Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Życiówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Życiówka. Pokaż wszystkie posty

31 października 2015

O przepracowaniu rozbiegania uwag kilka

Od maratonu minęło dwadzieścia dni. Dwadzieścia dni. Niemal trzy tygodnie. A ja przez ten czas nie biegałem ani razu. Szok i niedowierzanie. Podobno nie samym bieganiem biegacz żyje - w ostatnich dniach odczułem to na sobie niczym skutki efektu cieplarnianego (który de facto w ostatnich dniach bardziej zaprząta mój umysł niż wszelkie kwestie okołobiegowe). Bowiem po maratonie w padłem w natłok pracy (istna kumulacja tzw. spraw). I czasu na bieganie po prostu nie stawało.
Niemniej widać już światełko w tunelu. Niedługo znów włożę przykurzone nieco buty. I już snuję plany na kolejny sezon. Ale zanim je w całości zdradzę (cześć już wyciekła, choć są to wycieki w pełni kontrolowane), pomyślałem, że warto by jakoś zgrabnie podsumować to co już za mną. W tym celu sięgnąłem do posta z grudnia z zeszłego roku. I o to co mi wyszło.
A jak wygooglałem swoją aktualną życiówkę w maratonie, to mi Wujek pokazał suwmiarkę (źródło: wikimedia.org)
Część I - Starty

Niemal pewne są starty w dwóch maratonach (czyli biegach o priorytecie A) – Orlen Warsaw Marathon na wiosnę oraz Maraton Poznański jesienią.
Tak właśnie było, tak też się stało.

Roił mi się jakiś czas temu taki pomysł, by oba maratony A.D. 2015 pobiec w stolicy, ale ostatecznie zawitam do Warszawy tylko w kwietniu.
A tutaj niespodzianka! Wprawdzie na trzeci maraton w sezonie się nie zdecydowałem, ale sztafetę udało się skompletować i spełnić marzenie o finiszu na Narodowym. Ale na ten temat i tak jestem winien osobny wpis.

Przed obu maratonami mam oczywiście w planach starty kontrolne, zwane również startami o priorytecie B. Tu jest, jak na razie, jeden pewniak – Maniacka Dziesiątka.
Pewniak nie zawiódł.

Wciąż waham się gdzie pobiec połówki. Wiosenną chciałbym pobiec jeszcze w marcu. W grę wchodzą Ostrów Wielkopolski (niestety, wciąż nieznana jest data kolejnej edycji), Pabianice oraz (ewentualnie) Warszawa.
Padło na Ostrów. Warszawa jednak trochę daleko. A Pabianice (właściwie termin Pabianic) kolidowały z urodzinami Córki Młodszej.
 
Jesienią biorę pod uwagę Zbąszyń i Piłę.
Ostatecznie padło na Zieloną Górę.


Co do jesiennej dychy, również pomysłów jeszcze brak.
Pomysł na szczęście się pojawił i nie tyle jesienią, co jeszcze latem (połówka też formalnie miała miejsce latem) pobiegłem z pompą (choć bez życiówki) w Międzychodzie.

Jest jeszcze jeden pewniak - Półmaraton Weteranów w Murowanej Goślinie. Bo mogę!
Tu nie tyle pewniak, co zdrowie zawiodło i do Murowanej pojechać nie pozwoliło. Odbiję sobie (mam nadzieję) w przyszłym roku.

Część II - Trening

Po pierwsze: objętość. Będę zmierzał do tego, by biegać pięć razy w tygodniu.
Tu w zasadzie mogę ogłosić sukces. Oczywiście, były tygodnie, gdzie nie wszystko szło zgodnie z planem, ale co do zasady na dobre przeszedłem na pięciodniowy tydzień treningowy.

Po drugie: siła. Co najmniej raz w tygodniu (wyłączając okres bezpośrednio poprzedzający start w biegu o priorytecie A) siłowy trening obwodowy i co najmniej dwa razy w tygodniu gimnastyka siłowa.
Tutaj w zasadzie postanowiłem opuścić zasłonę milczenia. Ten temat wciąż zalicza się do kategorii muszę coś z tym zrobić.

Po trzecie: masa. Masa ciała oczywiście. Jeszcze przed wiosennym maratonem chcę zredukować zawartość tkanki tłuszczowej poniżej poziomu 12,5%. A potem dalej iść tą drogą.
W tym wypadku też w zasadzie nie ma o czym pisać. No może przepisać. Jako cel na kolejny rok.

Część III - Cele

Wiosną chciałbym zejść poniżej czterdziestu minut na dychę i godziny trzydzieści w połówce.
Tu się udało. Zszedłem do 0:39:14 i 1:28:49.

Jesienią planuję urwać kolejne półtorej minuty na 10K, natomiast dystans 21,095 km pokonać w godzinę i minut dwadzieścia pięć lub szybciej.
A tu nie. Nawet wiosennych życiówek nie poprawiłem.

A jeśli chodzi o to, co najważniejsze, w Warszawie chciałbym zrobić co najmniej to, czego nie udało mi się dokonać w Katowicach. Zejść poniżej trzy dziesięć.
W tym wypadku udało się nawet z okładem. Bowiem zszedłem (choć biegłem) o trzy minuty i dziesięć sekund poniżej. I o siedem minut i pięćdziesiąt siedem sekund poniżej poprzedniej życiówki. Do poziomu 3:06:50.

Zaś jesienią, już po przekroczeniu linii mety na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich, chcę zobaczyć taki obrazek: (2:59:59)
Spóźniłem się o minutę z wąsem. Niemniej nowa życiówka - 3:01:05 - cieszy niezmiernie.

A teraz idę spać. Bo jutro intensywny dzień, a zamierzam (tak, tak) pobiegać.

14 października 2015

O dwunastu groszach uwag kilka

Jeden grosik dla sierot
W zimny i wietrzny październikowy poranek wszystkie możliwe zegary wskazały godzinę dziewiątą. Wybrzmiało odliczanie, wybrzmiały dźwięki motywu z filmu Rydwany ognia. Wszystko to mogło oznaczać tylko jedno. Biegacze ruszyli na trasę 16. Maratonu Poznańskiego. A wśród nich i ja.
Obok mnie SSBM Biegającej Matki. Obaj mamy ten sam cel - dwójkę z przodu. Postanawiamy trzymać się tej samej strategii, trzymać w zasięgu wzroku zająców na 3:00. Niestety, chętnych do osiągnięcia podobnego czasu znajduje się dosyć sporo i na pierwszych metrach panuje tłok. Stawka się rozciąga, a baloniki gdzieś znikają. Staramy się zatem sami pilnować tempa. Pierwszy kilometr wolno. Nawet bardzo wolno. Zatem na drugim przyspieszamy. Na trzecim wpadamy we właściwy rytm. Pewnie pomogło pozbycie się ostatniej warstwy grzejnej - bawełnianej koszulki. Na wysokości stadionu Lecha skręcamy w lewo. W nasz fyrtel.

Drugi grosik dla chudziny
Kibiców jakby więcej. Widać znajome twarze. Wśród nich te znane bardzo dobrze. Słychać krzyki adresowane do nas i  tylko do nas. Ich doping niesie. Niesie aż za bardzo, bo biegniemy nieco za szybko, co obaj zauważamy. Tymczasem stawka się rozciąga. Tłoku już praktycznie nie ma. Pierwsza piątka za nami, pokonana w 21:58. Wolniej niż średnie tempo na złamanie magicznej bariery, ale wciąż w dopuszczalnych (a wręcz zakładanych) widełkach. Gdzieś za pierwszym punktem odżywiania znika mi mój towarzysz podróży (ucieka gdzieś do przodu). Za to spotykam czytelnika (chyba pierwszy raz w życiu, ktoś mnie rozpoznał, bo wcześniej czytał moje tu wypociny) - Łukasz, pozdrawiam. Zamieniamy kila słów, lecz potem każdy z nas walczy już o swój własny cel.

Trzeci grosik dla żołnierzy
Gdzieś w okolicach znacznika siódmego kilometra orientuję się, że jestem bliski zgubienia jednego z żeli. Poprawiam go, lecz zaraz zauważam, że jeden już straciłem. Wkurzam się i klnę w myślach sam na siebie. Od tej pory regularnie sprawdzam zawartość kieszeni w moich spodenkach i próbuję złapać się jakiejś grupy. Niestety wszyscy wokół jak na złość biegną bądź za szybko, bądź za wolno. Nie chcę sam walczyć z wiatrem, ale jeszcze bardziej nie chcę szarpać tempa. Staram się pilnować swojego. Drugą piątkę pokonuję w 21:38. Niby tylko dwadzieścia sekund szybciej niż pierwsza, ale jest dobrze. Robię swoje. Zjadam pierwszy żel. Przede mną długa prosta, czyli Droga Dębińska.

Czwarty grosik dla urzędów
Następuje docinek, na którym jest jakby mniej kibiców, za to więcej drzew. Kusi by zatrzymać się za potrzebą (czy będzie jeszcze taka okazja?) - z premedytacją to ignoruję. Miejsce drzew znów zajmują kibice. Znów robi się głośno. Wracamy na Hetmańską. Przed nami Warta. Już za chwilę znajdziemy się na drugim jej brzegu.

Gdzieś na trasie (źródło: Radio Merkury Poznań)
Piąty grosik dla policji
Na moście Przemysła kibiców prawie nie ma, ale zaczynają już być słyszalne Rataje - dzielnica Najlepszych Kibiców Świata. Mijam piętnasty kilometr (trzecia piątka w 21:30 - jest dobrze) i pierwszy raz spotykam Martę (Marta, pozdrawiam). A potem to już szpaler ludzi. Hałas, transparenty, balony, megafony oraz małe i większe ręce wyciągnięte do piątek (no jak tu nie przybić, jak?). Pięknie jest.

Szósty pomnik na pomniki tworzących historię
Gdzieś na osiemnastym kilometrze zauważam gdzieś przede mną plecy SSBMBM. Biegnie w małej grupie. Postanawiam do nich dołączyć. Ale powoli, spokojnie. Byle nie szarpać tempa. Zanim ich dopadłem raz jeszcze spotykam Martę. Która zdążyła się tu przenieść z piętnastego kilometra. Do grupy dołączam gdzieś w okolicach dziewiętnastego kilometra. Melduję swój powrót komu trzeba i dalej walczymy już wszyscy razem. Mijamy kolejny punkt odżywiania, gdzie konsumuję kolejny żel. Czwarta piątka w 21:16. Wkrótce docieramy też do półmetka - ten przekraczamy w 1:31:03 od momentu przekroczenia linii startu. Wszystko zgodnie z planem.

Siódmy grosik dla lekarzy
Kolejne kilometry prowadzą nas tam, gdzie rodził się Poznański Maraton - nad Maltę. Chyba jednak bardziej niż atmosfera tego miejsca (niektórzy wręcz twierdzą, że to Mekka poznańskich biegaczy) niesie nas ukształtowanie terenu, a zwłaszcza wynikające z niego działanie siły powszechnego ciążenia. Dwudziesty czwarty kilometr okazuje się najszybszym z całego maratonu.

Ósmy grosik dla księdza
Zwykle, gdy jest zbieg, gdzieś musi być podbieg. My już wiemy co nas czeka po dwudziestym piątym kilometrze (piąta piątka bliźniacza czwartej - w 21:16). Ulica Krańcowa, czyli pierwszy kawałek mocno pod górę. Ja jednak postanawiam pokonać go nieco agresywniej niż moi dotychczasowi towarzysze (co wcale nie oznaczało przyspieszenia - nie zwolniłem aż tak mocno) i na jakiś czas zostawiam ich za plecami. Na ulicy warszawskiej znów daję się nieco ponieść sile grawitacji. Potem już staram się znowu trzymać równe tempo.
Najlepsi Kibice Świata (źródło: Sandra Afek Photography)
Dziewiąty grosz stryjowi
Ostrów Tumski przemierzam pogrążony we własnych myślach. W pewnym momencie po prostu orientuję się, że katedrę mam już daleko za plecami. Na dwudziestym dziewiątym kilometrze spotykam brata, który postanawia mi towarzyszyć w dalszej wędrówce ku mecie. Na kolejnym punkcie odżywczym, jak na każdym, piję wodę i wtedy orientuję się, że to punkt na trzydziestym kilometrze. Nie będę miał czym popić ostatniego żelu. W tym momencie obecność brata okazuje się bardzo pomocna. Mimo że od Warszawskiej trzymam tempo jak należy, przed znacznikiem trzydziestego kilometra (szósta piątka w 21:11) dogania mnie moja stara grupa. Razem wkraczamy na Sołacz, gdzie znów tłumy kibiców, a wśród nich kolejna znajoma twarz (Paulina, Ciebie również gorąco pozdrawiam).

Dziesiąty grosz dla Jadzi
Na Sołaczu też czeka nas pomarańczowa brama okraszona hasłem o tym co przemija, a co pozostaje. Ale ta brama stoi w nie byle jakim miejscu. Na trzydziestym drugim kilometrze. Zabawa się kończy. Zaczyna się maraton. Tym bardziej, że przed nami ulica Świętego Wawrzyńca, czyli podbieg dłuższy i cięższy niż ten na Karńcowej. Siłą rzeczy zwalniamy. Tym razem trzymam się grupy i staram się wypchnąć istnienie podbiegu ze swojej świadomości. Koncentruję się na pięknie otoczenia (ehem). Dodatkowej motywacji dodaje nam świadomość, że na końcu, oprócz wypłaszczenia (wiem, że niektórzy przyjezdni oczekiwali zbiegu, przez co srogo się zawiedli). czeka na nas ekipa gRUNwaldu z Kaśką na czele. Jednak nasza grupa znów się mocno kurczy. Znów gubię gdzieś SSBMBM. Tym razem to on zostaje z tyłu. Do mety już tylko siedem kilometrów z wąsem (siódma piątka w 21:27 - mimo podbiegu).

Grosz cieciowi
Kawałek za trzydziestym piątym kilometrem spotykam Rafała. Jemu też podbieg dał się we znaki. Ale Rafał ratuje mi trochę życie i częstuje żelem (przypominam, że jeden ze swoich zgubiłem, sierota jedna). Tak pokrzepiony ruszam w kierunku stadionu aktualnego wciąż (aktualnej jego formy nie komentuję) Mistrza Polski w piłce kopanej. Bieg przed stadion wrażenie owszem robi (choć bieganie po macie rozłożonej na murawie komfortowe bynajmniej nie było), ale pętelka wymyślny zawijas w jego okolicach nieco zmęczoną już biegiem czachę nieco zaorał. Na szczęście kawałek za nim zaczyna się przedostatnia prosta - wyczekiwana, prowadząca niemal cały czas w dół, ulica Grunwaldzka. A na niej niespodzianka - MBŻ, Również Biegająca Szwagierka (RBS), Nie-Biegające Ola i Karolina plus cała siódemka dzieciaków (w tym dwa moje). To był zdecydowanie najpiękniejszy moment tego maratonu!

Dwunasty grosz na końcu
Ale też zaraz potem maraton się skończył. No może nie sam maraton, ale na pewno rumakowanie. Dostałem taki wiatr w twarz, że... No, że nie wiem co. Ludzi już jak na lekarstwo. Znów nie było z kim zbić się w grupę. Jeszcze na czterdziestym kilometrze (ósma piątka w 21:28 a ostatni jej kilometr 10-15 sekund wolniejszy niż cztery poprzednie) liczyłem po cichu, że może jednak, mimo tego cholernego wiatru, uda się dowieźć jakoś tę dwójkę do mety. Kilometr później nadzieja już zgasła zdmuchnięta brutalnie przez poziomy ruch cząsteczek powietrza.
Wymarzone... zdjęcie na mecie (zdjęcie: Patryk Pieczyński)
Ostatecznie do mety dowiozłem wynik 3:01:05 netto. Co oznacza poprawę życiówki o niemal sześć minut. A jednak do celu-marzenia zabrakło tak mało i tag dużo zarazem. Taki to właśnie jest ten maraton.
Źródło: endomondo.com

18 maja 2015

O pobożności i opłacalności uwag kilka

Zwolnić, by przyspieszyć? Czasem tak właśnie trzeba!
Ostatni tydzień, a właściwie ostatnie kilka (konkretnie cztery) dni starego oraz pierwsze kilka (dokładnie trzy) nowego miesiąca to już, że tak użyję języka młodzieży (oczywiście achtejdzisiejszej) luz pełen. Ale co się dziwić!
Tak zakończyłem swojego ostatniego posta, który podsumowywał kwiecień. Domniemany brak zdziwienia wynikać miał oczywiście z regeneracji po maratonie. Ale zaraz też trzeba było trochę śruby dokręcić, bo kolejny start za pasem. Już w czternaście dni po maratonie miałem bowiem powalczyć o kolejną życiówkę na dystansie dziesięciu kilometrów. Chociaż z tym dokręcaniem śruby znowu tak nie szaleliśmy - jeden trening jakościowy (dwusetki), bo jeszcze kiedyś trzeb świeżość złapać, czyż nie?

Bieg w Swarzędzu - bowiem dycha miała być w ramach 4. biegu 10 km Szpot Swarzędz - okazała się jednak nie lada wyzwaniem logistycznym. Bowiem MONBŻ wybyła na weekend do Wrocławia, a ja zostałem na gospodarce. Sam z dziećmi. Na szczęście w takich okolicznościach można liczyć na KiZK (Krewnych i Znajomych Królika - ze wskazaniem na znajomych). Córkę Starszą udało się sprzedać już w sobotę, na okoliczność nocowania u koleżanki (to jest coś, co rodzice lubią najbardziej - a szczególnie rodzice strony nocującej). Córka Młodsza zaś udała się ze mną do Swarzędza (chociaż - co jest oczywiście normą - trzeba ją było wołami z łóżka o ósmej wyciągać; jakbym ja chciał pospać, wstała by o szóstej), gdzie szybko przejęła występująca tego dnia w roli kibica Ciocia Kasia, a ja trafiłem na przedstartową rozgrzewkę. A potem na sam start.
Takie wsparcie na trasie to ja lubię. Takie wsparcie to ja rozumiem!
(Zdjęcie: Adrian Wykora; Źródło: Głos Wielkopolski)
Nie wiem jak to się stało, ale na swarzędzką dychę dotarłem po raz pierwszy. Trasa reklamowana była jako jedna z najszybszych w Polsce i - choć do płaskich nie należy - trzeba przyznać, że chyba coś w tym jest (nie uprzedzajmy jednak faktów). Ponoć, z uwagi na rosnącą liczbę uczestników (a propos - od tygodnia to właśnie bieg w Swarzędzu jest najliczniejszą dychą w Wielkopolsce) początek trasy przeniesiono na najszerszą ulicę w mieście. I trzeb przyznać, że na początku faktycznie było szeroko i można było spokojnie złapać swoje tempo. No właśnie tempo. Tempo wynikało ze strategii, która tym razem była  prosta jak równik na ściennej mapie świata - Trenejro nakazali (sic!) od początku trzymać tempo ok 3:58/km (pisałem już, że celem było to, do czego na Maniackiej zabrakło kilkunastu sekund?), a na ósmym kilometrze zamknąć oczy i do mety. A zatem, uwzględniając fakt, iż Gremlin przekłamuje tempo chwilowe średnio o dwie sekundy na kilometr (tak mi przynajmniej wyszło z obliczeń), starałem się pilnować tempa 3:56. Pierwszy kilometr tak właśnie wyszedł. Na drugim trzeba było pokonać pierwszy z wiaduktów. A propos - wiedzieliście, że istnieją dwa rodzaje wiaduktów: górą i dołem (oczywiście sposób postrzegania zależy id tego, na którym z przecinających się szlaków komunikacyjnych się znajdujemy)? I właśnie takie dwa znalazły się na trasie biegu. Z tym, że oba musieliśmy pokonać dwukrotnie. Pierwszy wiadukt - dołem (pod drogą krajową nr 92) - na drugim kilometrze. Najpierw mocno w dół a potem podbieg, taki podbieg brany z rozpędu. Na kolejny wiadukt - tym razem górą (nad torami kolejowymi) dotarliśmy już na kolejnym (trzecim czyli) kilometrze. Ta też spotkałem SSBM* wspomnianej powyżej Kasi, który w zastępstwie nie całkiem jeszcze zdrowej żony, biegł sobie może nie rekreacyjnie, ale nie na sto procent swoich niemałych możliwości.

Kolejne kilometry to poniekąd zwiedzanie południowej części Swarzędza - trochę zakrętów, kilka rond oraz całkiem sporo charakterystycznych dla niewielkomiejskich biegów kibiców. Tempo niemal jak po sznurku aż do szóstego kilometra. Na siódmym zaczyna być ciężko (kryzys to może zbyt duże słowo, a może i nie). Na moje szczęście mniej więcej w tym momencie po raz kolejny znajduje mnie Paweł (tym razem on mnie, a nie my siebie) i zaczyna mnie ciągnąć. Wracamy na wiadukt górą - mniej więcej na górze właśnie znajduje się znacznik ósmego kilometra. Paweł każe mi już się nie odzywać i trzymać tempo (osłania mnie też przed wiatrem). Pomny zleceń Trenejro co do tego, ca ma się dziać po ósmym kilometrze, zamykam się, przestaję w ogóle patrzeć na Gremlina i biegnę. Okolice znacznika z cyfrą 9 to raz jeszcze siodło pod trasą Poznań-Września. Tu popełniam mój największy błąd podczas tego biegu - na podbiegu skracam krok i nieco zwalniam. A przecież to było raptem kilometr przed metą - trzeba było cisnąć!
Nawet po tętnie widać, że walka była!
Na szczęście ostatni kilometr jest mocno z górki. Cały peleton naturalnie przyspiesza. Mnie jednak, dzięki motywacji Prywatnego Pacemakera (Tego triatlonistę wyprzedź!), udaje się kilka osób wyprzedzić. Tuż przed stadionem mijamy osobistych kibiców, których na szczęście udało mi się nie przeoczyć. Również Córka Młodsza wyłapała mnie z tłumu (podobno były sprzeczki czyj tata oto właśnie przebieg, a przecież były oba). Na stadionie walczę ostatkiem sił, ale wciąż motywowany (Jeszcze tę dziewczynę!) wciąż wyprzedam. Mijam metę i padam na przysłowiowy pysk (nie do końca dosłownie, ale na pewno w przenośni). Późniejszy esemes potwierdzi to, co widzę na wyświetlaczu Gremlina - 0:39:14. Właśnie przekroczyłem granicę, która jeszcze kilka lat temu leżała w sferze tzw. pobożnych życzeń. Okazuje się, że pobożność popłaca!
Źródło: endomondo.com
Byłbym zapomniał - w sobotę obudziłem się z bólem gardła i kaszlem. Przez większość dnia zastanawiałem się co będzie z tej całej walki o nowe PB. Doszedłem jednak do wniosku, że biegnę - w najgorszym wypadku się nie uda. Jak widać udało się, choć z dużą dozą prawdopodobieństwa w ten sposób się doprawiłem bo od tygodnia charczę jak Grzesiuk w ostatniej części autobiograficznej trylogii. Odpoczywam też od biegania niestety. Ale, jakkolwiek niemądrze i nieedukacyjnie to zabrzmi, warto było!

*Dla niewtajemniczonych: Super Szybko Biegającego Męża

3 maja 2015

O Maratonie Wdzięczności Narodowej uwag kilka

Znacie ten dowcip o Kaszubie, krakusie, warszawiaku i złotej rybce? Jeśli nie, to ode mnie go nie usłyszycie (ani tu nie przeczytacie), bo powiela pewne stereotypy, których nigdy nie podzielałem. A od zeszłej niedzieli na warszawiaków złego słowa powiedzieć nie dam. A wszystko przez Orlen Warsaw Marathon.

Maraton Paliwowy, jak czasem jest nazywany, pojawił się znikąd dwa lata temu. Decyzję o starcie w danym maratonie podejmuję zazwyczaj z dużym wyprzedzeniem, ale podówczas nawet popełniłem posta, dlaczego nie pobiegnę w pierwszej edycji. W zeszłym roku również było nam nie po drodze. Ale w tym postanowiliśmy (a właściwie ja postanowiłem) się spotkać i 26 kwietnia roku bieżącego stanąłem na starcie tego, zdaje się, już największego maratonu w Polsce.
I przyznać trzeba, że rozmach zachwycał, choć nie to zaprzątało głównie moją głowę. Po różnych doświadczeniach z lat ubiegłych, postanowiłem przede wszystkim dobrze się ustawić. Jak najwcześniej (ale też bez przesady) udałem się zatem do przypisanej mi strefy startowej, gdzie oczekiwałem na godzinę W. A ta nastąpiła o dziewiątej minut trzydzieści. Ruszyliśmy!

Na pierwszych metrach dosyć tłoczno. Było to jednak małe zaskoczenie. Mimo, że ochrona z dużym zaangażowaniem pilnowała, aby każdy znalazł się w przypisanej mu strefie (aż do przesady - słyszałem relację biegacza, który chciał pobiec wolniej niż jego życiówka, a nie pozwolono mu wejść do tej wolniejszej strefy), więc przede mną powinni stać niemal wyłącznie biegacze z dwójką na początku rekordu życiowego, musiałem sporo wyprzedzać. Wyprzedziłem m.in. (choć to jednak oddzielna kategoria) tak zwanego Bosego Biegacza, który z rozbrajającym uśmiechem chwalił się wszystkim dookoła, że biegnie na sześć godzin (to po kiego diabła ustawia się razem z czołówką?). Jak już wyprzedziłem tych, których miałem wyprzedzić, zaczął się podbieg na Moście Świętokrzyskim. I tak minął mi pierwszy kilometr - nieco wolniej niż zakładała strategia, a przewidywała tempo 4:27/km przez pierwsze dziesięć kilometrów. Zresztą jeszcze długo nie udawało mi się wejść na zaplanowane obroty.
Piąty kilometr. Jeszcze przez jakiś czas będę miał siły na uśmiech.
Gdy dotarliśmy do kolejnego, znacznie dłuższego i znacznie bardziej stromego podbiegu (na szczęście również ostatniego z taką charakterystyką) coś zaczęło mi się nie zgadzać. Podbieg się kończył a tu dopiero osiem i pół kilometra w nogach. Miał się kończyć w okolicach dziesiątego kilometra, gdzie pierwszy żel mieli mi podać Hania i Staszek (czyli mąż Hani). I Hania i Staszek, tak jak się umówiliśmy, przed zakrętem czekają. No nic, pomyślałem, może coś pokręciłem. Zawsze lepiej wziąć żel za wcześnie, niż za późno. Ale drugiego punktu odżywiania też o mało co nie przegapiłem. W okolicach dwudziestego kilometra miała czekać na mnie Emilia, która mieszka w okolicy i tam dopingowała maratończyków. I czekała, tylko że jakiś kilometr, półtora wcześniej. Na szczęście to ona mnie zauważyła i dała znać o swojej obecności. O co w tym wszystkim chodzi, zachodziłem w głowę. Odpowiedź znalazłem na kolejnych znacznikach kilometrów, obok których na asfalcie były oznaczenia dokładnie o jedne niższe. Najwyraźniej grafik poprawiając mapę z poprzedniej edycji nie przesunął znaczników kilometrów. Niby niewielka pomyłka, niemniej mogła (a może była) brzemienna w skutkach.

Ale wróćmy do tego, jak mnie się biegło. Tak jak wspomniałem, długo nie mogłem wskoczyć w założone tempo. Praktycznie do piętnastego kilometra byłem o kilka sekund na każdym kilometrze w plecy. Na dziesiątym zameldowałem się po czterdziestu pięciu minutach (równo), na piętnastym po sześćdziesięciu siedmiu i pół minucie. Później wreszcie udało mi się nieco dokręcić śruby i na półmetku miałem już zaledwie kilkanaście sekund straty w stosunku do planu. Ale niedługo później zaczęły się moje kłopoty - pojawiła się kolka. Niby niewielka, ale dyskomfort był. Mimo, że znowu nieco zwolniłem, walczyłem jednak dzielnie. Mniej więcej na tym odcinku trasy otrzymałem też kubek wody od jednego z najbardziej rozpoznawalnych maratończyków-amatorów, czyli od redaktora Lisa, który zorganizował prywatny punkt nawadniania. Zresztą kilka kilometrów dalej przyszło mi być dopingowałem przez tri-polityka czyli Wojciecha Olejniczaka. Same sławy, a ja wśród nich...

Nie pamiętam już dokładnie, w którym momencie kolka odpuściła. Ja jednak nie odpuszczałem - pilnowałem tempa i zacząłem wypatrywać Hani i Staszka. Tym razem czekali nie tylko tam, gdzie się umówiliśmy, ale i kilometr trasy się zgadzał - trzydziesty. Podobno wyglądałem nieciekawie, choć akurat wtedy biegło mi się całkiem nieźle (jeszcze). Kolejny, już ostatni, żel Hania i Staszek podali mi na trzydziestym piątym kilometrze. Jak twierdzą, wyglądałem lepiej niż dwadzieścia dwie minuty wcześniej, ale biegło już mi się ciężko. Kawałek dalej dopadł mnie (niemal dosłownie) człowiek z fletem, czyli Krasus i sprzedał porządnego mentalnego kopa (dał też kawałek batona Chia Charge). Kurczę, gdy stał dwa kilometry przed metą, chyba bym do niej pofrunął. Co ciekawe zapytał też jak jest. Nie tyle pytanie było ciekawe, co moja odpowiedź. Odparłem, że ciężko, ale dobrze (tak było - walczyłem, ale tempo było jak trzeba). I tak sobie teraz myślę, że jest to w pewnym sensie najkrótsze ujęcie piękna maratonu - zwłaszcza w okolicy trzydziestego piątego kilometra.
Widać po minie, która to dycha. Później było gorzej - na szczęście tylko z miną...
Jakiś kilometr za Krasusem spotkałem innego Marcina (który, jak się domyślam, zmierzał ku temu pierwszemu), a potem zaczęła się prawdziwa walka. Zauważyłem w pewnym momencie całkiem mocny spadek tempa, więc zwiększyłem obroty. Wróciłem na właściwe, a czułem się tak samo źle jak przy tym wolniejszym. Jak myślicie, jakie wnioski wysnułem? Na trzydziestym ósmym zaczęła mi ciążyć czapka z daszkiem. Zachowałem chyba jednak resztki tzw. skrupułów, bo żal mi jej było i nie wyrzuciłem jej gdzie bądź. Ale gdy po raz kolejny przebiegałem przez Most Świętokrzyski i dopadł mnie Staszek na rowerze, czapka w trybie ekspresowym poleciała w jego kierunku. To go na chwilę zatrzymało, niemniej za chwil kilka znowu był obok i w niezbyt parlamentarnych słowach przekazał mi co mam robić i dlaczego tak szybko. Czułem się akurat tak, że miałem ochotę odpowiedzieć mu w równie nieparlamentarnych słowach, że ma się oddalić, ale stwierdziłem, że jednak lepiej będzie te resztki energii spożytkować na to, do czego z takim zaangażowaniem mnie zachęcał. Minąłem to, co jeszcze trzy godziny wcześniej było linią startu i ostatnia prosta. Matko jaka ona długa. Myślałem, że nigdy się nie skończy. Na pewno każdemu choć raz śniło się, że biegnie, ale stoi w miejscu - tak się właśnie czułem. Dobrze, że chociaż głośno było - im bliżej tej cholernej (pardon) mety tym głośniej. Jeszcze ostatnie słowa zachęty od stojącej za barierką Hani, ostatni wysiłek, ostatnie metry i upragniony po dwakroć cel - linia mety i piękna nowa życiówka na dystansie czterdziestu dwu kilometrów i stu dziewięćdziesięciu pięciu metrów - 3:06:50! I o ile jakieś cztery kilometry wcześniej pomyślałem, że nie widzę siebie łamiącego jesienią trzy godziny, za metą optymizm jakby powrócił.
Źródło: endomondo.com
Ale gdybym miał znaleźć jedno słowo, które by najlepiej opisywało wydarzenia tego dnia, tym słowem byłaby wdzięczność! Nie mogę zatem, choć kojarzy mi się to z drętwymi przemowami, nie podziękować tym wszystkim, bez których ten dzień nie okazał się tak niesamowity (nie tylko z uwagi na uzyskany wynik). Wielkie dzięki przede wszystkim dla Hani i Staszka, którzy nie tylko wspierali mnie na trasie, ale dali dach nad głową na przedmaratońską noc oraz ugościli naprawdę po królewsku. Dziękuję Emilii i Krasusowi, którzy również wsparli mnie na trasie (i sami to wsparcie zaproponowali). Dziękuję Blogaczom, którzy jak zawsze rozgrzewali Twarzaka do czerwoności, Dziękuję wszystkim znajomym i nieznajomym, którzy mnie wspierali dobrym słowem, kubkiem wody, czy po prostu uśmiechem. Dziękuję wszystkim, którzy pamiętali o mnie tego dnia, dając lub nie dając temu wyraz. Podziękowania należą się również Trenejro, który tak ładnie mnie przygotował oraz Trzem Kobietom Mojego Życia (a zwłaszcza MONBŻ), które tak dzielnie znoszą moje maratońskie fanaberie! A jeśli o kimś zapomniałem - to też dziękuję!
Garść statystyk...

Niby to całe bieganie to sport indywidualny. A tak bardzo wcale nie (sic!).

25 marca 2015

O czterech życiówkach w szesnaście dni uwag kilka

No dobrze. Teraz mogę już zdradzić mój ściśle tajny, łamany przez poufny, plan. Otóż obmyśliłem sobie, że w szesnaście dni marca (czyli od siódmego do dwudziestego drugiego) poprawię życiówki na trzech dystansach, od piątki do półmaratonu. Z radością donoszę, że plan ów wykonałem w jakiś, licząc w pewnym zaokrągleniu… dwustu procentach. Raz, że faktycznie poprawiłem wyniki na wszystkich trzech dystansach. Dwa, że ten na piątkę aż dwa razy (drugi raz w drugiej połowie biegu na dychę). A trzy, że plan (jak to określa Trenejro) rozmienienia godziny trzydzieści w połówce udało się zrealizować ze sporym naddatkiem. No właśnie, jeśli ktoś jeszcze nie wie, od niedzieli mój oficjalny prywatny rekord świata na atestowanym dystansie dwudziestu jeden kilometrów oraz dziewięćdziesięciu siedmiu i pół metra wynosi dokładnie 1:28:49 (słownie: jedna godzina, dwadzieścia osiem minut i czterdzieści dziewięć sekund).
Interakcja z kibicami (źródło: online.datasport.pl)
Tak po prawdzie to byłem pełen wątpliwości czy ten plan (właśnie dlatego był tajny), zakładający mocne pobiegnięcie dwóch dystansów (pierwszej piątki nie liczę, bo i tak była w ramach dłuższego treningu) tydzień po tygodniu uda się zrealizować. Wiem, że niektórzy biegają mocną dychę na tydzień przed maratonem, ale w moim bardzo prywatnym odczuciu, te siedem (a właściwie sześć) dni odpoczynku, to nieco mało. Jednakże miejsce biegu oraz jego odległość czasowa od maratonu mi pasowały, zaś Trenejro stwierdził, że nie widzi przeciwwskazań, abym pobiegł połówkę tydzień po Maniackiej. Zatem decyzja zapadła. Na wszelki wypadek, by wspomóc nieco regenerację, zafundowałem sobie w pomaniacki poniedziałek solidny masaż nóg (wiecie, taki z prawdziwym masażystą – żaden tam automasaż).

Kolejną sprawą, która zaprzątała mój umysł przez tydzień poprzedzający wyjazd do południowej Wielkopolski, była pogoda. Po chłodnej maniackiej sobocie, wiosna znów rozwinęła skrzydła, a jednak prognozy pogody, najpierw długo-, a potem również krótkoterminowe, przewidywały temperaturę jedynie kilka stopni przekraczającą tę, w której woda zamarza. Postanowiłem jednak postawić wszystko na jedną kartę i tym razem przygotowałem jeden zestaw odzieży. Prawie taki sam, jaki miałem na sobie w biegu wokół poznańskiej Malty i okolic ()prawie, bo dołożyłem opaski kompresyjne). Już w drodze do biura startowego w niedzielne przedpołudnie doszedłem do wniosku, że, z uwagi na całkowity brak zachmurzenia, od buffa na głowę lepsza byłaby czapka z daszkiem, która jednakże nie była w użyciu od dobrych sześciu miesięcy i oczywiście została w domu. I tutaj niespodzianka – czapkę z daszkiem znalazłem w pakiecie startowym. A propos nasłonecznienia – prognozy dotyczące temperatury sprawdziły się. Było mniej więcej tak samo ciepło (a właściwie tak samo zimno). Lecz dzięki słońcu właśnie, temperatura odczuwalna była na pewno o kilka stopni wyższa. Nie było też wiatru. A dokładnie to, poza jednym krótkim odcinkiem, nie odczuwałem go na trasie. Ostatecznie pobiegłem wręcz w stroju uboższym niż tydzień wcześniej (podkoszulek został w depozycie).

Kończąc już temat ubrania, wprowadziłem pewną zmianę w moim (że tak to ładnie określę) rytuale przedstartowym. Sprawdziwszy uprzednio jak daleko jest z biura zawodów do miejsca startu, główną część rozgrzewki przeprowadziłem jeszcze w dresie. Dopiero później zmieniłem go na mój przedstartowy kombinezon, resztę rzeczy zostawiłem w depozycie i udałem się na miejsce startu właśnie, robiąc jeszcze po drodze kilka dogrzewających przebieżek. I zastanawiam się czy taka procedura będzie miała rację bytu za każdym razem. Na pewno musiałyby być spełnione dwa warunki. Niezbyt duża odległość biura zawodów, a konkretnie depozytu, od startu. I brak kolejek przed owym depozytem na ok. 15-20 minut przed startem. Obawiam się, że z tym drugim, szczególnie na tych mniej kameralnych biegach, może być pewien problem.

A co z samym biegiem? Nad czym tu się rozwodzić, skoro wszystko poszło jak po przysłowiowym sznurku? Wszystko tego dnia zagrało. Wspomniana pogoda do pary z czapeczką z pakietu startowego. Płaska, szybka trasa (mimo, że liczyła trzy pętle z jednym nawrotem o sto osiemdziesiąt i jeszcze ta kostka brukowa w okolicach rynku…). I forma, nie zapominajmy o formie. Ta ewidentnie była (znaczy się jest). Taktyka zakładała tzw. negative split (trzeba by wymyślić jakieś zgrabne polskie określenie na to zjawisko) – pierwsze pięć kilometrów w tempie 4:18/km, kolejne dziesięć po 4:12-4:15, od piętnastego 4:12 i oczywiście ostatni kilometr w przysłowiowego trupa (koniec zawsze biegnie się w trupa, niezależnie czy energia jeszcze jest, czy już się skończyła – w trupa może mieć przecież różne znaczenia). Choć hamowałem się jak mogłem, ruszyłem nieco za szybko. Udało mi się jednak unormować szybkość biegu i w okolicach znacznika piątego kilometra zameldowałem się po około dwudziestu jeden minutach i dwudziestu sekundach, czyli z dziesięciosekundowym zapasem. Na końcu pierwszej pętli znowu trochę mnie poniosło i za nadto przyspieszyłem. Ale cóż było robić, jak tam tyle kibiców było? Także na ósmym kilometrze musiałem prawie że łapać oddech obiecując sobie jednocześnie, że na koniec drugiej pętli będę bardziej rozważny. Gdy mijałem znacznik kilometra dziesiątego, stoper pokazywał czas w okolicach 42:50 – dokładnie według założeń. Po raz kolejny przebiegając pod bramą startową, za nic mając wcześniejsze autoobietnice, znów dałem się ponieść, i znów musiałem później hamować. Na piętnastym kilometrze odnotowałem czas nieco poniżej godziny i czterech minut (a tyle właśnie przewidywała taktyka), spożyłem, zgodnie z zaleceniami sami wiecie kogo pół żelu z kofeiną i wysłałem sygnał do centrum dowodzenia, że zaczynamy ostatnią piątkę (jak łatwo policzyć do mety było ponad sześć kilometrów). Wbrew pozorom kolejne dwa, może trzy kilometry były w moim odczuciu najcięższym odcinkiem tego biegu. Ale potem nie pozostało mi nic innego jak tylko przyspieszyć. Na punkcie odżywiania wypiłem dwa łyki wody i wrzuciłem najwyższy bieg. Kolejny, zorganizowany przez mieszkańców, punkt z wodą minąłem już bez picia – pokazałem tylko gestem, jak bardzo podoba mi się to co owi ludzie robili (nawiasem mówiąc, pani podająca biegaczom kubeczki z wodą, trzymając jednocześnie papierosa w zębach, wywołała mój mimowolny uśmiech) i pognałem dalej. Na tysiąc dziewięćdziesiąt i pół metra przed metą Gremlin pokazuje nieco ponad godzinę i dwadzieścia cztery minuty. W tym momencie po raz pierwszy pomyślałem, że po jedynce, dwukropku (Córka Starsza nazywa to kropkówką) i dwójce niekoniecznie musi stać dziewiątka. Trudno o lepszą motywację, nieprawdaż? Mocny finisz po ostrowskim bruku, rzut oka na właśnie zatrzymany stoper i jest. Jest – nowa przepiękna, wymarzona, wyśniona i oczekiwana od niemal roku życiówka (jaka to już pisałem).

Źródło: endomondo.com
Nie chciałem tego robić na sam koniec, bo podobno z każdej opowieści czy rozmowy najdłużej pozostają w pamięci początek i koniec właśnie, ale nie wyszło inaczej. Muszę (no dobra nie muszę, ale i powstrzymać się nie mogę - no dobra, mógłbym, ale nie do końca chcę) więc włożyć łyżkę dziegciu do tej beczki miodu. Mój wykładowca od materiałów budowlanych zwykła mawiać, że wszystko ma swoje zady i walety (sic!). Druga edycja półmaratonu w Ostrowie Wielkopolskim była naprawdę perfekcyjnie zorganizowana i posiadała tę charakterystyczną dla kameralnych biegów rozgrywanych w niezbyt dużych miastach atmosferę. Jest jednak jedno tzw. ale. Brak medalu na mecie. Ktoś może powiedzieć, że wybrzydzam, ale z jednej strony po prostu się przyzwyczaiłem, z drugiej jest to dla mnie miła pamiątka. Była wprawdzie statuetka zamiast medalu. Niestety (to oczywiście rzecz gustu, ale wyrażam tu przecież swoją opinię), koszmarnie brzydka. I jeszcze dostała mi się taka z napisem „Przebiegłam II Ostrowski Półmaraton”. Ale poza tym niuansem, wszystko inne na (nomen omen) medal. I ta życiówka taka piękna, taka świeża i taka moja...

18 marca 2015

O czwórce na początku i końcu uwag kilka

Na wariackich papierach. Był taki serial w szalonych latach dziewięćdziesiątych. Nie za bardzo pamiętam o czym był, ale jego tytuł doskonale oddaje to, co się działo wokół mojego startu w szóstej mojej a jedenastej w ogóle Maniackiej Dziesiątce.
Szósty medal z Maniackiej. Trzeci srebrny. Czas na kolejny kolor?
Po pierwsze - w piątek pracowałem do późna, przez co raz, że nie mogłem odebrać wcześniej pakietów startowych (możliwy był jedynie odbiór osobisty, a biuro było czynne między osiemnastą a dwudziestą pierwszą), dwa, że tzw. przedstartowe podekscytowanie zacząłem odczuwać dopiero ok. godziny dwudziestej pierwszej. Po drugie - w sobotę musiałem wstać bardzo wcześnie i już po ósmej wyjść z domu. Wynikało to z tego, że miałem do odebrania nie tylko swój pakiet, ale też pakiety Córek Dwóch, które tym razem udało nam się zapisać na biegi dzieci (perypetie z biegami dzieci to temat na osobną historię). Po trzecie - ponieważ musiałem wyjść wcześnie, nie do końca wiedziałem jak ułożyć przedstartową strategię żywieniową. Ostatecznie tuż przed wyjściem zjadłem bułkę z miodem i kromkę (w niektórych rejonach naszego pięknego kraju nazywaną też pajdą) chleba z dżemem oraz zabrałem ze sobą baton bananowy Chia Charge. Baton pochłonąłem o godzinie dziesiątej a o jedenastej znów byłem głodny. Na szczęście pewien nowy znajomy podzielił się ze mną żelem przed startem (wniosek na przyszłość: na wszelki wypadek już zawsze zabieram żel; najwyżej nie zjem). Po czwarte - z uwagi na aurę nie miałem pomysłu na to, jak się na bieg ubrać. Na wszelkie zaś zabrałem ze sobą trzy (tak, trzy) zestawy ubrań. Ostatecznie zdecydowałem się na krótkie startowe spodenki, podkoszulek, koszulkę z krótkim rękawem oraz naramienniki i rękawiczki (cienkie, nazywane przeze mnie tymi do biegania w lekkim plusie), a także czapkę z chusty kominowej na głowę. W sumie dobrze wyszło - na samym początku trochę mi było zimno w ręce, ale później się rozgrzałem. Zresztą wyszedłem z założenia, że im bardziej będzie mi zimno, tym śpieszniej mi będzie do mety. I wreszcie po piąte - mimo całonocnego podłączenia do źródła prądu, rozładował mi się telefon, przez co miałem pewne trudności z odnalezieniem się z MONBŻ oraz Córkami Obiema. Szczęście w nieszczęściu, dzień wcześniej zapomniałem zabrać z samochodu telefon służbowy, przez co po dokonanej podmianie udało mi się w ogóle odnaleźć z pozostałymi biegnącymi Monczyńskimi, czyli tatą i bratem. Niestety udało się to dopiero po biegu.

Samo bieganie (moje, bo dzieci biegły już o w pół dziesiątej) zaczęło się dosyć wcześnie. Zwykle zaczynam rozgrzewkę na ok. pół godziny przed startem. Tym razem na jedenastą umówiłem się z Trenejro i kilkoma innymi jego podopiecznymi, więc wchodzenie na wyższe obroty zaczęło się wyjątkowo wcześnie (ja zacząłem jeszcze wcześniej, gdyż z depozytu na miejsce spotkania przemieściłem się truchtem) i trwało wyjątkowo długo. Ale przynajmniej było miło. Na szczególnie wysokie obroty wszedłem oczywiście tuż po dwunastej, zaraz po tym jak dotarłem do przypisanej mi strefy (to ciekawostka - podobno były wielkie flagi w oznaczeniem stref; w ogóle ich nie pamiętam, stanąłem tam gdzie było więcej osób z oznaczeniem B na numerze startowym) i pozbyłem się mojego tradycyjnego już, a wciąż budzącego mieszankę rozbawienia z zainteresowaniem stroju rogrzewkowego, czyli kombinezonu malarskiego zwanego pieszczotliwie kondomkiem.

Taktyka na bieg była prosta jak dwa metry sznurka w kieszeni. Żartuję - naprawdę była prosta. Pierwsze pięć kilometrów w 20:15 (tempo 4:00-4:05 km). W drugiej połowie przyspieszamy i schodzimy nieco poniżej czterech minut na kilometr. Na pierwszym kilometrze tradycyjnie staram się z jednaj strony nie dać się ponieść tłumowi, z drugiej nie zaciągać przypadkiem ręcznego. Innymi słowy staram się wstrzelić w odpowiedni rytm. Spoglądam na pomiar tempa chwilowego Gremlina, który pokazuje 4:05/km. Jest dobrze. Gdy znacznik pierwszego kilometra mijam po niemal dokładnie czterech minutach, wiem już jaką poprawkę przyjmować. Tempo kolejnych kilometrów kontroluję bez aptekarskiej dokładności - mam włączony autolap a na znacznikach sprawdzam łączny czas biegu. Wiem jednak, że tempo jest odpowiednie a mnie biegnie się całkiem dobrze. Na półmetku mam czas 20:14. Idealnie. Teraz tylko przyspieszyć. Wiśta wio, łatwo powiedzieć. Na szóstym kilometrze jest całkiem spory, jak na tak płaską trasę, podbieg i zaczynamy biec pod wiatr (i tak dobrze, że nie wali gradem, jak rok wcześniej). Walczę jednak dalej. Szósty kilometr wciąż całkiem dobrze (poniżej czterech), siódmy lekko wolniej (cztery z wąsem). Zaczynam odczuwać zmęczenie. Czy wynika ono z opisanych powyżej perypetii żywieniowych, nie wiem - w takim stanie nie odczuwam głodu. Ósmy kilometr najwolniejszy ze wszystkich - cztery-zero-sześć. Tłumaczę to sobie podbiegiem i wiatrem i postanawiam przyspieszyć. Jest ciężko ale się udaje. Na kilometr przed metą stoper pokazuje czas w okolicach 36:40. Uda się złamać barierę, która jeszcze kilka lat temu wydawała mi się innym światem? Nie pozostaje nic innego jak spróbować. Daję z siebie wszystko. Na ostatnich metrach Gremlin pokazuje tempo chwilowe 3:00/km. Kenijczycy potrafią szybciej przez ponad dwie godziny, ale dla mnie jest to w tej chwili wszystko co jestem w stanie wycisnąć z doczesnej powłoki. Mijam metę, zatrzymuję stoper, kontroluję czas - 0:40:16 (oficjalny czas netto 0:40:18).
Źródło: endomondo.com
Jestem oczywiście zadowolony, choć niedosyt pozostał. Kolejny wynik poniżej 40 min., pisze w esemesie Trenejro, zanim zdążę mu się pożalić, że marzyło i się to już dzisiaj. Ale nie ma co narzekać - to był dobry bieg. Niech świadczy o tym fakt, że drugą połowę przebiegłe w dwadzieścia minut i cztery sekundy (0:20:04), co jest moją nową życiówką na pomierzonym odcinku pięciu kilometrów. Dwie życiówki jednego dnia to jest jednak coś. Za tydzień w Ostrowie walczymy o kolejną!

Po biegu wariackich papierów ciąg dalszy. Bo jak nazwać obiad na siedemnaście osób, w tym szóstkę dzieci?

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...