Podobno są dwa sposoby pisania relacji z jakiegoś wydarzenia. Pierwszy to oczywiście tzw. sposób
na świeżo (względnie na gorąco). Póki jeszcze wspomnienia są żywe a i emocje nierzadko trzymają się jeszcze na wysokim albo bardzo wysokim poziomie. Drugi sposób to
na zimno, czyli gdy emocje i przysłowiowy kurz po bitwie opadną, a każdy krok (w tym wypadku biegowy) zostanie gruntownie przemyślany. Można jeszcze pisać relację po latach (choćby i dziesięciu – względnie po dziesięciu maratonach), ale w takiej sytuacji należałoby raczej mówić o wspomnieniach.
Te kilka powyższych zdań, ze szczególnym uwzględnieniem słowa otwierającego pierwsze zdanie, to oczywiście mój wymysł, choć pewnie za bardzo z prawdą się nie minąłem. Musiałem jednak jakoś sobie uargumentować fakt, że zabieram się za relację z
Silesia Marathon 2014 po ponad dziesięciu dniach od przekroczenia linii mety. A zatem do dzieła.
Kilometry 0-10; czas: 0:46:07; średnie tempo: 4:37/km
 |
Foto: Maciek Koziarski |
Stając na starcie wiedziałem mniej więcej czego się spodziewać. Monika i Maciek, którzy udzielili mi gościny pod swoim dachem podczas mojego pobytu w Katowicach, w sobotę zabrali mnie na przejażdżkę po większej części trasy. Wciąż się jeszcze zastanawiam czy dobrze zrobili(śmy). Czasem ignorancja to skarb. Może lepiej zniósłbym te wszystkie podbiegi, gdybym po raz pierwszy zobaczył je dopiero na trasie? Powtarzałem sobie jednak, że jestem przygotowany – biegałem przecież i podbiegi, i krosy. Grunt to nie szarżować z tempem na podbiegach, mówiłem sobie, i nadrabiać (choć bez szaleństw) straty na zbiegach.
Pierwszy kilometr lekko w dół. Nogi niosą tak, że próbuje się hamować. A może trzeba było tego nie robić? Wysiłek niewielki, ale kilka cennych sekund byłbym urwał. Tym bardziej, że na drugim kilometrze zaczyna się aleja Korfantego, która prowadzi nas przez niemal całe następne cztery kilometry. Dodajmy, że prowadzi cały czas pod górę. Na piątym kilometrze, jeśli wierzyć wskazaniom Endomondo, osiągamy najwyższy punkt trasy, położony trzydzieści sześć metrów wyżej niż linia startu. Potem jest już nieco z górki. Czasem mocno z górki. Zaczynam uświadamiać sobie, że to zbiegi, wbrew pozorom, mogą swą stromizną najbardziej dać mi się w kość. Skupiam się zatem na technice biegu, aby uniknąć tego, co słyszę wokół siebie – tłuczenia nogami o asfalt. Gdzieś w okolicach szóstego-siódmego kilometra dochodzę do wniosku, że dobrym rozwiązaniem będzie praca zespołowa i podłączam się do małej grupki biegaczy. Kolejne kilometry pokonujemy wspólnie. Po pierwszej dyszce strata w stosunku do założonej strategii wynosi ok. czterdziestu sekund. Dużo to czy mało? Jedno i drugie.
Kilometry 10-20; czas: 0:45:12; średnie tempo: 4:31/km
 |
Foto: Maciek Koziarski |
Druga dycha jest względnie płaska. Jak na przebieg całej trasy oczywiście, bo naprawdę płaskich odcinków przyszłoby ze świeczką szukać (ciężko by się biegło z tą świeczką). Skoro piałem o najwyższym punkcie trasy, warto zauważyć, że najniższy (tak jak poprzednio, wg wskazań Endomondo) znajdował się w okolicy kilometra piętnastego – trzydzieści metrów niżej niż linia mety oraz sześćdziesiąt sześć niż punkt najwyższy. Pierwsze dwa kilometry dychy numer dwa trzymam się wciąż grupy. Później jednak, zauważywszy, że nie nadrabiam poniesionych wcześniej strat, postanawiam nieco przyspieszyć. Przyspieszam i zaczynam odrabiać straty. Mniej więcej na piętnastym kilometrze jestem już w czasie. Biegnie się super. Wprawdzie trasa prowadzi przez te mniej malownicze tereny Aglomeracji Śląskiej, a kibiców jak na lekarstwo, ale jest dobrze. Ale co się dziwić, na drugiej dyszcze maratonu zazwyczaj jest dobrze. Dwudziesty kilometr, a na nim sporą grupkę kibiców (która mnie nieco zaskoczyła, bowiem było to miejsce raczej odludne, w dodatku wiadukt na dwupasmowej drodze) mijam po godzinie, trzydziestu jeden minutach i dziewiętnastu sekundach. Niektórzy kibice on-line (którym za zdalny doping serdecznie dziękuję) zasugerowali się nawet, że idę na złamanie trzech godzin. Ale to był dopiero dwudziesty kilometr (nawiasem mówiąc, maty pomiarowej na półmetku nie było w ogóle – oznaczeń półmetka też nie, bądź je przegapiłem).
Kilometry 20-30; czas 0:46:08; średnie tempo: 4:37/km
 |
Foto: Maciek Koziarski |
Trzecia dycha to chyba najbardziej pofałdowana część trasy. Podbiegi krótsze, acz strome, dają się we znaki. Na zbiegach nogi wprawdzie niosą, ale pozostała część ciała pracuje mocno, by nie dać się zupełnie ponieść działaniu siły grawitacji i nie zmienić położenia ciała z pionowego na inny. W tej częśći trasy było chyba najwięcej kibiców (pomijając oczywiście strefę startu i mety). Ich doping pomaga walczyć z profilem trasy i własnymi słabościami. Najbardziej niesie w okolicach dwudziestego siódmego kilometra, czyli na niezwykle klimatycznym Nikiszowcu, gdzie kibiców jest najwięcej (na przykład grupka pięciu, może sześciu, nastolatek siędząca na schodkach, wyczytujących i wykrzykujących imiona biegaczy – dodawała skrzydeł). Tutaj też po raz kolejny spotykam Maćka. Powoli zaczynam odczuwać zmęczenie – zastanawiam się czy nie za wcześnie. Po wybiegnięciu z Nikiszowca czeka nas kolejny długi podbieg. Trzydziesty kilometr mijam po dwóch godzinach, siedemnastu minutach i dwudziestu ośmiu minutach od startu. Trzecia dycha w czasie niemal identycznym jak pierwsza. Pierwsza była za wolna, ale nadrobiłem. Z tym, że na trzeciej miałem przyspieszyć. Nadrobię i tym razem?
Kilometry 30-42,195; czas 1:01:31; średnie tempo: 5:03/km
 |
Foto: Maciek Koziarski |
Powiedzenie, że maraton to bieg na dziesięć kilometrów z trzydziestodwukilometrową rozgrzewką sprawdza się w pełnej rozciągłości. W Dolinie Trzech Stawów, na trzydziestym czwartym kilometrze raz jeszcze czeka na mnie Maciek. Tam właśnie zaczyna być naprawdę ciężko. Kibice zagrzewają do walki, zagrzewam się i ja. Krzyczę do Maćka, że (przepraszam wrażliwych) będę rzygał (przez chwilę naprawdę myślałem, że tym się skończy). Ale zaraz dodaję, że dopiero na mecie. Jakieś młode dziewczę z dobroci serca podaje mi butelkę wody. Potrzebowałem tego tak bardzo, że miałem wrażenie, iż właśnie spotkałem anioła (ciekawe czy była faktycznie tak urodziwa, jak ją zapamiętałem?). Miałem ochotę sprawdzić czy aby na pewno nie ma skrzydeł, ale nie miałem siły się odwrócić. Od piątego kilometra mógłbym na palcach jednej ręki policzyć osoby, które mnie wyprzedziły. Teraz to się zmienia. Walczę jednak i pokonuję kolejne kilometry oraz kolejne podbiegi. Największy moment słabości przychodzi na czterdziestym kilometrze, gdzie był chyba najbardziej stromy podbieg na trasie. Walczę by w ogóle biec i z zazdrością patrzę na biegacza, który akurat w tym momencie zaczyna przyspieszać. Ostatnie dwa kilometry to już walka o jedno. O dotarcie do mety. Nawet na ostatnich metrach, gdy widok mety oraz doping kibiców pozwalają zazwyczaj wydobyć ukryte gdzieś dotąd pokłady dodatkowej energii, biegnę z grymasem bólu na twarzy. Za metą nie mam już siły na nic. Cieszę się tylko, że dobiegłem. Maciek musi mnie niemal zmusić bym pokazał zęby (dosłownie) do zdjęcia.
Na koniec warto dopowiedzieć sobie na ważne (ale to… bardzo ważne) pytanie. Szczególnie w kontekście dyskusji, jaka przez tzw. inetrnety przetoczyła się w dniach poprzedzających mój start w Katowicach. Czy jestem zwycięzcą czy pokonanym? Zwycięzcą na pewno nie. Nawet mimo tego, że nabiegałem vice-życiówkę. A jak bym chciał poprawić sobie humor, mógłbym napisać, że to mój najlepszy wynik na polskiej ziemi. A jednak wynik dużo gorszy, od tego, w który celowałem. Pokonanym jednak również się nie czuję. No dobrze, pokonanym tak, ale nie przegranym. Maraton wprawdzie mnie sponiewierał jak nigdy dotąd. Ale, że po raz kolejny ostatnio pozwolę sobie na analogię piłkarską, przegrałem po walce. I tak sobie myślę, że to może nawet dobrze. Przecież nie może mi tak ciągle wszystko wychodzić – życiówka za życiówką. Jest z czego wyciągać wnioski. Teraz moje myśli biegną już ku wiośnie. Pora zdecydować gdzie pobiegnę maraton numer jedenaście!
PS. jeśli ktoś przegapił rozwiązanie jednego konkursu, a zarazem ogłoszenie drugiego, to szybciutko na
lajkpejdża, szybciutko