Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rotterdam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rotterdam. Pokaż wszystkie posty

8 maja 2016

O sytuacji, gdy Endomondo za mną teskni, uwag kilka

W kwietniu wydarzyły się dwie rzeczy, które nigdy wcześniej nie miały miejsca. DNF na maratonie oraz to, że przez cały miesiąc nie opublikowałem nawet jednego posta na blogu. Na szczęście ten miesiąc właśnie się skończył. Taki samomotywujący wpis na lajkpejdża ułożyłem sobie w głowie układając się do snu ostatniego dnia kwietnia. Chciałem go przelać na klawiaturę następnego dnia rano. Nie zdążyłem. Nad ranem dnia następnego obudził mnie paskudny ból pleców. Kolejne kilka dni spędziłem w łóżku w towarzystwie silnych leków przeciwbólowych. w tym czasie dostałem mejla, w którego tytule wyczytać można Bartek Monczyński, brakuje nam Ciebie. Mejl przyszedł z adresu service@endomondo.com.
Ten specyficzny uśmiech nie gościł na ojej twarzy zbyt często przez ostatnich kilka tygodni (meta 9 Półmaratonu Poznańskiego - źródło: Sandra Afek Photography)

Spróbujmy (liczba mnoga wydaję się tu być naturalna, choć oczywiście to ja spróbuję) podsumować co się wydarzyło przez ostatnie 59 dni (tak tak, pięćdziesiąt dziewięć - słownie - dni). Wszystko zaczęło się w piątek jedenastego marca. Wieczorem wybrałem się na (zległy nomen omen, bo pierwotnie zaplanowany na środę) trening. Miał być drugi zakres łamany z trzecim. Czyli ciężki trening. Ale nie było ciężko - było nie do zniesienia. Okazało się, że objawy przeziębienia, które objawiły się po raz pierwszy o poranku dnia poprzedniego, a które początkowo zbagatelizowałem, okazały się nie jaskółką zapowiadającą wiosnę (której już podówczas wyczekiwaliśmy), ale początkiem okresu, który będę chciał jak najszybciej zapomnieć (najlepiej zaraz, jak skończę pisać niniejszego posta). Najpierw ten niedokończony trening. Kilka dni później praktycznie straciłem głos. A przecież w sobotę miała być Maniacka - jedyny bieg, w którym startowałem regularnie co roku od siedmiu już lat. Niestety nie wydobrzałem. Gorzej, mijały kolejne dni, a nawet tygodnie, a mnie wciąż się nie poprawiało. Aż wreszcie - na tydzień przed planowanym maratonem - sięgnąłem po broń dużego kalibru. Antybiotyk. Pomógł. Ale nie zbyt wielka była to pociecha.

Do Holandii jednak z MBŻ polecieliśmy. Spędziliśmy tam kilka naprawdę miłych dni i mimo wszystko przed południem dnia 10 kwietnia na starcie Marathon Rotterdam stanąłem. Do dziś nie wiem, czy to była dobra decyzja. Na pewno dobrym nie mogę nazwać tego co się stało. Pierwsze w życiu DNF (ang. did not finish).

Było minęło, pomyślałem po powrocie. Za miesiąc jest Wings for Life - tam się odkuję. Po drodze był jeszcze Półmaraton Poznański, na którym, jak pozwoliłem sobie zażartować, miałem dokończyć maraton sprzed tygodnia. Nie chciałem biec całego (wierzcie mi, to nie byłby dobry pomysł), postanowiłem więc pozającować szwagierce (MBŻ nie chciała nawet o tym słyszeć), biegnąć z nią od szóstego kilometra. Szwagierce złamać dwóch godzin (taki był plan maksimum) nie udało, choć było blisko. Dla mnie był to miły, niezbyt wyczerpujący bieg. Tylko pozornie - po południu czułem się jakbym nie dokończył, a przebiegł z półtora maratonu.

To (już w nieco innej formie, ale jednak) wyczerpanie towarzyszyło mi przez kolejne dni. Aż napisałem byłem wiadomość do Trenejro, że przez najbliższe dwa tygodnie nie widzę się w innych treningach niż spokojne biegi. Wiedziałem już, że ósmego maja (czyli dzisiaj) już nie powalczę. Liczyłem tylko na dobrą zabawę. Aż do poranka 1 maja (a propos, miałem w podstawówce koleżankę, która miała na imię Maja - wszyscy chłopaki w klasie się w niej durzyli). A dziś wejście na twarzaka sprawiało mi niemal fizyczny ból - wszyscy tylko Wings for Life i Wings for Life...

Jutro, po tygodniu el-cztery, wracam do pracy. Wciąż jestem osłabiony (po lekach), więc do biegania zapewne wrócę dopiero pod koniec tygodnia. Forma jest taka, że w sumie zaczynam z dosyć niskiego poziomu. Ale plan jest ambitny, a ja nie mam zamiaru odpuszczać. Nie wiem czy krew i łzy, ale pot będzie na pewno. Dużo potu.

25 grudnia 2015

O kalendarzu innym niż wszystkie uwag kilka

To jakie macie plany? - zapytał wczoraj teść przy wigilijnym stole. Chciałbym skończyć doktorat (nie zarzekam się, że uda mi się to przez najbliższe dwanaście miesięcy, ale koniec widać coraz wyraźniej), odpowiedziałem. To dobrze. Ale to twoje plany. A jakie macie wspólne? - ciągnął teść. W kwietniu jedziemy do Rotterdamu, odparła MBŻ.

Tak, święta Bożego Narodzenia to dobry moment na snucie planów. Chociaż jeśli chodzi o te biegowe na rok dwa tysiące szesnasty, ja snuję już od jakiegoś czasu. Część jest już pewna od dawna. Inne wyklarowały się dopiero co. Jeszcze inne wciąż wiszą pod znakiem zapytania. Jedno co najważniejsze to to, że wiem już jak chcę, aby ten sezon z grubsza wyglądał (a będzie wyglądał nieco inaczej niż poprzednie). A skoro wiem to mogę się pochwalić.
Ostatnio listonosz przyniósł dwie pozycje przydatne w planowaniu i monitorowaniu poczynań biegacza.
Zima
Zima treningiem będzie stała. Zakładam (i nastawiam się), że ciężkim, ale tylko treningiem. Nie planuję żadnych startów. Odpuszczam nawet cykl City Trail. Opuściłem już trzy biegi (te tegoroczne z bieżącego cyklu), z uwagi na drugie zdanie niniejszego posta. Odbywałem podówczas trening siłowy w hali politechniki (tak tak, w moim przypadku doktorat to w dużej mierze ciężka praca fizyczna - piasek, cement, betoniarka i takie tam) i gdy będą się odbywały kolejne trzy, ja również będę zapewne zajęty czymś innym. Ale na treningach... Na treningach nie ma zmiłuj. Bowiem po zimie jest wiosna, a wiosną...

Wiosna
Punkt kulminacyjny wiosny przypada 10 kwietnia. Wtedy to stanę na starcie NN Marathon Rotterdam. Cel jest prosty. Rozprawić się z barierą, z którą nie udało mi się uporać jesienią na własnym fyrtlu. Z trójką z przodu. Ale żeby cel był choć trochę ambitniejszy niż podczas mojego poznańskiego startu, postanowiłem podnieść poprzeczkę nieco wyżej. Zatem planuję pobiec w Rotterdamie szybciej niż pobiegł Krasus w Rotterdamie (dwa lata wcześniej).
Stały punkt programu to oczywiście Maniacka Dziesiątka (oczywiście, bowiem startuję w niej nieprzerwanie od 2010 roku). Ale jako że Maniacka jest w tym roku dosyć późno (19 marca), maraton dosyć wcześnie (10 kwietnia), a po drodze jest jeszcze Wielkanoc (27 marca), Maniacka będzie najprawdopodobniej jedynym startem kontrolnym przed królewskim dystansem. Prawdopodobnie, bo dopuszczam jeszcze jakiś start w okolicach Wielkanocy (myślałem nad Biegiem do Pustego Grobu w Nowej Soli, ale to jednak kawałek). Na pewno jednak przed wyjazdem do kraju tulipanów i wiatraków nie wystartuję już w półmaratonie.
Półmaraton widnieje w moim kalendarzu pod datą 17 kwietnia. Nie wiem jeszcze czy pokonam całą trasę Półmaratonu Poznańskiego (w końcu to ledwie tydzień po dwukrotnie dłuższym dystansie), ale na pewno się na niej (na tej trasie) pojawię. Szczególnie, że w tym (czyli przyszłym) roku przebiega niemal pod moimi oknami.
Kolejny punkt kulminacyjny wiosny, to start, który sam dla siebie określam jako ten o priorytecie A minus. A nastąpi nie w długi weekend majowy jak w latach ubiegłych, lecz 8 maja. Mowa rzecz jasna o Wings for Life. Czy będzie to mój pierwszy start na dystansie ultra? To się zobaczy. Jeśli uda mi się przez sto dziewięćdziesiąt dwie minuty (lub dłużej) utrzymać średnie tempo 4:27/km (lub szybsze), to pewnie tak.
Ostatni punkt (jak widać całkiem napiętego) programu wiosennego to nadrabianie zaległości z roku bieżącego. Choroba uniemożliwiła mi debiut w Półmaratonie Weteranów. W tym roku zamierzam to nadrobić.

Lato
Najgorętsza część roku ma wyglądać zupełnie inaczej niż zwykle. Dlatego liczę po cichu, że nie będzie aż taka gorąca tym razem. Bowiem jak słowo się już jakiś czas temu rzekło, w sierpniu wybieram się na maraton do Trójmiasta. Biorę oczywiście pod uwagę, że raczej trudno liczyć na warunki idealne do bicia życiówek, ale po prostu chcę w tym maratonie pobiec. I pobiegnę, najlepiej jak tego dnia będę potrafił. Tym razem tzw. personal best najważniejszy na świecie nie będzie.

Jesień
Długo zastanawiałem się, czy w związku z podjętymi już planami na lato, zakładać kolejny start w maratonie jesienią. I postanowiłem, że jesień tym razem będzie bez maratonu. Zamierzam za to pobiec mocną połówkę w październiku (najpewniej w Szamotułach). Ale taką naprawdę mocną. W końcu nie będzie to start kontrolny, a ten o priorytecie A (na jesień). Kontrolna to będzie zapewne jakaś dyszka, gdzieś we wrześniu (ale jeszcze nie wiem gdzie dokładnie).

Tak to właśnie wygląda. Kalendarz jeszcze ciepły, a już pełen startów. To oczywiście tylko plany i jak będzie wyglądać ich realizacja okaże się za jakieś dwanaście miesięcy. Niemniej są. A jak tam Wasze plany?

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...