Halo Panie Jacku!
Pointy (młodym czytelnikom przypominamy, iż piszemy pointa, lecz czytamy puenta) Pana felietonów zawsze trafiają w tak zwany punkt, ale tym razem to już przeszedł Pan samego siebie. No przecież, że producentom butów o to chodzi, żebyśmy wciąż chcieli kupować nowe. Żeby brzydły, brudziły się blakły. Nie zapominajmy też o dobrze znanym fakcie, że po przebiegnięciu w jednej parze butów ośmiuset kilometrów, automatycznemu wyłączeniu ulegają amortyzacja, stabilizacja i w ogóle wszystko inne (tu mała dygresja - jeździłem kiedyś samochodem służbowym niemieckiej marki, acz produkowanej pod Poznaniem, w którym niemal natychmiast po upłynięciu dwuletniego okresu fabrycznej gwarancji zaczęło się niemal natychmiast psuć niemal wszystko). Ale czy my jesteśmy tutaj bez winy? W tym momencie przypomina mi się scena z Seksmisji Juliusza Machulskiego, gdy jedna z kobiet wyrzuca Maksowi i Albertowi, że to kobieta zawsze dawała początek życiu. Na co Maks (w tej roli oczywiście Jerzy Stuhr) odcina się natychmiast: No! Ale myśmy wam w tym trochę pomagali. I nie mówię, że bez przyjemności.
Zapewne gdyby zapytać biegaczy (celowo nie dodaję tu i biegaczek - a właściwie biegaczek i) niejeden przyznałby się do tego, że posiada więcej par butów do biegania niż tych normalnych. Ja sam na stałe (choć z różną intensywnością) używam czterech par butów biegowych (dwie pary treningówek - używam ich naprzemiennie, by jak jedne wyjdą w miarę płynnie przejść do kolejnej pary - trajlówki oraz startówki. Mam też w sumie jedną parę do treningu siłowego. Jak się okazuje jest ich jednak mniej, niż tych, w których gonię co najwyżej córkę lub autobus. Pozostałe elementy stroju biegacza również występują u mnie zazwyczaj w ilości większej niż jedna sztuka (względnie para).
Zdecydowanie największa mnogość występuje, jak nietrudno się domyślić, w przypadku koszulek do biegania. Nie wiedzieć czemu, większość organizatorów imprez biegowych uparła się, aby w pakietach startowych umieszczać pamiątkowe koszulki. I również nie wiedzieć czemu, uparli się na koszulki tzw. techniczne. Kiedyś trafiały się (mnie ostatnia trafiła się bodajże w roku 2013 - dziś już jest nieźle sprana) koszulki bawełniane, którymi można było śmiało zaszpanować na mieście, ewentualnie na jedzonym w hotelu śniadaniu (najlepiej oczywiście przy znajomych z pracy). Ostatnio jednak bawełnianych pamiątkowych t-shirtów jak na lekarstwo. Otwartym jednak pozostaje pytanie, co zrobić z tymi wszystkimi koszulkami do biegania. Ostatnio, to jest od momentu, gdy MONBŻ stała się od-niedawna-biegającą, o ile było to możliwe, wymieniałem pakietową koszulkę na damską. Jednak dosyć szybko również Ślubna moja osobista stwierdziła, że posiadana przez nią ilość koszulek w zupełności odpowiada jej potrzebą i otrzymałem embargo na dostarczanie kolejnych. Także szafa się nie domyka. A ja nawet się ostatnio zebrałem i zrobiłem mały koszulkowy remanent. I wyszło mi na to, że co najmniej dziesięć koszulek, mógłbym spokojnie przekazać komuś innemu. Komuś, kto by ich używał, bo niekoniecznie cierpi w tym temacie na klęskę urodzaju.
I tak sobie myślę, że fajne byłoby, gdyby organizatorzy wpadli na to, że choć owszem, koszulka jest najbardziej widocznym elementem stroju biegacza i najlepiej spełnia się w roli mobilnej reklamy imprezy biegowej (lub też sponsora imprezy biegowej), to biegacze w nie samych koszulkach biegają. Albo, że koszulka niekoniecznie musi posiadać krótki rękaw (tudzież nie posiadać rękawów w ogóle). W chłodne dni przecież też biegamy. Jak na razie posiadam raptem jedną koszulkę z długim rękawem wywodzącą się z pakietu startowego (miałbym dwie gdybym się w zeszłym roku nie pochorował przed mikołajkowym wyjazdem do Torunia - z perspektywy czasu żałuję, że nie poprosiłem kogoś, by jednak odebrał mój pakiet). A nie pogardziłbym też i spodenkami. Wiadomo, na spodenkach, zwłaszcza krótkich, trudniej zamieścić wspominane powyżej treści reklamowe, ale spodnie mogą być przecież dłuższe - trzy-czwarte albo nawet za kostkę - na takich już miejsca całkiem sporo.
I tak to jest z tą odzieżą i obuwiem sportowym. Równowagi brak. Jednych za dużo, innych wciąż za mało. Jedne używa się często, inne sporadycznie. Jedne można używać latami, inne trzeba wymieniać kilka razy do roku. A jak byśmy teraz weszli jeszcze w temat szeroko rozumianych gadżetów biegowych, to by się dopiero zaczęło. Więc może zostawmy to sobie na inną okazję...
Łącze tradycyjne pozdrowienia od CMcMH
Bartek M.
31 maja 2015
28 maja 2015
O rozbieganiu mimo woli uwag kilka
To nie tak, nie tak, nie tak dziewczyno, nie tak nam miało być! - jak śpiewali niegdyś artyści Komicznego Odcinka Cyklicznego. Znaczy się miało być tak, że po dyszce w Swarzędzu podszlifuję jeszcze formę i w czerwcu zadebiutuję w Mistrzostwach Polski Weteranów (bo mogę) w Półmaratonie. A tu (nagle czyli wtem) kaszel i ból gardła. Stare biegowe porzekadło mówi, że jeśli w odpowiednim momencie nie zrobisz sobie przerwy, organizm sam ją sobie zrobi. Mój najwyraźniej uznał, iż po całkiem udanej pierwszej części sezonu należy mu się odpoczynek.
Infekcja przyszła do mnie już w sobotę przed startem w Swarzędzu. Ale jak już się napisało, pobiegłem mimo to. Jaki wpływ miał ów start na dalszy infekcji przebieg nie wiem i gdybać nie będę. Raz, że (nomen omen) było by to jedynie gdybanie. A dwa, zbyt jestem zadowolony w mojej nowej trójki z przodu (dla kogoś, kto słucha Trzeciego Programu Polskiego radia od czasów, gdy na pierwszym miejscu Listy Przebojów była Bogurodzica, jest to wartość podwójna). Niemniej łudziłem się jeszcze przez dzień czy dwa, że bez przerwy w bieganiu się obędzie. We wtorek jednak odpuściłem, zakładając, że tydzień treningowy rozpocznę w środę (wmawiałem sobie, że dodatkowy dzień regeneracji po starcie dobrze mi zrobi). W środę również zostałem w domu. W czwartek zaś było apogeum - ledwo mówiłem i co trzy minuty wypluwałem płuca. Wtedy już wiedziałem, że tydzień jest stracony. Na domiar złego, niezwykle intensywny w pozabiegowej sferze życia grafik wydarzeń (z weekendem włącznie) sprawił nie sprzyjał regeneracji, która przecież zdecydowania pomaga w zwalczaniu infekcji wszelkiej maści i typu. Tymczasem minął cały tydzień bez biegania. A kaszel nie. I tak powtarzałem sobie, że za dwa trzy dni na pewno będę już zdrów i pójdę biegać. I tak minęło kolejnych dni siedem. Bez biegania oczywiście. I wówczas pochylił się na de mną lekarz w osobie Mojej Ulubionej Szwagierki (w skrócie MUS), uświadamiając mi, że to, co wciąż mnie męczy (mimo, że męczy mocno), to tzw. kaszel poinfekcyjny, który może trwać nawet jeszcze kilka tygodni. I, jak to ładnie MUS ujęła, szkoda, żebyś się męczył nie biegając. Zatem po szybkiej korespondencyjnej konsultacji z Trenejro się postanowiło, że (mimo kaszlu) od kolejnego tygodnia (bieżącego czyli) wracamy do świata żywych, czyli na biegowe ścieżki. Tak oto zakończyłem zupełnie nieplanowane wiosenne rozbieganie.
A skoro rozbieganie zakończone, czas zdradzić plany na lato i jesień. Zwłaszcza na jesień. Kalendarz startów w szwach zasadniczo nie pęka. Powiedziałbym, że jest w nim niezbędne minimum, czyli trzy starty (start główny, czyli maraton, oraz dwa starty kontrolne, czyli dycha i połówka). Ale nie powiem, bo są cztery. Ale ten czwarty bez (że tak użyję biegowego slangu) spiny, czyli rekreacyjnie, łamane na treningowo, łamane na towarzysko. najmniej fajna (właściwie to zupełnie niefajna) wiadomość jest jednak taka, że zupełnie rezygnuję ze startu w Murowanej Goślinie. Nie jestem nawet pewien czy do tej pory pozbędę się zupełnie tego (tu proszę sobie wpisać odpowiednie epitety) kaszlu. Nic to - w mistrzostwach weteranów zadebiutuję za rok.
Moje plany startowe od dziś do października przedstawiają się następująco:
28 czerwca: III Bieg Piotr i Paweł - to właśnie ten bieg rekreacyjno-treningowo-towarzyski. Oprócz mnie pobiegnie MONBŻ, MUS, Biegające Małżeństwo Polsko-Holenderskie i pewnie jeszcze cała wuchta Krewnych i Znajomych Królika. Jak to treningowo i rekreacyjnie będzie wyglądać jeszcze nie wiadomo. Się zobaczy.
23 sierpnia: III Międzychodzka Dziesiątka z Pompą - na ten bieg byłem już zapisany w zeszłym roku. Przesunięcia w planach urlopowych spowodowały, że wówczas pobiegłem w Nowym Tomyślu. W tym roku zamierzam w prezencie imieninowym (których zasadniczo nie obchodzę, ale co mi tam) sprawić sobie nową, jeszcze fajniejszą życiówkę.
13 września: IV Półmaraton Zielonogórski - pierwotnie planowałem wszystkie biegi tej jesieni pobiec w Wielkopolsce. Ale do Zielonej jest zasadniczo bliżej, niż do kilku miejsc w moim województwie (dajmy na to do Piły), a że to miasto biegowo kojarzy mi się bardzo dobrze - tam przecież jest mój Ulubiony Sklep Biegowy - zamiast zrobić powtórkę sprzed dwóch lat w Zbąszyniu (który tak dobrze wspominam), postanowiłem pojechać kawałek dalej, czyli do stolicy Lubuskiego właśnie.
11 października - wiadomo - Maraton Poznański. Mój trzeci (trzeci poznański), a szesnasty w ogóle.
Czy cos jeszcze dojdzie do tej listy? Nie mówię nie. Może jakaś szybka piątka wiosną albo latem. Może jakiś Bieg Niepodległości. Może jakaś dodatkowa połówka na zamknięcie sezonu. Jak to mawiał mój przyjaciel z lat licealnych, czas pokaże.
Na zakończenia Ogłoszenia Bynajmniej Nie Parafialne.
Pierwsze: Powoli zbliżamy się do finału naszej akcji, co ma #wolneręce (kliku-klik). Walczymy już nie o tysiąc, nie o dwa, ani nawet o trzy (tyle, nawet z górką - wcale nie świńską - już mamy) ale o okrągłe 4219,50 zł (te pięćdziesiąt groszy niestety niewidoczne - system nie przyjmuje drobnych). Damy radę?
Drugie: W niedzielę ma finał inna akcja bliska sercom (nie tylko) blogaczy. Doroczny finał w postaci III Piątki Dla Bartka i II Wirtualna Piatka Dla Bartka. Tu też można pomóc i to pomóc chłopcu o najładniejszym imieniu na świecie (bo jest najładniejsze, prawda?). Także tego - damy radę!?
![]() |
| #wolneręce są. #koszulkamocy jest. I tylko mocy brak... |
A skoro rozbieganie zakończone, czas zdradzić plany na lato i jesień. Zwłaszcza na jesień. Kalendarz startów w szwach zasadniczo nie pęka. Powiedziałbym, że jest w nim niezbędne minimum, czyli trzy starty (start główny, czyli maraton, oraz dwa starty kontrolne, czyli dycha i połówka). Ale nie powiem, bo są cztery. Ale ten czwarty bez (że tak użyję biegowego slangu) spiny, czyli rekreacyjnie, łamane na treningowo, łamane na towarzysko. najmniej fajna (właściwie to zupełnie niefajna) wiadomość jest jednak taka, że zupełnie rezygnuję ze startu w Murowanej Goślinie. Nie jestem nawet pewien czy do tej pory pozbędę się zupełnie tego (tu proszę sobie wpisać odpowiednie epitety) kaszlu. Nic to - w mistrzostwach weteranów zadebiutuję za rok.
Moje plany startowe od dziś do października przedstawiają się następująco:
28 czerwca: III Bieg Piotr i Paweł - to właśnie ten bieg rekreacyjno-treningowo-towarzyski. Oprócz mnie pobiegnie MONBŻ, MUS, Biegające Małżeństwo Polsko-Holenderskie i pewnie jeszcze cała wuchta Krewnych i Znajomych Królika. Jak to treningowo i rekreacyjnie będzie wyglądać jeszcze nie wiadomo. Się zobaczy.
23 sierpnia: III Międzychodzka Dziesiątka z Pompą - na ten bieg byłem już zapisany w zeszłym roku. Przesunięcia w planach urlopowych spowodowały, że wówczas pobiegłem w Nowym Tomyślu. W tym roku zamierzam w prezencie imieninowym (których zasadniczo nie obchodzę, ale co mi tam) sprawić sobie nową, jeszcze fajniejszą życiówkę.
13 września: IV Półmaraton Zielonogórski - pierwotnie planowałem wszystkie biegi tej jesieni pobiec w Wielkopolsce. Ale do Zielonej jest zasadniczo bliżej, niż do kilku miejsc w moim województwie (dajmy na to do Piły), a że to miasto biegowo kojarzy mi się bardzo dobrze - tam przecież jest mój Ulubiony Sklep Biegowy - zamiast zrobić powtórkę sprzed dwóch lat w Zbąszyniu (który tak dobrze wspominam), postanowiłem pojechać kawałek dalej, czyli do stolicy Lubuskiego właśnie.
11 października - wiadomo - Maraton Poznański. Mój trzeci (trzeci poznański), a szesnasty w ogóle.
Czy cos jeszcze dojdzie do tej listy? Nie mówię nie. Może jakaś szybka piątka wiosną albo latem. Może jakiś Bieg Niepodległości. Może jakaś dodatkowa połówka na zamknięcie sezonu. Jak to mawiał mój przyjaciel z lat licealnych, czas pokaże.
Na zakończenia Ogłoszenia Bynajmniej Nie Parafialne.
Pierwsze: Powoli zbliżamy się do finału naszej akcji, co ma #wolneręce (kliku-klik). Walczymy już nie o tysiąc, nie o dwa, ani nawet o trzy (tyle, nawet z górką - wcale nie świńską - już mamy) ale o okrągłe 4219,50 zł (te pięćdziesiąt groszy niestety niewidoczne - system nie przyjmuje drobnych). Damy radę?
Drugie: W niedzielę ma finał inna akcja bliska sercom (nie tylko) blogaczy. Doroczny finał w postaci III Piątki Dla Bartka i II Wirtualna Piatka Dla Bartka. Tu też można pomóc i to pomóc chłopcu o najładniejszym imieniu na świecie (bo jest najładniejsze, prawda?). Także tego - damy radę!?
21 maja 2015
O rękach, krzakach i dniu dziecka uwag kilka
Ci którzy mnie (gorzej lub lepiej) znają, wiedzą, że wśród rzeczy za którymi nie przepadam, są tak zwane hashtagi, pieszczotliwie określane przeze nie jako krzaczory. A jednak wczoraj na lajkpejdżu niniejszego bloga ukazało się tajemnicze zdjęcie, opisane jedynie takowym krzaczorem: #wolneręce
Wczoraj ten hashtag znaczył jeszcze niewiele. Dziś jego wartość można przeliczyć na pieniądze. I to bardzo już konkretne pieniądze (w chwili, gdy piszę te słowa, zbliża się do kwoty czterocyfrowej). O cóż więc chodzi? O dzień dziecka chodzi! Kolega Blogacz Krasusem zwany wpadł bowiem na pomysł, by na okoliczność święta, które, jak co roku, wypada w pierwszy dzień czerwca, zorganizować akcję, dzięki której będzie można pomóc potrzebującym (no właśnie) dzieciom. Reszta Blogaczy ideę podchwyciła. A potem posypały się pomysły, które dziś zmaterializowały się w postaci wydarzenia na twarzaku, zbiórki w portalu SięPomaga.pl. A przez następne dni będzie się jeszcze formalizować z postaci zdjęć, na których w przeróżnych i, o czym jestem przekonany, najbardziej wymyślnych konfiguracjach główną rolę będą grały właśnie #wolneręce. Wolne, bo gotowe by pomóc!
A najlepsze w tym wszystkim jest to, że oprócz pomocy jest dobra zabawa i (mało tego) można wygrać naprawdę atrakcyjne nagrody! A zatem aparaty, smartfony i inne srajpady w dłoń... Tzn. nie w dłoń - trzeba wymyślić coś innego. Bo przecież #wolneręce!
Zakończę cytując klasyka: To jak? Pomożecie?
PS. Nie pokocham tak nagle instytucji krzaczorów, niemniej tego jednego kocham już teraz miłością wielką.
Wczoraj ten hashtag znaczył jeszcze niewiele. Dziś jego wartość można przeliczyć na pieniądze. I to bardzo już konkretne pieniądze (w chwili, gdy piszę te słowa, zbliża się do kwoty czterocyfrowej). O cóż więc chodzi? O dzień dziecka chodzi! Kolega Blogacz Krasusem zwany wpadł bowiem na pomysł, by na okoliczność święta, które, jak co roku, wypada w pierwszy dzień czerwca, zorganizować akcję, dzięki której będzie można pomóc potrzebującym (no właśnie) dzieciom. Reszta Blogaczy ideę podchwyciła. A potem posypały się pomysły, które dziś zmaterializowały się w postaci wydarzenia na twarzaku, zbiórki w portalu SięPomaga.pl. A przez następne dni będzie się jeszcze formalizować z postaci zdjęć, na których w przeróżnych i, o czym jestem przekonany, najbardziej wymyślnych konfiguracjach główną rolę będą grały właśnie #wolneręce. Wolne, bo gotowe by pomóc!
A najlepsze w tym wszystkim jest to, że oprócz pomocy jest dobra zabawa i (mało tego) można wygrać naprawdę atrakcyjne nagrody! A zatem aparaty, smartfony i inne srajpady w dłoń... Tzn. nie w dłoń - trzeba wymyślić coś innego. Bo przecież #wolneręce!
Zakończę cytując klasyka: To jak? Pomożecie?
PS. Nie pokocham tak nagle instytucji krzaczorów, niemniej tego jednego kocham już teraz miłością wielką.
18 maja 2015
O pobożności i opłacalności uwag kilka
Zwolnić, by przyspieszyć? Czasem tak właśnie trzeba!
Bieg w Swarzędzu - bowiem dycha miała być w ramach 4. biegu 10 km Szpot Swarzędz - okazała się jednak nie lada wyzwaniem logistycznym. Bowiem MONBŻ wybyła na weekend do Wrocławia, a ja zostałem na gospodarce. Sam z dziećmi. Na szczęście w takich okolicznościach można liczyć na KiZK (Krewnych i Znajomych Królika - ze wskazaniem na znajomych). Córkę Starszą udało się sprzedać już w sobotę, na okoliczność nocowania u koleżanki (to jest coś, co rodzice lubią najbardziej - a szczególnie rodzice strony nocującej). Córka Młodsza zaś udała się ze mną do Swarzędza (chociaż - co jest oczywiście normą - trzeba ją było wołami z łóżka o ósmej wyciągać; jakbym ja chciał pospać, wstała by o szóstej), gdzie szybko przejęła występująca tego dnia w roli kibica Ciocia Kasia, a ja trafiłem na przedstartową rozgrzewkę. A potem na sam start.
Nie wiem jak to się stało, ale na swarzędzką dychę dotarłem po raz pierwszy. Trasa reklamowana była jako jedna z najszybszych w Polsce i - choć do płaskich nie należy - trzeba przyznać, że chyba coś w tym jest (nie uprzedzajmy jednak faktów). Ponoć, z uwagi na rosnącą liczbę uczestników (a propos - od tygodnia to właśnie bieg w Swarzędzu jest najliczniejszą dychą w Wielkopolsce) początek trasy przeniesiono na najszerszą ulicę w mieście. I trzeb przyznać, że na początku faktycznie było szeroko i można było spokojnie złapać swoje tempo. No właśnie tempo. Tempo wynikało ze strategii, która tym razem była prosta jak równik na ściennej mapie świata - Trenejro nakazali (sic!) od początku trzymać tempo ok 3:58/km (pisałem już, że celem było to, do czego na Maniackiej zabrakło kilkunastu sekund?), a na ósmym kilometrze zamknąć oczy i do mety. A zatem, uwzględniając fakt, iż Gremlin przekłamuje tempo chwilowe średnio o dwie sekundy na kilometr (tak mi przynajmniej wyszło z obliczeń), starałem się pilnować tempa 3:56. Pierwszy kilometr tak właśnie wyszedł. Na drugim trzeba było pokonać pierwszy z wiaduktów. A propos - wiedzieliście, że istnieją dwa rodzaje wiaduktów: górą i dołem (oczywiście sposób postrzegania zależy id tego, na którym z przecinających się szlaków komunikacyjnych się znajdujemy)? I właśnie takie dwa znalazły się na trasie biegu. Z tym, że oba musieliśmy pokonać dwukrotnie. Pierwszy wiadukt - dołem (pod drogą krajową nr 92) - na drugim kilometrze. Najpierw mocno w dół a potem podbieg, taki podbieg brany z rozpędu. Na kolejny wiadukt - tym razem górą (nad torami kolejowymi) dotarliśmy już na kolejnym (trzecim czyli) kilometrze. Ta też spotkałem SSBM* wspomnianej powyżej Kasi, który w zastępstwie nie całkiem jeszcze zdrowej żony, biegł sobie może nie rekreacyjnie, ale nie na sto procent swoich niemałych możliwości.
Kolejne kilometry to poniekąd zwiedzanie południowej części Swarzędza - trochę zakrętów, kilka rond oraz całkiem sporo charakterystycznych dla niewielkomiejskich biegów kibiców. Tempo niemal jak po sznurku aż do szóstego kilometra. Na siódmym zaczyna być ciężko (kryzys to może zbyt duże słowo, a może i nie). Na moje szczęście mniej więcej w tym momencie po raz kolejny znajduje mnie Paweł (tym razem on mnie, a nie my siebie) i zaczyna mnie ciągnąć. Wracamy na wiadukt górą - mniej więcej na górze właśnie znajduje się znacznik ósmego kilometra. Paweł każe mi już się nie odzywać i trzymać tempo (osłania mnie też przed wiatrem). Pomny zleceń Trenejro co do tego, ca ma się dziać po ósmym kilometrze, zamykam się, przestaję w ogóle patrzeć na Gremlina i biegnę. Okolice znacznika z cyfrą 9 to raz jeszcze siodło pod trasą Poznań-Września. Tu popełniam mój największy błąd podczas tego biegu - na podbiegu skracam krok i nieco zwalniam. A przecież to było raptem kilometr przed metą - trzeba było cisnąć!
Na szczęście ostatni kilometr jest mocno z górki. Cały peleton naturalnie przyspiesza. Mnie jednak, dzięki motywacji Prywatnego Pacemakera (Tego triatlonistę wyprzedź!), udaje się kilka osób wyprzedzić. Tuż przed stadionem mijamy osobistych kibiców, których na szczęście udało mi się nie przeoczyć. Również Córka Młodsza wyłapała mnie z tłumu (podobno były sprzeczki czyj tata oto właśnie przebieg, a przecież były oba). Na stadionie walczę ostatkiem sił, ale wciąż motywowany (Jeszcze tę dziewczynę!) wciąż wyprzedam. Mijam metę i padam na przysłowiowy pysk (nie do końca dosłownie, ale na pewno w przenośni). Późniejszy esemes potwierdzi to, co widzę na wyświetlaczu Gremlina - 0:39:14. Właśnie przekroczyłem granicę, która jeszcze kilka lat temu leżała w sferze tzw. pobożnych życzeń. Okazuje się, że pobożność popłaca!
Byłbym zapomniał - w sobotę obudziłem się z bólem gardła i kaszlem. Przez większość dnia zastanawiałem się co będzie z tej całej walki o nowe PB. Doszedłem jednak do wniosku, że biegnę - w najgorszym wypadku się nie uda. Jak widać udało się, choć z dużą dozą prawdopodobieństwa w ten sposób się doprawiłem bo od tygodnia charczę jak Grzesiuk w ostatniej części autobiograficznej trylogii. Odpoczywam też od biegania niestety. Ale, jakkolwiek niemądrze i nieedukacyjnie to zabrzmi, warto było!
*Dla niewtajemniczonych: Super Szybko Biegającego Męża
Ostatni tydzień, a właściwie ostatnie kilka (konkretnie cztery) dni starego oraz pierwsze kilka (dokładnie trzy) nowego miesiąca to już, że tak użyję języka młodzieży (oczywiście achtejdzisiejszej) luz pełen. Ale co się dziwić!Tak zakończyłem swojego ostatniego posta, który podsumowywał kwiecień. Domniemany brak zdziwienia wynikać miał oczywiście z regeneracji po maratonie. Ale zaraz też trzeba było trochę śruby dokręcić, bo kolejny start za pasem. Już w czternaście dni po maratonie miałem bowiem powalczyć o kolejną życiówkę na dystansie dziesięciu kilometrów. Chociaż z tym dokręcaniem śruby znowu tak nie szaleliśmy - jeden trening jakościowy (dwusetki), bo jeszcze kiedyś trzeb świeżość złapać, czyż nie?
Bieg w Swarzędzu - bowiem dycha miała być w ramach 4. biegu 10 km Szpot Swarzędz - okazała się jednak nie lada wyzwaniem logistycznym. Bowiem MONBŻ wybyła na weekend do Wrocławia, a ja zostałem na gospodarce. Sam z dziećmi. Na szczęście w takich okolicznościach można liczyć na KiZK (Krewnych i Znajomych Królika - ze wskazaniem na znajomych). Córkę Starszą udało się sprzedać już w sobotę, na okoliczność nocowania u koleżanki (to jest coś, co rodzice lubią najbardziej - a szczególnie rodzice strony nocującej). Córka Młodsza zaś udała się ze mną do Swarzędza (chociaż - co jest oczywiście normą - trzeba ją było wołami z łóżka o ósmej wyciągać; jakbym ja chciał pospać, wstała by o szóstej), gdzie szybko przejęła występująca tego dnia w roli kibica Ciocia Kasia, a ja trafiłem na przedstartową rozgrzewkę. A potem na sam start.
![]() |
| Takie wsparcie na trasie to ja lubię. Takie wsparcie to ja rozumiem! (Zdjęcie: Adrian Wykora; Źródło: Głos Wielkopolski) |
Kolejne kilometry to poniekąd zwiedzanie południowej części Swarzędza - trochę zakrętów, kilka rond oraz całkiem sporo charakterystycznych dla niewielkomiejskich biegów kibiców. Tempo niemal jak po sznurku aż do szóstego kilometra. Na siódmym zaczyna być ciężko (kryzys to może zbyt duże słowo, a może i nie). Na moje szczęście mniej więcej w tym momencie po raz kolejny znajduje mnie Paweł (tym razem on mnie, a nie my siebie) i zaczyna mnie ciągnąć. Wracamy na wiadukt górą - mniej więcej na górze właśnie znajduje się znacznik ósmego kilometra. Paweł każe mi już się nie odzywać i trzymać tempo (osłania mnie też przed wiatrem). Pomny zleceń Trenejro co do tego, ca ma się dziać po ósmym kilometrze, zamykam się, przestaję w ogóle patrzeć na Gremlina i biegnę. Okolice znacznika z cyfrą 9 to raz jeszcze siodło pod trasą Poznań-Września. Tu popełniam mój największy błąd podczas tego biegu - na podbiegu skracam krok i nieco zwalniam. A przecież to było raptem kilometr przed metą - trzeba było cisnąć!
![]() |
| Nawet po tętnie widać, że walka była! |
![]() |
| Źródło: endomondo.com |
*Dla niewtajemniczonych: Super Szybko Biegającego Męża
11 maja 2015
O zabetonowanym kwietniu uwag kilka
Nie zgadniecie, co mi się dzisiaj śniło! Otóż śniła mi się moja piękna nowa życiówka. I w tym śnie byłem tak zapalony do przekraczania kolejnych granic, że zaraz po minięciu mety chciałem biec tę dychę jeszcze raz. Ale zanim napiszę słów kilka o tym, co się wczoraj działo w podpoznańskim Swarzędzu, muszę chcę dochować tzw. kronikarskiego obowiązku i pochylić się nad miesiącem minionym, popularnie zwanym kwietniem.
Nie da się ukryć, że najważniejszym wydarzeniem kwietnia było to z niedzieli dwudziestego szóstego. Był tez półmaraton, ale towarzysko (łamane na) treningowo. Z innych kamieni milowych, była też tzw. Trzydziestka (z opakowaniem to wyszło nawet 32K) w wielkanocny poniedziałek. I było jeszcze trzysta dwadzieścia przebiegniętych kilometrów – ponad trzydzieści więcej niż w marcu i o niemal sześćdziesiąt więcej niż w kwietniu (kwietniu bez maratonu) roku ubiegłego.
Wszystko to wygląda – było nie było – całkiem imponująco, choć miesiąc zaczął się tak trochę, jakbym miał zaciągnięty hamulec ręczny. Jego (miesiąca, nie hamulca) pierwszy dzień to było nadrabianie zaległości z marca, czyli zaplanowane pierwotnie na wtorek podbiegi. Zmodyfikowany na prędce plan posypał się już drugiego dnia miesiąca, gdy znowu znany każdemu biegaczowi ciąg niefortunnych zdarzeń sprawił, że buty pozostały tego dnia bezrobotne. Za to przez kolejne pięć dni pracowały na pełnych obrotach. Między innymi w piątkowy wieczór, kiedy to po całym dniu poszczenia wybrałem się na osiemnastokilometrowe rozbieganie. Niezapomniane przeżycie – szczególnie na ostatnich kilometrach! Powoli tradycją staje się też Trzydziestka, która (drugi rok z rzędu) ląduje z wielkanocnej niedzieli na lany poniedziałek. A przez to, oraz przez zaplanowane (i – tym razem – wykonane) 25K, drugi tydzień kwietnia łamie ustawę kominową, przewyższając, ze swoimi dziewięćdziesięcioma pięcioma kilometrami, tygodnie sąsiadujące o co najmniej dwadzieścia kilometrów.
Jak widać pierwsza połowa miesiąca dosyć burzliwa. Druga na szczęście bez zakłóceń.
Oprócz wspomnianej trzydziestki oraz treningu w ramach Półmaratonu Poznańskiego w planie znalazły się również dwusetki (raz na tydzień przez pierwsze trzy tygodnie), dziesięć kilometrów tempa na dziewięć (czy tylko ja zauważam tu pewną niespójność) dni przed maratonem oraz wytrzymałość tempową (5 x 1K) w przedmaratoński wtorek. Oraz oczywiście zaprawa spajająca to wszystko (a propos – tłumaczyłem ostatnio panu Jerzemu Skarżyńskiemu czym się różni beton od zaprawy), czyli pierwszy zakres okraszony czasami kilkoma (zazwyczaj pięcioma) przebieżkami.
Ostatni tydzień, a właściwie ostatnie kilka (konkretnie cztery) dni starego oraz pierwsze kilka (dokładnie trzy) nowego miesiąca to już, że tak użyję języka młodzieży (oczywiście achtejdzisiejszej) luz pełen. Ale co się dziwić!
![]() |
| Źródło: endomondo.com |
![]() |
| Źródło: endomondo.com |
Jak widać pierwsza połowa miesiąca dosyć burzliwa. Druga na szczęście bez zakłóceń.
Oprócz wspomnianej trzydziestki oraz treningu w ramach Półmaratonu Poznańskiego w planie znalazły się również dwusetki (raz na tydzień przez pierwsze trzy tygodnie), dziesięć kilometrów tempa na dziewięć (czy tylko ja zauważam tu pewną niespójność) dni przed maratonem oraz wytrzymałość tempową (5 x 1K) w przedmaratoński wtorek. Oraz oczywiście zaprawa spajająca to wszystko (a propos – tłumaczyłem ostatnio panu Jerzemu Skarżyńskiemu czym się różni beton od zaprawy), czyli pierwszy zakres okraszony czasami kilkoma (zazwyczaj pięcioma) przebieżkami.
![]() |
| Ostatnie akcenty przed maratonem: 10K tempa (cały czas w pierwszym zakresie) |
![]() |
| Oraz 5 x 1K WT (również zadziwiająco niskie tętno) |
Subskrybuj:
Posty (Atom)










