9 kwietnia 2015

O tolerancji uwag kilka

W niedzielę w Poznaniu wystartuje półmaraton. Już po raz ósmy z resztą. Mimo że Poznań jest niemal dwukrotnie (jeśli wziąć pod uwagę zajmowaną powierzchnię) mniejszy od Warszawy (a w ogóle pod tym względem dopiero ósmym miastem w Polsce), a zamieszkuje go ponad trzykrotnie mniej ludzi (piąte miejsce w kraju) niż stolicę, to właśnie Półmaraton Poznański jest drugim co do wielkości biegiem na dystansie 21097,5 m w naszym kraju. Są nawet tacy, którzy twierdzą, że mógłby z powodzeniem starać się o palmę pierwszeństwa, gdyby nie ustalony limit zgłoszeń, który zresztą wyczerpał się wiele tygodni temu (przez co prze kolejne tygodnie w interenetach kwitł handel pakietami startowymi – i wciąż kwitnie, choć obecnie już nielegalnie). Tak czy owak, za trzy dni na ulice Poznania wybiegnie blisko siedem tysięcy biegaczy. No właśnie – na ulice.

Nie bez kozery przywołałem stosunek wielkości Poznania do Warszawy, bo miasto, w którym mieszkam to jednak nie aglomeracja tego rzędu, co miasto stołeczne (w Warszawie wszystko jest 3D podobno) i w poniedziałek nie spodziewam się w ogólnopolskich mediach fali oburzenia na biegaczy, którzy to po raz kolejny (samolubnie i złośliwie dodajmy z przekąsem) zablokowali miasto. Niemniej fakt jest faktem – na kilka godzin zajmiemy całkowicie część poznańskich ulic, a na wielu innych zdezorganizujemy ruch samochodów. I na pewno wielu kierowców będzie co najmniej niezadowolonych, że nie mogą w niedzielę dojechać tam gdzie dojechać by chcieli. A niech to będzie nawet ta okropna galeria handlowa. I ja ich rozumiem. Ale w niedzielnym biegu jednak pobiegnę (celowo nie używam słowa startuję, ale o tym kiedy indziej) – wcale nie na przekór i wcale nie złośliwie.
Źródło: facebook.com/PoznanMaraton
Zwykle, gdy wybucha dyskusja na temat blokowania miasta przez biegaczy, podświadomie zajmuję stronę po jednej ze stron barykady. Nie da się jednak ukryć, że zarówno pod kątem spędzonego czasu, jak i pokonanych kilometrów bardziej jestem kierowcą niż biegaczem. Dlatego mogę chyba zaryzykować stwierdzenie, że rozumiem innych kierowców. Gdzie zatem leży problem (a właściwie jego rozwiązanie)? Moim skromnym zdaniem w dwóch aspektach. Organizacji i zrozumieniu właśnie.

Zacznę od tego drugiego. Choć zdaję sobie sprawę, że szanse na to, że te słowa czyta ktoś, kto nie przepada za bieganiem (i biegaczami), są raczej nikłe, napisze to i tak. My naprawdę nie robimy tego złośliwie. Nie robimy tego dlatego, że uważamy, iż wspomniane galerie handlowe są z gruntu złe i należy uniemożliwić dodarcie do nich ich potencjalnym niedzielnym użytkownikom. Nie robimy tego, by napsuć krwi kierowcom. My po prostu robimy to, co kochamy. Tat tak, moglibyśmy robić to w lasach, gdzie nikomu nie będziemy przeszkadzać (a tak z innej beczki – osiem tysięcy biegaczy w lesie; na pewno nie będzie to nikomu przeszkadzać?), ale cała frajda polega na tym, że raz na jakiś czas mamy szansę pobiegać po mieście. Z jednej strony cieszymy się, że możemy w ten sposób zamanifestować swój tryb życia i nieopisaną wręcz radość sprawia nam, gdy ktoś choćby przyjdzie na to popatrzeć życzliwym okiem. A gdy jeszcze otrzymamy dawkę mentalnego i werbalnego wsparcia, stajemy się niemal wniebowzięci (choć twardo - mimo amortyzacji w naszych butach - dotykamy ziemi). Kochamy kibiców! Z drugiej miasto, nawet to poznane już na wylot, oglądane od tej strony wygląda zupełnie inaczej. Żeby się przekonać, wystarczy spróbować.

Istotne jest jednak także i to, aby te nasze wybryki były na tyle mało uciążliwe dla innych użytkowników miasta, na ile to tylko możliwe. Poczynając od informacji. W Poznaniu nie jest z tym na szczęście najgorzej. Już na kilka dni przed biegiem pojawiają się duże żółte tablice informujące o takim czy innym biegu (pomijam fakt, że bez względu na dystans informują o biegu maratońskim) oraz o zalecanych objazdach. W innych miastach, z tego co wiem, bywa różnie, ale też często nie gorzej niż na moim podwórku. Długo zapewne pamiętać będę kartki wywieszona na bramach katowickiego Nikiszowca z informacją o przebiegu trasy, o wynikających z tego utrudnieniach oraz... z zachętą do kibicowania uczestnikom biegu. I faktycznie poziom wsparcia ze strony mieszkańców Nikiszowca należał do najwyższych na trasie Silesia Marathon.
Informacja to rzecz jedna i trzeba mieć na uwadze, że mimo największych starań, nie do wszystkich może dotrzeć. Jak istotna jest idąca za informacją organizacja ruchu towarzysząca imprezie masowej, sam miałem się niegdyś okazję przekonać, gdy zostałem zablokowany przez marsz studentów podczas poznańskich Juwenaliów. I choć oczywiście szanuję chęć oraz prawo studentów do zabawy oraz manifestowania swojej radości, byłem niemiłosiernie zdenerwowany tym, że zostałem najnormalniej w świecie unieruchomiony. Gdybym musiał jechać dłuższą drogą lub jechać wolniej, wziąłbym to na przysłowiową klatę. Ale ja musiałem stanąć i czekać bez możliwości manewru. Dlatego z pełnym zrozumieniem przyjąłem informację o przygodzie znajomego księdza, który na okoliczność Maniackiej Dziesiątki na godzinę utknął w samochodzie, bo raz, że nie wiedział, że akurat odbywa się bieg, a dwa, że umożliwiono mu wjazd w ulicę, która akurat była całkowicie nieprzejezdna.

I na koniec napiszę o tym, co mi się marzy. Marzy mi się, żebyśmy nawet na takie drażliwe tematy jak blokowanie miasta potrafili po prostu ze sobą rozmawiać. Tak normalnie, bez nadęcia i bez okopywania się na swoich pozycjach. W myśl zasady by starać się najpierw zrozumieć, a potem być zrozumianym. Bo demokracja nie polega na tym, aby większość narzucała swoją wizję świata większości (jak sugerował jeden z anty-biegowych publicystów - już nie pamiętam który), ale na tym, żeby - jak słusznie zauważył Adaś Miauczyński w Dniu Świra - każdy se nawet w pojedynkę mógł pójść. Albo pobiec. To jest właśnie tolerancja.

4 kwietnia 2015

O nienajgorszej realizacji planów uwag kilka

Gdy spoglądam w niezbyt odległą, ale jednak przeszłość – czyli na marzec – na moje (choć wyszły spod ręki Trenejro oczywiście) biegowe plany oraz ich realizację, to do głowy przychodzi mi analogia budowlana (to się zdaje nazywa zboczeniem zawodowym). Widzę ten miesiąc jako kawałek wznoszonego przeze mnie mozolnie muru, na który składają się duże kamienie oraz wypełniająca wolne przestrzenie, a zarazem spajająca całość, zaprawa. Ale, żeby nie było, zaprawa ma w sobie zarówno drobne, jak i grubsze kruszywo. Te większe elementy to oczywiście weekendowe starty, w które marzec był wyjątkowo obfity (dwa w trupa i jeden w ramach bardzo specyficznego treningu) oraz jeden trening, który samym zapisem w planie (ale nie wyprzedzajmy za bardzo faktów) wzbudza pewien respekt. Z uwagi na weekendowe obciążenia treningi w tygodniu nie przekraczały długości czternastu kilometrów, ale też nie były to wyłącznie spokojne rozbiegania. To wszystko pozwoliło mi przez te trzydzieści jeden dni przebiec dwieście osiemdziesiąt cztery kilometry. Niby sporo mniej niż w (było nie było) krótszym lutym, ale też więcej niż w styczniu. Jak i więcej niż w marcu zeszłego roku – o całe trzy kilometry, ale więcej.
Źródło: endomondo.com
Marzec zacząłem z tak zwanego wysokiego ce. Treningiem typowym dla przygotowań maratońskich. Tak tak – mowa o Trzydziestce (duża litera w pełni uzasadniona). Struktura niezbyt skomplikowana – dwadzieścia pięć kilometrów w pierwszym zakresie a kolejne pięć (bez zatrzymania) w tempie 4:45/km. Inną kwestią jest, że tego popołudnia Gremlin miał swój pomysł na siebie na owych pięciu kilometrach i wciąż dawał mi sygnały, że biegnę za szybko*. Ale tym razem zapamiętałem ile mam biec, więc sam pilnowałem sobie tempa. To co w realizacji tegoż treningu cieszy najbardziej, to fakt, że tempo nie okazało się zbyt wymagające, o czym świadczą nie tylko odczucia własne, ale i wyniki pomiaru tętna.
Tętno podczas Trzydziestki...
A propos wysyłającego sygnały o rzekomej sprzeczności realizacji z założeniami Gremlina, w ostatni weekend, czyli już po zakończeniu weekendowego trio Rusałka-Malta-Ostrów, miałem do zrobienia trening tempowy (zwany przez niektórych drugim zakresem), czyli dziesięć kilometrów po 4:35/km opakowane zakresem pierwszym (cztery kaemy przed i dwa po) oraz przebieżkami na sam koniec. Programując Gremlinowi ów trening, wpisałem ćwiczenia rozciągające po pierwszym odcinku OWB1. Gdy potem dopytałem Trenejro, ten zalecił rozciąganie przed przebieżkami, ale... zapomniałem to zmienić. I gdy ja już biegłem tempo (którego znów sam, bez podpowiedzi, musiałem pilnować), Gremlin myślał, że się rozciągam (na szczęście wówczas nie wszczynał alarmów). Gdy wróciłem do pierwszego zakresu, sądził, że biegnę tempo (i krzyczał, że mu za wolno). Gdy się rozciągałem on oczekiwał tętna z pierwszego zakresu (dalej krzyczał). I uspokoił się dopiero na przebieżkach.
tempówki...
Do innych ciekawostek treningowych miesiąca występującego w kalendarzu gdzieś między lutym a kwietniem zaliczyć trzeba jednostkę, którą również można by sklasyfikować, jako tempo. Z tym, że w wydaniu interwałowym, czyli dziesięć odcinków po dwieście metrów po (mniej więcej) czterdzieści dwie sekundy każdy (jak łatwo policzyć daje to 3:30/km) i tyleż samo metrów odpoczynku w truchcie. Wcześniej jednak pięć kilometrów jedynki i porcja rozciągania. A po interwałach jeszcze dwa tysiące metrów, również w pierwszym zakresie. I aż dwukrotnie przyszło mi taki trening zrealizować – w czwartek przed City Trail oraz w środę przed Maniacką. Pozostałe (niewymienione wcześniej) treningi to już sam pierwszy zakres, ewentualnie okraszony kilkoma (zazwyczaj pięcioma) stumetrowymi przebieżkami.
oraz dwusetek
Przeczytałem gdzieś kiedyś, że najgorszy plan to taki, który został zrealizowany w stu procentach. Mało brakowało, a marzec takim by właśnie był, bo aż do minionej soboty, realizacja nakreślonych przez Trenejro założeń przebiegała bez zakłóceń. Uratowały mnie urodziny Córki Młodszej i zamieszanie związane z kinder party, przez które odpuściłem sobotnie bieganie. To wydarzenie stało się początkiem złej passy w wersji mini, bo później wypadł mi z kalendarza trening siłowy, wtorkowe podbiegi robiłem w środę, a i w czwartek zostałem w domu. Ale to już zaczyna być temat na podsumowanie kwietnia, który, jak już widać najgorszy planowo nie będzie.
Źródło: endomondo.com
Warto na koniec nadmienić, że w kwietniu mam w planach dwa starty. Przy czym jeden ze strategią stricte treningową (bez walki o życiówkę, ale i bez pełnego luzu). Za to ten drugi to bieg o priorytecie Ą-Ę. A może nawet OWM.

*PS1. Edytując trening pod kolejną trzydziestkę zorientowałem się, że definiując tempo szybszego odcinka zamiast czwórki na początku wpisałem piątkę.
PS2. Wesołych Świąt!

31 marca 2015

Halo Panie Jacku: O porach roku czterech uwag kilka

Halo Panie Jacku!

Bezapelacyjnie i w tak zwanej pełnej rozciągłości zgadzam się z tezą z ostatniego Pańskiego felietonu, głoszącą, że wiosna to najlepszy czas do biegania. No może nie bezapelacyjnie, ale za to w rozciągłości. Z tym, że też nie pełnej. Jest tako jedno powiedzenie, które utknęło mi w głowie od czasów studiów (coś tam jednak z tych studiów pamiętam), a które z lubością powtarzał mój wykładowca przedmiotu Materiały budowlane i które teraz z lubością (nie tylko na łamach tego bloga) przywołuję i ja (i nie bez kozery, dodajmy, pracuję bowiem w branży materiałów budowlanych właśnie). Powiedzenie, że wszystko ma swoje zady i walety (sic!). I tak też niechybnie jest z porami roku i bieganiem.


A czy biegacza w objęcia mrozu coś pcha?

Weźmy takie lato na ten przykład (rzeczoną wiosnę zostawmy na sam koniec). Z jednej strony to właśnie latem z reguły jest najcieplej (chociaż w naszym, że tak to ujmę, klimacie bywa z tym naprawdę różnie), a jak powszechnie wiadomo, w wysokiej temperaturze biega się zdecydowanie najmniej przyjemnie. A czasem wręcz o przyjemności w ogóle nie może być mowy. I niby nie ma złej pogody na bieganie, a są jedynie nieodpowiednio ubrani biegacze. Niemniej na zimno można zaradzić jakość dodatkowymi warstwami ubrania. A przy rozbieraniu się argumenty, czyli elementy garderoby do zrzucenia, kończą się dosyć szybko. Inna kwestia, że ja osobiście nie wyobrażam sobie biegać (nawet po lesie) nagi od pasa w górę. Z drugiej jednak strony, na upały można zaradzić wstając wraz ze słońcem (a to, jak wiadomo, latem wstaje wcześnie) a lato to, było nie było, sezon dla biegaczy i (jak ktoś lubi) można w imprezach biegowych przebierać jak w przysłowiowych ulęgałkach. Lato to również okres urlopowy, kiedy to można na biegowo przecierać nowe szlaki. I o której nie wyszlibyśmy pobiegać, niemal na pewno będzie jasno.

Jesień to oczywiście powrót do tak zwanej umiarkowanej temperatury, choć to zależy oczywiście od tego, o której części jesieni mowa. Bo tą wczesną upały się przytrafić mogą, a tą późną i mróz potrafi dać się we znaki. Statystycznie można jednak przyjąć, że jesienna aura, o ile akurat nie leje i nie wieje, zazwyczaj bieganiu sprzyja. Jesień jest też tak bardzo, w odróżnieniu od do bólu zielonego lata, kolorowa i biegając możemy cieszyć oko tymi kolorami właśnie. Tylko że ten dzień coraz krótszy i tego światła słonecznego coraz mniej. Więc zaraz się przyplątuje jesienna depresja i niedobory witaminy D. Pocieszające jest jednak to, że o ile w wielu przypadkach (niektórzy, jak na ten przykład ja, nieczęsto mogą sobie pozwolić na bieganie wcześniej niż, dajmy na to, o dziewiątej, a jesienią o tej porze już po słonecznych promieniach śladu nie ma) bieganiem na poziom 1,25-dihydroksycholekalcyferolu nie da się zaradzić, to na charakterystyczny dla jesieni spadek chęci do życia energiczne przebieranie nogami pomaga całkiem skutecznie.

Zima. Tej to w zasadzie nie lubi nikt. Bo jak jest zima, to musi być zimno (jak mawiał klasyk) i albo śnieg, albo wiatr, albo mróz siarczysty i czort wie, co jeszcze. I jeszcze te egipskie ciemności przez większość dnia, że o nocy nie wspomnę (pod tym względem jesień przy zimie to fraszka, igraszka, zabawka blaszana). A jednak to właśnie zimą wypracowujemy owoce biegowe, które potem spożywamy sami i w gronie znajomych podczas wiosennych i letnich startów. Gdyby nie zimowe orka i siew, jak to ładnie określa mistrz Skarżyński (choć ja osobiście, z jakże wiadomych względów, wolę analogie budowlane, czyli układnie fundamentów), nie byłoby nowych życiówek i nie byłoby czym się chwalić na fejsbukach i w innych internetach. Gdyby nie zima, po mocnym wiosennym treningu nie mógłbym zaśpiewać sam sobie, że mam tę moc, mam tę moc.

I wiosna na finał. Właściwie za wiele na ten finał do napisania nie mam, bo temat trochę tak jakby już Pan wyczerpał, a kopiować Pana felietonu raz, że nie wypada, dwa, że prawa autorskie, a trzy, że bez sensu. Niemniej jedno od siebie dodać zamierzam. Nie będę oryginalny, bo to słowa pana Staszewskiego (tego od akcji Polska Biega), ale przecież wiosna i jesień (nie wspominałem o tym dwa akapity wcześniej, by teraz był lepszy efekt), to czas maratonów. Czas wisienki na biegowym torcie. Tak, wiem doskonale i w pełni się z tym zgadzam, że nie każdy kto biega, musi od razu biegać maratony. W ogóle przecież nie musi startować w zawodach - bieganie samo w sobie jest (lub bywa) wystarczająco przyjemne. Dla mnie jednak, ten przypadający dwa razy do roku wyjątkowy bieg, jest właśnie tą wisienką. Ukoronowaniem moich wielomiesięcznych wysiłków i zmagań nie tylko z organizmem, ale i szeroko rozumianą logistyką na styku mojej pasji z pracą i życiem rodzinnym. Tytuł bloga w końcu zobowiązuje.

Na koniec pozwolę sobie na refleksję, która naszła mnie już podczas pisania niniejszego tekstu. Nie bez przyczyny w bieganiu odwołuje się poprzez analogię akurat do budownictwa i rolnictwa. Wszystkie de dziedziny działalności człowieka są w jakimś sensie sezonowe. Myślę sobie zatem, że w bieganiu każda z czterech pór roku ma swoje miejsce. Jak bardzo banalnie by to nie brzmiało.

Łącze tradycyjne pozdrowienia od świeżo (wczoraj) upieczonej trzylatki, tj. CMcMH.
Bartek M

25 marca 2015

O czterech życiówkach w szesnaście dni uwag kilka

No dobrze. Teraz mogę już zdradzić mój ściśle tajny, łamany przez poufny, plan. Otóż obmyśliłem sobie, że w szesnaście dni marca (czyli od siódmego do dwudziestego drugiego) poprawię życiówki na trzech dystansach, od piątki do półmaratonu. Z radością donoszę, że plan ów wykonałem w jakiś, licząc w pewnym zaokrągleniu… dwustu procentach. Raz, że faktycznie poprawiłem wyniki na wszystkich trzech dystansach. Dwa, że ten na piątkę aż dwa razy (drugi raz w drugiej połowie biegu na dychę). A trzy, że plan (jak to określa Trenejro) rozmienienia godziny trzydzieści w połówce udało się zrealizować ze sporym naddatkiem. No właśnie, jeśli ktoś jeszcze nie wie, od niedzieli mój oficjalny prywatny rekord świata na atestowanym dystansie dwudziestu jeden kilometrów oraz dziewięćdziesięciu siedmiu i pół metra wynosi dokładnie 1:28:49 (słownie: jedna godzina, dwadzieścia osiem minut i czterdzieści dziewięć sekund).
Interakcja z kibicami (źródło: online.datasport.pl)
Tak po prawdzie to byłem pełen wątpliwości czy ten plan (właśnie dlatego był tajny), zakładający mocne pobiegnięcie dwóch dystansów (pierwszej piątki nie liczę, bo i tak była w ramach dłuższego treningu) tydzień po tygodniu uda się zrealizować. Wiem, że niektórzy biegają mocną dychę na tydzień przed maratonem, ale w moim bardzo prywatnym odczuciu, te siedem (a właściwie sześć) dni odpoczynku, to nieco mało. Jednakże miejsce biegu oraz jego odległość czasowa od maratonu mi pasowały, zaś Trenejro stwierdził, że nie widzi przeciwwskazań, abym pobiegł połówkę tydzień po Maniackiej. Zatem decyzja zapadła. Na wszelki wypadek, by wspomóc nieco regenerację, zafundowałem sobie w pomaniacki poniedziałek solidny masaż nóg (wiecie, taki z prawdziwym masażystą – żaden tam automasaż).

Kolejną sprawą, która zaprzątała mój umysł przez tydzień poprzedzający wyjazd do południowej Wielkopolski, była pogoda. Po chłodnej maniackiej sobocie, wiosna znów rozwinęła skrzydła, a jednak prognozy pogody, najpierw długo-, a potem również krótkoterminowe, przewidywały temperaturę jedynie kilka stopni przekraczającą tę, w której woda zamarza. Postanowiłem jednak postawić wszystko na jedną kartę i tym razem przygotowałem jeden zestaw odzieży. Prawie taki sam, jaki miałem na sobie w biegu wokół poznańskiej Malty i okolic ()prawie, bo dołożyłem opaski kompresyjne). Już w drodze do biura startowego w niedzielne przedpołudnie doszedłem do wniosku, że, z uwagi na całkowity brak zachmurzenia, od buffa na głowę lepsza byłaby czapka z daszkiem, która jednakże nie była w użyciu od dobrych sześciu miesięcy i oczywiście została w domu. I tutaj niespodzianka – czapkę z daszkiem znalazłem w pakiecie startowym. A propos nasłonecznienia – prognozy dotyczące temperatury sprawdziły się. Było mniej więcej tak samo ciepło (a właściwie tak samo zimno). Lecz dzięki słońcu właśnie, temperatura odczuwalna była na pewno o kilka stopni wyższa. Nie było też wiatru. A dokładnie to, poza jednym krótkim odcinkiem, nie odczuwałem go na trasie. Ostatecznie pobiegłem wręcz w stroju uboższym niż tydzień wcześniej (podkoszulek został w depozycie).

Kończąc już temat ubrania, wprowadziłem pewną zmianę w moim (że tak to ładnie określę) rytuale przedstartowym. Sprawdziwszy uprzednio jak daleko jest z biura zawodów do miejsca startu, główną część rozgrzewki przeprowadziłem jeszcze w dresie. Dopiero później zmieniłem go na mój przedstartowy kombinezon, resztę rzeczy zostawiłem w depozycie i udałem się na miejsce startu właśnie, robiąc jeszcze po drodze kilka dogrzewających przebieżek. I zastanawiam się czy taka procedura będzie miała rację bytu za każdym razem. Na pewno musiałyby być spełnione dwa warunki. Niezbyt duża odległość biura zawodów, a konkretnie depozytu, od startu. I brak kolejek przed owym depozytem na ok. 15-20 minut przed startem. Obawiam się, że z tym drugim, szczególnie na tych mniej kameralnych biegach, może być pewien problem.

A co z samym biegiem? Nad czym tu się rozwodzić, skoro wszystko poszło jak po przysłowiowym sznurku? Wszystko tego dnia zagrało. Wspomniana pogoda do pary z czapeczką z pakietu startowego. Płaska, szybka trasa (mimo, że liczyła trzy pętle z jednym nawrotem o sto osiemdziesiąt i jeszcze ta kostka brukowa w okolicach rynku…). I forma, nie zapominajmy o formie. Ta ewidentnie była (znaczy się jest). Taktyka zakładała tzw. negative split (trzeba by wymyślić jakieś zgrabne polskie określenie na to zjawisko) – pierwsze pięć kilometrów w tempie 4:18/km, kolejne dziesięć po 4:12-4:15, od piętnastego 4:12 i oczywiście ostatni kilometr w przysłowiowego trupa (koniec zawsze biegnie się w trupa, niezależnie czy energia jeszcze jest, czy już się skończyła – w trupa może mieć przecież różne znaczenia). Choć hamowałem się jak mogłem, ruszyłem nieco za szybko. Udało mi się jednak unormować szybkość biegu i w okolicach znacznika piątego kilometra zameldowałem się po około dwudziestu jeden minutach i dwudziestu sekundach, czyli z dziesięciosekundowym zapasem. Na końcu pierwszej pętli znowu trochę mnie poniosło i za nadto przyspieszyłem. Ale cóż było robić, jak tam tyle kibiców było? Także na ósmym kilometrze musiałem prawie że łapać oddech obiecując sobie jednocześnie, że na koniec drugiej pętli będę bardziej rozważny. Gdy mijałem znacznik kilometra dziesiątego, stoper pokazywał czas w okolicach 42:50 – dokładnie według założeń. Po raz kolejny przebiegając pod bramą startową, za nic mając wcześniejsze autoobietnice, znów dałem się ponieść, i znów musiałem później hamować. Na piętnastym kilometrze odnotowałem czas nieco poniżej godziny i czterech minut (a tyle właśnie przewidywała taktyka), spożyłem, zgodnie z zaleceniami sami wiecie kogo pół żelu z kofeiną i wysłałem sygnał do centrum dowodzenia, że zaczynamy ostatnią piątkę (jak łatwo policzyć do mety było ponad sześć kilometrów). Wbrew pozorom kolejne dwa, może trzy kilometry były w moim odczuciu najcięższym odcinkiem tego biegu. Ale potem nie pozostało mi nic innego jak tylko przyspieszyć. Na punkcie odżywiania wypiłem dwa łyki wody i wrzuciłem najwyższy bieg. Kolejny, zorganizowany przez mieszkańców, punkt z wodą minąłem już bez picia – pokazałem tylko gestem, jak bardzo podoba mi się to co owi ludzie robili (nawiasem mówiąc, pani podająca biegaczom kubeczki z wodą, trzymając jednocześnie papierosa w zębach, wywołała mój mimowolny uśmiech) i pognałem dalej. Na tysiąc dziewięćdziesiąt i pół metra przed metą Gremlin pokazuje nieco ponad godzinę i dwadzieścia cztery minuty. W tym momencie po raz pierwszy pomyślałem, że po jedynce, dwukropku (Córka Starsza nazywa to kropkówką) i dwójce niekoniecznie musi stać dziewiątka. Trudno o lepszą motywację, nieprawdaż? Mocny finisz po ostrowskim bruku, rzut oka na właśnie zatrzymany stoper i jest. Jest – nowa przepiękna, wymarzona, wyśniona i oczekiwana od niemal roku życiówka (jaka to już pisałem).

Źródło: endomondo.com
Nie chciałem tego robić na sam koniec, bo podobno z każdej opowieści czy rozmowy najdłużej pozostają w pamięci początek i koniec właśnie, ale nie wyszło inaczej. Muszę (no dobra nie muszę, ale i powstrzymać się nie mogę - no dobra, mógłbym, ale nie do końca chcę) więc włożyć łyżkę dziegciu do tej beczki miodu. Mój wykładowca od materiałów budowlanych zwykła mawiać, że wszystko ma swoje zady i walety (sic!). Druga edycja półmaratonu w Ostrowie Wielkopolskim była naprawdę perfekcyjnie zorganizowana i posiadała tę charakterystyczną dla kameralnych biegów rozgrywanych w niezbyt dużych miastach atmosferę. Jest jednak jedno tzw. ale. Brak medalu na mecie. Ktoś może powiedzieć, że wybrzydzam, ale z jednej strony po prostu się przyzwyczaiłem, z drugiej jest to dla mnie miła pamiątka. Była wprawdzie statuetka zamiast medalu. Niestety (to oczywiście rzecz gustu, ale wyrażam tu przecież swoją opinię), koszmarnie brzydka. I jeszcze dostała mi się taka z napisem „Przebiegłam II Ostrowski Półmaraton”. Ale poza tym niuansem, wszystko inne na (nomen omen) medal. I ta życiówka taka piękna, taka świeża i taka moja...

20 marca 2015

O nowościach, kulinariach i inspiracjach uwag kilka

Na Liście Przebojów Programu Trzeciego Polskiego Radia w takim momencie robią parapam-parapam-parapam (tak wiem, kiepski jestem w pisaniu dźwiękonaśladowczym). Znaczy się będzie nowość. I nie to nieplanowana nowość. Chodziło mi to wprawdzie już od jakiegoś czasu po głowie, ale realnej formy przybrało dziś rano. Ponieważ mamy (w momencie, gdy piszę te słowa, znaczy się) późny wieczór, mogę zdradzić, że dzisiejszy dzień miał dla mnie dwa jaśniejsze momenty - drugie śniadanie i wieczorne bieganie. A skoro pisanie o bieganiu to nihil novi sub sole na tym blogu wszystko staje się jasne. Będzie post kulinarny.

Wspomniane drugie śniadanie wcale nie było wyszukane. Ale smaczne, zdrowe i pożywne. A dodatkowo inspirowane (o tym więcej na koniec). To niewyszukane danie to omlet z papryką.
Fotografować, to co za chwilę mam zjeść, nie zdarza mi się zbyt często...

Składniki (na jedną osobę):
  • 2 jajka,
  • pół pokrojonej w kostkę papryki (poszedłem w monotonię kolorystyczną i wybrałem żółtą),
  • posiekana nać pietruszki,
  • sól, pieprz, słodka papryka do smaku.
Przygotowanie:
  • jajka wbiłem do miski i roztrzepałem tak aby białka połączyły się z żółtkami, ale nie powstała piana;
  • dodałem posiekaną w kostkę paprykę, posoliłem oraz dodałem szczyptę słodkiej mielonej papryki, całość wymieszałem;
  • tak przygotowaną masę wylałem na rozgrzaną patelnię z odrobiną masła klarowanego;
  • całość smażyłem do momentu, aż większość jajka się ścięła, po czym złożyłem omleta na pół (nie odwracałem) i smażyłem jeszcze ok. minuty;
  • już na talerzu posypałem posiekaną nacią pietruszki i pieprzem.
Prawda, że proste (czyli coś na moim aktualnym poziomie zaawansowania kulinarnego)? Omleta spożyłem z dodatkiem chleba orkiszowego z masłem oraz zielonej herbaty, a także Tria Arcyksiąże w wykonaniu Rubinsteina, Heifetza i Feuermanna.


Właśnie to połączenie - omlet z papryką oraz Trio Arcyksiążę - jest inspirowane. Temu, kto odgadnie źródło inspiracji, gotów jestem wręczyć jakąś niespodziankę. Dla ułatwienia dodam, że owo źródło jest związane z pewnym znanym (niekoniecznie z tego, że szybko biega, ale jednak znanym) biegaczem. Ktoś już wie?

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...