Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Triatlon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Triatlon. Pokaż wszystkie posty

26 września 2014

O triatlonie od a do eee uwag kilka

Moje podejście do książki Marka Kleanthousa Triatlon od A do Z – Treningi do wszystkich dystansów przypomina(ło) moje podejście do triatlonu w ogóle. Jakoś się zebrać i zabrać nie mogłem. Najpierw nie mogłem się wciągnąć w czytanie. Raz przeczytałem kilka stron, potem książka leżała i czekała na mnie i moje zainteresowanie. Gdy znów po nią sięgnąłem i przebrnąłem przez kolejne stron kila, następował kolejny okres leżakowania. Dopiero podczas sierpniowego urlopu wczytałem się na dobre. Tyle, że od tamtej pory nie mogę się zebrać, by podzielić się swoimi z lektury wrażeniami. Zbieram się w końcu zatem.
Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Septem
Przede wszystkim na uwagę zasługuje układ książki. Tytuł może nieco mylić – nie jest to bowiem leksykon, a przynajmniej w zdecydowanej większości nie jest – niemniej struktura jest raczej nietypowa. Treść została podzielona na sekcje. 
Sekcja 1, czyli Pierwsze kroki wprowadza czytelnika w tajniki sportu multidyscyplinarnego, jakim jest triatlon. Nazwa sekcji jest dosyć sugestywna, głównym adresatem są bowiem osoby, które zaczynają lub planują swoją przygodę z triatlonem, względnie dopiero o tym myślą. Autor wprowadza czytelnika w tri-świat omawiając niezbędny sprzęt, zwraca uwagę na potrzebę zdrowego i odpowiedniego (wbrew pozorom nie zawsze idzie to w parze) odżywiania oraz opisuje proces przygotowań do pierwszych zawodów. Jednocześnie zachęca, aby decyzję o poważniejszym zaangażowaniu się w trening (w tym zakupienie drogiego sprzętu) podjąć dopiero po pierwszym starcie, najlepiej na dystansie krótszym niż olimpijski. A propos owych krótszych dystansów – jak można dowiedzieć się z treści, wiele krótkich tri-zawodów w USA, na etapie pływackim rozgrywane jest na basenie. O ile mnie pamięć nie myli, raz jeden natknąłem się na taką formę zawodów w naszym kraju.
Sekcja 2 nosi tytuł Poważny trening i jak nie trudno się domyślić podpowiada jak na poważniej zaangażować się w przygodę z triatlonem oraz przygotować się do startu na dystansie olimpijskim (przypomnę, 1500 m pływania, 40 km na rowerze i 10 km biegu). Tu pojawiają się już poważnie brzmiące elementy takie jak teoria treningu, opis poszczególnych rodzajów bodźców treningowych, a nawet (a może przede wszystkim) przygotowanie, które określiłbym jako pozatreningowe, czyli te od strony mentalnej, odpowiedniej regeneracji, czy zarządzania czasem. A propos, żeby na poważnie (choć amatorsko) bawić się w triatlon, trzeba być albo singlem, albo mieć bardzo (ale to bardzo) wyrozumiałego partnera życiowego – względnie partnera współpasjonata.
Sekcja 3 opisuje Przygotowanie do zawodów (i taki tez nosi tytuł), ze szczególnym uwzględnieniem okresu, który bezpośrednio poprzedza moment startu, ale również sam dzień startu, ale również to, co się dzieje i co należy zrobić po przekroczeniu linii mety. Dodajmy że opisuje bardzo szczegółowo.
Sekcja 4 (ostatnia numerowana) dotyczy już jazdy bez trzymanki (oczywiście nie dosłownie), czyli przygotowań do startu na dystansie Ironman i (o połowę krótszym, czyli) Half-Ironman (nie muszę dodawać, że w odwrotnej kolejności?).
Książkę zamykają Sekcja encyklopedyczna, czyli tytułowy w zasadzie Triatlon od A do Z oraz, już chyba tradycyjne w tego typu publikacjach, Dodatki. W dodatkach nie zabrakło oczywiście tabel tempa, jakie należ(ałob)y utrzymywać, aby ukończyć poszczególne etapy w założonym czasie.

Książka zawiera oczywiście gotowe (albo prawie gotowe) plany treningowe. Jak można wywnioskować z tytułu publikacji, plany mające przygotować czytelnika do startu na wszystkich (oczywiście nie na raz i najlepiej po kolei) dystansach. Palny rozpisane są na poszczególne tygodnie, a do każdego tygodnia przypisane są po trzy kluczowe sesje dla każdej z dyscyplin. Jest to forma planu, który określiłbym jako pośrednią między gotowymi rozpiskami, jakich mnóstwo można znaleźć w Internecie, czy wydawnictwach drukowanych, a formą, jaką w swoich książkach proponuje na przykład Joe Friel. Moim zdaniem mocno mylące jest określenie kluczowe sesje. Osobiście, jako kluczowe postrzegam to, co przede wszystkim należy zrobić. Ale kto znajdzie czas na dziewięć (trzy dyscypliny po trzy sesje, nie chce wyjść inaczej) treningów w tygodniu?

Natomiast, nawet jeśli nie zdecydujemy się na skorzystanie z przedstawionych planów, na uwagę (nie tylko triatlonistów – z powodzeniem można zastosować to tylko biegając) zasługuje opracowany przez autora książki sposób oceny swojego poziomu obciążenia treningowego (w skrócie POT). Ów sposób składa się z trzech etapów. W pierwszym należy określić podstawowy POT. Uzależniony jest on przede wszystkim od wieku (dla mnie, jako trzydziestopięciolatka, podstawowy POT wynosi 155 punktów) Oddzielne kategorie stanowią zawodowi triatloniści oraz amatorzy zwyciężający w swojej kategorii. W drugim etapie należy swój POT spersonalizować. Należy zatem uwzględnić negatywne czynniki, takie jak stres, choroba czy brak snu (a nawet fakt oddania krwi), które uszczuplają naszą pulę (uwaga młodzi rodzice: bezsenna noc z powodu dziecka kosztuje dwukrotnie więcej niż normalna noc bez snu, bo aż dziesięć punktów). Pozytywne czynniki to przede wszystkim staż w sporcie, odpowiednia regeneracja oraz dobre nawyki. W ostatnim etapie wydajemy zgromadzone punkty, czyli… trenujemy. Ilość punktów, jakie wydamy uzależnione są od rodzaju, czasu trwania oraz intensywności danego treningu. W ogólnym zaś rozrachunku chodzi o to, by zachować płynność treningową, czyli nie wydawać więcej niż się posiada (można czasem coś odłożyć, względnie zrobić mały debet), co mogłoby prostą droga doprowadzić do przetrenowania.

Podsumowując całość, moim skromnym zdaniem książka napisana jest nieco zbyt chaotycznie. Wynika to poniekąd z koncepcji stopniowego zagłębiania się w świat triatlonu. Również z tego powodu pojawia się dosyć sporo (przynajmniej ja miałem takie odczucie) powtórzeń. Momentami jest aż nazbyt szczegółowa i trudno jest przebrnąć przez opisy poszczególnych, rozpisanych z minutową dokładnością, czynności, nie mówiąc już o ich spamiętaniu. No cóż, może niektórym taki układ i struktura odpowiada – mnie nie za bardzo.
Natomiast, co jeszcze raz podkreślę, naprawdę warto pochylić się nad sposobem oceny obciążenia treningowego. Jeśli tylko stanie mi zapału, w myśl biblijnej zasady Wszystko badajcie, a co szlachetne -  zachowujcie (1 Tes 5:21), postaram się taki nawyk wdrożyć u siebie.

A jeśli chcielibyście sami przekonać się na ile wartościową pozycją jest Triatlon od A do Z, przygotowałem dla Was mały konkurs, w którym mam do rozdania dwa egzemplarze książki. Co należy zrobić? W komentarzu do niniejszego posta należy spróbować mnie przekonać, że warto rozpocząć przygodę z triatlonem (do czego mi się ostatnio nie pali). Konkurs trwa do momentu przekroczenia przeze mnie linii mety Silesia Maraton – czas start.

13 września 2014

Kwestionariusz Blogacza - Nie Sasza mu na imię

Tak jakoś niechcący (proszę nie dopisywać, co można zrobić niechcący) wyszło, że w sierpniu zrobiła się kwestionariuszowa przerwa wakacyjna. A skoro o sierpniu mowa, to sierpień czasami (choć nie zawsze) bywa słoneczny. A jak jest słonecznie, to można poćwiczyć łamaniec językowy szedł Sasza suchą szosą. Powiedzieć biegł (względnie jechał) Błażej suchą szosą nie będzie już takim łamańcem, ale przybliży nas do bohatera dzisiejszego kwestionariusza (domyślacie się już?). A wiecie z czym jeszcze kojarzy mi się sierpień? Z pewnym maratonem, który odbywa się w aglomeracji, w której mieszka Błażej - autor bloga Suchą Szosą. Tak, dziś odpytujemy Błażeja.

Ale najpierw (tradycyjnie zresztą) przypomnę zasady:
Odpowiedz na każde pytanie. Staraj się nie analizować, lecz – jeśli to możliwe – odpowiadać intuicyjnie. Gdy odpowiesz na wszystkie pytania, możesz (ale nie musisz) dopisać do listy kolejne pytanie, na które będą odpowiadać przyszli uczestnicy zabawy.
1. Jaki jest Twój ulubiony dystans?
Taki, którego jeszcze nie biegłem. Największą radość mam z pokonywania dystansów po raz pierwszy.
2. Jaki jest Twój ulubiony rodzaj treningu?
Bieg bez patrzenia na tętno, tempo, przed siebie, gdzie nogi poniosą. Tyle, że ma on niewiele wspólnego z treningiem, dlatego stosuję go rzadko i głównie w okresach roztrenowania. Jeśli chodzi o typowe treningi, to nie mam swoich faworytów. W treningu lubię różnorodność. Stąd pewnie wziął się triathlon, bo lubię, kiedy w dużo się dzieje. Inaczej się nudzę.
3. Co Cię motywuje do wyjścia na trening?
Wizja zbliżających się zawodów. Dzięki nim mam chęć ciągłego poprawiania się i ciche rywalizacje ze znajomymi.
4. Twoje pierwsze zawody?
Jeśli te w podstawówce się nie liczą, to Bieg Urodzinowy w Gdyni, 25.02.2012 roku. Dystans 10 km. Było zimno i wiało tak, że organizatorzy nie byli w stanie rozstawić hali namiotowej z biurem zawodów i szatniami. Jeśli dołożyć do tego stres związany w pierwszym startem i wielką niewiadomą, to robią się niezapomniane zawody.
5. Wymarzony start w imprezie biegowej?
Maraton w dowolnym miejscu... byle tylko poprzedzało go 3,8 km pływania i 180 km na rowerze.
6. Pod czyim okiem chciał(a)byś trenować?
Czasem łapię się na takiej myśli, że fajnie byłoby, żeby ktoś spojrzał na to moje bieganie bardziej profesjonalnym okiem. Powiedział: to robisz dobrze, a to źle. Wskazał co można poprawić. Potem przypominam sobie, że robię to przecież dla przyjemności i mam trenera, który chociaż może nie ma znanego nazwiska, to rozumie mnie lepiej niż ktokolwiek inny – siebie.
7. Jaka jest Twoja ulubiona książka o bieganiu?
Książki o bieganiu czytam głównie po to żeby znaleźć informacje, które pomogą mi udoskonalić mój plan treningowy. Ciężko więc mówić o ulubionej. Jedyną, którą czytało mi się przyjemnie byli Urodzeni biegacze Chrisa MacDougalla.
8. Dlaczego biegasz?
To jest świetne pytanie, bo odpowiedź na nie cały czas ewoluuje. Na początku chciałem po prostu być w formie. Zawody miały mi tylko pomóc podtrzymać motywację. Potem chciałem sprawdzić, czy dam radę podołać wyzwaniu takiemu jak maraton. Teraz to jest forma doskonalenia się i swoistej medytacji. Wychodzę i mam czas żeby się wyciszyć i przemyśleć wiele spraw. To bardzo pomaga w życiu.
9. Dlaczego blogujesz?
Świetnie się przy tym bawię, a poza tym dzięki blogowaniu poznałem kilka fajnych osób.
10. Jeśli nie bieganie, to?
Pływanie. Uwielbiam tę samotność, ciszę i bulgotanie bąbelków powietrza. Szkoda, że nie mogę być na basenie częściej.
11. Co uznajesz za swoje największe sportowe osiągnięcie?
Od trzech lat ruszam się regularnie i to jest moje największe sportowe osiągnięcie. Wyniki, medale i inne takie, to przy tym sprawa drugorzędna.

Jeszcze pytanie do kolejnych uczestników zabawy:
12. Co byś zmienił/a, gdybyś jeszcze raz zaczynał/a swoją przygodę z bieganiem?


Prawie na koniec dedykacja muzyczna od Błażeja - Wyłączcie monitor, zamknijcie oczy i cieszcie się tym kawałkiem:


A na sam koniec zostawiłem nowość. Tradycją Kwestionariusza Blogacza stała się już możliwość zadawania tzw. pytań dodatkowych. Od dziś będzie to możliwe jedynie za opłatą. A właściwie za wpłatą - na wskazany przez odpytywanego (w tym wypadku Błażeja) cel charytatywny. Zasady są proste: osoby, które zechcą zadać pytanie dodatkowe, deklarują wpłatę na wskazany cel. Zadaniem dodatkowym Błażeja będzie odpowiedzieć na to pytanie – im wyższa zadedykowana kwota wsparcia, tym bardziej rozbudowana odpowiedź (1 zł = 1 zdanie).

Błażej (a ja razem z nim) prosi(my) o wsparcie leczenia córki znajomych Błażeja – Kasi Litki: Szczegóły na stronie: www.victooria.pl/dlakasi. Czas start!

30 czerwca 2014

Halo Panie Jacku: O (za)bieganiu w pracy uwag kilka

Halo Panie Jacku!

Przede wszystkim muszę (a raczej chcę) pogratulować Panu jubileuszu! Pięćdziesiąt felietonów to jest coś. Fiu fiu, jakby powiedział Wróbel Ćwirek. Pierwszą moją myślą było by życzyć Panu kolejnych pięćdziesięciu. Ale to mogłoby zostać w dwójnasób interpretowane. Niczym najpopularniejsza polska piosenka śpiewana jubilatom. W interpretacji mojej Córki Starszej mówi ona mniej więcej tyle, że gdy skończę sto lat, to umrę. I już mnie nie będzie. Na nic zdają się tłumaczenia, że planuję pobić rekord świata w maratonie w kategorii wiekowej 100+. Zatem pozwolę sobie życzyć Panu co najmniej tylu pomysłów na tekst, co tekstów do napisania.

Tak w ogóle, to gdy w trakcie długiego weekendu do kiosków i salonów prasowych - a także delikatesów spożywczych, bo zazwyczaj tam (konkretnej nazwy nie podam, ale pozwolę sobie wspomnieć, że w Poznaniu jest bieg organizowany przez ową sieć) zaopatruję się w połowę dostępnych na polskim rynku wydawniczym periodyków dla biegaczy - trafił najnowszy numer RW, poprosiłem Moją Od Niedawna Biegającą Żonę, by go dla mnie nabyła (akurat wybrała się do miasta do księgarni). MONBŻ po powrocie do domu zapytała po co ja w ogóle tą gazetę (miesięcznik w zasadzie, ale kto tak mówi w normalnej rozmowie?) kupuję. Że to niby niczym czasopisma dla matek w ciąży - w kółko o tym samym. Być może - odparłem - ale co miesiąc jest zupełnie nowy felieton Pana Jacka. Drogi ten felieton – skonkludowała MONBŻ.
Praca w domu pozwala zaoszczedzić czas... który mozna poświęcić na bieganie (źródło: dilbert.com)
A skoro już o samym felietonie mowa, to poruszył Pan temat, który na pewien sposób dotyka mnie, odkąd bieganie postrzegam w kategoriach pasji: bieganie do i/lub z pracy. Dotyka mnie o tyle, że leży poza zasięgiem moich możliwości realizacji. Jako tzw. pracownik terenowy pracuję tam, gdzie akurat jestem i de facto dotarcie na miejsce wykonywania danego zadania również jest moją pracą. Gdy pracowałem w poprzedniej firmie, charakter pracy miałem bardzo podobny, choć określiłbym go jako stacjonarno-terenowy. Dysponowałem podówczas pomieszczeniem biurowym w siedzibie firmy, sęk w tym, że owa siedziba oddalona była od mojego miejsca zamieszkania o dystans zbliżony do tego, który dzieli miejscowości Ateny i Maraton w państwie znanym jako Grecja. Chodziło mi po głowie, że ewentualnie, jeśli kiedyś zajmę się na poważniej triatlonem, będę mógł na odcinku dom-biuro (względnie odwrotnie) wykonywać treningi kolarskie. Łatwo się domyślić, że nic z tego nie wyszło.
Wykonywanie zadań pracownika terenowego ma jednakże swoje zalety (ale i wady, jak wszystko - a może, jak mawiał mój wykładowca od materiałów budowlanych, zady i walety), również pod kątem bycia biegaczem-amatorem. Szczególnie jeśli ów teren jest (lub bywa) na tyle rozległy, ze przytrafia się nocować poza domem. Domyślam się, że Pan, jako artysta estradowy, domyśla się już do czego zmierzam. Pewnie, że lepiej spać we własnym łóżku, ale skoro już i tak czasu nie wypełnionego pracą nie da się spędzić z najbliższymi, to można poświęcić go na bieganie. A i nowe ścieżki (niekoniecznie te wybudowane ze środków miłościwie nam panującej nas finansującej Unii Europejskiej) można biegiem przemierzyć. Jak to często powtarzam, przy wyborze miejsca na nocleg kieruję się przede wszystkim dwoma kryteriami: jakością śniadania (dobre śniadanie po porannym treningu, to jest to co tygrysy lubią najbardziej) i bliskością atrakcyjnych miejsc do biegania.

Do pracy zatem nie biegam. Do szkoły też nie biegałem. Nawet nie dlatego że, choć było to relatywnie niedawno, mało kto (albo nikt) by te kilkanaście (w porywach do dwudziestu kilku) lat temu mógł w ogóle o tym pomyśleć. Zupełnie tak jak z tą pracą. Albo miałem za blisko albo za daleko. Do podstawówki miałem około osiemset metrów, więc i tak wszyscy chodzili pieszo. Do liceum dojeżdżałem autobusem (tzw. Bryką, nie mylić z pekaesem) na trasie liczącej bądź to około dziesięciu, bądź siedemnastu kilometrów (ta rozbieżność to temat na oddzielne opowiadanie). Na studiach za to musiałem jedynie przejść przez jezdnie. Ale za to, będąc dzieckiem w podstawówce (a miałem wówczas pierwsze symptomy mojego dzisiejszego hobby) nie musiałem przejmować tym, że mogę być postrzegany jako dziwak. Wynikało to trochę z tego, że i tak byłem tak postrzegany (powiedzmy, że byłem dzieckiem nieco innym niż moi rówieśnicy), a trochę ze specyfiki miejscowości, w której się wychowywałem. Chociaż raz, gdy zapuściłem się w okoliczne wioski, jakieś dziecko wybiegło za mną z wiejskiej zagrody, niczym za wozem cyrkowym.

Co ciekawe, gdy ktoś w internetach pisze, że ma za blisko z domu do pracy na biegowy trening, zwykłem zauważać, że nikt nikomu nie każe biec najkrótszą drogą. Tylko jak tu kluczyć na drodze do zaparkowanego niemal pod samymi drzwiami samochodu. No niby można, ale trzeba jeszcze wziąć prysznic i coś zjeść. Czyli wrócić do domu.

Łącze tradycyjne pozdrowienia od CMcMH
Bartek M.

3 stycznia 2014

Do roboty!

Gdy się przymierzałem do tego posta chciałem tu napisać co biegowo porabiałem w ostatnich dwóch tygodniach minionego, dwa tysiące czternastego roku. Ale postanowiłem owe czternaście dni streścić w dwóch zdaniach. W tygodniu oznaczonym w większości (o ile nie wszystkich) kalendarzy jako pięćdziesiąty pierwszy (czyli przedświątecznym) po raz kolejny (kolejny tydzień, znaczy się) próbowałem nadgonić treningowe zaległości - nie udało się. Na początku kolejnego zaległości jeszcze trochę narosły (wiadomo - przedświąteczna gorączka), po czym w wigilię wylądowałem w łóżku (tym razem z gorączką, ale w medycznym tego słowa znaczeniu) i tydzień ograniczył się do spokojnych ośmiu kilometrów w niedzielę (już po wymuszonej chorobą korekcie planu). A napisałem tylko te dwa zdania (wiem, długie, ale jednak dwa), ponieważ stwierdziłem, że wykorzystam jednak trwającą wciąż atmosferę noworoczną (a propos, dostaję białej gorączki gdy widzę kolejne życzenia pomyślności w Nowym Roku, zamiast w nowym roku), by spojrzeć wstecz, a przede wszystkim by popatrzeć przed siebie.

Miniony rok był dla nie przełomowy - moje bieganie nabrało nowego wymiaru. Główną tego przyczyną była niewątpliwa zmiana jakościowa, jaką było rozpoczęcie współpracy (a raczej pracy pod okiem) Trenejro - najpierw w ramach Wyzwania Runner's World, a później już la private. Głównie ten fakt sprawił, że po prostu zacząłem biegać nie tylko więcej (pokonałem o ponad 30% kilometrów więcej niż w latach minionych), ale i bardziej celowo. Poprawiłem swoje życiowe rekordy (tzw. indywidualne rekordy świata), na wszystkich dystansach, na których wystartowałem. Dwa z tych dystansów - triatlon super sprint oraz najbardziej nieokrągłą (7,195 km) zmianę w sztafecie maratońskiej - pokonałem po raz pierwszy, więc trudno było się spodziewać czegoś innego niż życiówki, ale już na dystansie 10 km poprawiłem się o trzy minuty i dwadzieścia jeden sekund w stosunku do najlepszego wyniku z roku 2012. Odległość półmaratonu pokonałem o dwieście czterdzieści jeden sekund szybciej niż rok wcześniej. Z kolei jesienny maraton pokonałem o trzynaście minut i dwadzieścia trzy sekundy szybciej niż ubiegłej jesieni oraz o jedenaście minut i czterdzieści dwie  sekundy szybciej niż wiosną. I tylko na piątce się nie poprawiłem. Ale na swoje usprawiedliwienie mam to, że... Że po prostu nie złożyło się by jakąkolwiek przebiec. Bez fałszywej skromności (próbuję się oduczyć tego powiedzenia, jak widać na razie nieskutecznie) mogę zatem śmiało napisać, że to był dobry, a nawet bardzo dobry rok! Ale kolejny ma być jeszcze lepszy!
Nawet Twarzak miniony rok widzi jako wybitnie biegowy (a ja po prostu monotematyczny jestem). Niemniej Najważniejsze Wydarzenie Biegowe Roku (NWBR) obrazuje zdjęcie w lewym dolnym rogu :-)
Cóż zatem chcę osiągnąć w roku kalendarzowym 2014? Zacznę od banału, ale inaczej nie mogę: chciałbym nadal rozwijać się sportowo. Ale mam też bardziej sprecyzowane plany. Nie, nie postanowienia - plany. Do tego gruntownie przemyślane - w tym roku szczególnie gruntownie, zresztą nie tylko w tej działce mojego życia jakim jest hobby w postaci sportu amatorskiego, ale to temat na oddzielnego posta i chyba nie na tego bloga. Moimi głównymi startami będą maratony w Pradze oraz Aglomeracji Śląskiej (znanej również jako Silesia). Na królewskim dystansie chciałbym w tym roku zbliżyć się do wyniku 3:10. Bardziej konkretnie myślę jednak o złamaniu dwóch innych barier, które można by określić jako psychologiczne - dwudziestu minut w biegu na 5 km oraz półtorej godziny w półmaratonie. Ponadto chciałbym zdobyć Koronę Półmaratonów Polskich (wciąż czekam na nowe reguły, które ponoć mają się nieco zmienić w stosunku do roku minionego). Ostatni cel jest w sumie treningowy - chciałbym pobiec w sztefetowej pielgrzymce biegowej na Jasną Górę - cieszę się podwójnie, bo będzie okazja do spotkania z Tete. A skoro już o Blogaczach mowa, chciałbym abyśmy i w tym roku wystartowali wspólnie w ekidenie (mam nadzieję, że tym razem w stolicy, ale Wielkopolski), choć tym razem nie zamierzam nastawiać się na wynik, a jedynie na wspólną zabawę.

To by było na tyle - jest co robić. Nie życzcie mi zatem powodzenia (bynajmniej nie dlatego, żeby to miało przynosić pecha - jak wiadomo przesądny nie jestem, bo to dopiero przynosi pecha). Życzcie mi bym pracował ciężko!

21 czerwca 2013

Wyzwanie 2013 - Tydzień 2

- Wiesz jak daleko jest od nas z domu do kościoła w Skórzewie?
- Ile?
- Siedem kilometrów
- A po co Ci ta wiedza?
- Po nic. Po prostu wiem.
- Skąd?
- Z przebiegu mi wyszło.
- Z czego?
- Z przebiegu.
- Pobiegłeś do Skórzewa?
- Aha. Pobiegłem, obiegłem kościół cztery razy i wróciłem.
- W niedzielę w nocy?
- Noooo... Wieczorem
- To ty niezły jesteś. Po nocach do kościoła biegasz...
Kościół pw. św. Marcina i św. Wincentego M. w Skórzewie (źródło: polskaniezwykla.pl)
Niechże ten, jakże dynamiczny dialog małżeński będzie podsumowaniem kolejnego tygodnia przygotowań do maratonu w moim mieście, który to tydzień starą świecka tradycją opisuję pod koniec kolejnego. Ale przecież musiałem najpierw zrelacjonować debiut w triathlonie, czyż nie?

Tydzień zaczął się zasadniczo we wtorek, bo ostatni tydzień zakończył się w poniedziałkowy wieczór. W związku z powyższym trener zalecił, aby zaplanowane na czwartek 12 km w pierwszym zakresie plus przebieżki skrócić do 10 km plus przebieżki. Ale wcześniej w planie widniało 12 km w pierwszym zakresie. Widniało wpisane we wtorek, ale we wtorek wybrałem się na basen na ostatnie pływanie przed Lusowem, także trening miał miejsce w środowy poranek. W czwartek niestety dzieciarnia postanowiła mieć inne plany na czas, gdy tata zaplanował trening i musiałem odpuścić. Zastanawiałem się czy nie nadrobić tego w piątek rano, ale stwierdziłem, że dzień przed startem w nowej dyscyplinie i (siłą rzeczy) na nowym dystansie lepiej dać organizmowi wolne.
W sobotę był triatlon w Lusowie, ale nad tym już się rozwodziłem. Zdeterminowany, by tym razem tydzień treningowy zakończyć w niedzielę, na zaplanowane 15 km w pierwszym zakresie (a jakże) wyszedłem w niedzielę, ale po dwudziestej drugiej. Jak już się wspomniało powyżej, dobiegłem do kościoła w Skórzewie (mijając po drodze sklep dla triathlonistów). Ponieważ Gremlin wskazywał dopiero (również wspomniane) siedem kilometrów, obiegłem kościół cztery razy i wróciłem do domu. Wróciłem już w poniedziałek – dawno (o ile nie nigdy) nie kończyłem treningu tak późno. Innym aspektem, który wyróżniał ten trening było to, że (o ja głupi durnowaty) postanowiłem założyć buty, których nie miałem na nogach już bardzo dawno. Niestety skończyło się to paskudnym pęcherzem na lewej pięcie, który odbił mi się czkawką (w przenośni oczywiście) w realizacji założeń na tydzień bieżący.

Reasumując krótko, w minionym tygodniu byłem w ruchu niemal cztery godziny i dwadzieścia pięć minut, a nie licząc roweru i pływania (czyli licząc tylko bieg) pokonałem trzydzieści kilometrów. Lekki regres w stosunku do tygodnia minionego, ale w końcu miałem po drodze zawody, w których bieganie stanowiło niewielki wycinek. Od kolejnego tygodnia pracujemy (tzn. ja pracuję) nad stopniowym acz konsekwentnym zwiększaniem kilometrażu. Rzekłem.

17 czerwca 2013

IM TRI czyli jak zostałem w 8,23% Ironmanem

IM TRI – taki napis widnieje na koszulce, która znalazłem w pakiecie startowym, gdy zameldowałem się w biurze zawodów X ogólnopolskich zawodów w Triathlonie Poziom Wyżej w podpoznańskim Lusowie. Koszulce, którą Lepsza Połowa określiła jako (bodajże) paskudną (użyła tez opisowego epitetu, którego nie przytocz, by przypadkiem nie obrazić uczuć pewnej osoby i bynajmniej nie chodzi tu o kogokolwiek z triathlonem w Lusowie związanego). Mniejsza jednak o koszulkę. Zmierzam do tego, że od dwóch dni mogę powiedzieć o sobie Jestem Tri. Oto jak do tego doszło.

Przygotowania

Jak już kiedyś wspomniałem, w Lusowie postanowiłem wystartować z biegu (niemal dosłownie). Choć nie do końca. Doszedłem do wniosku, że do biegu na dystansie trzech kilometrów nie muszę się jakoś specjalnie przygotowywać , szczególnie, że nie nastawiałem się na jakikolwiek wynik – ot chodziło tylko o to by dotrzeć do mety. Doszedłem do wniosku, że na rowerze te 15 km również mnie nie zabije. Za to pływanie. Niby sześćset metrów mnie nie przerażało, pod warunkiem że żabką. Ale tak w triathlonie żabą? I czy w ogóle zmieściłbym się płynąc tym stylem w limicie czasu? Trzeba się zatem było spiąć i podciągnąć kraula. Wykorzystałem w tym celu plan, a właściwie jego wycinek (całość obejmowała wszystkie trzy dyscypliny, ja wykorzystałem jedynie wskazówki dotyczące pływania), zamieszczony w majowym (z tym że sprzed dwóch lat) wydaniu Runner’s World. Realizowałem go sumienne i przez sześć tygodni – opuściłem jedynie ostatni (de facto luzujący) trening. Przepłynąłem w tym czasie łącznie 11 950 m i czułem się przygotowany. Biegać, biegałem tzw. Swoje. Natomiast rower odpuściłem w ogóle (o skutkach za chwilę).

Przed startem

Do ostatnich niema dni wahałem się czy wypożyczać piankę do pływania. Ze względów oczywistych swojej nie posiadam, a – przyznaję się szczerze – szkoda mi było tych stu złotych na wypożyczenie. I może dobrze, że pożałowałem (a może wszechświat zemścił się za moją, nazwijmy to delikatnie, oszczędność), bo musiałem zainwestować te pieniądze w rower. Kila tygodni temu pożyczyłem swój rower znajomemu Holendrowi – jak wiadomo Holendrzy rodzą się na rowerach i jeżdżą świetnie. Ale nie po polskich ulicach. Wywrotka skończyła się jedynie porysowaniem roweru, a przynajmniej tak mi się wydawało. W zeszły poniedziałek okazało się jednak, że przerzutki nie działają tak jak trzeba – trzeba było zatem wymienić.
Szczęśliwie w dzień startu okazało się, że woda w Jeziorze Lusowskim ma 22 stopnie Celsjusza i wręcz zakazano używania pianek (co wprowadziło niemałe zamieszanie, bowiem w regulaminie nie było mowy o tym w jakim zakresie temperatury wody dozwolone czy wręcz obowiązkowe będzie używanie pianki).
Odebrałem zatem pakiet startowy, pozwoliłem wymalować sobie markerem numer startowy na ramieniu i na łydce (zapomniałem, że wystartuję w opaskach kompresyjnych) i wróciłem do samochodu by przygotować rower. Najpierw musiałem jednak zasięgnąć języka, nie byłem bowiem pewien (wiadomo, debiutant – i tak dobrze, że nie założyłem nic tyłem naprzód), gdzie dokładnie ponaklejać numery. Opóźnienie i związane z nim oczekiwanie na wprowadzenie roweru do boksu postanowiłem wykorzystać na obejrzenie okolicy strefy zmian. Ku mojemu zdziwieniu nikt z obsługi nie potrafił odpowiedzieć mi, od którego konkretnie miejsca liczone są trzy kilometry biegu. Z pływaniem sprawa jasna. Na rower wsiada się i zsiada z niego w ściśle określonym miejscu, którego sędziowie niezwykle skrupulatnie pilnowali. Ale bieg? Ja się domyśliłem, że zawodnicy biegną od momentu zejścia z roweru, ale przecież strefa zmian do dystansu biegu się nie zalicza. Cóż, pozostało mi pozostać w niewiedzy.
Wprowadziliśmy wreszcie rowery do boksów wbiliśmy się w pomarańczowe czepki i ruszyliśmy na brzeg. Ruszyliśmy ale bez chipów startowych. Maty pomiarowe wprawdzie na trasie rozłożono, chipy jednak (podobno) nie dojechały. Dwaj sędziowie z brzuszkiem, którzy prowadzili odprawę przedstartową powiadomili nas, iż pomiar czasu odbywać się będzie przy pomocy stopera zawieszonego na szyi jednego z nich (poczułem się jakbym znowu był w liceum).

Pływanie

Start był z wody, właściwie z brzegu, w sumie to z pomostu – sędziowie mieszali się w zeznaniach. W rzeczywistości chodziło o to, ze byliśmy w wodzie ale trzeba było trzymać się pomostu – sędziujący nie mogli jednak zdecydować się jak to właściwie wyartykułować. Niemniej gwizdek w końcu zabrzmiał i ruszyliśmy w stronę środkowej boi słusznych gabarytów i w kolorze białym. Tłoku na szczęście większego nie było i udało mi się ustrzec kopniaków czy kuksańców. Problem był jedynie przy mijaniu boi – tam wszyscy przechodzili do żabki (i tak przy każdej następnej). Woda w jeziorze była przejrzysta na tyle, że widziałem koniec własnej ręki. Musiałem zatem co jakiś czas podnieść głowę, by się rozejrzeć. Poza tym starałem się trzymać równolegle do płynących obok. Zacząłem wypatrywać kolejnej boi i… Matko! Kto wymyślił czepki w tym samym kolorze co boje!? Tak poza tym płynęło mi się całkiem dobrze. Wprawdzie musiałem przejść do brania oddechu na dwa (zwykle robię to na trzy), gdyż brakowało mi tlenu, ale poza tym sensacji brak. Wychodząc z wody spojrzałem na zegarek – dwanaście minut. Nieźle – właśnie takiego czasu się spodziewałem.
Źródło: www.facebook.com/xTRIpl
T1

Dobiegłem do roweru. Wytarłem nogi, założyłem skarpetki i buty (na pedałach roweru miałem tzw. noski), koszulkę, kask i numer startowy. Miałem jednak wrażenie, że trwa to całą wieczność. Że wszyscy, którzy dotarli do boksu razem ze mną już dawno są na trasie. W rzeczywistości od momentu wyjścia z wody do momentu gdy wsiadłem na rower minęły cztery i pół minuty. W rzeczywistości niecałe, bo zgapiłem się i za późno wcisnąłem przycisk lap.

Rower

Tu zaczęły się moje kłopoty. Odpuszczenie trenowania roweru poskutkowało bólem. Nie, żeby jakimś wielkim, ale przyjemne to to nie było. Może za bardzo się spinałem, ale co miałem robić jak wszyscy brali mnie jak przysłowiową furmankę. Fakt, że też sprzęt mieli o wiele lepszy niż mój rower o konfiguracji krossowej, ale jakoś do końca samopoczucia mi to nie poprawiało. Pod koniec drugiego okrążenia zacząłem zbliżać się jednak do jadącej przede mną dziewczyny i zacząłem wierzyć, ze chociaż jedną osobę uda mi się wyprzedzić (tak dla odmiany). Udało się. I chwilę potem złapałem kołem pobocze i poleciałem lotem koszącym. Miałem jednak niesamowitą ilość szczęścia w nieszczęściu. Wyładowałem bowiem na trawie i na snopku siana, którzy przezorni organizatorzy ustawili przy znaku drogowym. Skończyło się zatem na niewielkim siniaku i kilku źdźbłach słomy na kierownicy. Uszkodzenia jednośladu również nie stwierdziłem. Ruszyłem zatem dalej. Zaraz na początku drugiej pętli wyprzedził mnie inny uczestnik i zaproponował bym ustawił się za nim. Skorzystałem – tak dotarliśmy do kolejnej nawrotki i był to (przyznaję) najprzyjemniejszy odcinek trasy rowerowej. Niestety, na owej nawrotce kolega mi odskoczył i już do końca przyszło mi raz wyprzedzać raz być wyprzedzanym przez sympatyczna triathlonistę z numerem 249, właśnie tą, którą wyprzedzałem tuż przed niefortunnym upadkiem (pozdrawiam oczywiście).

T2

Ile czasu spędziłem w T2 nie wiem niestety, bowiem przez przypadek nacisnąłem przycisk lap dwukrotnie. Nie było to chyba jedna zbyt długo, bowiem musiałem jedynie zsiąść z roweru i zdjąć kask. Jeszcze przekręcić numer startowy na brzuch, ale o tym przypomnieli mi dwaj kibicujący chłopcy (tak po 10-12 lat na oko). Ruszyłem na trasę biegową.

Bieganie

Dziwnie się biega mając w nogach i w rekach pływanie i rower. Takie trochę Ministerstwo Głupich Kroków. Tak naprawdę biegło się jednak całkiem przyjemnie. Trzy pętle z jednym stromym podbiegiem, który za chwilę zmieniał się w zbieg. W połowie każdej pętli otrzymywaliśmy od wolontariuszek szarfę, która (a właściwie które, bo w sumie były przecież trzy) miała zapewnić, ze nikt nie skończy po dwóch pętlach (przypominam, że chipy nie dojechały). Te szarfy nieco mnie stresowały bo chyba wszyscy mieli ich więcej niż ja. Mimo stresu dotarłem do końca pętli numer trzy i finiszując po piasku, przybierając tradycyjna minę cierpiętnika (muszę zdecydowanie nad tym popracować) minąłem linie mety. Rzut oka na Gremlina: 1:10:38. Udało się – ukończyłem.Wolontariuszka ucięła mi kawałek numeru startowego, druga wręczyła torbę z suchym prowiantem i mokrym piciem. Medalu nie było (choć uświadomiłem sobie to dopiero w domu).

Podsumowanie

Wnioski? Nawet fajnie było. Czy w triathlonie coś jest? Myślę, że nawet więcej niż bieganie. Czy się zakochałem? Może niekoniecznie - miłości nie będzie, ale... zostańmy przyjaciółmi. Kiedy kolejny raz? Myślę, że za rok. Ale raczej tylko wówczas, gdy dorobię się odpowiedniego jednośladu. Ot myślę sobie, że miesiące letnie mógłbym w przyszłości traktować jako epizod tri w długim sezonie biegowym. Czy tak będzie? Przekonamy się jeszcze. Czyż nie?

PS. Wpis ten dedykuję pamięci Adama "Smutnego" Pernala, pianisty Kabaretu Potem. W dniu mojego tri-debiutu Smutny przegrał swoją walkę z chorobą...

28 maja 2013

Tytułu nie będzie

Trzeba stanąć twarzą twarz ze smutną prawdą - zakwalifikowanie się do Wyzwania RW sprawiło, że się rozleniwiłem. Rozleniwiłem, pod tym względem, że trwam w takim niby niebycie, a właściwie bezplaniu. Ot, rzecz jest w tym, że nie mając konkretnego planu treningowego pod maraton (znam już wprawdzie nazwisko swego trenera, ba, nawet się już ze mną  skontaktował - ale na sam plan wciąż oczekuję), jakoś nie mogę się zebrać do konkretnego biegania. I tak, przez ostatnie trzy tygodnie (licząc do minionej niedzieli włącznie) udało mi się wyjść pobiegać razy pięć, choć chciało mi się, żeby to było tak prawie dwa razy więcej (tak trzy razy w tygodniu, mówiąc wprost) i niestety tylko raz to bieganie trwało dłużej niż godzinę. Mało tego, nie udało mi się nawet dotrzeć do Tarnowa Podgórnego w minioną niedzielę, kiedy to miałem pobiec w tamtejszym półmaratonie zwanym Biegiem Lwa (o zgrozo, nie udało nam się nawet dotrzeć na Bieg Lwiątek, który miał być biegowym debiutem Córki Starszej) - ale niedzielne niepowodzenie organizacyjne rodziny Monczyńskich to już temat na oddzielną historię, która raczej nie zostanie upubliczniona, bo i po co się rozwodzić, jak to się pewnego tygodnia do końca nie ogarnęliśmy (ot, działo się za dużo).

Z tym rozleniwieniem to oczywiście nieco wyolbrzymiam, bo choć faktem jest, że biegam mniej niż bym normalnie chciał i niż wynosi moja średnia w tzw. okresie treningowym, to należy zwrócić uwagę, że nasiliłem swoją aktywność pływacką. Wychodzi nawet na to, że pływam ostatnio częściej niż biegam. Ale skoro zachciało mi się posmakować triathlonu, muszę jakoś do tegoż pływania się przygotować, aby te te 600 m wpław pokonać (nieskromnie stwierdzę, że przejechanie 15 kilometrów na rowerze nie wymaga ode mnie specjalnych przygotowań, że o przebiegnięciu kilometrów w liczbie trzech również nieskromnie nie wspomnę). Postępy pływackie na szczęście widzę i pochwalić się muszę, że podczas jednej bytności w basenie pokonuję nawet 1500 m (oczywiście nie bez przerwy, ale przecież nie od razu Kraków zbudowano).

A propos triathlonu, akurat dzisiaj powiedziało się na tzw. fejsie, jak się będą prezentować trasy podczas X Ogólnopolskich Zawodów w Triathlonie Poziom Wyżej w Lusowie. Pływać będziemy zatem po trójkącie (półtora trójkąta o polu powierzchni - jak łatwo policzyć - wynoszącym 4000 m2 plus dopłynięcie do brzegu.
Jeździć (niektórzy napisaliby rowerować, ale ja nie lubię tego określenia) będziemy po pętli mierzącej 3,75 km.
I na koniec biegać po trasie liczącej metrów tysiąc.
Bardzo, ale to bardzo jestem ciekaw swoich wrażeń po ukończeniu tego wyścigu. Ale na owe wrażenia przyjdzie mi jeszcze poczekać ponad dwa tygodnie, podczas których liczę wystartować już z treningami według rozpiski, którą lada chwila spodziewam się otrzymać od trenejro (z tego napięcia sprawdzam pocztę co piętnaście minut, niczym zakochany młodociany oczekujący maila od wybranki serca).

30 kwietnia 2013

Małe podsumowanie i jeszcze mniejsza korekta

Mam za sobą mini-rozbieganie. W pewnym sensie ciągnęło się ono przez ostatnie trzy tygodnie. Najpierw był tydzień składający się z maratonu i nic-poza-tym (przed startem odpoczywałem z powodu bólu pleców niewiadomego pochodzenia). W kolejnym odpoczywałem po maratonie, więc przetruchtałem w czwartek sześć kilometrów, a w niedzielę przebiegłem swoją średniej długości zmianę w sztafecie maratońskiej. Za to ostatni tydzień folgowałem sobie po tzw. całości. Aktywności fizycznej żadnej, za to kulinarnie... Pozwalałem sobie na wiele (miałem przez to nieopisany wręcz apetyt na słodycze). Na szczęście obyło się bez szaleństw typu Big Mac z kolą i frytami w zestawie powiększonym. Ku zgryzocie mojej żony (wczoraj, gdy dzieci posnęły a ja zacząłem szykować się by pobiegać, stwierdziła: A tak było fajnie, nigdzie nie wychodziłeś...) powoli wracam do regularnej aktywności fizycznej.
Ale skoro było to mini-rozbieganie znak to nieuchronny, że mam za sobą pewien ważny etap, którego zwieńczeniem był przecież maraton w Łodzi. Postanowiłem zatem rzucić okiem (nie to, żebym wcześniej o nich nie pamiętał) na cele jakie sobie wytyczyłem pół roku temu. I cóż się okazuje? Z celów na sezon zrealizowałem tylko jeden i to z pewny przymrużeniem oka. Trójki wprawdzie w sztafecie nie złamaliśmy, ale ja swoją zmianę pobiegłem w czasie o wiele lepszym niż 43,5 minuty. Tyle, że zapisując ten cel sądziłem, że pobiegnę 10 km, a nie 7,195 km. A jest to jedyny z trzech celów, którego zrealizować w tym sezonie już okazji mieć nie będę. Pozostałe dwa jeszcze są w zasięgu.
Za to cele treningowe - kompletna klapa. Cztery z pięciu określone są datami, które już minęły. Trzech z tych pięciu zrealizować się nie udało. Trzygodzinny trening był tylko jeden - drugiego choroba zrobić nie pozwoliła. Wystartować w biegu na 5 km po prostu nie miałem okazji. A co do redukcji wagi - całkowita zasłona milczenia.
Czwartego celu - poprawienia tempa na kilometr w strefie 5a - nawet nie wiem czy mi się udało, czy nie udało osiągnąć Musiałbym przeanalizować swoje tempa w piątej strefie, ale coś ostatnio nie mam do tego motywacji. I nawet nie wiem, czy ma to sens, biorąc pod uwagę, że z uwagi na warunki pogodowe panujące w okresie, gdy zwykle przychodzi przedwiośnie (czytaj: głęboką zimą), piątą strefę biegałem za każdym razem w innych warunkach. Jest zatem sens porównywać jabłka z gruszkami?
Pozostał jeszcze cel treningowy z datą realizacji na 19 maja. Trzy tygodnie zostały niby, ale ja już wiem, że i z tego będą nici.

Co ciekawe, patrząc na te minione sześć miesięcy nie mam poczucia porażki, czy zmarnowanego czasu. Poprawiłem dwie życiówki i postępy widzę wyraźne. A jednak patrząc na cele, wyłania się obraz porażki na całej (może i cienkiej i czerwonej, ale jednak) linii. Gdzie zatem leży problem? Zapewne w określaniu sobie celów. W tej materii też muszę jeszcze trochę poćwiczyć.

No nic, na razie zastanowimy się nad nowymi terminami dla nieosiągniętych celów (co się odwlecze, to nie uciecze). Postanowiłem jednak zmodyfikować swoje dalsze plany jeszcze pod innym kątem. Pierwotnie zakładałem, że po wiosennym maratonie, zacznę przygotowania ukierunkowane na debiut w triathlonie. Doszedłem jednak kilka dni temu do wniosku, że jednak chcę się skupić na jesiennym maratonie, i już teraz zacząć trenować stricte pod jego kątem. Z triathlonu zupełnie nie rezygnuję, ale nie będę go traktował jako zawody o najwyższym priorytecie (w końcu moim celem jest go jedynie ukończyć). Pewnikiem skończy się na tym, że wystartuję w nim w ogóle z treningu (bez żadnego luzowania kilka dni wstecz).

Moją głowę zaprząta jeszcze jak układać swój tydzień treningowy. Ale o tym to już innym razem. Miłego weekendu (długiego lub nie)!

20 kwietnia 2013

Alma Mater - Cześć 2: Traktor

Pakiet startowy odebrany. Myślę już o tym, aby udać się na spoczynek przed kolejnym maratonem. Tak naprawdę to sztafetą maratońską, a mnie czeka jedynie 7,195 km biegu. Ale to jutro - już jutro, a ja wciąż mam zaległości z poprzedniego maratonu, tego w całości, sprzed tygodnia. Zaległości kronikarskie oczywiście. Nadróbmy zatem co nieco.

Wyjechaliśmy z Poznania. Droga, pomijając dwudziestominutowe oczekiwanie w kolejce do kasy na stacji benzynowej - pikanterii być może doda fakt, że stacji marki zaangażowanej od niedawna maratońsko (proszę nie traktować tej uwagi, ani jako reklamę, ani jako antyreklamę - ot, ciekawostka) - bez rewelacji. Ale do czasu. Będąc już niemal na miejscu, na ostatnich kilometrach dosłownie, Bartek skręcił za wcześnie i nagle skończył się asfalt. Droga gruntowa, a tu dopiero co śniegi odtajały, a przypomnę, że śniegi mieliśmy tej zimy głębokie. Pierwsze ostrzeżenia żony Bartek wziął do serca i zawrócił. Ale nie do końca. Nie do końca zawrócił i nie do końca wziął do serca, bo - zamienił stryjek siekierkę na kijek - wkrótce znaleźliśmy się na innej drodze, która choć nadal gruntowa, przecież miała tym razem do celu zaprowadzić. Mówiąc wprost, Bartek zachował się jak typowy facet, i zamiast szybko wyciągnąć wnioski, brnął w swoje błędy. Samochód też brnął i pomijając fakt, że po efektach niedawnej wizyty w myjni (w końcu zmyliśmy zimę, bo jak wiemy jedną z oznak wiosny jest refleksja, że brudny to nie jest określenie na kolor samochodu) nie zostało ani śladu, po prostu ugrzązł w błocie, aż po progi. Kobiety i dzieci z pokładu ewakuowano a mocno niezadowolony z siebie kierujący podjął ostateczną próbę ratunku. Choć przez chwilę nadzieja błysła, niestety nieudaną - ot, zakopałem się pół metra dalej. Na szczęście odsiecz nadeszła, kobiety i dzieci przetransportowano na kwatery (tu należy nadmienić, że z całej załogi jedna Córka Starsza posiadała w wyposażeniu kalosze - na szczęście Córka Młodsza do transportu polowego mogła użyć Mamy), a męska część towarzystwa ruszyła na poszukiwanie posiłków by i strat w sprzęcie uniknąć. Szczęśliwie ludność okoliczność okazała się uczynna i nadesłano wsparcie w postaci pojazdu terenowego typu traktor. Z trzygodzinnym w stosunku do planowanego (z czego połowę można było od razu przyjąć jako pewnik, ale ja łudziłem się, że z dwójką dzieci uda nam się być na miejscu już około osiemnastej) czasu przybycia, udało nam się dotrzeć - jak to określili nasi Gospodarze, dotrzeć z przytupem.

Kluczowym elementem dnia kolejnego, czyli soboty, była wizyta w Atlas Arenie celem odebrania pakietów startowych i zwiedzenia przedmaratońskiego Expo. Zwiedzania to bardzo duże słowo, bo obejście wszystkich stoisk zajęło nam jakieś... pięć minut. Ale zanim do tego doszło, ja doszedłem do (niestety, z całym szacunkiem do wszystkich znanych mi osobiście architektów, powtarzanego przeze mnie zbyt często) postulatu zastrzelić architekta. Dotarcie na miejsce wymagało bowiem taszczenia po schodach (zewnętrznych i wewnętrznych) spacerówki z zawartością w postaci (jaka tam postać, skoro ona w tym wózku siedziała) Córki Młodszej. A dodać należy, że jeden z taszczących, czyli Wujek Wojtek dzierżył jednocześnie w swej dłoni inną dłoń, która należał do jego dwuletniego synka. I jak tu pałać miłością do architekta. Inna kwestia, że i inżynierowie się nie popisali, bo schody się (że tak użyję kolokwializmu) sypią.
Ale wracając do samego Expo. Małe bo małe (choć organizatorzy chcą uważać, że to już maraton światowej klasy, nie równać się jeszcze Łodzi z Warszawą i Poznaniem, że o Berlinie czy Paryżu nie wspomnę), to raptem jedno stoisko przykuło moją uwagę (inna rzecz, że wiele z obecnych tam stoisk, mogłem sobie obejrzeć raptem tydzień wcześniej w Poznaniu) - stoisko Akademii Triatlonu. Asekuracyjnie nie zaopatrywałem się wcześniej w większą ilość gotówki, by jej za dużo na Expo nie zostawić i tak całe trzydzieści złotych wydałem na książkę, której treść już znam. Ale dla bibliofila treść książki to jeszcze nie książka. A że książka z autografem, a jeszcze do tego udało się zdobyć dedykację, sfotografować z autorem i jeszcze dwa słowa zamienić, to pozostawionych wszystkich posiadanych na daną chwilę banknotów, w ilości trzech, o nominałach po dziesięć złotych polskich każdy, nie było mi żal.
W gronie triathlonistów - obecnych i przyszłych
A wspomnieć jeszcze należy o tym, że skoro było nas tam dwóch przemieszczających się razem przedstawicieli płci nie-pięknej i to przemieszczających się z towarzystwie dwójki małych dzieci (przedstawicielki płci zdecydowanie pięknej w towarzystwie dwójki pozostałych dzieci przebywały wówczas bliżej lub dalej, ale w innym miejscu), więc oczywiście wzięto nas za przedstawicieli orientacji wiadomej. Wszystko to oczywiście (że niby) w żartach, ale czy dwóch facetów z dziećmi to naprawdę tak nietypowy widok?

Na zupełne zakończenie warto jeszcze zauważyć, że tzw. pakiet startowy składał się głównie z leków. Ale co się dziwić - sponsorem tytularnym sieć aptek. Aż by się chciało wystartować w maratonie, którego sponsorem tytularnym będzie mennica państwowa.
Więcej rewelacji w sobotę nie stwierdzono. Pasta party odpuściliśmy na rzecz urządzonego kameralnie u naszych Gospodarzy. A o tym co się działo w niedzielę, zwłaszcza między godziną dziewiątą zero zero a dwunastą trzydzieści dwie, będzie można poczytać za dzień lub dwa. O ile mnie od internetów nie odetną.

9 marca 2013

Słowo się rzekło

Słowo się rzekło, kobyłka u płota. A może szosówka u płota, powinienem był napisać. Ale że takowej wciąż jeszcze nie posiadam, zostańmy przy klasycznym brzmieniu porzekadła. W każdym razie rozchodzi się o to, że dokonałem wczoraj ostatniego kroku składającego się na zgłoszenie swojego udziału w zawodach (tj. przelałem opłatę startową), czyli zapisałem się na swój pierwszy triatlon. Nie dość, że się zapisałem, to jeszcze ogłaszam to światu - 1 czerwca bieżącego roku zamierzam spróbować swych sił w trójboju na dystansie supersprint (niewtajemniczonym zdradzam, iż jest to kolejno 600 m pływania, 15 km jazdy rowerem oraz 3 km biegu) podczas X Ogólnopolskich Zawodów w Triathlonie Poziom Wyżej w podpoznańskim Lusowie. Dlaczego akurat te zawody? Z dwóch powodów. Po pierwsze dystans dla mnie odpowiedni - celowałem w sprint, ale nie wiedzieć czemu w zalewie nowych imprez triatlonowych znaleźć można raptem jedne na dystansie sprinterskim (wszyscy się uparli na połówki i ćwiartki tzw. ajronmana) i to na drugim końcu Polski. A jeśli już o tym drugim końcu Polski mowa, Lusowo jest o przysłowiowy rzut beretem, więc i z logistyką nie powinno być problemu. A jeśli tylko pogoda dopisze, jest nadzieja na miły (mimo moich sportowych fanaberii) rodzinny dzień nad jeziorem.

Czy będzie ze mnie triatlonista? O tym pomyśli się właśnie po Lusowie. Podchodzę do tego startu jako do próby, czy mi się spodoba owo coś więcej niż bieganie. Dlatego też bardzo ostrożnie podchodzę do inwestycji w sprzęt. Wspomnianej na wstępie szosówki na pewno sobie nie sprawię, ani przed czerwcem, ani nawet w tym roku. O ile budżet pozwoli, zastanowię się nad taką inwestycją za kilka do kilkunastu miesięcy. W Lusowie zamierzam pojechać na moim crossowym Cub(i)e, zaopatrzonym jedynie w szosowe opony i pedały z butami SPD. Jeśli chodzi o pływanie (czy w ogóle o pływanie, jazdę na rowerze, czy bieganie może chodzić), pianki neoprenowej nie kupię tym bardziej. Koszt takiego zbytku jest zbliżony do kosztu roweru, a używa się tego niemal wyłącznie podczas startów, więc wydatek taki bolałby podwójnie. Na szczęście piankę można na zawody wypożyczyć.

Ale jeśli już o piankach mowa. Jak już wspominałem, pod koniec lutego, dzięki uprzejmości Akademii Triathlonu oraz zespołu TRI-magic miałem okazję przetestować piankę triathlonową. Chociaż testowanie jest w moim przypadku pewnym nadużyciem semantycznym, bo czy można powiedzieć o kimś, kto pierwszy raz zakłada buty do biegania, że te buty testuje? W każdym bądź razie miałem okazję popływać w piance i zobaczyć czym to się je.
Zanim to jednak zrobiłem z czystej ciekawości postanowiłem sprawdzić, co to w ogóle jest ten neopren. I cóż mi powiedziała ciocia Wikipedia? Ano, że jest to nazwa handlowa kauczuku syntetycznego otrzymywanego w wyniku polimeryzacji emulsyjnej chloroprenu (2-chlorobuta-1,3-dien) - polichloroprenu oraz, że neopren jest zadomowioną w Polsce nazwą potoczną, oficjalnie jest to nazwa handlowa należąca od 1931 r. do amerykańskiego koncernu chemicznego DuPont. Wbrew pozorom, neopren znany jest u nas od dawna, bowiem produkuję się z niego m.in kleje, np. butapren, a dopiero zmodyfikowany neopren stanowi surowiec do wykonywania pianek używanych do pływania i nurkowania.
Źródło: Akademia Triathlonu
Ale wróćmy do moich wrażeń z pływania w piance. Okazało się, że doskonale pasuje na mnie rozmiar M (czasami jednak potwierdza się, że jestem średniej budowy ciała). Przymierzyłem i pływałem w dwóch modelach - rzecz jasna jeden lepszy, przez co i droższy od drugiego. Ja jednak nie zauważyłem między nimi żadnej różnicy (wiadomo, laik). Ale zauważyłem za to dwie podstawowe różnice miedzy pływaniem w piance a bez. Po pierwsze wyporność, a po drugie wyporność. Zawsze zastanawiałem się, czy przy starcie z wody triatloniści nie tracą zbyt dużo energii czekając na start utrzymując się jednocześnie na powierzchni akwenu. Okazuje się, że w piance nie stanowi to prawie żadnego nakładu energetycznego. Zyskuje się również na szybkości - zaobserwowałem, że odcinki pięćdziesięciometrowe pokonuję w czasie około dziesięć sekund krótszym niż zazwyczaj (a zazwyczaj zajmuje mi to około minuty). Na swój triatlonowy debiut na pewno będzie zatem warto się w taką piankę zaopatrzyć (wypożyczyć czyli).

Ale przede mną póki co, końcowy etap przygotowań do maratonu. Do tematów triatlonowych powrócę zatem w okolicach długiego weekendu majowego.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...