Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pomoc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pomoc. Pokaż wszystkie posty

1 stycznia 2016

Halo Panie Jacku: O naszych Hankach uwag kilka

Halo Panie Jacku!

Jak minęły sylwestrowe szaleństwa? Bo u mnie bez szaleństw (nomen omen). Ot, Córka Młodsza, czyli Moja Hanka, krótko po północy stwierdziła, że mam się z nią położyć, więc się położyłem. I mimo kanonady za oknem (nigdy nie zrozumiem fenomenu noworocznych fajerwerków - o północy w porządku, ale strzelanie od zmierzchu do świtu, że o przedskoczkach na tydzień przed nie wspomnę?) zasnąłem również.

A propos Hanki - dziś będzie trochę nie a propos ostatniego Pana felietonu (na koniec wtrącę jedno zdanie). Dziś będzie o Hankach, a konkretnie o jednej. No właśnie - Pan ma Swoją, ja mam Swoją. Ale jest jeszcze jedna Hanka, która również bez wątpienia jest czyjaś - ma Wspaniałych Rodziców (duże litery użyte celowo).
Źródło: facebook.com
Hania Mielec, o której mowa, urodziła się w maju (konkretnie szóstego) 2008 roku. Niestety urodziła się z wrodzoną wadą serca, która przyjęła postać wspólnego kanału przedsionkowo-komorowego oraz hipoplazji lewej komory. Gdy Hania miała trzy miesiące, zamknięto jej przetrwały przewód tętniczy oraz przełożono tętnicę błądzącą. Kolejną operację Hania przeszła w czwartym roku życia, kiedy dokonano zespolenia systemowo płucnego (wszystko po to, by poprawić jej komfort życia). Całkowita korekta wady serca nie jest niestety możliwa w tym momencie, za sprawą skomplikowanej budowy serca oraz naczyń je otaczających oraz ogromnego ryzyka niepowodzenia. Opiekujący się Hanią zespół lekarzy planuje podjęcie próby trzy-etapowej korekty, co (jak nie trudno się domyślić) wiąże się z jeszcze co najmniej trzema operacjami. Hania na stałe przyjmuje szereg leków i niestety rozwija się nieco wolniej, niż jej rówieśnicy. Dlatego też jej Rodzice za priorytet wyznaczyli sobie wspomaganie jej w poznawaniu świata oraz usamodzielnianiu się.

Niestety również łatwo się domyślić, że leczenie i rehabilitacja Hani związana jest z niemałymi wydatkami. I dlatego jest taka akcja, kryjąca się pod nazwą Noworoczne biegi dla Hani Mielec #złotynakilometr, czyli chytry plan, żeby wspomóc Hanię pokonanymi kilometrami. Założenia planu są następujące:
1. W pierwszy dzień nowego, dwa tysiące szesnastego roku, czyli w Nowy Rok, uprawiamy spalanie skutków szaleństw (tudzież grzechów) sylwestrowej nocy. Tym samym włączmy się we wsparcie małej Hani.
2. A to za sprawą tego, że za każdy przebiegnięty, ale również przejechany czy przespacerowany (bądź  jakiejkolwiek innej formie - nie jesteśmy przecież biegowymi ortodoksami) w Nowy Rok kilometr wpłacamy jeden złoty polski na pomoc dla Hani.
3. Z związku z powyższym powstało wydarzenie na Fejsbuku oraz rywalizacja (przy czym to słowo zupełnie tu nie pasuje) Pomaganie przez bieganie na Endomondo, a wpłat można dokonać za pośrednictwem podstrony w portalu Pomagam.pl.

Tyle o Hani. Teraz dwa słowa usprawiedliwienia. Muszę się bez bicia przyznać, że, choć doprawdy nie wiem jak to się stało, zupełnie przeoczyłem premierę Pańskiej nowej książki. Jak poszperam w pamięci, to kojarzę, że coś tam w jedynie słusznej stacji mówili o tym wydawnictwie, ale niestety fakt jest faktem. Umknęło mi. Niemniej, choć ta lektura wciąż jeszcze przede mną, niech Pan nie myśli, że mimo mojego (relatywnie) młodego wieku, postać Kolegi Kierownika jest mi nieznana. Na szczęście istnieje przecież wspomniana powyżej jedynie słuszna stacja, a w niej chociażby taka audycja jak Powtórka z rozrywki (a propos, niejako na cześć przygód młodej lekarki, założyłem niegdyś bloga Będąc (Nie)Znanym Inżynierem). Z drugiej zaś strony, przypomnienie, jakie znalazłem w pierwszych zdaniach Pańskiego felietonu, stało się dla mnie pretekstem, by jeszcze w starym roku nabyć metodą kupna (oczywiście internetowego) kolejną książkę.

To tyle na dziś - nieco krócej, choć mam nadzieję treściwie.

Łącze tradycyjne pozdrowienia od CMcMH, jak również życzenia wszelkiej pomyślności w nowym roku.
Bartek M.

28 maja 2015

O rozbieganiu mimo woli uwag kilka

To nie tak, nie tak, nie tak dziewczyno, nie tak nam miało być! - jak śpiewali niegdyś artyści Komicznego Odcinka Cyklicznego. Znaczy się miało być tak, że po dyszce w Swarzędzu podszlifuję jeszcze formę i w czerwcu zadebiutuję w Mistrzostwach Polski Weteranów (bo mogę) w Półmaratonie. A tu (nagle czyli wtem) kaszel i ból gardła. Stare biegowe porzekadło mówi, że jeśli w odpowiednim momencie nie zrobisz sobie przerwy, organizm sam ją sobie zrobi. Mój najwyraźniej uznał, iż po całkiem udanej pierwszej części sezonu należy mu się odpoczynek.
#wolneręce są. #koszulkamocy jest. I tylko mocy brak...
Infekcja przyszła do mnie już w sobotę przed startem w Swarzędzu. Ale jak już się napisało, pobiegłem mimo to. Jaki wpływ miał ów start na dalszy infekcji przebieg nie wiem i gdybać nie będę. Raz, że (nomen omen) było by to jedynie gdybanie. A dwa, zbyt jestem zadowolony w mojej nowej trójki z przodu (dla kogoś, kto słucha Trzeciego Programu Polskiego radia od czasów, gdy na pierwszym miejscu Listy Przebojów była Bogurodzica, jest to wartość podwójna). Niemniej łudziłem się jeszcze przez dzień czy dwa, że bez przerwy w bieganiu się obędzie. We wtorek jednak odpuściłem, zakładając, że tydzień treningowy rozpocznę w środę (wmawiałem sobie, że dodatkowy dzień regeneracji po starcie dobrze mi zrobi). W środę również zostałem w domu. W czwartek zaś było apogeum - ledwo mówiłem i co trzy minuty wypluwałem płuca. Wtedy już wiedziałem, że tydzień jest stracony. Na domiar złego, niezwykle intensywny w pozabiegowej sferze życia grafik  wydarzeń (z weekendem włącznie) sprawił nie sprzyjał regeneracji, która przecież zdecydowania pomaga w zwalczaniu infekcji wszelkiej maści i typu. Tymczasem minął cały tydzień bez biegania. A kaszel nie. I tak powtarzałem sobie, że za dwa trzy dni na pewno będę już zdrów i pójdę biegać. I tak minęło kolejnych dni siedem. Bez biegania oczywiście. I wówczas pochylił się na de mną lekarz w osobie Mojej Ulubionej Szwagierki (w skrócie MUS), uświadamiając mi, że to, co wciąż mnie męczy (mimo, że męczy mocno), to tzw. kaszel poinfekcyjny, który może trwać nawet jeszcze kilka tygodni. I, jak to ładnie MUS ujęła, szkoda, żebyś się męczył nie biegając. Zatem po szybkiej korespondencyjnej konsultacji z Trenejro się postanowiło, że (mimo kaszlu) od kolejnego tygodnia (bieżącego czyli) wracamy do świata żywych, czyli na biegowe ścieżki. Tak oto zakończyłem zupełnie nieplanowane wiosenne rozbieganie.

A skoro rozbieganie zakończone, czas zdradzić plany na lato i jesień. Zwłaszcza na jesień. Kalendarz startów w szwach zasadniczo nie pęka. Powiedziałbym, że jest w nim niezbędne minimum, czyli trzy starty (start główny, czyli maraton, oraz dwa starty kontrolne, czyli dycha i połówka). Ale nie powiem, bo są cztery. Ale ten czwarty bez (że tak użyję biegowego slangu) spiny, czyli rekreacyjnie, łamane na treningowo, łamane na towarzysko. najmniej fajna (właściwie to zupełnie niefajna) wiadomość jest jednak taka, że zupełnie rezygnuję ze startu w Murowanej Goślinie. Nie jestem nawet pewien czy do tej pory pozbędę się zupełnie tego (tu proszę sobie wpisać odpowiednie epitety) kaszlu. Nic to - w mistrzostwach weteranów zadebiutuję za rok.

Moje plany startowe od dziś do października przedstawiają się następująco:
28 czerwca: III Bieg Piotr i Paweł - to właśnie ten bieg rekreacyjno-treningowo-towarzyski. Oprócz mnie pobiegnie MONBŻ, MUS, Biegające Małżeństwo Polsko-Holenderskie i pewnie jeszcze cała wuchta Krewnych i Znajomych Królika. Jak to treningowo i rekreacyjnie będzie wyglądać jeszcze nie wiadomo. Się zobaczy.
23 sierpnia: III Międzychodzka Dziesiątka z Pompą - na ten bieg byłem już zapisany w zeszłym roku. Przesunięcia w planach urlopowych spowodowały, że wówczas pobiegłem w Nowym Tomyślu. W tym roku zamierzam w prezencie imieninowym (których zasadniczo nie obchodzę, ale co mi tam) sprawić sobie nową, jeszcze fajniejszą życiówkę.
13 września: IV Półmaraton Zielonogórski - pierwotnie planowałem wszystkie biegi tej jesieni pobiec w Wielkopolsce. Ale do Zielonej jest zasadniczo bliżej, niż do kilku miejsc w moim województwie (dajmy na to do Piły), a że to miasto biegowo kojarzy mi się bardzo dobrze - tam przecież jest mój Ulubiony Sklep Biegowy - zamiast zrobić powtórkę sprzed dwóch lat w Zbąszyniu (który tak dobrze wspominam), postanowiłem pojechać kawałek dalej, czyli do stolicy Lubuskiego właśnie.
11 października - wiadomo - Maraton Poznański. Mój trzeci (trzeci poznański), a szesnasty w ogóle.

Czy cos jeszcze dojdzie do tej listy? Nie mówię nie. Może jakaś szybka piątka wiosną albo latem. Może jakiś Bieg Niepodległości. Może jakaś dodatkowa połówka na zamknięcie sezonu. Jak to mawiał mój przyjaciel z lat licealnych, czas pokaże.

Na zakończenia Ogłoszenia Bynajmniej Nie Parafialne.
Pierwsze: Powoli zbliżamy się do finału naszej akcji, co ma #wolneręce (kliku-klik). Walczymy już nie o tysiąc, nie o dwa, ani nawet o trzy (tyle, nawet z górką - wcale nie świńską - już mamy) ale o okrągłe 4219,50 zł (te pięćdziesiąt groszy niestety niewidoczne - system nie przyjmuje drobnych). Damy radę?
Drugie: W niedzielę ma finał inna akcja bliska sercom (nie tylko) blogaczy. Doroczny finał w postaci III Piątki Dla Bartka i II Wirtualna Piatka Dla Bartka. Tu też można pomóc i to pomóc chłopcu o najładniejszym imieniu na świecie (bo jest najładniejsze, prawda?). Także tego - damy radę!?

21 maja 2015

O rękach, krzakach i dniu dziecka uwag kilka

Ci którzy mnie (gorzej lub lepiej) znają, wiedzą, że wśród rzeczy za którymi nie przepadam, są tak zwane hashtagi, pieszczotliwie określane przeze nie jako krzaczory. A jednak wczoraj na lajkpejdżu niniejszego bloga ukazało się tajemnicze zdjęcie, opisane jedynie takowym krzaczorem: #wolneręce
Wczoraj ten hashtag znaczył jeszcze niewiele. Dziś jego wartość można przeliczyć na pieniądze. I to bardzo już konkretne pieniądze (w chwili, gdy piszę te słowa, zbliża się do kwoty czterocyfrowej). O cóż więc chodzi? O dzień dziecka chodzi! Kolega Blogacz Krasusem zwany wpadł bowiem na pomysł, by na okoliczność święta, które, jak co roku, wypada w pierwszy dzień czerwca, zorganizować akcję, dzięki której będzie można pomóc potrzebującym (no właśnie) dzieciom. Reszta Blogaczy ideę podchwyciła. A potem posypały się pomysły, które dziś zmaterializowały się w postaci wydarzenia na twarzaku, zbiórki w portalu SięPomaga.pl. A przez następne dni będzie się jeszcze formalizować z postaci zdjęć, na których w przeróżnych i, o czym jestem przekonany, najbardziej wymyślnych konfiguracjach główną rolę będą grały właśnie #wolneręce. Wolne, bo gotowe by pomóc!
A najlepsze w tym wszystkim jest to, że oprócz pomocy jest dobra zabawa i (mało tego) można wygrać naprawdę atrakcyjne nagrody! A zatem aparaty, smartfony i inne srajpady w dłoń... Tzn. nie w dłoń - trzeba wymyślić coś innego. Bo przecież #wolneręce!

Zakończę cytując klasyka: To jak? Pomożecie?

PS. Nie pokocham tak nagle instytucji krzaczorów, niemniej tego jednego kocham już teraz miłością wielką.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...