę mieć nie tyle w swojej biblioteczce, co w kuchni.

A propos mieć. Książka pojawi się w sprzedaży dosłownie na dniach. Będzie jednak szansa, by otrzymać egzemplarz bezpłatny. Jak tylko rozwiążę konkurs poprzedni, ogłosi się kolejny, w którym nagrodą będą właśnie egzemplarze Książki kucharskiej ufundowane przez wydawcę. Także w najbliższych dniach śledźcie lajkpejdża (w ogóle śledźcie).

*Pełny tytuł to Książka kucharska dla aktywnych. Waga startowa. Przepisy dla sportowców i osób aktywnych
**W tym przypadku z kolei pełny tytuł brzmi Waga Startowa. Jak zeszczupleć by poprawić wyniki sportowe. Plan pięciu kroków dla sportowców wytrzymałościowych

6 września 2014

O tym, że nie zawsze jest ach i och, uwag kilka

Tak dobrze żarło i zdechło! Jest takie, kolokwialne dość – przyznaję, powiedzenie, które doskonale oddaje to, co się wydarzyło w moim bieganiu w sierpniu. Lipiec był wyjątkowy, rekordowy i w ogóle ach i och. A sierpień miał być jeszcze bardziej wyjątkowy, jeszcze bardziej rekordowy i jeszcze bardziej ach i och. Jak się łatwo domyślić, nie był.
Wszystko zaczęło się dokładnie pierwszego sierpnia rano. Podczas biegu tempowego zaczęło mnie boleć lewe kolano. Nie jakoś dramatycznie. Ot ból, nawet za bardzo w bieganiu nie przeszkadzał. Potem, już w ciągu dnia oraz dnia następnego, pojawiły się problemy z jego całkowitym zgięciem. I co zrobił Bartek? Niestety, uznał, że to na pewno chwilowe i przejdzie (no, skoro chwilowe, to przejdzie). W końcu skoro biegać nie uniemożliwia to przecież… I tak, już dzień później wybrałem się na kolejny trening, a dwa dni później zrobiłem nawet dwadzieścia osiem kilometrów, w tym ostatnie osiem w tempie 4:30/km. A propos, nie pamiętam kiedy ostatni raz kończyłem trening na granicy odruchu wymiotnego – zawody owszem, ale treningu sobie nie przypominam. Dodatkowego smaczku temu treningowi dodaje fakt, że mniej więcej po czterech kilometrach złapała mnie burza z gigantyczną ulewą (tzw. ściana wody) i zanim zacząłem odcinek tempowy, moje buty musiały dwa razy wysychać z pełnego nasycenia wodą (za drugim razem, już po burzy, trafiła mi się kałuża po kostki, której nie dało się ominąć nie zmieniając przy tym trasy biegu). Niemniej w poniedziałek noga dokuczała mi tak jakby bardziej. Czy dało mi to do myślenia? Niestety nie (teraz to się biję w pierś i jestem żywym dowodem na prawdziwość pewnego przysłowia o Polaku i mądrości). Po treningu noga dokuczała, ale biegać się dało, więc co? Więc biegałem tak jeszcze cały tydzień. Dopiero, gdy kolano naprawdę zaczęło dokuczać napisałem do Trenejro, że musimy nieco odpuścić. I tak tydzień urlopowy stał się również tygodniem odpoczynku od biegania. Tematu diety na urlopie w ogóle nie poruszam, tak dla bezpieczeństwa (po przecież nie dla spokoju sumienia – ono dobrze wie, co ja przez ten tydzień wyprawiałem).

Po pięciu dniach bez większego forsowania kolana postanowiłem je nieco rozruszać. Bardzo spokojne osiem kilometrów pokazało, że problem nie zniknął, ale jest już dużo lepiej. Trenejro oczywiście zmodyfikował plan (a ten tydzień po powrocie znad morza miał być właśnie najbardziej intensywny) i przed wszystkim zalecił bieganie po miękkim. Dodatkowo dostałem prikaz rolowania się, dlatego też czym prędzej zaopatrzyłem się w dwulitrową butelkę napoju gazowanego w kolorze zbliżonym do małej czarnej, informując przy tym MONBŻ, iż bynajmniej to nie do picia jest (czytaj: nie ruszać!). Oprócz rolowania miałem nie zaniedbywać rozciągania po treningu (ale to akurat u mnie standard) i chłodzić kolano (również po treningu). Cały tydzień był też bardzo spokojny – nie licząc niedzieli, trzy wyjścia na dystans od ośmiu do jedenastu kilometrów plus basen w piątek. Ale za to niedziela! W niedzielę dokładnie drugie tyle (nie licząc basenu oczywiście) – trzydzieści dwa kilometry, w tym ostatnie sześć w tempie czterech i pół minuty na jednego kaema. Trochę się bałem takiego dystansu i na wszelki wypadek zaplanowałem trasę tak, aby odcinek spokojny przebiegał po lesie. Na szczęście dałem radę. Ja liczony razem z kolanem.

Ostatni tydzień sierpnia stał już pod znakiem startu w Nowym Tomyślu. Niestety, jak to się czasem zdarza, praca pokrzyżowała nieco plany i trzeba było je nieco skorygować. Tak więc przed samym startem udało mi się zrealizować tylko jeden trening biegowy, za to całkiem konkretny – tzw. dwusetki. Co cię działo na Chyżej Dziesiątce już wiecie, a w niedzielę (skoro start był w sobotę) dołożyłem jeszcze spokojne dwanaście-ka.
I tak, miesiąc, który miał być rekordowy prezentuje się dosyć blado, jeśli spojrzeć na kilometraż (ponad sto kilometrów mniej niż w sierpniu). Ale podobno najgorszy plan treningowy, to ten zrealizowany w stu procentach. Ogólny obraz sierpnia poprawia również życiówka z minionej soboty. I tylko wciąż się zastanawiam, gdzie leży przyczyna zaistniałej sytuacji i czy mogłem jej uniknąć. Pewnie niepotrzebnie się zastanawiam, bo przecież na przeszłość wpływu już nie mam. Mam na teraźniejszość. Trzeba zatem trenować (dodajmy trenować mądrze). Maraton przecież już za miesiąc (bez jednego dnia)!

18 lipca 2014

O energii dla aktywnych uwag kilka

Energia dla aktywnych - tak sami o sobie piszą producenci wyrobów ukrywających się pod marką ALE (Active Life Energy). Piszą też, iż owa marka  została stworzona, z myślą zarówno o amatorach, jak i profesjonalnych sportowcach, aby dostarczyć gamę suplementów, które wspomogą i uzupełnią dietę osób uprawiających wszelkie aktywności sportowe, przechodzących rekonwalescencję lub po prostu chcących uzupełnić niedobory witamin i minerałów w organizmie. Wygląda na to, że można do tej grupy (przynajmniej do pierwszej) zaliczyć i mnie. Wszystkie ALE-Produkty wytwarzane są w rodzimym laboratorium (a kot... znaczy się firma z miasta Łodzi pochodzi), co ma dać możliwość zagwarantowania najwyższej jakości w przystępnej dla konsumenta cenie.

Krótko przed moim startem w Pradze dotarła do mnie paczka, w której znalazłem:
  • ALE Gel – dostępny w dwóch smakach żel energetyczny nowej generacji, o wysokiej kaloryczności i optymalnej konsystencji;
  • ALE Thunder Gel – błyskawicznie działający żel energetyczny, wzbogacony w kofeinę;
  • ALE Race – dostępny w dwóch smakach izotoniczny napój węglowodanowy w proszku, wzbogacony w kluczowe elektrolity;
  • ALE MagneUp – kapsułki uzupełniające niedobory magnezu i witamin;
  • ALE HemoUp – kapsułki o wysokiej przyswajalności, wspierające funkcjonowanie układu krwionośnego oraz uzupełniające niedobory żelaza i witamin z grupy B;
  • ALE D-Vit 1000 – nowoczesny preparat w kapsułkach o wysokiej przyswajalności, uzupełniający dietę w witaminę D.
Jak się zapewne domyślacie, ostatnie dni przed startem w maratonie to nie jest dobry moment na próbowanie nowych rzeczy, szczególnie żeli czy izotoników, niemniej gdy tylko ochłonąłem z praskich i popraskich emocji przystąpiłem do (nazwijmy to szumnie testów).

Na pierwszy ogień poszły żele, a zatem ALE Gel oraz ALE Thunder Gel. Ten pierwszy dostępny jest w dwóch smakach - truskawkowo-bananowym oraz zielonego jabłka - oraz zalecany jest do stosowania przed i/lub podczas treningów. Posiadający smak coli (koli?) ALE Thunder Gel, z uwagi na zawartość kofeiny, powinien być stosowany (spożywany) podczas trwania wysiłku fizycznego. Jako że dłuższe niż dziesięć kilometrów treningi dopiero zaczynają (na powrót) pojawiać się w moim planie treningowym testowanie przyszło mi prowadzić raczej kosztując żele przed rozpoczęciem wysiłku - przed porannymi treningami odbywanymi na czczo ale także przed startem w XLPL Ekiden (co jest istotne o tyle, że biegłem na ostatniej zmianie i o ostatnim posiłku zdążyłem już zapomnieć). Jeden podwójny zestaw zabrałem też ze sobą na trasę Półmaratonu Słowaka.
Zastrzyku energii żelom odmówić nie sposób, ale odnoszę wrażenie, że nieco inne aspekty decydują zazwyczaj o wyborze biegowego dopalacza. Po pierwsze smak. Ten truskawkowo-bananowy jak i zielone jabłko określiłbym może nie jako neutralny, lecz jako łagodny. Z kolei żel o smaku coli opisałbym jako mdły - być może dlatego, że po czymś co ma smakować jak cola (nadmienię, że nie zaliczam się do fanów tego typu napoi) podświadomie oczekiwałem intensywności w smaku właśnie. W ramach ciekawostki dodam, iż żel nie posiada koloru charakterystycznego dla tego smaku. Po drugie konsystencja - żele posiadają konsystencję ni to gęstą ni to rzadką, ale taką, która najbardziej przypomina mi kisiel. Mnie osobiście (że tak użyję kolokwializmu) ani grzeje, ani ziębi, ale na ten przykład MONBŻ, gdy dałem jej spróbować, krzywiła się niemiłosiernie. Także jest to tzw. rzecz gustu jak widać. Po trzecie coś co określiłbym jako pochodną smaku czyli słodkość. Zwykle z żelami energetycznymi jest tak, że są niczym przysłowiowy ulepek i albo trzeba mieć ze sobą coś do popicia, albo (przede wszystkim na zawodach) czekać ze spożyciem do momentu aż możliwe będzie popicie. Tutaj tego problemu nie ma - żele po prostu nie są przesłodzone i można je, jak to się ładnie określa, spożyć na sucho.

Mnie osobiście do używania bądź nie używania danego żelu przekonuje coś jeszcze. Coś co określiłbym jako merytoryczną wartość dodaną, czyli podpowiedź jak stosować. W przypadku produktów ALE ową wartość otrzymujemy. Dzięki specjalnym tabelom możemy na przykład opracować strategię na bieg maratoński i określić ile, kiedy i którymi żelami uzupełniać energię podczas biegu.
Jak widać, w moim przypadku musiałbym zabrać ze sobą trzy lub cztery żele...

... z czego dwa lub trzy powinny być z kofeiną i w zależności od przyjętej kombinacji powinienem je przyjąć na dziesiątym, piętnastym, dwudziestym piątym, trzydziestym, względnie trzydziestym piątym kilometrze.

Przejdźmy od żeli do pozostałych produktów... chciałoby się napisać. Nie za bardzo jest to jednak możliwe. Napoju węglowodanowego ALE Race (trafił do mnie smak czerwonego jabłka) spróbowałem raz. Okazał się dla mnie niepijalny. Napisać, że smak mi nie odpowiada, byłoby daleko posuniętym eufemizmem. Ale to w sumie rzecz gustu (jeśli ktoś chciałby przekonać się osobiście, to trochę mi zostało). Co do suplementów w formie tabletek, to tabletek akurat unikam jak ognia (nie połykam dopóki nie muszę) i duża w tym zasługa producentów (a właściwie reklam) suplementów właśnie. Poza tym musiałbym podeprzeć się co najmniej kilkukrotnymi badaniami krwi (przed w trakcie i po). Chociaż wcale nie wykluczone, że z ALE MagneUp jeszcze się bliżej poznamy, bowiem Trenejro, przesyłając trening na lipiec, zalecił suplementację magnezem. Nie jest zatem jeszcze powiedziane, że post niniejszy nie będzie mieć ciągu dalszego.

20 lutego 2014

Halo Panie Jacku: O dylematach biegaczy uwag kilka

Halo Panie Jacku!

Miniony weekend zaczął się dla mnie nadzwyczaj dobrze. Po pierwsze nie wybrzmiała jeszcze we mnie radość, którą spowodowała Złota Justyna (ta sama, która ewentualnie miała zastąpić emerytowanego Adama). Po drugie zaś jeszcze przed zakończeniem tygodnia pracy nabyłem drogą kupna (wciąż zapominam odnowić prenumeratę) najnowszy numer Runner’s Word, którego lekturę tradycyjnie już zacząłem od przeczytania felietonu Pana pióra (a propos, zastanawiam się czy wciąż można pisać o piórze, gdy niemal każdy tekst pisany powstaje dziś w systemie zero-jedynkowym – ale jak inaczej, Pana klawiatury?). I powiem szczerze, że wyjątkowo tekst ów nie wzbudził we mnie najmniejszych emocji. Nie to, żeby mi się nie podobał – ot, problem, który Pan opisał po prostu mnie nie dotyczy. Nie piszę tego, żeby się chwalić – uważam po prostu, że dopisuje mi najwyraźniej szczęście (jakkolwiek nie pojmowalibyśmy szczęścia, ale nie wchodźmy może na tematy światopoglądowe) w tym temacie. Po prostu w mojej już siedmioletniej (wiem, z perspektywy Pana doświadczenia to śmiesznie krótko i wszystko przede mną) karierze biegacza amatora nie przytrafiła mi się (jeszcze raz podkreślę – na szczęście) żadna poważniejsza kontuzja. Owszem dylemat typu: czy tez mogę już iść biegać, czy jeszcze odczekać, nie jest mi zupełnie obcy, niemniej zazwyczaj ma związek z przeziębieniem, grypą żołądkową czy tez innym choróbskiem (i to niekoniecznie moim, jak pokazały wydarzenia ostatnich tygodni).
Bynajmniej to nie stopa Justyny K. To moja osobista prawa.
Przy okazji wspomnianej na wstępie naszej wspaniałej biegaczki (co tam, że narciarskiej – i tak jest nasza) głowę zaczął mi zaprzątać inny dylemat. Dylemat, który na pewno nie dotyczy tych superrozsądnych, jak ich Pan określa, czyli biec czy nie biec… z kontuzją. W dniu, w którym dorobek polskiej reprezentacji powiększył się do dwóch złotych (bynajmniej nie złotych polskich), choć jeszcze przed pamiętnym zwycięstwem, wybrałem się wraz z Moją Od Niedawna Biegającą Żoną po nowe buty do biegania dla Mej Ślubnej właśnie (jak widać biega już na tyle nie-od-niedawna, że potrzebuje kolejnej pary, ale cóż się dziwić, skoro na pierwszą wydała złotych polskich około siedemdziesięciu). I podczas luźnej wymiany zdań ze sprzedawcą doszliśmy do tematu stopy pani Justyny. Mój rozmówca raczył zauważyć, że on panią Kowalczyk podziwia. Ja w pierwszym odruchu odpowiedziałem, że się je dziwię. Biec ze złamaną stopą? Przecież to zakrawa na szaleństwo względnie nieodpowiedzialność. Szybko się jednak zreflektowałem, że mowa o starcie, na który przygotowuje się przez cztery lata a czeka przez całe życie. Czy ja w takim wypadku zadowoliłbym się rolą kibica (nieważne czy w kapciach czy bez)? No jakoś nie mam pewności. A gdy próbuję się postawić w sytuacji takiej, że oto po pół roku przygotowań do kolejnego startu na dystansie maratonu, po długich godzinach spędzonych na treningach, godzinach, które mogłem przecież spędzić w ciepłej pościeli (szczególnie w niedzielny poranek, gdy tzw. przeciętny zjadacz chleba odsypia tygodniowe niedobory, a ja i inni mnie podobni wykonujemy na najbardziej obfite w kilometry treningi) na kilka dni przed startem zaczyna mnie boleć, dajmy na to stopa właśnie – gdy próbuję sobie wyobrazić ów dylemat, pytam sam siebie, czy zdecydowałbym się odpuścić? Jakoś nie mam stuprocentowego przekonania, ze odpowiedź byłaby twierdząca. Jak trudny to dylemat pokazała całkiem świeża jeszcze historia mojego zeszłorocznego startu na maratonie w Łodzi. Na niecały tydzień przed maratonem w mieście Tuwima nabawiłem się bólu pleców. Doskwierał mi na tyle, że przedmioty z podłogi podnosiłem niczym kobieta w zaawansowanym stanie błogosławionym, a przez ostatni tydzień przed startem nie przebiegłem ani kilometra. I jeszcze pakując się na wyjazd nie byłem pewien czy pobiegnę. Na szczęście do niedzieli ból minął. Co bym zrobił gdyby stało się inaczej – do dziś nie wiem.

Na szczęście decyzja, którą podjęła pani Justyna obroniła się sama. Oby już nigdy nie musiała roztrząsać takich dylematów. Oby kontuzję omijały ją z daleka. Czego również Panu (jak i sobie nieskromnie) życzę!

Łączę tradycyjne pozdrowienia od CMcMH
Bartek M.

PS. Po raz drugi dane mi było rozpocząć słowem Halo list pisany w języku polskim i po raz drugi musiałem usuwać nadprogramowe el. A wszystko przez to, że zazwyczaj wykorzystuje to słowo rozpoczynając listy (dodam, że zazwyczaj te elektroniczne) w języku naszych zachodnich sąsiadów, a jak wiemy język niemiecki nie przepada za zbytnio za krótkimi wyrazami i stąd zapewne ta nadprogramowa litera.

10 lutego 2014

O tym, czego ani ukraść ani kupić, uwag kilka

Stara szkolna maksyma głosi, że paluszki i główka to ucznia wymówka. Jednak rodzi się tutaj pytanie, czy owa maksyma dotyczy rownież biegaczy. Zastanawiam się nad tym bo ostatnio mam za dużo dziur w moim dzienniczku treningowym. Tu od razu przypomina mi się stary dowcip o tym, że na Ukrainie nie ma dziur - oni mówią na to lochy. I właśnie takie trzy monstrulanych rozmiarów lochy kłują mnie w oczy gdy patrzę w zapis zrealizowanych przez mnie treningów w okresie od ostatniego pełnego tygodnia grudnia do pierwszych dni lutego. Najpierw sześć dni bez biegania, potem cztery, aż wreszcie znowu sześć. A wszystko przez paluszek, główkę i... rotawirus. Tylko w nieco innej kolejności.

Najpierw był ból głowy (główka), z którym obudziłam się w Wigilię. Jak się pózniej okazało, nie był to zwykły ból głowy, jak na początku go traktowałem (czyli z tabletki go). Wieczorem, już po kolacji i odpakowaniu prezentów, do bólu głowy dołączyła gorączka a ja wylądowałem w łóżku. Na następne dwa ni - na całe święta czyli. Po świętach wydobrzałem, więc obyło się bez wizyty u lekarza i właściwie do dziś nie wiem, co mi właściwie było.

Nowy rok nie potrwać nawet dziesięciu dni, gdy ja do główki dołączyłem paluszek. Po bliskim spotkaniu nie wiadomo którego stopnia, ale na pewno ze stopniem zafundowałem sobie oprócz bólu coś, co w sumie okazało się tzw. pierdółką, ale wyglądało i zapowiadało sie nieciekawie (zdążyłem się pogodzić z wizją utraty paznokcia). Najgorsza w tym wszystkim była jednak wątpliwa przyjemność spędzenia piątkowego wieczoru na oddziale ratunkowym, gdzie chyba jedyną sympatyczną osobą była pani, która robiła mi (a właściwie mojej lewej stopie) zdjęcie rentgenowskie, a którą serdecznie pozdrawiam, choć jest prawie pewne, że tego nie czyta.

I wreszcie rotawirus. Jak się łatwo domyślić, rzecz nie zupełnie dotyczyła mnie, choć w tej sytuacji zdecydowanie bym wolał, żeby dotyczyła. Wszystko zaczęło sie w środowe popołudnie. Córka Starsza wróciła z przedszkola z lekko podwyższoną temperaturą. Wieczorem zrobiła się markotny i szybko poszła spać (a to u niej raczej rzadkość). Na drugi dzień oczywiście do przedszkola nie poszła, choć obudziła się w pełni sił. Niestety tego samego nie dało się powiedzieć o Córce Młodszej. Ta obudziła nas, jeszcze nad ranem, wymiotując. To już tak jest, że dzieci czasem wymiotują, ale gdy tego samego dnia, choć wieczorem, musiałem wracać z treningu do domu zanim nawet skończyłem rozgrzewkę, zacząłem sie martwić. I tak, zamiast w sobotę trafić nad Rusałkę na GP zBiegiemNatury, trafiliśmy najpierw na izbę przyjęć a potem na oddział zakaźn, na którym zabawilismy (Córka Młodsza oraz ja i Ślubna na zmianę) do poniedziałku. Na szczęście wyprowadzili nam CM na tzw. prostą i w tym wszystkim moja przerwa w bieganiu, choć mi się oczywiście ńie podoba, stanowi najmniejszy problem.

Summa Summarum karmię się nadzieją, że ta swoista kumulacja wyczerpała już limit zawirowań okołozdrowotnych i teraz będę już tylko biegał, biegał i biegał! A tak w ogóle, zauważyliście, że problemy ze zdrowiem zawsze zaczynają się na początku okresu wolnego od pracy (akurat jak się człowiek nastawia na dłuższe bieganie) lub na tzw. przededniu? Także, choć dziś dopiero poniedziałek, zdrowia życzę! Zdrowia, zdrowia i jeszcze raz pieniędzy!

31 stycznia 2014

O biegaczu u lekarza uwag kilka

Jako, że mój obecny (już nie piszę nowy, bo po pięciu długich miesiącach pracy już nie wypada przecież) dba o mnie jak ojciec (względnie matka żywicielka) najlepszy i w ramach szeroko rozumianego pakietu świadczeń socjalnych zapewnia mi między innymi opiekę medyczną. Bartek, choć na żadnym z maratonów, do których się obecnie Bartek przygotowuje, nie wymagają od niego zaświadczenia o stanie zdrowa (Hm, ale czy aby na pewno w Pradze nie wymagają? Upewnię się może na wszelki wypadek) postanowił udać się na profilaktyczną wizytę lekarską celem ustalenia czy wszystkie trybiki pod maską działają jak trzeba i czy poziom oleju jest taki jaki jest oczekiwany.
Zdjęcie: Laura Smith - Źródło: www.flickr.com
Na pierwszy ogień lekarz internista. W tym wypadku pani lekarka. Pani internistka (a może powinno być internistra per analogia do ministra?) owszem zbadała, ale w trakcie badania dała całkiem długi wykład na temat tego, jakie to całe bieganie jest... niezdrowe i tak żadne badania nie uchronią mnie przed tym, co się wydarzyło na Biegnij Warszawo, a wydarzyć się może wszędzie i każdemu. Po wyjściu z gabinetu zbierałem żuchwę i inne części ciała z podłogi, bo jak się okazuje we wszystkich medycznych gazetach lub czasopismach (a przynajmniej tych, które czyta pani internistka - tu cytat: ale to jest tylko to co ja wyczytałam w swoich medycznych pismach) rozpisują się jak to bieganie doprowadza do destrukcji kompletnej cały organizm, poczynając oczywiście od deformacji stóp i kolan, a skończywszy zapewne na kokluszu i raku macicy (względnie jąder). A jakby jakiś lekarz twierdził jednak, że bieganie jest zdrowe to jest to oczywiście lobbysta, bo przecież te wszystkie wielkie koncerny taaką kasę na biegaczach robią. I jeszcze rzecz najlepsza - znowu cytat: A co na tych blogach biegowych wypisują! Nawet nie pisnąłem, że sam bloga pisuję, bo jeszcze wróciłbym do domu z zaleceniem Do końca życia nic nie jeść! okraszonym komentarzem Te dwie godziny jakoś Pan wytrzyma.
No cóż, ktoś kiedyś powiedział (Larry Winget bodajże), że zanim wysłucha się rad lekarza, powinno się spróbować ocenić, czy lekarz ów sam się do takich rad stosuje. Nie mnie oczywiście stawiać jednoznaczne osądy, niemniej pani doktor nie wyglądała na osobę prowadzącą zdrowy tryb życia. Tak czy owak, zdegradowania mojego organizmu nie stwierdziła i dała coś w rodzaju skierowania (coś w rodzaju, bo jak się okazało w tej przychodni skierowania do specjalisty nie potrzebuję - jak chcę to mogę się zapisać ot tak) do kardiologa, dermatologa, laryngologa oraz na badania krwi i moczu.
Ten laryngolog i dermatolog, to nie w związku z bieganiem, ale załatwiłem przy okazji. A że podczas wizyty u laryngologa wyjaśniłem ostatecznie kwestię jak bardzo krzywą mam przegrodę nosową i czy jest sens ją prostować, bo może przestanę chrapać a i jakby pobór ternu mi się poprawił to by było miło niezmiernie, to już inna sprawa (nie będzie prostowane).

Krok drugi: wizyta u kardiologa. Pan doktor wysłuchał z czym przychodzę, osłuchał pomierzył co trzeba i dał skierowanie na EKG spoczynkowe oraz na echo serca. O destruktywnym wpływie biegania na mój organizm słowa nie wspomniał. Lobbysta widać. Tylko coś nieśmiały, bo nic mi także sprzedać nie próbował. A może po prostu gazet lub czasopism nie czyta. Wiecie, tych medycznych. Chociaż jedno nie wyklucza drugiego. Bo jak lobbysta, to po co miałby czytać. No w każdym bądź razie EKG zrobili od ręki. A nawet od ręki, nogi i klatki piersiowej, bo wszędzie tam miałem takie mini przyrządy do depilacji (takiej mini depilacji - punktowej). Na szczęście nie należę do osobników nadmiernie owłosionych, więc obyło się bez większych bólów depilacyjnych i już po kilkunastu minutach wróciłem do gabinetu kardiologicznego z wynikiem. Pozytywnym dodam. W sensie, że pan doktor powiedział, że wszystko jest w porządku, że lewej nodze coś tam widać (tu rzucił jakieś medyczne określenie, tak skomplikowane, że od razu zapomniałem), ale to się ma czym przejmować, a w ogóle to może być właśnie od tego mojego biegania.

Krok trzeci: badanie krwi i moczu. Największe wyzwanie. Nienawidzę wychodzić z domu bez śniadania (no chyba, że pobiegać - śniadanie zawsze najlepiej smakuje po bieganiu), ale cóż było robić. Nie dość, że na czczo (a propos, pamiętacie tę zagadkę: ile jajek można zjeść na czczo?), to jeszcze trafiła mi się pielęgniarka z amputowanym (względnie nigdy nierozwiniętym) poczucie humoru. Ona do mnie, że mam przygotować rękę do pobrania, więc ja się pytam dlaczego chcę mi rękę pobierać? Przecież ona mi będzie jeszcze potrzebna - do mycia zębów, do smyrania po laptopie, a w ogóle to będę bez niej wyglądał co najmniej niesymetrycznie! Nic. Zero reakcji. Ale krew pobrała i mocz odebrała (pobrałem sobie sam).
Wyniki były do wglądu na stronie internetowej przychodni już po weekendzie (pobranie nastąpiło w piątek) - oczywiście po zalogowaniu na mój profil; na szczęście nikt nie upublicznia tego co mam (pardon) w sikach. I znowu banał - wszystko w normie. A jak tak bardzo chciałbym wystawać ponad normy - być ponadprzeciętny... Na pocieszenie Trenejro, po zapoznaniu się z wynikami napisał, że mam popracować nad zwiększeniem poziomu hematokrytu i hemoglobiny i wprowadzić do diety produkty bogate w żelazo, takie jak wątróbka, fasola biała, czy soja (wszelkiej maści ciekawe przepisy w komentarzach do posta mile widziane).

Krok czwarty i ostatni: Echo serca. I tym razem trafił i się nieśmiały lobbysta, bo na temat mojego hobby słowa nie pisnął (a stało w skierowaniu jak byk: uprawia bieganie). Kazał się położyć na boku (a że to rano było, a ja jeszcze przed pierwszą kawą, to mało mu tam nie zasnąłem), wysmarował galaretą i zaczął badać. A że przy okazji wbił mi końcówkę swojej niebywale bardzo drogiej aparatury między żebra tak, że czułem ją do końca dnia, to już zupełnie inna sprawa. Niemniej potwierdził moją własną diagnozę, że jak nie umrę to żyć będę i zapewnił, że wszystko jest w porządku. Wprawdzie w wynikach, których kopie otrzymałem napisał dosyć strasznie brzmiące zdanie, że mam nieistotne hemodynamiczne niedomykalności zastawkowe, ale Moja Bardziej Uświadomiona Medycznie Żona uspokoiła mnie, że to w zasadzie jest normą i chyba każdy to ma.

A zatem potwierdziły się moje nieśmiałe przypuszczenia, że jestem zdrowy niczym te dwa łyse konie (sic!) i mogę biegać do końca życia, chyba że mnie wcześniej to całe bieganie wykończy. Ale w końcu wszyscy wiemy, że to co nam sprawia przyjemność musi być albo tuczące, albo niezdrowe, albo chociaż niemoralne.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...