Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poznań. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poznań. Pokaż wszystkie posty

31 sierpnia 2016

O tym, że zawsze trzeba widzieć jasną stronę życia, uwag kilka

Pozytywnego coś, pozytywnego coś
Tak bardzo chciałbym dać dziś...
Sobie. Od kilku już tygodni zbieram się. Zbieram się by napisać posta, który rozpoczynać mógłby się od słów pozytywnego, tudzież optymistycznego. A tu ciągle coś.
Jutro kończą się wakacje. Wakacje, których biegowo na pewno nie będę wspominał dobrze.

Druga połowa czerwca jeszcze jako tako (jak to mówią). Wprawdzie wciąż goniłem własny ogon, wciąż nadrabiałem zaległości i wciąż przekładałem trening za treningiem.
Źródło: endomondo.com
Ale gdzieś na początku lipca zaczęło to wreszcie wyglądać dobrze. Powiem więcej, wręcz zaczęło się rozkręcać. I choć siedemnastego na Nocnej Maniackiej Piątce nie nakręciłem wyniku który by mnie satysfakcjonował, zacząłem wreszcie czuć się dobrze ze swoim bieganiem.
Źródło: endomondo.com
A potem przyszedł tydzień, który chciałbym zapomnieć jak najszybciej. Wiele się działo rzeczy niefajnych. Dość powiedzieć, że na sam koniec odszedł mój Dziadek (Dziadziuś - tak się przecież do niego, dzieckiem będąc, ale i też już nie będąc, zwracałem).
Po pogrzebie dziadka wyjechaliśmy z Poznania, a ja znowu zacząłem szukać radości życia. W bieganiu między innymi. Dość powiedzieć, że pięć z siedemnastu biegowych dni lipca, to pięć ostatnich dni tegoż miesiąca.
Źródło: endomondo.com
Sierpień też zaczął się niczego sobie. Zmieniliśmy tzw. miejscówkę, ale wciąż poza Poznaniem. A ja połykałem z coraz większą satysfakcją kolejne kilometry. Ale potem do Poznania powróciliśmy. Niby nic w tym złego - Poznań pięknym miejscem jest - ale wkrótce po naszym powrocie do stolicy Pyrlandii odwiedził nas gość. Tak zwana jelitówka. Najpierw dzieci, potem MBŻ, a na końcu ja. Czyli opieka nad domownikami plus chorowanie plus dochodzenie do siebie w ogólnym rozrachunku daje kolejne dwanaście dni bez biegania z rzędu.
I wtedy coś we mnie pękło. Napisałem do Trenejro, że muszę po prostu na jakiś czas przestać się spinać. Trochę poluzować - naciągnąć sprężynę. I że nie będę zmieniał planów startowych, niemniej chcę, również na zawodach, pobiegać na tzw. luzie. I jeszcze, że chciałbym też na jakiś czas zredukować ilość treningów w tygodniu do czterech. I że myślę, że to pozwoli mi trochę przewietrzyć głowę (przede wszystkim głowę).
Źródło: endomondo.com
Tak sobie myślę, że jak trochę odpuszczę, to odnajdę raz jeszcze radość biegania. A potem znów będzie mi się chciało dążyć do lepszego siebie. I owszem, złamię tę trójkę. I kiedyś, parafrazując pewien dowcip o Jasiu, który wraca do domu z niezbyt satysfakcjonującą cenzurką, jeszcze będziemy się śmiali patrząc na żniwo tegorocznych wakacji.
Źródło: endomondo.com
A tak w ogóle to najlepszego z okazji Dnia Bloga (3108 Day)!

27 maja 2016

O tym, że drużyna daje kopa, uwag kilka

Od czego by tu zacząć? Jak mawiała noblistka, pierwsze zdanie jest najtrudniejsze. Czyli powinno być już łatwo, bo w zasadzie właśnie piszę trzecie. Ale wcale łatwiej nie jest. W zasadzie nadal nie wiem co napisać. No może poza tym, że czuję się niemal jakbym po raz pierwszy miał napisać relację zawodów. Pisanie, że to mój powrót do startów, byłoby znacznym nadużyciem semantycznym, ale tak trochę się czuję. Jakbym wrócił z podróży. Może nie dalekiej. Ale podróży.

W każdym razie w miniony weekend, konkretnie w niedzielę, pobiegłem najdłuższą zmianę w sztafecie maratońskiej XLPL Ekiden, której czwarta edycja odbyła się w tzw. Mekce poznańskich biegaczy (ja akurat tego zdania) czyli nad Jeziorem Maltańskim. A tak konkretnie to wokół tegoż jeziora, które aby obiec, należy pokonać 5400 m. Ale jeśli je obiec niecałe osiem razy, pokona się (tak tak) pełny maraton. Caluśkie czterdzieści dwa kilometry i sto dziewięćdziesiąt pięć metrów. I tak właśnie zrobiliśmy (już śpieszę donieść, co za my).
Sztafeta maratońska to bieganie... (źródło: Fotografia Tomasz Szwajkowski)
Idea wspólnego startu w maratońskiej sztafecie zrodziła się w gronie rodzinnym, w którym biegaczy ostatnio jakby coraz więcej. Wstępnie do składu wytypowani zostali: Moja Biegająca Żona, Takoż Biegająca Szwagierka oraz moja skromna osoba. Kolejnym murowanym kandydatem był Brat Mój Przyrodni. Jeszcze kolejnym Biegająca Koleżanka (nazwijmy ją na potrzeby tej opowieści Marta – nie powinna się obrazić, bo faktycznie ma tak na imię) oraz jej Ślubny (z imienia Mariusz), który wprawdzie nie biega, ale na to jedno okrążenie Malty postanowił się porwać. Nazwa drużyny nasunęła się sama – skoro ja, Brat i Żona nosimy to samo nazwisko na em, Szwagierka wprawdzie inne, ale również na em, a do tego Marta i Mariusz, ochrzciliśmy się emenemsy. Problem pojawił się dopiero, gdy z zespołu wykruszył nam się Mariusz (bo nie dość, że brak szóstej osoby, to jeszcze trzeba ją dobierać według klucza). Ale poradziliśmy sobie, zachowując przy tym tak zwaną twarz. Dołączyła do nas znana i lubiana (no ba!) biegaczka, która wprawdzie imię nosi na ka, a nazwisko na wu, ale szerzej znana jest jako Biegająca Matka (matka – na em).
kibicowanie...
Sztafeta maratońska ma to do siebie, że o ile nie zbierzesz ekipy biegaczy, takich że krew, pot i łzy, więcej w tym pikniku niż czystego biegania. Aura zapowiadała się zatem obiecująco – dżdżu wcale, za to słońca owszem. Jak się okazało było aż za ciepło i nawet biwakująca część ekipy (wliczając osoby towarzyszące, w większości dzieci) pożądała cienia, niczym kania (nomen omen) dżdżu. Biegacze na cień nie mogli liczyć już prawie wcale. A szukaliśmy go jeszcze zanim biec zaczęliśmy. My, czyli ja i Brat, któremu to przypadła pierwsza zmiana (niecałe dwa okrążenia), którzy stawiliśmy się na miejscu jako pierwsi. Brat ruszył na start, potem na trasę, ja zaś odebrałem resztę tzw. ekipy, która w międzyczasie przybyła. Pomogłem im się przemieścić, a następnie sam począłem się gotować do swojej zmiany. Choć też za bardzo nie musiałem bo mieszanka aury (zewnętrznej) i emocji (wewnętrznej) sprawiła, że gotowałem się, zanim jeszcze dostrzegłem czerwoną koszulkę najmłodszego członka (nie dalej jak dzień wcześniej ukończył dwadzieścia sześć wiosen) naszej radosnej drużyny. Gdy ten ukończył swój bieg, pałeczkę (w równie radosnym, jak nasza grupa, kolorze fioletowym) – dosłownie i w przenośni – przejąłem ja.
niepowtarzalny multimedal...
Cel nie był nazbyt ambitny – niezbyt wolne, ale spokojne rozbieganie (nie mam ostatnio za wiele kilometrów w nogach). I tak też starałem się zacząć – spokojnie. Jakież było moje zaskoczenie (całkiem pozytywne), że owo spokojnie przełożyło się tempo około 4:45/min. Tak mniej więcej do trzeciego kilometra, gdy upał już naprawdę zaczął dawać się we znaki, a tempo zaczęło spadać (najpierw w okolice 5:00/km). Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek wcześniej na czwartym kilometrze dziesięciokilometrowej trasy z takim wytęsknieniem oczekiwał jej końca. Na szczęście pod koniec pierwszego okrążenia otrzymałem nieco (a nawet sporo) mentalnego wsparcia, z którym ruszyłem na kolejne okrążenie. Upał dawał się we znaki ostro, ale ja robiłem swoje. Tym razem nie pilnowałem tempa. Pilnowałem samopoczucia. Kiepskiego, ale pilnowałem. Chwytałem tez każdej okazji, aby się ochłodzić. Cienia wprawdzie jak na lekarstwo, wiatr bardziej przeszkadzał, niż pomagał. Ale były na trasie trzy punkty z wodą. Mogły być wprawdzie lepiej rozmieszczone, ale przyznać trzeba, że były trzy. Choć dodać także należy, że (jak słyszałem) późniejsze zmiany nie miały już do dyspozycji takiej ilości wody jak chociażby ja. A ja, skoro mogłem, korzystałem garściami (żeby nie było, żem samolubny – woda była z kranu, więc nie mogłem wiedzieć, że mogą być braki): łapałem wszystkie możliwe kubki, ale wypijałem jeden. Reszta (a właściwie jej zawartość) lądowała na głowie. Pod koniec po prostu krzyczałem do wolontariuszy, że mają lać (nomen omen za metą wypiłem dopiero trzeci z kubków, które wziąłem do ręki). Niewiele jednak to pomagało. Upał za to pomógł mi pobić pewien osobisty rekord. Na ostatnim kilometrze. Przy tempie około 5:15/km odnotowałem tętno 185. Na finiszu 188 przy tempie 5:00/km.
ale przede wszystkim tzw. timspiryt* :-D
Ostatecznie swoją zmianę pokonałem w czasie 0:54:35. Jako drużyna 3:48:45 i 178 na 286 sztafet które dotarły do mety. Są jednak rzeczy ważniejsze od wyniku. Jak bardzo górnolotnie by to nie zabrzmiało, liczy się przecież duch zespołu. I jeszcze jedno – dla połowy tegoż zespołu był to maratoński debiut. Póki co jeszcze nie indywidualny (to samo ja mogę powiedzieć o sobie, jeśli chodzi o łamanie trójki w maratonie – też mi się udało, choć jeszcze nie indywidualnie), ale na jesień zapowiada się co najmniej jeden osobisty (to się również tyczy mojego łamania trójki). Reasumując, uznaję tę sztafetę jako optymistyczny prognostyk na nadchodzące jesienne (nie tylko moje) starty. I tego się będę trzymał!

*Na zdjęciu od lewej: Szwagierka, Marta, Marty Córka Młodsza, Brat, Moja Córka Młodsza, Biegająca Matka, Matki Córka Młodsza, Moja Córka Starsza, Moja Biegająca Żona oraz ja. Z kadru uciekli: Syn Szwagierki, Marty Córka Starsza oraz Marty Małżonek Mariuszem Zwany, zdjęcie wykonujący.

29 lutego 2016

O drugiej szóstej edycji uwag kilka

Nic nie dzieje się bez przyczyny. Oczywiście, można napisać relację z zawodów, w których się brało udział, dzień lub dwa po. Ba, można nawet i tego samego dnia wieczorem. Ale czy nie lepiej spojrzeć na wszystko z perspektywy, dajmy na to, ośmiu dni. Przecież osiem to biblijny symbol doskonałości, nieskończoności oraz obfitości. A jeśli owo osiem dodamy do dnia zawodów, czyli nomen omen mojej ulubionej liczby dwadzieścia jeden, otrzymamy dwadzieścia i dziewięć (einundzwanzig, jak mawiają Niemcy), a dwudziesty dziewiąty lutego jest niczym maraton na igrzyskach letniej olimpiady - trafia się raz na cztery lata.
No dobrze napiszę już prawdę (z tym że niecałą i niekoniecznie prawdę najprawdziwszą). Nie mogłem nic napisać, tak bardzo dławiło mnie napięcie w oczekiwaniu na to, czy boski (no ba!) Leo dostanie w końcu tego Oskara, czy też nie dostanie. Na szczęście dostał. Dzięki temu już można.
Przełaj w środku miasta wyrasta (źródło: facebook.com/365sportu.sklep.triathlonowy)
Co łączy Wildecką Dziesiątkę z Dziesiątą Maniacką (poza dziesiątką w nazwie). Oba biegi organizowane są na tym samym dystansie (a to ci niespodzianka) i w tym samym mieście (ale nie, nie ma w Poznaniu dzielnicy Maniak). W obu też debiutowałem dopiero w szóstej edycji. Tu podobieństwa się kończą. Maniacka jest biegiem masowym (druga największa dycha w Wielkopolsce A.D. 2015 i pierwsza dziesiątka biegów na tym dystansie w Polsce), Wildecka kameralnym. Maniacka finiszuje w miejscu określanym mekką poznańskich biegaczy, Wildecka na terenie Rodzinnych Ogrodów Działkowych im. Jana Mazurka (kimkolwiek ów był). Maniacka jest szybkim biegiem ulicznym, Wildecką, moim skromnym zdaniem (w opozycji do informacji na stronie biegu o nawierzchni z przewagą dróg asfaltowych) należałoby zakwalifikować jako bieg przełajowy. Mimo tego, że rozgrywany jest w tzw. samym środku miasta.

Nawiasem mówiąc, podejrzewam, że w poprzednich edycjach, kiedy mnie na tym biegu zabrakło, miał on swój klimat. Zakładam, że jeśli nie leżał śnieg, to było chociaż nieco chłodniej i nie trzeba się było taplać w błocie, jak w tym roku. Nie zdziwiłbym bym się , gdyby miał zimowa w nazwie. Zapewne w poprzednich edycjach był trochę podobny do Zimowego Biegu Trzech Jezior. Oby globalne ocieplenie nie galopowało tak bardzo i dane nam było tegoż klimatu jeszcze posmakować. Bo ja miałem dylemat jak się na ten bieg ubrać i w stroju późno-jesiennym (wcześnie-wiosennym względnie) nieco, przyznam się, zgrzałem.
Czy ja aby na pewno żelazko wyłączyłem? (źródło: facebook.com/trrazem)
A teraz o samym biegu. Podobnie jak Zimowy Forest Run (tak samo zimowy), bieg miał być przetarciem przed wiosennymi (choć pierwszy jeszcze kalendarzową zimą - 19 marca) startami. W odróżnieniu jednak od Foresta nie miał być mocnym treningiem, a bardzo mocnym treningiem. Czyli bez oszczędzania się. I chyba na początku nieco za bardzo w owo nie oszczędzanie się wczułem. Bo choć o życiówce nawet nie śmiałem marzyć, pierwszy kilometr pobiegłem prawie tak szybko, jakbym ową życiówkę atakować zamierzał. I tu znów podobieństwo do Foresta. Pierwszy kilometr najszybszy (no dobrze prawie najszybszy; najszybszy był ten z ostrym finiszem, o którym za chwilę). Tylko że w Wielkopolskim Parku Narodowym było mocno z górki. Na wildeckich ogródkach działkowych trochę mnie poniosło. A może po prostu mi się wydawało, że uda mi się utrzymać takie tempo przez dziesięć kilometrów. Późniejsze tempo zależało też zależało też od fragmentu trasy. Po twardym było szybciej, po błocie i trawie wolniej. Momentami wiatr też dawał się we znaki. O podbiegach okołowiaduktowych nie wspominając (na szczęście zaraz potem były zbiegi).

Mniej więcej pod koniec szóstego (albo na początku siódmego - ale to w zasadzie to samo) zrównał się ze mną inny biegacz, po czym ustaliliśmy w krótkiej (chciało by się powiedzieć żołnierskiej, ale może lepiej pasowało by biegowej) wymianie zdań, że dalej walczymy dalej. Udało nam się to przez kolejne dwa kilometry z okładem, bowiem na podbiegu odszedł mi nieco i choć cały czas miałem go w zasięgu wzroku, już do końca oglądałem tylko jego plecy. Podjąłem wprawdzie dramatyczną (dramatyczna była szczególnie moja mina, z grymasem walki o śmierć i życie) próbę wyprzedzenia go na mocnym finiszu, ale nie dał się zaskoczyć. Mam nadzieję, że pobił chociaż swoją życiówkę (jak się później okazało, dzieli nas dziesięć lat życia i to ja jestem ten starszy, co, nie powiem, nieco mi osłodziło smak porażki). Niemniej już za metą wyściskaliśmy się po przyjacielsku.
Ten kształt trasy kogoś/coś przypomina mi (źródło: endomondo.com)
Mimo całkiem pozytywnego (jak mi się wydaje) wydźwięku kilku powyższych akapitów, przyznać muszę, że nie jestem zbytnio podbudowany swoim wynikiem. Wiem, że nie nazbyt szybka trasa (zawsze mnie nieco bawi to określenie - szybka trasa - jakby to trasa biegała), że błoto, że wiatr i że podbiegi. Ale jednak spodziewałem się po sobie choć odrobinę więcej.

Byłbym zapomniał. Chyba rodzi się nowa świecka tradycja. Znów po pakiet wybrałem się biegiem. Następnym razem to już się raczej nie uda. No chyba, że przeniosą biuro Maniackiej gdzieś bliżej.

12 lutego 2016

O (Nie)Zimowym Parku Narodowym uwag kilka

Chcesz rozśmieszyć trenera, opowiedz mu o swoich planach startowych (że tak sparafrazuję znaną wypowiedź jeszcze bardziej znanego filmowca). Miało zimą nie być żadnych startów. Trenejro jednak nalegał (no dobrze - dobitnie sugerował) by w lutym zrobić jakieś przetarcie (jak to ładnie nazwał). Nie za bardzo miałem ochotę, dopóki nie dowiedziałem się, że jest okazja by pobiec w zimowej edycji Forest Run (ok. 22 km).

Podkreślenia wymaga przede wszystkim miejsce, gdzie bieg się odbywa. Ciekaw jestem ile osób spoza Poznania zdaje sobie sprawę, co my (poznaniacy) posiadamy tuż za granicami naszego pięknego, nomen omen, miasta. Zaryzykuję stwierdzenie, że znalazłoby się również całkiem sporo autochtonów, nie zdających sobie sprawy z tego, co mają pod przysłowiowym nosem (sam pamiętam swe zdziwienie, gdy znajomy, przy okazji wizyty w pobliskiej Mosinie, pierwszy raz wyciągnął mnie tam na spacer; na swoje usprawiedliwienie mam to, że byłem podówczas świeżo upieczoną ludnością napływową). Otóż mamy ponad siedem i pół tysiąca (a licząc ze strefą ochronną, to prawie piętnaście tysięcy) hektarów dzikiego niemal lasu, czyli Wielkopolski Park Narodowy. Nic tylko biegać. Aż sobie teraz myślę, że trochę szkoda, iż tak bardzo nie lubię "jeździć biegać" i tak naprawdę biegłem tam po raz pierwszy (choć to już pewne, że nie ostatni).
W oczekiwaniu na finisz Taty (zdjęcie: MBŻ)
Pierwsze co zrobiłem, po podjęciu decyzji o starcie, było (za wyraźną namową Mojej Biegającej Żony, której akurat biegać po WPN zdarzyło się już nie raz) zamówienie antypoślizgowych nakładek na buty. Jak się nietrudno domyślić (złośliwi twierdzą, że było cieplej nić podczas jesiennej edycji) nakładki nierozpakowane wylądowały w szufladzie, by czekać na lepsze (dla siebie - ja tam nie narzekam) czasy. A ja za to swoje bieganie w ramach Forest Run zacząłem już w sobotę. Jako że tego dnia chciałem odebrać swój pakiet, a można to było uczynić w hostelu Poco Loco, który znajduje się jakiś pięć tysięcy metrów od mojego domu, szkoda było tego nie wykorzystać. Szczególnie, że w planie na sobotę miałem akurat jakieś dziesięć kilometrów biegu (przypadek?).

Teraz wyjaśnienia wymaga to, co się ukrywa pod słowem "przetarcie". Bieg właściwy (w odróżnieniu od sobotniego biegu po pakiet) miał być (tym razem) po prostu mocnym treningiem. Trenejro nawet zalecił mi tempo, jakiego mam się trzymać, ale trasa, a właściwie jej ukształtowanie, szybko te założenie zweryfikowało. Najpierw in plus, bo pierwszy kilometr prowadził niemal wyłącznie z górki (gdybym sam siebie nie hamował, tempo wyszłoby poniżej czterech minut na kilometr). Później zaś in minus, jako że podbiegów, w tym tych morderczych, na trasie naprawdę nie brakowało. Jeśli chodzi o mordercze podbiegi, to trafił się też taki, na którego widok stwierdziłem, że ani myślę pokonywać go biegiem. Na szczęście na szczycie ustawili się spece od uwieczniania rzeczywistości, więc głupio było maszerować. Ale tamten podbieg to nic, w porównaniu z tym, co organizatorzy przewidzieli na sam finisz. No klękajcie narody, że tak klasyka zacytuję.
Najlepsze Kibicki Świata (zdjęcie: MBŻ)
Niemniej, cieszę się, że nie biegłem w przysłowiowego trupa (dochodzę do wniosku, że raz na jakiś czas po prostu tak trzeba). Po pierwsze mogłem się cieszyć samym biegiem. Po drugie mogłem chłonąć piękne (i tego, i niepowtarzalne) okoliczności przyrody. A po trzecie pełnymi (niemal dosłownie) garściami czerpałem z rozstawionych przy trasie bufetów. Zazwyczaj łapię kubek lub dwa wody, czasem kawałek banana i pędzę dalej. Tym razem z pełną premedytacją delektowałem się miejscowym menu. A czego tam nie było - szaszłyki, kanapeczki, koreczki. No dobrze - teraz trochę ukoloryzowałem. Ale były banany, pomarańcze, wafelki, ciastka i czekolada, a do picia woda, izotonik a nawet gorąca herbata (piwo dopiero na mecie).
Tort Jedyny w Swoim Rodzaju (zdjęcie: MBŻ)

Najlepsze (i wcale nie chodzi o rzeczone piwo) czekało właśnie na mecie. Jak już uporałem się z najbardziej upiornym z upiornych podbiegów, udało mi się zrobić coś, czego przez wszystkie te lata startów w zawodach jakoś uczynić się nie zdarzyło. Przekroczyłem metę w obstawie Córek Dwóch. Są czasem w życiu rzeczy ważniejsze niż kolejna urwana z wyniku sekunda.

Na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie. Pogoda zupełnie nieadekwatna do nazwy biegu okazała się bardzo pomocna w tzw. integracji. Z racji obecności wszystkich trzech Moich Dziewczyn oraz całej masy biegowych znajomych, atmosfera zrobiła się niemal piknikowa. Był nawet improwizowany na szybko, wyposażony w świeczkę narysowaną markerem na kawałku tektury, tort urodzinowy. I chyba to wspominał będę najlepiej. Jak się okazuje w tym całym bieganiu, bieganie nie jest najważniejsze (ale mi się napisało!).
Źródło: endomondo.com

Relacja napisana dla aktywniebardzo.pl

26 stycznia 2016

O biegu, na który tak czekałem, uwag kika

26 stycznia 1919 żołnierze Armii Wielkopolskiej, wraz z gen. Dowborem-Muśnickim, złożyli uroczystą przysięgę na placu Wilhelmowskim, przemianowanym wówczas na plac Wolności w Poznaniu.* Tak, to już dziewięćdziesiąt siedem lat minęło od tego wydarzenia. A nie doszło by do tego, gdyby nie wydarzenia 27 grudnia roku 1918, kiedy to wybuchło jedno z nielicznych zwycięskich powstań zbrojnych naszego narodu - Powstanie Wielkopolskie. Dziewięćdziesiąt siedem lat później na ulicach ścisłego centrum Poznania, w wielu miejscach z Powstaniem związanych, odbył się Bieg Powstania Wielkopolskiego.

Pod wieloma względami dziwny był to bieg. A może nie - może nie dziwny. Lecz na pewno nietypowy. Po pierwsze pora. Zdecydowana większość biegów odbywa się w godzinach przedpołudniowych, a nawet porannych. Najczęściej w myśl zasady, im dłuższy bieg tym wcześniej start. Ale i tzw. piątki i dychy startują z reguły (od której, pamiętajmy, wyjątki występować muszą, by w ogóle reguła regułą była) nie później niż o jedenastej, dwunastej. A tu nie dość, że start ok. 16:40, to jeszcze (a właściwie już) nie za dnia, bowiem pod koniec grudnia to już ciemno. Ale przecież godzina startu nie wzięła się znikąd. 16:40 to domniemana godzina wybuchu powstańczych walk, a co za tym idzie samego Powstania.
Źródło: Fotografia Tomasz Szwajkowski
Po drugie miejsce, a właściwie miejsca. Start i meta znajdowały się na Placu Wolności, tuż obok budynku Arkadii, czyli tam gdzie walki się rozpoczęły i gdzie poległ pierwszy powstaniec, Franciszek Ratajczak. Ale na trasie biegu znalazły się również ulica Święty Marcin, gdzie w początkowym etapie Powstania swoją siedzibę miało Dowództwo Główne. Była ulica Święty Wojciech, przy której znajduje się cmentarz zasłużonych Wielkopolan (nomen omen najstarszy istniejący cmentarz w Poznaniu), gdzie spoczywa pierwszy dowodzący Powstaniem, generał Stanisław Taczak. Była też sama ulica Powstańców Wielkopolskich.
Tu mała dygresja. Przez kilka lat mieszkałem na osiedlu Powstań Narodowych. Wielokrotnie korespondencja przychodziła zaadresowana na osiedle Powstańców Narodowych. Na szczęście dochodziła.

Po trzecie oprawa. Bieg wpisany był niejako w główne obchody rocznicy. W okolicach startu panował więc atmosfera nie do końca taka, jaka zazwyczaj biegom masowym towarzyszy. Dość, że oprócz przedstawicieli płci obojga odzianych w stroje sportowe, można było spotkać nie tylko tzw. zwykłych mieszkańców, ale i osoby w strojach historycznych. Biegowi towarzyszyły również odśpiewanie hymnu oraz minuta ciszy tuż przed startem.
Tu przemyślenie, którym przy tej okazji wręcz muszę się podzielić. Ja rozumiem (przynajmniej się staram) i szanuję (jak wyżej), że patriotyzm różnie może być rozumiany i różnie manifestowany (taka złota myśl mnie naszła, że patriotyzm nie polega na odpalaniu rac). Lecz braku szacunku dla hymnu i minuty ciszy zrozumieć i zaakceptować nie potrafię.
Źródło: Fotografia Tomasz Szwajkowski
Po czwarte uczestnicy. Nie mam być może zbyt dużego doświadczenia w tym temacie (w startach w biegach z akcentem historyczno-patriotycznym w tle), ale odniosłem silne wrażenie, że mamy zdecydowanie szerszy przekrój startujących, co zaobserwować można było między innymi za sprawą strojów, jak i zachowania przed i tuż po starcie. Zdziwiła mnie na przykład ilość osób, które mnie wyprzedzały na pierwszych metrach biegu, a które na stałych bywalców biegów ulicznych nie wyglądały. Dla jasności - nie jest moim zamiarem deprecjonowanie kogokolwiek, dzielę się jedynie własnymi obserwacjami (to co się wydarzyło na kolejnych kilkuset metrach, zdaje się owe obserwacje potwierdzać). Cieszy mnie wręcz fakt, że ludzie, którzy (być może) na co dzień nie żyją bieganiem tak mocno jak ja i mnie podobni, postanowili uczcić ten dzień akurat w taki sposób.

Po piąte (przez dziesiąte - nie mogłem się powstrzymać) pogoda. Blisko dziesięć stopni w ostatnich dniach grudnia i strój startowy lżejszy niż na październikowym maratonie nie wymagają chyba szerszego komentarza (tydzień później biegałem już w trzech warstwach i soplach na buffie).
Źródło: endomondo.com
A sam bieg (w sensie jak mi poszło)? Chciało by się rzec, rzecz drugorzędna. Trasa niełatwa (pagórkowato i sporo kostki brukowej - tej historycznej), a i formy nie było, więc i cudów się nie spodziewałem. A może trochę szkoda. Bo gdybym pobiegł w okolicach swojej życiówki, to mógłbym liczyć nawet na pierwsze w życiu pudło (ale nic, kiedyś się przecież doczekam). Tak czy owak, za rok pobiegnę znów.

PS1. Jeśli chcielibyście zrobić sobie powtórkę (no, ewentualnie lekcję) z historii, gorąco polecam Historię bez cenzury.
PS2. Teraz czekam na Bieg Poznańskiego Czerwca.

*Źródło: Wikipedia

25 grudnia 2015

O kalendarzu innym niż wszystkie uwag kilka

To jakie macie plany? - zapytał wczoraj teść przy wigilijnym stole. Chciałbym skończyć doktorat (nie zarzekam się, że uda mi się to przez najbliższe dwanaście miesięcy, ale koniec widać coraz wyraźniej), odpowiedziałem. To dobrze. Ale to twoje plany. A jakie macie wspólne? - ciągnął teść. W kwietniu jedziemy do Rotterdamu, odparła MBŻ.

Tak, święta Bożego Narodzenia to dobry moment na snucie planów. Chociaż jeśli chodzi o te biegowe na rok dwa tysiące szesnasty, ja snuję już od jakiegoś czasu. Część jest już pewna od dawna. Inne wyklarowały się dopiero co. Jeszcze inne wciąż wiszą pod znakiem zapytania. Jedno co najważniejsze to to, że wiem już jak chcę, aby ten sezon z grubsza wyglądał (a będzie wyglądał nieco inaczej niż poprzednie). A skoro wiem to mogę się pochwalić.
Ostatnio listonosz przyniósł dwie pozycje przydatne w planowaniu i monitorowaniu poczynań biegacza.
Zima
Zima treningiem będzie stała. Zakładam (i nastawiam się), że ciężkim, ale tylko treningiem. Nie planuję żadnych startów. Odpuszczam nawet cykl City Trail. Opuściłem już trzy biegi (te tegoroczne z bieżącego cyklu), z uwagi na drugie zdanie niniejszego posta. Odbywałem podówczas trening siłowy w hali politechniki (tak tak, w moim przypadku doktorat to w dużej mierze ciężka praca fizyczna - piasek, cement, betoniarka i takie tam) i gdy będą się odbywały kolejne trzy, ja również będę zapewne zajęty czymś innym. Ale na treningach... Na treningach nie ma zmiłuj. Bowiem po zimie jest wiosna, a wiosną...

Wiosna
Punkt kulminacyjny wiosny przypada 10 kwietnia. Wtedy to stanę na starcie NN Marathon Rotterdam. Cel jest prosty. Rozprawić się z barierą, z którą nie udało mi się uporać jesienią na własnym fyrtlu. Z trójką z przodu. Ale żeby cel był choć trochę ambitniejszy niż podczas mojego poznańskiego startu, postanowiłem podnieść poprzeczkę nieco wyżej. Zatem planuję pobiec w Rotterdamie szybciej niż pobiegł Krasus w Rotterdamie (dwa lata wcześniej).
Stały punkt programu to oczywiście Maniacka Dziesiątka (oczywiście, bowiem startuję w niej nieprzerwanie od 2010 roku). Ale jako że Maniacka jest w tym roku dosyć późno (19 marca), maraton dosyć wcześnie (10 kwietnia), a po drodze jest jeszcze Wielkanoc (27 marca), Maniacka będzie najprawdopodobniej jedynym startem kontrolnym przed królewskim dystansem. Prawdopodobnie, bo dopuszczam jeszcze jakiś start w okolicach Wielkanocy (myślałem nad Biegiem do Pustego Grobu w Nowej Soli, ale to jednak kawałek). Na pewno jednak przed wyjazdem do kraju tulipanów i wiatraków nie wystartuję już w półmaratonie.
Półmaraton widnieje w moim kalendarzu pod datą 17 kwietnia. Nie wiem jeszcze czy pokonam całą trasę Półmaratonu Poznańskiego (w końcu to ledwie tydzień po dwukrotnie dłuższym dystansie), ale na pewno się na niej (na tej trasie) pojawię. Szczególnie, że w tym (czyli przyszłym) roku przebiega niemal pod moimi oknami.
Kolejny punkt kulminacyjny wiosny, to start, który sam dla siebie określam jako ten o priorytecie A minus. A nastąpi nie w długi weekend majowy jak w latach ubiegłych, lecz 8 maja. Mowa rzecz jasna o Wings for Life. Czy będzie to mój pierwszy start na dystansie ultra? To się zobaczy. Jeśli uda mi się przez sto dziewięćdziesiąt dwie minuty (lub dłużej) utrzymać średnie tempo 4:27/km (lub szybsze), to pewnie tak.
Ostatni punkt (jak widać całkiem napiętego) programu wiosennego to nadrabianie zaległości z roku bieżącego. Choroba uniemożliwiła mi debiut w Półmaratonie Weteranów. W tym roku zamierzam to nadrobić.

Lato
Najgorętsza część roku ma wyglądać zupełnie inaczej niż zwykle. Dlatego liczę po cichu, że nie będzie aż taka gorąca tym razem. Bowiem jak słowo się już jakiś czas temu rzekło, w sierpniu wybieram się na maraton do Trójmiasta. Biorę oczywiście pod uwagę, że raczej trudno liczyć na warunki idealne do bicia życiówek, ale po prostu chcę w tym maratonie pobiec. I pobiegnę, najlepiej jak tego dnia będę potrafił. Tym razem tzw. personal best najważniejszy na świecie nie będzie.

Jesień
Długo zastanawiałem się, czy w związku z podjętymi już planami na lato, zakładać kolejny start w maratonie jesienią. I postanowiłem, że jesień tym razem będzie bez maratonu. Zamierzam za to pobiec mocną połówkę w październiku (najpewniej w Szamotułach). Ale taką naprawdę mocną. W końcu nie będzie to start kontrolny, a ten o priorytecie A (na jesień). Kontrolna to będzie zapewne jakaś dyszka, gdzieś we wrześniu (ale jeszcze nie wiem gdzie dokładnie).

Tak to właśnie wygląda. Kalendarz jeszcze ciepły, a już pełen startów. To oczywiście tylko plany i jak będzie wyglądać ich realizacja okaże się za jakieś dwanaście miesięcy. Niemniej są. A jak tam Wasze plany?

14 października 2015

O dwunastu groszach uwag kilka

Jeden grosik dla sierot
W zimny i wietrzny październikowy poranek wszystkie możliwe zegary wskazały godzinę dziewiątą. Wybrzmiało odliczanie, wybrzmiały dźwięki motywu z filmu Rydwany ognia. Wszystko to mogło oznaczać tylko jedno. Biegacze ruszyli na trasę 16. Maratonu Poznańskiego. A wśród nich i ja.
Obok mnie SSBM Biegającej Matki. Obaj mamy ten sam cel - dwójkę z przodu. Postanawiamy trzymać się tej samej strategii, trzymać w zasięgu wzroku zająców na 3:00. Niestety, chętnych do osiągnięcia podobnego czasu znajduje się dosyć sporo i na pierwszych metrach panuje tłok. Stawka się rozciąga, a baloniki gdzieś znikają. Staramy się zatem sami pilnować tempa. Pierwszy kilometr wolno. Nawet bardzo wolno. Zatem na drugim przyspieszamy. Na trzecim wpadamy we właściwy rytm. Pewnie pomogło pozbycie się ostatniej warstwy grzejnej - bawełnianej koszulki. Na wysokości stadionu Lecha skręcamy w lewo. W nasz fyrtel.

Drugi grosik dla chudziny
Kibiców jakby więcej. Widać znajome twarze. Wśród nich te znane bardzo dobrze. Słychać krzyki adresowane do nas i  tylko do nas. Ich doping niesie. Niesie aż za bardzo, bo biegniemy nieco za szybko, co obaj zauważamy. Tymczasem stawka się rozciąga. Tłoku już praktycznie nie ma. Pierwsza piątka za nami, pokonana w 21:58. Wolniej niż średnie tempo na złamanie magicznej bariery, ale wciąż w dopuszczalnych (a wręcz zakładanych) widełkach. Gdzieś za pierwszym punktem odżywiania znika mi mój towarzysz podróży (ucieka gdzieś do przodu). Za to spotykam czytelnika (chyba pierwszy raz w życiu, ktoś mnie rozpoznał, bo wcześniej czytał moje tu wypociny) - Łukasz, pozdrawiam. Zamieniamy kila słów, lecz potem każdy z nas walczy już o swój własny cel.

Trzeci grosik dla żołnierzy
Gdzieś w okolicach znacznika siódmego kilometra orientuję się, że jestem bliski zgubienia jednego z żeli. Poprawiam go, lecz zaraz zauważam, że jeden już straciłem. Wkurzam się i klnę w myślach sam na siebie. Od tej pory regularnie sprawdzam zawartość kieszeni w moich spodenkach i próbuję złapać się jakiejś grupy. Niestety wszyscy wokół jak na złość biegną bądź za szybko, bądź za wolno. Nie chcę sam walczyć z wiatrem, ale jeszcze bardziej nie chcę szarpać tempa. Staram się pilnować swojego. Drugą piątkę pokonuję w 21:38. Niby tylko dwadzieścia sekund szybciej niż pierwsza, ale jest dobrze. Robię swoje. Zjadam pierwszy żel. Przede mną długa prosta, czyli Droga Dębińska.

Czwarty grosik dla urzędów
Następuje docinek, na którym jest jakby mniej kibiców, za to więcej drzew. Kusi by zatrzymać się za potrzebą (czy będzie jeszcze taka okazja?) - z premedytacją to ignoruję. Miejsce drzew znów zajmują kibice. Znów robi się głośno. Wracamy na Hetmańską. Przed nami Warta. Już za chwilę znajdziemy się na drugim jej brzegu.

Gdzieś na trasie (źródło: Radio Merkury Poznań)
Piąty grosik dla policji
Na moście Przemysła kibiców prawie nie ma, ale zaczynają już być słyszalne Rataje - dzielnica Najlepszych Kibiców Świata. Mijam piętnasty kilometr (trzecia piątka w 21:30 - jest dobrze) i pierwszy raz spotykam Martę (Marta, pozdrawiam). A potem to już szpaler ludzi. Hałas, transparenty, balony, megafony oraz małe i większe ręce wyciągnięte do piątek (no jak tu nie przybić, jak?). Pięknie jest.

Szósty pomnik na pomniki tworzących historię
Gdzieś na osiemnastym kilometrze zauważam gdzieś przede mną plecy SSBMBM. Biegnie w małej grupie. Postanawiam do nich dołączyć. Ale powoli, spokojnie. Byle nie szarpać tempa. Zanim ich dopadłem raz jeszcze spotykam Martę. Która zdążyła się tu przenieść z piętnastego kilometra. Do grupy dołączam gdzieś w okolicach dziewiętnastego kilometra. Melduję swój powrót komu trzeba i dalej walczymy już wszyscy razem. Mijamy kolejny punkt odżywiania, gdzie konsumuję kolejny żel. Czwarta piątka w 21:16. Wkrótce docieramy też do półmetka - ten przekraczamy w 1:31:03 od momentu przekroczenia linii startu. Wszystko zgodnie z planem.

Siódmy grosik dla lekarzy
Kolejne kilometry prowadzą nas tam, gdzie rodził się Poznański Maraton - nad Maltę. Chyba jednak bardziej niż atmosfera tego miejsca (niektórzy wręcz twierdzą, że to Mekka poznańskich biegaczy) niesie nas ukształtowanie terenu, a zwłaszcza wynikające z niego działanie siły powszechnego ciążenia. Dwudziesty czwarty kilometr okazuje się najszybszym z całego maratonu.

Ósmy grosik dla księdza
Zwykle, gdy jest zbieg, gdzieś musi być podbieg. My już wiemy co nas czeka po dwudziestym piątym kilometrze (piąta piątka bliźniacza czwartej - w 21:16). Ulica Krańcowa, czyli pierwszy kawałek mocno pod górę. Ja jednak postanawiam pokonać go nieco agresywniej niż moi dotychczasowi towarzysze (co wcale nie oznaczało przyspieszenia - nie zwolniłem aż tak mocno) i na jakiś czas zostawiam ich za plecami. Na ulicy warszawskiej znów daję się nieco ponieść sile grawitacji. Potem już staram się znowu trzymać równe tempo.
Najlepsi Kibice Świata (źródło: Sandra Afek Photography)
Dziewiąty grosz stryjowi
Ostrów Tumski przemierzam pogrążony we własnych myślach. W pewnym momencie po prostu orientuję się, że katedrę mam już daleko za plecami. Na dwudziestym dziewiątym kilometrze spotykam brata, który postanawia mi towarzyszyć w dalszej wędrówce ku mecie. Na kolejnym punkcie odżywczym, jak na każdym, piję wodę i wtedy orientuję się, że to punkt na trzydziestym kilometrze. Nie będę miał czym popić ostatniego żelu. W tym momencie obecność brata okazuje się bardzo pomocna. Mimo że od Warszawskiej trzymam tempo jak należy, przed znacznikiem trzydziestego kilometra (szósta piątka w 21:11) dogania mnie moja stara grupa. Razem wkraczamy na Sołacz, gdzie znów tłumy kibiców, a wśród nich kolejna znajoma twarz (Paulina, Ciebie również gorąco pozdrawiam).

Dziesiąty grosz dla Jadzi
Na Sołaczu też czeka nas pomarańczowa brama okraszona hasłem o tym co przemija, a co pozostaje. Ale ta brama stoi w nie byle jakim miejscu. Na trzydziestym drugim kilometrze. Zabawa się kończy. Zaczyna się maraton. Tym bardziej, że przed nami ulica Świętego Wawrzyńca, czyli podbieg dłuższy i cięższy niż ten na Karńcowej. Siłą rzeczy zwalniamy. Tym razem trzymam się grupy i staram się wypchnąć istnienie podbiegu ze swojej świadomości. Koncentruję się na pięknie otoczenia (ehem). Dodatkowej motywacji dodaje nam świadomość, że na końcu, oprócz wypłaszczenia (wiem, że niektórzy przyjezdni oczekiwali zbiegu, przez co srogo się zawiedli). czeka na nas ekipa gRUNwaldu z Kaśką na czele. Jednak nasza grupa znów się mocno kurczy. Znów gubię gdzieś SSBMBM. Tym razem to on zostaje z tyłu. Do mety już tylko siedem kilometrów z wąsem (siódma piątka w 21:27 - mimo podbiegu).

Grosz cieciowi
Kawałek za trzydziestym piątym kilometrem spotykam Rafała. Jemu też podbieg dał się we znaki. Ale Rafał ratuje mi trochę życie i częstuje żelem (przypominam, że jeden ze swoich zgubiłem, sierota jedna). Tak pokrzepiony ruszam w kierunku stadionu aktualnego wciąż (aktualnej jego formy nie komentuję) Mistrza Polski w piłce kopanej. Bieg przed stadion wrażenie owszem robi (choć bieganie po macie rozłożonej na murawie komfortowe bynajmniej nie było), ale pętelka wymyślny zawijas w jego okolicach nieco zmęczoną już biegiem czachę nieco zaorał. Na szczęście kawałek za nim zaczyna się przedostatnia prosta - wyczekiwana, prowadząca niemal cały czas w dół, ulica Grunwaldzka. A na niej niespodzianka - MBŻ, Również Biegająca Szwagierka (RBS), Nie-Biegające Ola i Karolina plus cała siódemka dzieciaków (w tym dwa moje). To był zdecydowanie najpiękniejszy moment tego maratonu!

Dwunasty grosz na końcu
Ale też zaraz potem maraton się skończył. No może nie sam maraton, ale na pewno rumakowanie. Dostałem taki wiatr w twarz, że... No, że nie wiem co. Ludzi już jak na lekarstwo. Znów nie było z kim zbić się w grupę. Jeszcze na czterdziestym kilometrze (ósma piątka w 21:28 a ostatni jej kilometr 10-15 sekund wolniejszy niż cztery poprzednie) liczyłem po cichu, że może jednak, mimo tego cholernego wiatru, uda się dowieźć jakoś tę dwójkę do mety. Kilometr później nadzieja już zgasła zdmuchnięta brutalnie przez poziomy ruch cząsteczek powietrza.
Wymarzone... zdjęcie na mecie (zdjęcie: Patryk Pieczyński)
Ostatecznie do mety dowiozłem wynik 3:01:05 netto. Co oznacza poprawę życiówki o niemal sześć minut. A jednak do celu-marzenia zabrakło tak mało i tag dużo zarazem. Taki to właśnie jest ten maraton.
Źródło: endomondo.com

28 czerwca 2015

O antyżyciówce i dyskryminacji uwag kilka

W małżeństwie przychodzą czasem takie chwile, że język czuły i delikatny odchodzi na bardzo daleki plan i w ruch idą słowa powszechnie uważane za niecenzuralne. Co ciekawe czasem są to chwile, które wspomina się jako te piękne. Kilka ostrych słów usłyszałem, gdy na świat przychodziła Córka Starsza (w przypadku Córki Młodszej nie usłyszałem, bo cała akcja przebiegła tak sprawnie, że zdążyłem jedynie przeciąć co nieco). Kilka też skierowanych zostało w moim kierunku podczas dzisiejszego Biegu Piotra i Pawła. Podczas, bo pokonałem go wspólnie z MONBŻ.
Już po (selfie by MONBŻ)
Na III Bieg Piotr i Paweł zapisałem się towarzysko. Ot, zaprzyjaźnione małżeństwo z Krakowa postanowiło odwiedzić w czerwcu Poznań i zapytało, czy i my byśmy się nie zapisali. No to się zapisaliśmy. Ale walki o życiówkę nie zakładałem ani przez chwilę. Ot miało być rekreacyjnie i towarzysko. No może jakiś mocniejszy trening. A że po drodze przypałętała się infekcja i przerwa w bieganiu, a forma jedyne loty, jaki wykonywała, to ostre pikowanie, to się postanowiło, że się pobiegnie na całkowitym luzie, a tak konkretnie, to się potowarzyszy MONBŻ w jej zmaganiach z dystansem dziesięciu kilometrów.

Od wczorajszego popołudnia trwały zażarte (wyolbrzymiam oczywiście) dyskusje nad strategią, jaką mamy przyjąć. Oczywiście przyjęliśmy tę złą. Postanowiliśmy ruszyć w tempie około 5:45/km, a i tak pierwszy kilometr wyszedł szybciej, bo 5:38. Już na tym pierwszym kilometrze MONBŻ dała mi do zrozumienia, że mam nie gadać za dużo, a w ogóle to mam się oddalić (oczywiście ujęła to nieco dobitniej). Ale to tempo - choć ani przez moment nie narzucałem go ja - pozostało z nami na jakiś czas. Aż do piątego kilometra, który to zawierał w sobie najmocniejszy na trasie podbieg, z racji czego okazał się nieco wolniejszym, biegliśmy w okolicach 5:40. Na szóstym, choć widać już było, że MONBŻ przechodzi kryzys, również udało się utrzymać wcześniejsze tempo. Niestety potem było coraz ciężej. Kilka razy walczyliśmy z chęcią przejścia do marszu (moje próby motywowania spaliły na panewce, bowiem robiłem to tak jak potrafię, czyli po męsku, a biegłem przecież z kobietą), ale gdzieś na dziewiątym kilometrze się nie udało po raz pierwszy. Drugi raz, że aż tak bardzo mi nie zależy, usłyszałem kilkaset metrów przed metą. Ale zaraz też Ślubna stwierdziła, że jak chwile jeszcze odpocznie, to chociaż skończy z klasą. I faktycznie, jak na czterysta metrów przed metą wystrzeliła do przodu, to niemal musiałem ją gonić. I w ten sposób, mimo całkiem długiego odcinka marszu, ostatni kilometr znowu oscylował w okolicach 5:40/min. Na metę wbiegliśmy z wynikiem 0:58:11. W moim przypadku to antyżyciówka, ale MONBŻ udało się urwać kilka (a nawet więcej niż kilka) sekund z zeszłorocznego wyniku. Jeszcze tylko obiecane Krasusowi pompki za metą i można się było oddać zajadaniu lodów i pogawędkom z krewnymi i znajomymi (nieznajomymi zresztą też) Królika.
Pulsometr ewidentnie zwariował w pewnym momencie (źródło: endomondo.com)
Tegoroczny bieg Piotr i Paweł zapadnie mi w pamięć jeszcze z jednego powodu. Niestety mniej przyjemnego. Niby rzecz błaha, ale jednak. W pakiecie startowym znajdował się koszulka. Koszulki były dostępne w dwóch kolorach - zielonym i fioletowym. Zapytałem czy różnią się krojem - nie, nie różnią się. Poprosiłem więc o fioletową (ot, chciałbym mieć choć jedną koszulkę w wyrazistym kolorze). Nie mogę dostać. Bo to damskie. I nawet rozumiem argument, że jeśli ja bym dostał, to dla jakiejś kobiety mogłoby zabraknąć. Ale czemu u diabła zakładają z góry, że zielona to męska, a fioletowa to damska!?

23 czerwca 2015

O Tour de Posnania uwag kilka

Poza tym, że na swoje główne (te o priorytetach A i B) starty staram się wybierać biegi z atestem, sama trasa nie stanowi dla mnie głównego kryterium wyboru. Pewnie, lubię jak jest ciekawa i urozmaicona. A jeszcze bardziej lubię, gdy jest szybka i płaska. Nie lubię natomiast, gdy na informację o przebiegu trasy trzeba czekać do ostatniej chwili. Inaczej rzecz ujmując, podoba mi się, gdy z przebiegiem trasy można zapoznać się odpowiednio wcześniej. Tylko co to znaczy odpowiednio wcześniej?

Do Poznańskiego Maratonu pozostały niecałe cztery miesiące (biorąc pod uwagę, że w cztery miesiące można się przygotować do maratonu niemal od zera, a niektórzy to nawet zostają ministrami na cztery miesiące właśnie, to wydaje się być odpowiednio wcześnie) i właśnie (konkretnie to w zeszłym tygodniu) poznaliśmy jego trasę. Mało tego. Orgowie zafundowali nam thriller w odcinkach, po kawałku uchylając coraz większy rąbek tajemnicy.
Trasa w kształcie - no właśnie, czego? (źródło: marathon.poznan.pl)
Pierwsza część trasy wygląda całkiem znajomo. A jednak różni się od zeszłorocznej. Start – bez zaskoczenia – z ulicy Grunwaldzkiej na wysokości hotelu Sheraton. Pierwsze trzy kilometry to właśnie ulica Grunwaldzka w kierunku (nomen omen) Grunwaldu. Na skrzyżowaniu z ulicami Bułgarską i Jugosłowiańską nie skręcamy, jak przed rokiem (ja to w sumie nie skręcałem, ale to taki małe uogulnienie), w kierunku stadionu tylko w lewo – na mój fyrtel – w ulicę Jugosłowiańską właśnie. Dalej trasa wiedzie dobrze już znanymi ulicami – Taczanowskiego, Ściegiennego, Arciszewskiego i Hetmańską. W miejscu, w którym wysadziłem w zeszłym roku Damiana, a później dopingowałem biegaczy, stojąc między radiowozem a lawetą z moim samochodem, wypadnie mniej więcej szósty kilometr (w zeszłym roku był dziesiąty). Po trzech kilometrach Hetmańskiej zbiegamy w Dolną Wildę, dalej w ulicę Żelazka (Mariana - nie may w Poznaniu ulicy na cześć AGD) i wreszcie w Drogę Dębińską, na której tym razem nie będzie agrafki. Ciąg dalszy dobrze znany – przez Las Dębiński do (po raz kolejny) Dolnej Wildy (z tym, że innej jej części) i powrót na Hetmańską. Dobiegając do Warty i mostu Przemysła, będziemy mieć w nogach jakieś czternaście kilometrów.

Druga część to miejsce, gdzie spotkać można prawdopodobnie najlepszych kibiców w Polsce, a na pewno najlepszych w Poznaniu. Rataje. Pobiegniemy ulicami Zamenhofa, Piłsudskiego, Inflancką i Kurlandzką. W okolicach wiaduktu nad tzw. Trasą Katowicką miniemy półmetek. Potem ulice Piaśnicka, Chartowo i dobiegamy do dobrze znanej wszystkim poznańskim biegaczom ulicy abpa Baraniaka (a dokładnie zbiegu Baraniaka i Dymka – również arcybiskupa). I skręcamy…

Otóż nie skręcamy, tak jak w latach ubiegłych, w prawo, lecz w kierunku Matki Politechniki. Po czym szybko skręcamy w prawo w miejsce gdzie finiszuje Maniacka Dziesiątka, Półmaraton Poznański i przez lata finiszował również sam maraton – nad Maltę. To pierwsza z dużych tegorocznych nowości i niespodzianek zarazem. Z nad Jeziora Maltańskiego ulicą Krańcową dotrzemy do kolejnego maratońskiego klasyka – ulicy Warszawskiej. I tu nastąpi naprawdę długa prosta. Przez Rondo Śródka, Ostrów Tumski (gdzie rodziła się polska państwowość), Garbary i ulicę Solną. To część trasy dobrze znana tym maratończykom, którzy pamiętają jeszcze dwupętlową trasę królewskiego dystansu. Później jednak następuje nowość. Ulica Nowowiejskiego i aleja Wielkopolska. A jeszcze dalej…

Ostatnia, czwarta część (na której zaczyna się prawdziwy maraton i prawdziwa walka) to w dużej mierze największa niespodzianka. Sołacz. Dalej, ulicami Niestachowską i Świętego Wawrzyńca przebiegniemy (choć raczej go nie zobaczymy) obok jeziora Rusałka. A potem ulica Polska i Bułgarska. Zdajecie sobie sprawę, co to oznacza? Stadion aktualnego Mistrza Polski w piłce nożnej. Będziemy mogli na tzw. legalu zrobić coś, za co normalnie grozi całkiem wysoka kara grzywny – przebiec się po murawie boiska. Zapewne odpowiednio zabezpieczonej, ale zawsze. Ostatnie cztery kilometry do już dobrze znana część. Grunwaldzka w stronę Międzynarodowych Targów Poznańskich, gdzie będziemy finiszować. Chyba nie muszę dodawać, że mocno?
Niemiecka autostrada to to nie jest, ale nie ma co narzekać (źródło: marathon.poznan.pl)
Co mi się najbardziej podoba w tej trasie. Oczywiście wszystkie nowości. Jak najbardziej to, że nie będzie podbiegów na Serbskiej i Roosvelta (warto dodać, że jakaś super płaska ta trasa tez nie jest, ale też nie ma na co narzekać). Ale najbardziej to, że moi osobiści kibice, będą mogli mnie wspierać dwukrotnie, nie oddalając się za bardzo od domu. Jak to stwierdziła MONBŻ – raz pod domem, raz pod pracą.

A tak zupełnie z innej beczki – co Wam przypomina obrys trasy?

6 maja 2015

Halo Panie Jacku: O porównaniach uwag kilka

Halo Panie Jacku!

Dziwna to być może sprawa, ale po lekturze felietonu Pana autorstwa w majowym Runner’s World, doszedłem do wniosku, że wyjątkowo mocno się z Panem nie zgadzam. Mimo, iż również niezbyt bliska jest mi idea, jakoby od wyniku ważniejszy był udział. Oczywiście, bieganie samo w sobie daje mi wiele radości, ale to co mnie nakręca najbardziej, to stawianie sobie nowych wyzwań i pokonywanie kolejnych barier. Niemniej powstanie Rankingu Biegacza jest dla mnie informacją z kategorii tych, które przyjmuję do wiadomości. Nic więcej z nią robić nie zamierzam, a już na pewno nie zarejestruję się w owym rankingu. Owszem są ludzie, od których chciałbym być szybszy (raz jestem, raz nie). Są tacy, których gonię i może kiedyś mi się to uda. Są też tacy, których zapewne nie dogonię już nigdy, a jednak są dla mnie inspiracją. A jednak w głównej mierze porównuję się tylko z jednym biegaczem. Samy sobą z wczoraj, sprzed miesiąca, pół roku, itepe, itede.

Co ciekawe jednak, w kwestii porównywania się i bycia porównywaniem, wystąpiło w moim przypadku ciekawe zjawisko. A wszystko przez to, co się w niedzielę działo w Poznaniu.

Źródło: www.tvn24.pl
Jak Panu zapewne wiadomo, w niedzielę w Poznaniu (między innymi) miała miejsce druga edycja Wings for Life. Biec nie miałem w planie, ale o kibicowaniu również nie myślałem. Akurat w majowy weekend na pierwszym miejscu stały sprawy rodzinne. I właśnie zajmując się sprawami rodzinnymi, konkretnie odwożąc rodzinkę na dworzec, natknąłem się na skrzyżowanie z niedziałającą sygnalizacją, za to zaopatrzone w policjanta kierującego ruchem. I gdy zobaczyłem faceta w jaskrawej koszulce i krótkich gaciach, biegnącego dodatkowo ulicą, wiedziałem już co się dzieje i gdzie jesteśmy. W sumie to miałem szczęście, bo trafiłem na taki moment, że przez chwilę mogłem jechać równolegle d biegnących i nieco ich wesprzeć werbalnie. Osobistego i imiennego wsparcia udało mi się udzielić Bartkowi Olszewskiemu (powiedzmy, że znamy się z Internetów, choć raz dane nam tez było spotkać się osobiście). Wchłonąłem na szybko nieco atmosfery biegu i nawet nie zirytowało mnie, że zamiast na dworzec, musiałem rodzinę wywieźć aż do Kórnika, gdzie dopiero wsieli do autobusu (swoją drogą ciekawe jakbym zareagował, gdyby przymusowa wycieczka za miasto była spowodowana, na ten przykład, strajkiem powiedzmy pracowników kolei).

Po powrocie do domu, przy zastosowaniu szeroko rozumianych mediów, a konkretnie telewizji oraz Internetu (głownie Twarzaka) zacząłem śledzić, co też się dzieje na trasie. I zasadniczo zbierałem szczękę z podłogi (choć jak wiadomo, zbierać to mógłbym co najwyżej żuchwę), patrząc co ten Bartek wyrabia. Czas leciał, a on biegł i biegł, i biegł... i biegł... Około godziny 17:30 (czyli biegł już 4,5 h) miał już w nogach około 67 km. Sam już miałem ochotę pójść pobiegać (tylko że ja miałem w planach marne dziesięć kilometrów), ale on ciągle biegł. A nie chciałem Bartka tak po prostu zostawić (tak naprawdę to się emocjonowałem i z całego serca mu kibicowałem). W końcu jednak pękłem i wyszedłem. Uprosiłem jeszcze znajomych, żeby mi przysłali esemesa gdy Bartek dobiegnie. Wiadomość dogoniła mnie jakiś kilometr od domu: 73,4 km. Szóste miejsce na świecie! A na drugi dzień prawdopodobnie wszyscy o tym mówili. Nawet MONBŻ, która owszem biega, ale w życiu biegowego światka to raczej udziału nie bierze, wiedziała kim jest Warszawski Biegacz.

Tylko dlaczego ja o tym wszystkim piszę? Otóż dlatego, że chciałbym poruszyć niecodzienny aspekt porównywania. Rozchodzi się o to, że choć wszyscy (albo prawie wszyscy) zwracają się do mnie per. Bartek, moje pełne imię (co też tajemnicą nie jest) to Bartłomiej. I jestem uczulony, autentycznie uczulony, na to, gdy ktoś zwraca się do mnie lub mówi do mnie używając imienia Bartosz. Rozumiem, gdy ktoś znając mnie jako Bartka, po prostu łączy zdrobnienie z imieniem właściwym. To znaczy nie rozumiem, ale wybaczam. Ale gdy dzwoni do mnie pan z banku którego jestem klientem (więc zakładam, że ma moje dane przed oczyma) i pyta czy rozmawia z panem Bartoszem, krew mnie zalewa i mam ochotę zakończyć rozmowę w mało dżentelmeński sposób.
Jednak gdyby niedzielę, jak i w poniedziałek, ktoś mnie nazwał Bartoszem, prawdopodobnie bym go wyściskał (choć gwarancji też nie dam – na pewno walczyły be ze sobą dwa skrajne rodzaje emocji).

I tak to właśnie czasem bywa z tym porównywanie się – ważne by równać do góry!

Łącze tradycyjne pozdrowienia od CMcMH
Bartek M.

24 kwietnia 2015

Jak wyszedłem na miasto napić się ze znajomymi uwag kilka

Dobra, ja wszystko rozumiem. Że pilna (pilna, bo nie zabrałem się za nią odpowiednio wcześnie) praca do skończenia, że przedmaratońska gorączka i że w ogóle. Ale najważniejsze wydarzenie sezonu wiosennego za dwa dni, a ja wciąż nie przelałem w wirtualną rzeczywistość internetu swoich wrażeń z poznańskiej połówki. A zatem tak w telegraficznym skrócie.

O treningu z zawodami, a właściwie o zawodach z otoczką już raz pisałem. Teraz miało być podobnie, tylko że trochę inaczej. Zawody - jak to półmaraton - obejmowały dystans 21,097 km. Ja natomiast miałem na ten dzień w planie trening, który na swoje potrzeby nazywam BCzET-em, czyli Biegiem Ciągłym z Elementami Tempa. W sumie dwadzieścia pięć kilometrów, w tym:
- 4 km OWB1,
- 2 km w tempie 4:20-4:25/km,
- 2 km OWB1,
- 10 km tempa 4:30-4:35/km,
- 2 km OWB1,
- 3 km w tempie 4:20-4:25/km,
- 2 km OWB1.
Tak to wyglądało w planie. Trenejro zalecił by dodatkowe kilometry podzielić i przebiec trochę przed, a trochę po samym półmaratonie, ale wyszło mi z obliczeń, że po przekroczeniu mety nie będzie za bardzo jak biec. Całość zaplanowałem więc tak by na starcie półmaratonu mieć już te dodatkowe około czterech kilometrów w nogach. Założyłem również, że ostatni odcinek nie będzie miał dokładnie dwóch tysięcy metrów. Policzyłem także skąd i o której muszę ruszyć, aby linię startu przekroczyć jako jeden z ostatnich uczestników biegu - tak by nie musieć zbyt gwałtownie hamować w tłumie (tym bardziej, że za linią startu to powinienem akurat przyspieszyć). I tak, gdy wszyscy zmierzali na linię startu, ja również tam wyruszyłem, tylko że drugim brzegiem Malty.
Znajdź różnicę w stosunku do oficjalnej trasy półmaratonu ;-)
Jak zwykle zacząłem od trzech minut truchtu - zawsze dopisuję ten element do wpisanego w plan treningu. Ale chyba udzieliły mi się startowe emocje, bo serce nijak w zakresie przypisanym do truchtu utrzymać się nie chciało. Po stu osiemdziesięciu sekundach przeszedłem (właściwie powinno być przebiegłem) do czterech kilometrów pierwszego zakresu i był to najcięższy odcinek tego biegu. Nie dość, że biegłem sam (niby jestem przyzwyczajony, ale jednak wiecie - atmosfera) to jeszcze po tej stronie jeziora wiało, jak nie przymierzając (wedle ludowego porzekadła) tam, gdzie mieszka Damian. Ale za to udało mi się wprawić w zdziwienie wolontariuszki, które przygotowywały punk odżywiania zaplanowany na dziewiętnastym kilometrze trasy i pytały się nawzajem (na mój widok), czy start aby nie był o dziesiątej (a było już z pięć po). Na linię startu dotarłem niemal idealnie wg obliczeń. Zdaje się, że przekroczyłem ją jako przedostatni. I tu zaczęły się moje kłopoty.

Spokojnie, spokojnie, nie było tak źle. Po prostu - co było do przewidzenia, a jednak dało mi to nieźle w kość - musiałem sporo (naprawdę sporo) wyprzedzać. A na trasie było, że tak to ładnie określę, dosyć gęsto. Tak, że nawet na poboczach i trawnikach było momentami ciasno. Na szczęście udawało się jakoś założone tempo utrzymać. Jakim kosztem się udawało, można zaobserwować na wykresie tętna. Ekonomika biegu nie stała na najwyższym poziomie - nie ma co ukrywać.
Tętno tylko raz weszło w trzeci zakres. Chociaż w ogóle nie powinno...
Po przejściu do kolejnego odcinka jedynki nadal wyprzedzałem. W rytm biegu peletonu wszedłem (wbiegłem) gdzieś w okolicach dziesiątego kilometra trasy, czyli na początku dziesięciokilometrowego odcinka tempa. A wtedy zaczęła się zabawa. Od dawna, naprawdę od dawna nie dane mi było aż tak bardzo cieszyć się atmosferom tej rozrywki dla mas, jaką jest bieg uliczny na dystansie półmaratonu. Owszem, pilnowałem tempa, ale było ono zasadniczo komfortowe, mogłem więc chłonąć atmosferę na całego. Czerpać pełnymi garściami. A że tresa tego odcinka prowadziła przez Rataje, gdzie mieszkają prawdopodobnie najlepsi kibice biegania w Poznaniu, więc czerpałem. Niczym się nie przejmując, po prostu biegłem. I tak biegłem i biegłem, i biegłem. Potem zwolniłem, bo znowu jedyneczka, i tak się dziwiłem, że w sumie to mało osób mnie wyprzedza. A potem znowu przyspieszyłem i znowu ja wyprzedzałem. A że ostatnie kilometry po raz kolejny pokonywałem w pierwszym zakresie (znowu, o dziwo, jakoś nie byłem wymijany jak przysłowiowa furmanka), czyli w pełni komfortowo, wspierałem mentalnie tych, którym na tych ostatnich metrach było ciężko. Nawet ze dwie osoby postraszyłem, że jeśli nie będą na mecie przede mną, to wypije im piwo. I chyba po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy na zdjęciach z finiszu nie mam mojej autorskiej miny pt. Jak rzygać, to z dobrym wynikiem. A przed przekroczeniem mety jeszcze zrobiłem sobie dziesięć pĄpasków. Taki miałem humor!
pĄpasy jeszcze na trasie (foto: Sandra Afek Photography)
I wiecie, co Wam powiem (napiszę)? Od dziś, jeśli tylko w tym czasie będę w Poznaniu, tutejszej połówki nie odpuszczam. Jeśli nie będę mógł biec po rekord, pobiegnę treningowo. A jak dwadzieścia jeden kilometrów to będzie dla mnie za dużo, jak na dany dzień, pobiegnę mniej i zejdę z trasy. I gorąco każdemu polecam - raz na jakiś czas start na pół gwizdka. Dla zabawy. Dla atmosfery. Dla zdrowia - fizycznego i psychicznego.

Za to za dwa dni, bieg jak życie - Na pełnej petardzie!

9 kwietnia 2015

O tolerancji uwag kilka

W niedzielę w Poznaniu wystartuje półmaraton. Już po raz ósmy z resztą. Mimo że Poznań jest niemal dwukrotnie (jeśli wziąć pod uwagę zajmowaną powierzchnię) mniejszy od Warszawy (a w ogóle pod tym względem dopiero ósmym miastem w Polsce), a zamieszkuje go ponad trzykrotnie mniej ludzi (piąte miejsce w kraju) niż stolicę, to właśnie Półmaraton Poznański jest drugim co do wielkości biegiem na dystansie 21097,5 m w naszym kraju. Są nawet tacy, którzy twierdzą, że mógłby z powodzeniem starać się o palmę pierwszeństwa, gdyby nie ustalony limit zgłoszeń, który zresztą wyczerpał się wiele tygodni temu (przez co prze kolejne tygodnie w interenetach kwitł handel pakietami startowymi – i wciąż kwitnie, choć obecnie już nielegalnie). Tak czy owak, za trzy dni na ulice Poznania wybiegnie blisko siedem tysięcy biegaczy. No właśnie – na ulice.

Nie bez kozery przywołałem stosunek wielkości Poznania do Warszawy, bo miasto, w którym mieszkam to jednak nie aglomeracja tego rzędu, co miasto stołeczne (w Warszawie wszystko jest 3D podobno) i w poniedziałek nie spodziewam się w ogólnopolskich mediach fali oburzenia na biegaczy, którzy to po raz kolejny (samolubnie i złośliwie dodajmy z przekąsem) zablokowali miasto. Niemniej fakt jest faktem – na kilka godzin zajmiemy całkowicie część poznańskich ulic, a na wielu innych zdezorganizujemy ruch samochodów. I na pewno wielu kierowców będzie co najmniej niezadowolonych, że nie mogą w niedzielę dojechać tam gdzie dojechać by chcieli. A niech to będzie nawet ta okropna galeria handlowa. I ja ich rozumiem. Ale w niedzielnym biegu jednak pobiegnę (celowo nie używam słowa startuję, ale o tym kiedy indziej) – wcale nie na przekór i wcale nie złośliwie.
Źródło: facebook.com/PoznanMaraton
Zwykle, gdy wybucha dyskusja na temat blokowania miasta przez biegaczy, podświadomie zajmuję stronę po jednej ze stron barykady. Nie da się jednak ukryć, że zarówno pod kątem spędzonego czasu, jak i pokonanych kilometrów bardziej jestem kierowcą niż biegaczem. Dlatego mogę chyba zaryzykować stwierdzenie, że rozumiem innych kierowców. Gdzie zatem leży problem (a właściwie jego rozwiązanie)? Moim skromnym zdaniem w dwóch aspektach. Organizacji i zrozumieniu właśnie.

Zacznę od tego drugiego. Choć zdaję sobie sprawę, że szanse na to, że te słowa czyta ktoś, kto nie przepada za bieganiem (i biegaczami), są raczej nikłe, napisze to i tak. My naprawdę nie robimy tego złośliwie. Nie robimy tego dlatego, że uważamy, iż wspomniane galerie handlowe są z gruntu złe i należy uniemożliwić dodarcie do nich ich potencjalnym niedzielnym użytkownikom. Nie robimy tego, by napsuć krwi kierowcom. My po prostu robimy to, co kochamy. Tat tak, moglibyśmy robić to w lasach, gdzie nikomu nie będziemy przeszkadzać (a tak z innej beczki – osiem tysięcy biegaczy w lesie; na pewno nie będzie to nikomu przeszkadzać?), ale cała frajda polega na tym, że raz na jakiś czas mamy szansę pobiegać po mieście. Z jednej strony cieszymy się, że możemy w ten sposób zamanifestować swój tryb życia i nieopisaną wręcz radość sprawia nam, gdy ktoś choćby przyjdzie na to popatrzeć życzliwym okiem. A gdy jeszcze otrzymamy dawkę mentalnego i werbalnego wsparcia, stajemy się niemal wniebowzięci (choć twardo - mimo amortyzacji w naszych butach - dotykamy ziemi). Kochamy kibiców! Z drugiej miasto, nawet to poznane już na wylot, oglądane od tej strony wygląda zupełnie inaczej. Żeby się przekonać, wystarczy spróbować.

Istotne jest jednak także i to, aby te nasze wybryki były na tyle mało uciążliwe dla innych użytkowników miasta, na ile to tylko możliwe. Poczynając od informacji. W Poznaniu nie jest z tym na szczęście najgorzej. Już na kilka dni przed biegiem pojawiają się duże żółte tablice informujące o takim czy innym biegu (pomijam fakt, że bez względu na dystans informują o biegu maratońskim) oraz o zalecanych objazdach. W innych miastach, z tego co wiem, bywa różnie, ale też często nie gorzej niż na moim podwórku. Długo zapewne pamiętać będę kartki wywieszona na bramach katowickiego Nikiszowca z informacją o przebiegu trasy, o wynikających z tego utrudnieniach oraz... z zachętą do kibicowania uczestnikom biegu. I faktycznie poziom wsparcia ze strony mieszkańców Nikiszowca należał do najwyższych na trasie Silesia Marathon.
Informacja to rzecz jedna i trzeba mieć na uwadze, że mimo największych starań, nie do wszystkich może dotrzeć. Jak istotna jest idąca za informacją organizacja ruchu towarzysząca imprezie masowej, sam miałem się niegdyś okazję przekonać, gdy zostałem zablokowany przez marsz studentów podczas poznańskich Juwenaliów. I choć oczywiście szanuję chęć oraz prawo studentów do zabawy oraz manifestowania swojej radości, byłem niemiłosiernie zdenerwowany tym, że zostałem najnormalniej w świecie unieruchomiony. Gdybym musiał jechać dłuższą drogą lub jechać wolniej, wziąłbym to na przysłowiową klatę. Ale ja musiałem stanąć i czekać bez możliwości manewru. Dlatego z pełnym zrozumieniem przyjąłem informację o przygodzie znajomego księdza, który na okoliczność Maniackiej Dziesiątki na godzinę utknął w samochodzie, bo raz, że nie wiedział, że akurat odbywa się bieg, a dwa, że umożliwiono mu wjazd w ulicę, która akurat była całkowicie nieprzejezdna.

I na koniec napiszę o tym, co mi się marzy. Marzy mi się, żebyśmy nawet na takie drażliwe tematy jak blokowanie miasta potrafili po prostu ze sobą rozmawiać. Tak normalnie, bez nadęcia i bez okopywania się na swoich pozycjach. W myśl zasady by starać się najpierw zrozumieć, a potem być zrozumianym. Bo demokracja nie polega na tym, aby większość narzucała swoją wizję świata większości (jak sugerował jeden z anty-biegowych publicystów - już nie pamiętam który), ale na tym, żeby - jak słusznie zauważył Adaś Miauczyński w Dniu Świra - każdy se nawet w pojedynkę mógł pójść. Albo pobiec. To jest właśnie tolerancja.

18 marca 2015

O czwórce na początku i końcu uwag kilka

Na wariackich papierach. Był taki serial w szalonych latach dziewięćdziesiątych. Nie za bardzo pamiętam o czym był, ale jego tytuł doskonale oddaje to, co się działo wokół mojego startu w szóstej mojej a jedenastej w ogóle Maniackiej Dziesiątce.
Szósty medal z Maniackiej. Trzeci srebrny. Czas na kolejny kolor?
Po pierwsze - w piątek pracowałem do późna, przez co raz, że nie mogłem odebrać wcześniej pakietów startowych (możliwy był jedynie odbiór osobisty, a biuro było czynne między osiemnastą a dwudziestą pierwszą), dwa, że tzw. przedstartowe podekscytowanie zacząłem odczuwać dopiero ok. godziny dwudziestej pierwszej. Po drugie - w sobotę musiałem wstać bardzo wcześnie i już po ósmej wyjść z domu. Wynikało to z tego, że miałem do odebrania nie tylko swój pakiet, ale też pakiety Córek Dwóch, które tym razem udało nam się zapisać na biegi dzieci (perypetie z biegami dzieci to temat na osobną historię). Po trzecie - ponieważ musiałem wyjść wcześnie, nie do końca wiedziałem jak ułożyć przedstartową strategię żywieniową. Ostatecznie tuż przed wyjściem zjadłem bułkę z miodem i kromkę (w niektórych rejonach naszego pięknego kraju nazywaną też pajdą) chleba z dżemem oraz zabrałem ze sobą baton bananowy Chia Charge. Baton pochłonąłem o godzinie dziesiątej a o jedenastej znów byłem głodny. Na szczęście pewien nowy znajomy podzielił się ze mną żelem przed startem (wniosek na przyszłość: na wszelki wypadek już zawsze zabieram żel; najwyżej nie zjem). Po czwarte - z uwagi na aurę nie miałem pomysłu na to, jak się na bieg ubrać. Na wszelkie zaś zabrałem ze sobą trzy (tak, trzy) zestawy ubrań. Ostatecznie zdecydowałem się na krótkie startowe spodenki, podkoszulek, koszulkę z krótkim rękawem oraz naramienniki i rękawiczki (cienkie, nazywane przeze mnie tymi do biegania w lekkim plusie), a także czapkę z chusty kominowej na głowę. W sumie dobrze wyszło - na samym początku trochę mi było zimno w ręce, ale później się rozgrzałem. Zresztą wyszedłem z założenia, że im bardziej będzie mi zimno, tym śpieszniej mi będzie do mety. I wreszcie po piąte - mimo całonocnego podłączenia do źródła prądu, rozładował mi się telefon, przez co miałem pewne trudności z odnalezieniem się z MONBŻ oraz Córkami Obiema. Szczęście w nieszczęściu, dzień wcześniej zapomniałem zabrać z samochodu telefon służbowy, przez co po dokonanej podmianie udało mi się w ogóle odnaleźć z pozostałymi biegnącymi Monczyńskimi, czyli tatą i bratem. Niestety udało się to dopiero po biegu.

Samo bieganie (moje, bo dzieci biegły już o w pół dziesiątej) zaczęło się dosyć wcześnie. Zwykle zaczynam rozgrzewkę na ok. pół godziny przed startem. Tym razem na jedenastą umówiłem się z Trenejro i kilkoma innymi jego podopiecznymi, więc wchodzenie na wyższe obroty zaczęło się wyjątkowo wcześnie (ja zacząłem jeszcze wcześniej, gdyż z depozytu na miejsce spotkania przemieściłem się truchtem) i trwało wyjątkowo długo. Ale przynajmniej było miło. Na szczególnie wysokie obroty wszedłem oczywiście tuż po dwunastej, zaraz po tym jak dotarłem do przypisanej mi strefy (to ciekawostka - podobno były wielkie flagi w oznaczeniem stref; w ogóle ich nie pamiętam, stanąłem tam gdzie było więcej osób z oznaczeniem B na numerze startowym) i pozbyłem się mojego tradycyjnego już, a wciąż budzącego mieszankę rozbawienia z zainteresowaniem stroju rogrzewkowego, czyli kombinezonu malarskiego zwanego pieszczotliwie kondomkiem.

Taktyka na bieg była prosta jak dwa metry sznurka w kieszeni. Żartuję - naprawdę była prosta. Pierwsze pięć kilometrów w 20:15 (tempo 4:00-4:05 km). W drugiej połowie przyspieszamy i schodzimy nieco poniżej czterech minut na kilometr. Na pierwszym kilometrze tradycyjnie staram się z jednaj strony nie dać się ponieść tłumowi, z drugiej nie zaciągać przypadkiem ręcznego. Innymi słowy staram się wstrzelić w odpowiedni rytm. Spoglądam na pomiar tempa chwilowego Gremlina, który pokazuje 4:05/km. Jest dobrze. Gdy znacznik pierwszego kilometra mijam po niemal dokładnie czterech minutach, wiem już jaką poprawkę przyjmować. Tempo kolejnych kilometrów kontroluję bez aptekarskiej dokładności - mam włączony autolap a na znacznikach sprawdzam łączny czas biegu. Wiem jednak, że tempo jest odpowiednie a mnie biegnie się całkiem dobrze. Na półmetku mam czas 20:14. Idealnie. Teraz tylko przyspieszyć. Wiśta wio, łatwo powiedzieć. Na szóstym kilometrze jest całkiem spory, jak na tak płaską trasę, podbieg i zaczynamy biec pod wiatr (i tak dobrze, że nie wali gradem, jak rok wcześniej). Walczę jednak dalej. Szósty kilometr wciąż całkiem dobrze (poniżej czterech), siódmy lekko wolniej (cztery z wąsem). Zaczynam odczuwać zmęczenie. Czy wynika ono z opisanych powyżej perypetii żywieniowych, nie wiem - w takim stanie nie odczuwam głodu. Ósmy kilometr najwolniejszy ze wszystkich - cztery-zero-sześć. Tłumaczę to sobie podbiegiem i wiatrem i postanawiam przyspieszyć. Jest ciężko ale się udaje. Na kilometr przed metą stoper pokazuje czas w okolicach 36:40. Uda się złamać barierę, która jeszcze kilka lat temu wydawała mi się innym światem? Nie pozostaje nic innego jak spróbować. Daję z siebie wszystko. Na ostatnich metrach Gremlin pokazuje tempo chwilowe 3:00/km. Kenijczycy potrafią szybciej przez ponad dwie godziny, ale dla mnie jest to w tej chwili wszystko co jestem w stanie wycisnąć z doczesnej powłoki. Mijam metę, zatrzymuję stoper, kontroluję czas - 0:40:16 (oficjalny czas netto 0:40:18).
Źródło: endomondo.com
Jestem oczywiście zadowolony, choć niedosyt pozostał. Kolejny wynik poniżej 40 min., pisze w esemesie Trenejro, zanim zdążę mu się pożalić, że marzyło i się to już dzisiaj. Ale nie ma co narzekać - to był dobry bieg. Niech świadczy o tym fakt, że drugą połowę przebiegłe w dwadzieścia minut i cztery sekundy (0:20:04), co jest moją nową życiówką na pomierzonym odcinku pięciu kilometrów. Dwie życiówki jednego dnia to jest jednak coś. Za tydzień w Ostrowie walczymy o kolejną!

Po biegu wariackich papierów ciąg dalszy. Bo jak nazwać obiad na siedemnaście osób, w tym szóstkę dzieci?

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...