Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Półmaraton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Półmaraton. Pokaż wszystkie posty

25 grudnia 2015

O kalendarzu innym niż wszystkie uwag kilka

To jakie macie plany? - zapytał wczoraj teść przy wigilijnym stole. Chciałbym skończyć doktorat (nie zarzekam się, że uda mi się to przez najbliższe dwanaście miesięcy, ale koniec widać coraz wyraźniej), odpowiedziałem. To dobrze. Ale to twoje plany. A jakie macie wspólne? - ciągnął teść. W kwietniu jedziemy do Rotterdamu, odparła MBŻ.

Tak, święta Bożego Narodzenia to dobry moment na snucie planów. Chociaż jeśli chodzi o te biegowe na rok dwa tysiące szesnasty, ja snuję już od jakiegoś czasu. Część jest już pewna od dawna. Inne wyklarowały się dopiero co. Jeszcze inne wciąż wiszą pod znakiem zapytania. Jedno co najważniejsze to to, że wiem już jak chcę, aby ten sezon z grubsza wyglądał (a będzie wyglądał nieco inaczej niż poprzednie). A skoro wiem to mogę się pochwalić.
Ostatnio listonosz przyniósł dwie pozycje przydatne w planowaniu i monitorowaniu poczynań biegacza.
Zima
Zima treningiem będzie stała. Zakładam (i nastawiam się), że ciężkim, ale tylko treningiem. Nie planuję żadnych startów. Odpuszczam nawet cykl City Trail. Opuściłem już trzy biegi (te tegoroczne z bieżącego cyklu), z uwagi na drugie zdanie niniejszego posta. Odbywałem podówczas trening siłowy w hali politechniki (tak tak, w moim przypadku doktorat to w dużej mierze ciężka praca fizyczna - piasek, cement, betoniarka i takie tam) i gdy będą się odbywały kolejne trzy, ja również będę zapewne zajęty czymś innym. Ale na treningach... Na treningach nie ma zmiłuj. Bowiem po zimie jest wiosna, a wiosną...

Wiosna
Punkt kulminacyjny wiosny przypada 10 kwietnia. Wtedy to stanę na starcie NN Marathon Rotterdam. Cel jest prosty. Rozprawić się z barierą, z którą nie udało mi się uporać jesienią na własnym fyrtlu. Z trójką z przodu. Ale żeby cel był choć trochę ambitniejszy niż podczas mojego poznańskiego startu, postanowiłem podnieść poprzeczkę nieco wyżej. Zatem planuję pobiec w Rotterdamie szybciej niż pobiegł Krasus w Rotterdamie (dwa lata wcześniej).
Stały punkt programu to oczywiście Maniacka Dziesiątka (oczywiście, bowiem startuję w niej nieprzerwanie od 2010 roku). Ale jako że Maniacka jest w tym roku dosyć późno (19 marca), maraton dosyć wcześnie (10 kwietnia), a po drodze jest jeszcze Wielkanoc (27 marca), Maniacka będzie najprawdopodobniej jedynym startem kontrolnym przed królewskim dystansem. Prawdopodobnie, bo dopuszczam jeszcze jakiś start w okolicach Wielkanocy (myślałem nad Biegiem do Pustego Grobu w Nowej Soli, ale to jednak kawałek). Na pewno jednak przed wyjazdem do kraju tulipanów i wiatraków nie wystartuję już w półmaratonie.
Półmaraton widnieje w moim kalendarzu pod datą 17 kwietnia. Nie wiem jeszcze czy pokonam całą trasę Półmaratonu Poznańskiego (w końcu to ledwie tydzień po dwukrotnie dłuższym dystansie), ale na pewno się na niej (na tej trasie) pojawię. Szczególnie, że w tym (czyli przyszłym) roku przebiega niemal pod moimi oknami.
Kolejny punkt kulminacyjny wiosny, to start, który sam dla siebie określam jako ten o priorytecie A minus. A nastąpi nie w długi weekend majowy jak w latach ubiegłych, lecz 8 maja. Mowa rzecz jasna o Wings for Life. Czy będzie to mój pierwszy start na dystansie ultra? To się zobaczy. Jeśli uda mi się przez sto dziewięćdziesiąt dwie minuty (lub dłużej) utrzymać średnie tempo 4:27/km (lub szybsze), to pewnie tak.
Ostatni punkt (jak widać całkiem napiętego) programu wiosennego to nadrabianie zaległości z roku bieżącego. Choroba uniemożliwiła mi debiut w Półmaratonie Weteranów. W tym roku zamierzam to nadrobić.

Lato
Najgorętsza część roku ma wyglądać zupełnie inaczej niż zwykle. Dlatego liczę po cichu, że nie będzie aż taka gorąca tym razem. Bowiem jak słowo się już jakiś czas temu rzekło, w sierpniu wybieram się na maraton do Trójmiasta. Biorę oczywiście pod uwagę, że raczej trudno liczyć na warunki idealne do bicia życiówek, ale po prostu chcę w tym maratonie pobiec. I pobiegnę, najlepiej jak tego dnia będę potrafił. Tym razem tzw. personal best najważniejszy na świecie nie będzie.

Jesień
Długo zastanawiałem się, czy w związku z podjętymi już planami na lato, zakładać kolejny start w maratonie jesienią. I postanowiłem, że jesień tym razem będzie bez maratonu. Zamierzam za to pobiec mocną połówkę w październiku (najpewniej w Szamotułach). Ale taką naprawdę mocną. W końcu nie będzie to start kontrolny, a ten o priorytecie A (na jesień). Kontrolna to będzie zapewne jakaś dyszka, gdzieś we wrześniu (ale jeszcze nie wiem gdzie dokładnie).

Tak to właśnie wygląda. Kalendarz jeszcze ciepły, a już pełen startów. To oczywiście tylko plany i jak będzie wyglądać ich realizacja okaże się za jakieś dwanaście miesięcy. Niemniej są. A jak tam Wasze plany?

20 września 2015

O deja vu i tym, że nazwa zobowiązuje, uwag kilka

Jak sięgam pamięcią, od początku mojej (ehem) kariery maratończyka stosowałem tzw. starty kontrolne. To znaczy, że przed każdym startem na królewskim dystansie, wcześniej zawsze (z wyjątkiem sezonu 2011) startowałem na dystansie dziesięciu kilometrów oraz półmaratonu. Ale powoli dochodzę do wniosku, że nie ma sensu kurczowo trzymać się tego schematu. Szczególnie przed maratonem jesiennym, gdy starty kontrolne nie chcą wypaść inaczej, jak tylko latem.

Rzućmy okiem na kilka biegów z przeszłości. Wrzesień 2012 - półmaraton w Pile. Życiówka owszem była, ale wywalczona w ciężkich warunkach (oj, ciepło było). Wrzesień 2014 - połówka w Gnieźnie. Grzało i wiało. Wynik grubo poniżej oczekiwań. I nie zapominajmy o maratonie we Wrocławiu we (i tu niespodzianka) wrześniu 2011 i tamtejszy maraton. Bieg niby tylko na zaliczenie (zbierałem podówczas na koronę), ale cierpiałem okrutnie. Tylko co się dziwić - było grubo ponad trzydzieści stopni, a termometry zamontowane na wiaduktach pokazywały temperaturę asfaltu z czwórką na początku. I wreszcie półmaraton w Zielonej Górze w minioną niedzielę. Ostrzyłem zęby na nową piękną życiówkę, a skończyło się na wyniku o blisko pięć minut od owej życiówki gorszym.
Dobra mina do złej gry (źródło: Sandra Afek Photography)
Żeby nie było, nie zamierzam prowadzić teraz wywodów, które doprowadzą mnie do udowodnienia tezy, że jestem zwycięzcą. Nie jestem. W mieście Mojego Ulubionego Sklepu Biegowego poniosłem swoją sromotną porażkę. Niemniej tak to już w bieganiu bywa (a nawet jest), że do dobrego wyniku potrzeba czegoś więcej niż formy.
Na pogodę wpływu nie mamy. Ale profil trasy mogłem przecież przeanalizować nieco dokładniej. Owszem, okiem rzuciłem. Odnotowałem, że mniej więcej na dziesiątym kilometrze jest spory podbieg (w sumie jeden poważniejszy, pomyślałem wówczas), ale nie zdawałem sobie jeszcze sprawy jak stromy, jak długi, i jak, w połączeniu z pogodą, mocno da mi w kość. A najbardziej mam żal do siebie o to, że będąc tydzień z okładem wcześniej w Zielonej Górze nie zrobiłem objazdu trasy. Może oszczędziło by mi to nieco bólu i rozczarowań. Ale po kolei.

Początek trasy półmaratonu w Zielonej Górze prowadzi (nomen omen) pod górę. Nie było to jeszcze jakoś mocno uciążliwe, tym bardziej, że, jak to na pierwszych kilkuset metrach, stawka jeszcze się nie rozciągnęła i głownie należało się skupić na biegu w sporym tłumie. A i tak zacząłem za mocno (dałem się ponieść?). Między pierwszym a czwartym kilometrem nastąpiła część trasy, którą zapamiętałem jako ciąg krótkich acz mocnych podbiegów przeplatanych długimi zbiegami (ewentualnie na odwrót). Na podbiegach pilnowałem kadencji i starałem się by tempo nie spadało zbyt gwałtownie, a na zbiegach - no cóż - czerpałem garściami z odkrycia niejakiego Isaaca Newtona. Pełnymi garściami czerpałem z owego odkrycia na piątym kilometrze, który prowadził mocno w dół - nic dziwnego, że pokonałem go w mniej niż cztery minuty. Wszystko szło dobrze mniej więcej do połowy dziewiątego kilometra. Na ósmym miałem nawet jeszcze nieco zapasu w stosunku do założonej strategii. Ale pamiętam, że już wtedy pomyślałem, iż to niedobrze, że biegnie mi się tak ciężko na tak wczesnym etapie biegu. I właśnie wtedy zaczęły się schody. Niemal dosłownie.
Od połowy dziewiątego do końcówki jedenastego trasa to jeden wielki podbieg (a słońce nie pomagało). Pokonaliśmy w tym czasie około (jeśli wierzyć Endomondo) sześćdziesięciu metrów w pionie. Nawet nie starałem się za bardzo pilnować tempa, choć walczyłem i wierzyłem, że, mimo tego jak jest ciężko, będzie dobrze. Pierwszy sygnał ostrzegawczy przyszedł na dwunastym kilometrze, gdy okazało się, że jestem o jakąś minutę w plecy. O tym, że naprawdę jest źle, uświadomiłem sobie mniej więcej na szesnastym kilometrze, gdy najpierw dogonili mnie, a potem zostawili w tyle, pacemakerzy na godzinę trzydzieści.
Ostatnie kilometry to już walka, ale nie o wynik. Bardziej walka ze samym sobą. Momentami o to, żeby się nie zatrzymać. Znów poczułem się jak na Silesia Marathon, choć tam przecież słońce i temperatura nie dawały się we znaki. Gdy po raz drugi przebiegaliśmy przez osiedle domków jednorodzinnych (ósmy i osiemnasty kilometr) ku mojej uciesze jeden z autochtonów (szkoda, że tylko jeden) postanowił wyjść na trasę nie tylko kibicować, ale zabrał też ze sobą wąż ogrodowy (domyślacie się z czym się to wiąże?). Jeszcze tylko podbieg trasą, którą zazwyczaj wjeżdżam do Zielonej i długa, ale ostatnia (i raczej prowadząca w dół) prosta do stadionu.

Mimo zmęczenia i słabego wyniku, na ostatnich metrach starałem się wyglądać dobrze. Zachęcałem kibiców do wsparcia i postawiłem na to, by chociaż na zdjęciu z finiszu (o ile ktoś mi zrobi) wyjść jako tako (a najlepiej spektakularnie). Nawet stoper zatrzymałem dopiero kilka metrów za linią mety. Nie do końca, ale się udało (patrz powyżej). A na osłodę, jako że znalazłem się w gronie pierwszych dwustu finiszerów (nie za bardzo lubię to słowo, ale trzeba przyznać, że dobrze oddaje naturę zjawiska) - dokładnie byłem sto pięćdziesiąty - dostałem złoty medal. Złoty medal za kiepski wynik - cóż za ironia.

Źródło: endomondo.com
No nic, potwierdzeniem formy będzie musiał być bieg (choć ma mieć formę mocnego treningu, a nie walki na 110% normy) w Warszawie i finisz na Narodowym (moje małe biegowe marzenie). A ostateczny sprawdzian formy za trzy tygodnie u siebie na fyrtlu. Do tego czasu mniej więcej mogę sobie pozwolić na dumanie, czy starty kontrolne latem mają sens. Co myślicie?

24 kwietnia 2015

Jak wyszedłem na miasto napić się ze znajomymi uwag kilka

Dobra, ja wszystko rozumiem. Że pilna (pilna, bo nie zabrałem się za nią odpowiednio wcześnie) praca do skończenia, że przedmaratońska gorączka i że w ogóle. Ale najważniejsze wydarzenie sezonu wiosennego za dwa dni, a ja wciąż nie przelałem w wirtualną rzeczywistość internetu swoich wrażeń z poznańskiej połówki. A zatem tak w telegraficznym skrócie.

O treningu z zawodami, a właściwie o zawodach z otoczką już raz pisałem. Teraz miało być podobnie, tylko że trochę inaczej. Zawody - jak to półmaraton - obejmowały dystans 21,097 km. Ja natomiast miałem na ten dzień w planie trening, który na swoje potrzeby nazywam BCzET-em, czyli Biegiem Ciągłym z Elementami Tempa. W sumie dwadzieścia pięć kilometrów, w tym:
- 4 km OWB1,
- 2 km w tempie 4:20-4:25/km,
- 2 km OWB1,
- 10 km tempa 4:30-4:35/km,
- 2 km OWB1,
- 3 km w tempie 4:20-4:25/km,
- 2 km OWB1.
Tak to wyglądało w planie. Trenejro zalecił by dodatkowe kilometry podzielić i przebiec trochę przed, a trochę po samym półmaratonie, ale wyszło mi z obliczeń, że po przekroczeniu mety nie będzie za bardzo jak biec. Całość zaplanowałem więc tak by na starcie półmaratonu mieć już te dodatkowe około czterech kilometrów w nogach. Założyłem również, że ostatni odcinek nie będzie miał dokładnie dwóch tysięcy metrów. Policzyłem także skąd i o której muszę ruszyć, aby linię startu przekroczyć jako jeden z ostatnich uczestników biegu - tak by nie musieć zbyt gwałtownie hamować w tłumie (tym bardziej, że za linią startu to powinienem akurat przyspieszyć). I tak, gdy wszyscy zmierzali na linię startu, ja również tam wyruszyłem, tylko że drugim brzegiem Malty.
Znajdź różnicę w stosunku do oficjalnej trasy półmaratonu ;-)
Jak zwykle zacząłem od trzech minut truchtu - zawsze dopisuję ten element do wpisanego w plan treningu. Ale chyba udzieliły mi się startowe emocje, bo serce nijak w zakresie przypisanym do truchtu utrzymać się nie chciało. Po stu osiemdziesięciu sekundach przeszedłem (właściwie powinno być przebiegłem) do czterech kilometrów pierwszego zakresu i był to najcięższy odcinek tego biegu. Nie dość, że biegłem sam (niby jestem przyzwyczajony, ale jednak wiecie - atmosfera) to jeszcze po tej stronie jeziora wiało, jak nie przymierzając (wedle ludowego porzekadła) tam, gdzie mieszka Damian. Ale za to udało mi się wprawić w zdziwienie wolontariuszki, które przygotowywały punk odżywiania zaplanowany na dziewiętnastym kilometrze trasy i pytały się nawzajem (na mój widok), czy start aby nie był o dziesiątej (a było już z pięć po). Na linię startu dotarłem niemal idealnie wg obliczeń. Zdaje się, że przekroczyłem ją jako przedostatni. I tu zaczęły się moje kłopoty.

Spokojnie, spokojnie, nie było tak źle. Po prostu - co było do przewidzenia, a jednak dało mi to nieźle w kość - musiałem sporo (naprawdę sporo) wyprzedzać. A na trasie było, że tak to ładnie określę, dosyć gęsto. Tak, że nawet na poboczach i trawnikach było momentami ciasno. Na szczęście udawało się jakoś założone tempo utrzymać. Jakim kosztem się udawało, można zaobserwować na wykresie tętna. Ekonomika biegu nie stała na najwyższym poziomie - nie ma co ukrywać.
Tętno tylko raz weszło w trzeci zakres. Chociaż w ogóle nie powinno...
Po przejściu do kolejnego odcinka jedynki nadal wyprzedzałem. W rytm biegu peletonu wszedłem (wbiegłem) gdzieś w okolicach dziesiątego kilometra trasy, czyli na początku dziesięciokilometrowego odcinka tempa. A wtedy zaczęła się zabawa. Od dawna, naprawdę od dawna nie dane mi było aż tak bardzo cieszyć się atmosferom tej rozrywki dla mas, jaką jest bieg uliczny na dystansie półmaratonu. Owszem, pilnowałem tempa, ale było ono zasadniczo komfortowe, mogłem więc chłonąć atmosferę na całego. Czerpać pełnymi garściami. A że tresa tego odcinka prowadziła przez Rataje, gdzie mieszkają prawdopodobnie najlepsi kibice biegania w Poznaniu, więc czerpałem. Niczym się nie przejmując, po prostu biegłem. I tak biegłem i biegłem, i biegłem. Potem zwolniłem, bo znowu jedyneczka, i tak się dziwiłem, że w sumie to mało osób mnie wyprzedza. A potem znowu przyspieszyłem i znowu ja wyprzedzałem. A że ostatnie kilometry po raz kolejny pokonywałem w pierwszym zakresie (znowu, o dziwo, jakoś nie byłem wymijany jak przysłowiowa furmanka), czyli w pełni komfortowo, wspierałem mentalnie tych, którym na tych ostatnich metrach było ciężko. Nawet ze dwie osoby postraszyłem, że jeśli nie będą na mecie przede mną, to wypije im piwo. I chyba po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy na zdjęciach z finiszu nie mam mojej autorskiej miny pt. Jak rzygać, to z dobrym wynikiem. A przed przekroczeniem mety jeszcze zrobiłem sobie dziesięć pĄpasków. Taki miałem humor!
pĄpasy jeszcze na trasie (foto: Sandra Afek Photography)
I wiecie, co Wam powiem (napiszę)? Od dziś, jeśli tylko w tym czasie będę w Poznaniu, tutejszej połówki nie odpuszczam. Jeśli nie będę mógł biec po rekord, pobiegnę treningowo. A jak dwadzieścia jeden kilometrów to będzie dla mnie za dużo, jak na dany dzień, pobiegnę mniej i zejdę z trasy. I gorąco każdemu polecam - raz na jakiś czas start na pół gwizdka. Dla zabawy. Dla atmosfery. Dla zdrowia - fizycznego i psychicznego.

Za to za dwa dni, bieg jak życie - Na pełnej petardzie!

9 kwietnia 2015

O tolerancji uwag kilka

W niedzielę w Poznaniu wystartuje półmaraton. Już po raz ósmy z resztą. Mimo że Poznań jest niemal dwukrotnie (jeśli wziąć pod uwagę zajmowaną powierzchnię) mniejszy od Warszawy (a w ogóle pod tym względem dopiero ósmym miastem w Polsce), a zamieszkuje go ponad trzykrotnie mniej ludzi (piąte miejsce w kraju) niż stolicę, to właśnie Półmaraton Poznański jest drugim co do wielkości biegiem na dystansie 21097,5 m w naszym kraju. Są nawet tacy, którzy twierdzą, że mógłby z powodzeniem starać się o palmę pierwszeństwa, gdyby nie ustalony limit zgłoszeń, który zresztą wyczerpał się wiele tygodni temu (przez co prze kolejne tygodnie w interenetach kwitł handel pakietami startowymi – i wciąż kwitnie, choć obecnie już nielegalnie). Tak czy owak, za trzy dni na ulice Poznania wybiegnie blisko siedem tysięcy biegaczy. No właśnie – na ulice.

Nie bez kozery przywołałem stosunek wielkości Poznania do Warszawy, bo miasto, w którym mieszkam to jednak nie aglomeracja tego rzędu, co miasto stołeczne (w Warszawie wszystko jest 3D podobno) i w poniedziałek nie spodziewam się w ogólnopolskich mediach fali oburzenia na biegaczy, którzy to po raz kolejny (samolubnie i złośliwie dodajmy z przekąsem) zablokowali miasto. Niemniej fakt jest faktem – na kilka godzin zajmiemy całkowicie część poznańskich ulic, a na wielu innych zdezorganizujemy ruch samochodów. I na pewno wielu kierowców będzie co najmniej niezadowolonych, że nie mogą w niedzielę dojechać tam gdzie dojechać by chcieli. A niech to będzie nawet ta okropna galeria handlowa. I ja ich rozumiem. Ale w niedzielnym biegu jednak pobiegnę (celowo nie używam słowa startuję, ale o tym kiedy indziej) – wcale nie na przekór i wcale nie złośliwie.
Źródło: facebook.com/PoznanMaraton
Zwykle, gdy wybucha dyskusja na temat blokowania miasta przez biegaczy, podświadomie zajmuję stronę po jednej ze stron barykady. Nie da się jednak ukryć, że zarówno pod kątem spędzonego czasu, jak i pokonanych kilometrów bardziej jestem kierowcą niż biegaczem. Dlatego mogę chyba zaryzykować stwierdzenie, że rozumiem innych kierowców. Gdzie zatem leży problem (a właściwie jego rozwiązanie)? Moim skromnym zdaniem w dwóch aspektach. Organizacji i zrozumieniu właśnie.

Zacznę od tego drugiego. Choć zdaję sobie sprawę, że szanse na to, że te słowa czyta ktoś, kto nie przepada za bieganiem (i biegaczami), są raczej nikłe, napisze to i tak. My naprawdę nie robimy tego złośliwie. Nie robimy tego dlatego, że uważamy, iż wspomniane galerie handlowe są z gruntu złe i należy uniemożliwić dodarcie do nich ich potencjalnym niedzielnym użytkownikom. Nie robimy tego, by napsuć krwi kierowcom. My po prostu robimy to, co kochamy. Tat tak, moglibyśmy robić to w lasach, gdzie nikomu nie będziemy przeszkadzać (a tak z innej beczki – osiem tysięcy biegaczy w lesie; na pewno nie będzie to nikomu przeszkadzać?), ale cała frajda polega na tym, że raz na jakiś czas mamy szansę pobiegać po mieście. Z jednej strony cieszymy się, że możemy w ten sposób zamanifestować swój tryb życia i nieopisaną wręcz radość sprawia nam, gdy ktoś choćby przyjdzie na to popatrzeć życzliwym okiem. A gdy jeszcze otrzymamy dawkę mentalnego i werbalnego wsparcia, stajemy się niemal wniebowzięci (choć twardo - mimo amortyzacji w naszych butach - dotykamy ziemi). Kochamy kibiców! Z drugiej miasto, nawet to poznane już na wylot, oglądane od tej strony wygląda zupełnie inaczej. Żeby się przekonać, wystarczy spróbować.

Istotne jest jednak także i to, aby te nasze wybryki były na tyle mało uciążliwe dla innych użytkowników miasta, na ile to tylko możliwe. Poczynając od informacji. W Poznaniu nie jest z tym na szczęście najgorzej. Już na kilka dni przed biegiem pojawiają się duże żółte tablice informujące o takim czy innym biegu (pomijam fakt, że bez względu na dystans informują o biegu maratońskim) oraz o zalecanych objazdach. W innych miastach, z tego co wiem, bywa różnie, ale też często nie gorzej niż na moim podwórku. Długo zapewne pamiętać będę kartki wywieszona na bramach katowickiego Nikiszowca z informacją o przebiegu trasy, o wynikających z tego utrudnieniach oraz... z zachętą do kibicowania uczestnikom biegu. I faktycznie poziom wsparcia ze strony mieszkańców Nikiszowca należał do najwyższych na trasie Silesia Marathon.
Informacja to rzecz jedna i trzeba mieć na uwadze, że mimo największych starań, nie do wszystkich może dotrzeć. Jak istotna jest idąca za informacją organizacja ruchu towarzysząca imprezie masowej, sam miałem się niegdyś okazję przekonać, gdy zostałem zablokowany przez marsz studentów podczas poznańskich Juwenaliów. I choć oczywiście szanuję chęć oraz prawo studentów do zabawy oraz manifestowania swojej radości, byłem niemiłosiernie zdenerwowany tym, że zostałem najnormalniej w świecie unieruchomiony. Gdybym musiał jechać dłuższą drogą lub jechać wolniej, wziąłbym to na przysłowiową klatę. Ale ja musiałem stanąć i czekać bez możliwości manewru. Dlatego z pełnym zrozumieniem przyjąłem informację o przygodzie znajomego księdza, który na okoliczność Maniackiej Dziesiątki na godzinę utknął w samochodzie, bo raz, że nie wiedział, że akurat odbywa się bieg, a dwa, że umożliwiono mu wjazd w ulicę, która akurat była całkowicie nieprzejezdna.

I na koniec napiszę o tym, co mi się marzy. Marzy mi się, żebyśmy nawet na takie drażliwe tematy jak blokowanie miasta potrafili po prostu ze sobą rozmawiać. Tak normalnie, bez nadęcia i bez okopywania się na swoich pozycjach. W myśl zasady by starać się najpierw zrozumieć, a potem być zrozumianym. Bo demokracja nie polega na tym, aby większość narzucała swoją wizję świata większości (jak sugerował jeden z anty-biegowych publicystów - już nie pamiętam który), ale na tym, żeby - jak słusznie zauważył Adaś Miauczyński w Dniu Świra - każdy se nawet w pojedynkę mógł pójść. Albo pobiec. To jest właśnie tolerancja.

25 marca 2015

O czterech życiówkach w szesnaście dni uwag kilka

No dobrze. Teraz mogę już zdradzić mój ściśle tajny, łamany przez poufny, plan. Otóż obmyśliłem sobie, że w szesnaście dni marca (czyli od siódmego do dwudziestego drugiego) poprawię życiówki na trzech dystansach, od piątki do półmaratonu. Z radością donoszę, że plan ów wykonałem w jakiś, licząc w pewnym zaokrągleniu… dwustu procentach. Raz, że faktycznie poprawiłem wyniki na wszystkich trzech dystansach. Dwa, że ten na piątkę aż dwa razy (drugi raz w drugiej połowie biegu na dychę). A trzy, że plan (jak to określa Trenejro) rozmienienia godziny trzydzieści w połówce udało się zrealizować ze sporym naddatkiem. No właśnie, jeśli ktoś jeszcze nie wie, od niedzieli mój oficjalny prywatny rekord świata na atestowanym dystansie dwudziestu jeden kilometrów oraz dziewięćdziesięciu siedmiu i pół metra wynosi dokładnie 1:28:49 (słownie: jedna godzina, dwadzieścia osiem minut i czterdzieści dziewięć sekund).
Interakcja z kibicami (źródło: online.datasport.pl)
Tak po prawdzie to byłem pełen wątpliwości czy ten plan (właśnie dlatego był tajny), zakładający mocne pobiegnięcie dwóch dystansów (pierwszej piątki nie liczę, bo i tak była w ramach dłuższego treningu) tydzień po tygodniu uda się zrealizować. Wiem, że niektórzy biegają mocną dychę na tydzień przed maratonem, ale w moim bardzo prywatnym odczuciu, te siedem (a właściwie sześć) dni odpoczynku, to nieco mało. Jednakże miejsce biegu oraz jego odległość czasowa od maratonu mi pasowały, zaś Trenejro stwierdził, że nie widzi przeciwwskazań, abym pobiegł połówkę tydzień po Maniackiej. Zatem decyzja zapadła. Na wszelki wypadek, by wspomóc nieco regenerację, zafundowałem sobie w pomaniacki poniedziałek solidny masaż nóg (wiecie, taki z prawdziwym masażystą – żaden tam automasaż).

Kolejną sprawą, która zaprzątała mój umysł przez tydzień poprzedzający wyjazd do południowej Wielkopolski, była pogoda. Po chłodnej maniackiej sobocie, wiosna znów rozwinęła skrzydła, a jednak prognozy pogody, najpierw długo-, a potem również krótkoterminowe, przewidywały temperaturę jedynie kilka stopni przekraczającą tę, w której woda zamarza. Postanowiłem jednak postawić wszystko na jedną kartę i tym razem przygotowałem jeden zestaw odzieży. Prawie taki sam, jaki miałem na sobie w biegu wokół poznańskiej Malty i okolic ()prawie, bo dołożyłem opaski kompresyjne). Już w drodze do biura startowego w niedzielne przedpołudnie doszedłem do wniosku, że, z uwagi na całkowity brak zachmurzenia, od buffa na głowę lepsza byłaby czapka z daszkiem, która jednakże nie była w użyciu od dobrych sześciu miesięcy i oczywiście została w domu. I tutaj niespodzianka – czapkę z daszkiem znalazłem w pakiecie startowym. A propos nasłonecznienia – prognozy dotyczące temperatury sprawdziły się. Było mniej więcej tak samo ciepło (a właściwie tak samo zimno). Lecz dzięki słońcu właśnie, temperatura odczuwalna była na pewno o kilka stopni wyższa. Nie było też wiatru. A dokładnie to, poza jednym krótkim odcinkiem, nie odczuwałem go na trasie. Ostatecznie pobiegłem wręcz w stroju uboższym niż tydzień wcześniej (podkoszulek został w depozycie).

Kończąc już temat ubrania, wprowadziłem pewną zmianę w moim (że tak to ładnie określę) rytuale przedstartowym. Sprawdziwszy uprzednio jak daleko jest z biura zawodów do miejsca startu, główną część rozgrzewki przeprowadziłem jeszcze w dresie. Dopiero później zmieniłem go na mój przedstartowy kombinezon, resztę rzeczy zostawiłem w depozycie i udałem się na miejsce startu właśnie, robiąc jeszcze po drodze kilka dogrzewających przebieżek. I zastanawiam się czy taka procedura będzie miała rację bytu za każdym razem. Na pewno musiałyby być spełnione dwa warunki. Niezbyt duża odległość biura zawodów, a konkretnie depozytu, od startu. I brak kolejek przed owym depozytem na ok. 15-20 minut przed startem. Obawiam się, że z tym drugim, szczególnie na tych mniej kameralnych biegach, może być pewien problem.

A co z samym biegiem? Nad czym tu się rozwodzić, skoro wszystko poszło jak po przysłowiowym sznurku? Wszystko tego dnia zagrało. Wspomniana pogoda do pary z czapeczką z pakietu startowego. Płaska, szybka trasa (mimo, że liczyła trzy pętle z jednym nawrotem o sto osiemdziesiąt i jeszcze ta kostka brukowa w okolicach rynku…). I forma, nie zapominajmy o formie. Ta ewidentnie była (znaczy się jest). Taktyka zakładała tzw. negative split (trzeba by wymyślić jakieś zgrabne polskie określenie na to zjawisko) – pierwsze pięć kilometrów w tempie 4:18/km, kolejne dziesięć po 4:12-4:15, od piętnastego 4:12 i oczywiście ostatni kilometr w przysłowiowego trupa (koniec zawsze biegnie się w trupa, niezależnie czy energia jeszcze jest, czy już się skończyła – w trupa może mieć przecież różne znaczenia). Choć hamowałem się jak mogłem, ruszyłem nieco za szybko. Udało mi się jednak unormować szybkość biegu i w okolicach znacznika piątego kilometra zameldowałem się po około dwudziestu jeden minutach i dwudziestu sekundach, czyli z dziesięciosekundowym zapasem. Na końcu pierwszej pętli znowu trochę mnie poniosło i za nadto przyspieszyłem. Ale cóż było robić, jak tam tyle kibiców było? Także na ósmym kilometrze musiałem prawie że łapać oddech obiecując sobie jednocześnie, że na koniec drugiej pętli będę bardziej rozważny. Gdy mijałem znacznik kilometra dziesiątego, stoper pokazywał czas w okolicach 42:50 – dokładnie według założeń. Po raz kolejny przebiegając pod bramą startową, za nic mając wcześniejsze autoobietnice, znów dałem się ponieść, i znów musiałem później hamować. Na piętnastym kilometrze odnotowałem czas nieco poniżej godziny i czterech minut (a tyle właśnie przewidywała taktyka), spożyłem, zgodnie z zaleceniami sami wiecie kogo pół żelu z kofeiną i wysłałem sygnał do centrum dowodzenia, że zaczynamy ostatnią piątkę (jak łatwo policzyć do mety było ponad sześć kilometrów). Wbrew pozorom kolejne dwa, może trzy kilometry były w moim odczuciu najcięższym odcinkiem tego biegu. Ale potem nie pozostało mi nic innego jak tylko przyspieszyć. Na punkcie odżywiania wypiłem dwa łyki wody i wrzuciłem najwyższy bieg. Kolejny, zorganizowany przez mieszkańców, punkt z wodą minąłem już bez picia – pokazałem tylko gestem, jak bardzo podoba mi się to co owi ludzie robili (nawiasem mówiąc, pani podająca biegaczom kubeczki z wodą, trzymając jednocześnie papierosa w zębach, wywołała mój mimowolny uśmiech) i pognałem dalej. Na tysiąc dziewięćdziesiąt i pół metra przed metą Gremlin pokazuje nieco ponad godzinę i dwadzieścia cztery minuty. W tym momencie po raz pierwszy pomyślałem, że po jedynce, dwukropku (Córka Starsza nazywa to kropkówką) i dwójce niekoniecznie musi stać dziewiątka. Trudno o lepszą motywację, nieprawdaż? Mocny finisz po ostrowskim bruku, rzut oka na właśnie zatrzymany stoper i jest. Jest – nowa przepiękna, wymarzona, wyśniona i oczekiwana od niemal roku życiówka (jaka to już pisałem).

Źródło: endomondo.com
Nie chciałem tego robić na sam koniec, bo podobno z każdej opowieści czy rozmowy najdłużej pozostają w pamięci początek i koniec właśnie, ale nie wyszło inaczej. Muszę (no dobra nie muszę, ale i powstrzymać się nie mogę - no dobra, mógłbym, ale nie do końca chcę) więc włożyć łyżkę dziegciu do tej beczki miodu. Mój wykładowca od materiałów budowlanych zwykła mawiać, że wszystko ma swoje zady i walety (sic!). Druga edycja półmaratonu w Ostrowie Wielkopolskim była naprawdę perfekcyjnie zorganizowana i posiadała tę charakterystyczną dla kameralnych biegów rozgrywanych w niezbyt dużych miastach atmosferę. Jest jednak jedno tzw. ale. Brak medalu na mecie. Ktoś może powiedzieć, że wybrzydzam, ale z jednej strony po prostu się przyzwyczaiłem, z drugiej jest to dla mnie miła pamiątka. Była wprawdzie statuetka zamiast medalu. Niestety (to oczywiście rzecz gustu, ale wyrażam tu przecież swoją opinię), koszmarnie brzydka. I jeszcze dostała mi się taka z napisem „Przebiegłam II Ostrowski Półmaraton”. Ale poza tym niuansem, wszystko inne na (nomen omen) medal. I ta życiówka taka piękna, taka świeża i taka moja...

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...