11 maja 2015

O zabetonowanym kwietniu uwag kilka

Nie zgadniecie, co mi się dzisiaj śniło! Otóż śniła mi się moja piękna nowa życiówka. I w tym śnie byłem tak zapalony do przekraczania kolejnych granic, że zaraz po minięciu mety chciałem biec tę dychę jeszcze raz. Ale zanim napiszę słów kilka o tym, co się wczoraj działo w podpoznańskim Swarzędzu, muszę chcę dochować tzw. kronikarskiego obowiązku i pochylić się nad miesiącem minionym, popularnie zwanym kwietniem.
Źródło: endomondo.com
Nie da się ukryć, że najważniejszym wydarzeniem kwietnia było to z niedzieli dwudziestego szóstego. Był tez półmaraton, ale towarzysko (łamane na) treningowo. Z innych kamieni milowych, była też tzw. Trzydziestka (z opakowaniem to wyszło nawet 32K) w wielkanocny poniedziałek. I było jeszcze trzysta dwadzieścia przebiegniętych kilometrów – ponad trzydzieści więcej niż w marcu i o niemal sześćdziesiąt więcej niż w kwietniu (kwietniu bez maratonu) roku ubiegłego.
Źródło: endomondo.com
Wszystko to wygląda – było nie było – całkiem imponująco, choć miesiąc zaczął się tak trochę, jakbym miał zaciągnięty hamulec ręczny. Jego (miesiąca, nie hamulca) pierwszy dzień to było nadrabianie zaległości z marca, czyli zaplanowane pierwotnie na wtorek podbiegi. Zmodyfikowany na prędce plan posypał się już drugiego dnia miesiąca, gdy znowu znany każdemu biegaczowi ciąg niefortunnych zdarzeń sprawił, że buty pozostały tego dnia bezrobotne. Za to przez kolejne pięć dni pracowały na pełnych obrotach. Między innymi w piątkowy wieczór, kiedy to po całym dniu poszczenia wybrałem się na osiemnastokilometrowe rozbieganie. Niezapomniane przeżycie – szczególnie na ostatnich kilometrach! Powoli tradycją staje się też Trzydziestka, która (drugi rok z rzędu) ląduje z wielkanocnej niedzieli na lany poniedziałek. A przez to, oraz przez zaplanowane (i – tym razem – wykonane) 25K, drugi tydzień kwietnia łamie ustawę kominową, przewyższając, ze swoimi dziewięćdziesięcioma pięcioma kilometrami, tygodnie sąsiadujące o co najmniej dwadzieścia kilometrów.
Jak widać pierwsza połowa miesiąca dosyć burzliwa. Druga na szczęście bez zakłóceń.

Oprócz wspomnianej trzydziestki oraz treningu w ramach Półmaratonu Poznańskiego w planie znalazły się również dwusetki (raz na tydzień przez pierwsze trzy tygodnie), dziesięć kilometrów tempa na dziewięć (czy tylko ja zauważam tu pewną niespójność) dni przed maratonem oraz wytrzymałość tempową (5 x 1K) w przedmaratoński wtorek. Oraz oczywiście zaprawa spajająca to wszystko (a propos – tłumaczyłem ostatnio panu Jerzemu Skarżyńskiemu czym się różni beton od zaprawy), czyli pierwszy zakres okraszony czasami kilkoma (zazwyczaj pięcioma) przebieżkami.
Ostatnie akcenty przed maratonem: 10K tempa (cały czas w pierwszym zakresie)
Oraz 5 x 1K WT (również zadziwiająco niskie tętno)
Ostatni tydzień, a właściwie ostatnie kilka (konkretnie cztery) dni starego oraz pierwsze kilka (dokładnie trzy) nowego miesiąca to już, że tak użyję języka młodzieży (oczywiście achtejdzisiejszej) luz pełen. Ale co się dziwić!

6 maja 2015

Halo Panie Jacku: O porównaniach uwag kilka

Halo Panie Jacku!

Dziwna to być może sprawa, ale po lekturze felietonu Pana autorstwa w majowym Runner’s World, doszedłem do wniosku, że wyjątkowo mocno się z Panem nie zgadzam. Mimo, iż również niezbyt bliska jest mi idea, jakoby od wyniku ważniejszy był udział. Oczywiście, bieganie samo w sobie daje mi wiele radości, ale to co mnie nakręca najbardziej, to stawianie sobie nowych wyzwań i pokonywanie kolejnych barier. Niemniej powstanie Rankingu Biegacza jest dla mnie informacją z kategorii tych, które przyjmuję do wiadomości. Nic więcej z nią robić nie zamierzam, a już na pewno nie zarejestruję się w owym rankingu. Owszem są ludzie, od których chciałbym być szybszy (raz jestem, raz nie). Są tacy, których gonię i może kiedyś mi się to uda. Są też tacy, których zapewne nie dogonię już nigdy, a jednak są dla mnie inspiracją. A jednak w głównej mierze porównuję się tylko z jednym biegaczem. Samy sobą z wczoraj, sprzed miesiąca, pół roku, itepe, itede.

Co ciekawe jednak, w kwestii porównywania się i bycia porównywaniem, wystąpiło w moim przypadku ciekawe zjawisko. A wszystko przez to, co się w niedzielę działo w Poznaniu.

Źródło: www.tvn24.pl
Jak Panu zapewne wiadomo, w niedzielę w Poznaniu (między innymi) miała miejsce druga edycja Wings for Life. Biec nie miałem w planie, ale o kibicowaniu również nie myślałem. Akurat w majowy weekend na pierwszym miejscu stały sprawy rodzinne. I właśnie zajmując się sprawami rodzinnymi, konkretnie odwożąc rodzinkę na dworzec, natknąłem się na skrzyżowanie z niedziałającą sygnalizacją, za to zaopatrzone w policjanta kierującego ruchem. I gdy zobaczyłem faceta w jaskrawej koszulce i krótkich gaciach, biegnącego dodatkowo ulicą, wiedziałem już co się dzieje i gdzie jesteśmy. W sumie to miałem szczęście, bo trafiłem na taki moment, że przez chwilę mogłem jechać równolegle d biegnących i nieco ich wesprzeć werbalnie. Osobistego i imiennego wsparcia udało mi się udzielić Bartkowi Olszewskiemu (powiedzmy, że znamy się z Internetów, choć raz dane nam tez było spotkać się osobiście). Wchłonąłem na szybko nieco atmosfery biegu i nawet nie zirytowało mnie, że zamiast na dworzec, musiałem rodzinę wywieźć aż do Kórnika, gdzie dopiero wsieli do autobusu (swoją drogą ciekawe jakbym zareagował, gdyby przymusowa wycieczka za miasto była spowodowana, na ten przykład, strajkiem powiedzmy pracowników kolei).

Po powrocie do domu, przy zastosowaniu szeroko rozumianych mediów, a konkretnie telewizji oraz Internetu (głownie Twarzaka) zacząłem śledzić, co też się dzieje na trasie. I zasadniczo zbierałem szczękę z podłogi (choć jak wiadomo, zbierać to mógłbym co najwyżej żuchwę), patrząc co ten Bartek wyrabia. Czas leciał, a on biegł i biegł, i biegł... i biegł... Około godziny 17:30 (czyli biegł już 4,5 h) miał już w nogach około 67 km. Sam już miałem ochotę pójść pobiegać (tylko że ja miałem w planach marne dziesięć kilometrów), ale on ciągle biegł. A nie chciałem Bartka tak po prostu zostawić (tak naprawdę to się emocjonowałem i z całego serca mu kibicowałem). W końcu jednak pękłem i wyszedłem. Uprosiłem jeszcze znajomych, żeby mi przysłali esemesa gdy Bartek dobiegnie. Wiadomość dogoniła mnie jakiś kilometr od domu: 73,4 km. Szóste miejsce na świecie! A na drugi dzień prawdopodobnie wszyscy o tym mówili. Nawet MONBŻ, która owszem biega, ale w życiu biegowego światka to raczej udziału nie bierze, wiedziała kim jest Warszawski Biegacz.

Tylko dlaczego ja o tym wszystkim piszę? Otóż dlatego, że chciałbym poruszyć niecodzienny aspekt porównywania. Rozchodzi się o to, że choć wszyscy (albo prawie wszyscy) zwracają się do mnie per. Bartek, moje pełne imię (co też tajemnicą nie jest) to Bartłomiej. I jestem uczulony, autentycznie uczulony, na to, gdy ktoś zwraca się do mnie lub mówi do mnie używając imienia Bartosz. Rozumiem, gdy ktoś znając mnie jako Bartka, po prostu łączy zdrobnienie z imieniem właściwym. To znaczy nie rozumiem, ale wybaczam. Ale gdy dzwoni do mnie pan z banku którego jestem klientem (więc zakładam, że ma moje dane przed oczyma) i pyta czy rozmawia z panem Bartoszem, krew mnie zalewa i mam ochotę zakończyć rozmowę w mało dżentelmeński sposób.
Jednak gdyby niedzielę, jak i w poniedziałek, ktoś mnie nazwał Bartoszem, prawdopodobnie bym go wyściskał (choć gwarancji też nie dam – na pewno walczyły be ze sobą dwa skrajne rodzaje emocji).

I tak to właśnie czasem bywa z tym porównywanie się – ważne by równać do góry!

Łącze tradycyjne pozdrowienia od CMcMH
Bartek M.

3 maja 2015

O Maratonie Wdzięczności Narodowej uwag kilka

Znacie ten dowcip o Kaszubie, krakusie, warszawiaku i złotej rybce? Jeśli nie, to ode mnie go nie usłyszycie (ani tu nie przeczytacie), bo powiela pewne stereotypy, których nigdy nie podzielałem. A od zeszłej niedzieli na warszawiaków złego słowa powiedzieć nie dam. A wszystko przez Orlen Warsaw Marathon.

Maraton Paliwowy, jak czasem jest nazywany, pojawił się znikąd dwa lata temu. Decyzję o starcie w danym maratonie podejmuję zazwyczaj z dużym wyprzedzeniem, ale podówczas nawet popełniłem posta, dlaczego nie pobiegnę w pierwszej edycji. W zeszłym roku również było nam nie po drodze. Ale w tym postanowiliśmy (a właściwie ja postanowiłem) się spotkać i 26 kwietnia roku bieżącego stanąłem na starcie tego, zdaje się, już największego maratonu w Polsce.
I przyznać trzeba, że rozmach zachwycał, choć nie to zaprzątało głównie moją głowę. Po różnych doświadczeniach z lat ubiegłych, postanowiłem przede wszystkim dobrze się ustawić. Jak najwcześniej (ale też bez przesady) udałem się zatem do przypisanej mi strefy startowej, gdzie oczekiwałem na godzinę W. A ta nastąpiła o dziewiątej minut trzydzieści. Ruszyliśmy!

Na pierwszych metrach dosyć tłoczno. Było to jednak małe zaskoczenie. Mimo, że ochrona z dużym zaangażowaniem pilnowała, aby każdy znalazł się w przypisanej mu strefie (aż do przesady - słyszałem relację biegacza, który chciał pobiec wolniej niż jego życiówka, a nie pozwolono mu wejść do tej wolniejszej strefy), więc przede mną powinni stać niemal wyłącznie biegacze z dwójką na początku rekordu życiowego, musiałem sporo wyprzedzać. Wyprzedziłem m.in. (choć to jednak oddzielna kategoria) tak zwanego Bosego Biegacza, który z rozbrajającym uśmiechem chwalił się wszystkim dookoła, że biegnie na sześć godzin (to po kiego diabła ustawia się razem z czołówką?). Jak już wyprzedziłem tych, których miałem wyprzedzić, zaczął się podbieg na Moście Świętokrzyskim. I tak minął mi pierwszy kilometr - nieco wolniej niż zakładała strategia, a przewidywała tempo 4:27/km przez pierwsze dziesięć kilometrów. Zresztą jeszcze długo nie udawało mi się wejść na zaplanowane obroty.
Piąty kilometr. Jeszcze przez jakiś czas będę miał siły na uśmiech.
Gdy dotarliśmy do kolejnego, znacznie dłuższego i znacznie bardziej stromego podbiegu (na szczęście również ostatniego z taką charakterystyką) coś zaczęło mi się nie zgadzać. Podbieg się kończył a tu dopiero osiem i pół kilometra w nogach. Miał się kończyć w okolicach dziesiątego kilometra, gdzie pierwszy żel mieli mi podać Hania i Staszek (czyli mąż Hani). I Hania i Staszek, tak jak się umówiliśmy, przed zakrętem czekają. No nic, pomyślałem, może coś pokręciłem. Zawsze lepiej wziąć żel za wcześnie, niż za późno. Ale drugiego punktu odżywiania też o mało co nie przegapiłem. W okolicach dwudziestego kilometra miała czekać na mnie Emilia, która mieszka w okolicy i tam dopingowała maratończyków. I czekała, tylko że jakiś kilometr, półtora wcześniej. Na szczęście to ona mnie zauważyła i dała znać o swojej obecności. O co w tym wszystkim chodzi, zachodziłem w głowę. Odpowiedź znalazłem na kolejnych znacznikach kilometrów, obok których na asfalcie były oznaczenia dokładnie o jedne niższe. Najwyraźniej grafik poprawiając mapę z poprzedniej edycji nie przesunął znaczników kilometrów. Niby niewielka pomyłka, niemniej mogła (a może była) brzemienna w skutkach.

Ale wróćmy do tego, jak mnie się biegło. Tak jak wspomniałem, długo nie mogłem wskoczyć w założone tempo. Praktycznie do piętnastego kilometra byłem o kilka sekund na każdym kilometrze w plecy. Na dziesiątym zameldowałem się po czterdziestu pięciu minutach (równo), na piętnastym po sześćdziesięciu siedmiu i pół minucie. Później wreszcie udało mi się nieco dokręcić śruby i na półmetku miałem już zaledwie kilkanaście sekund straty w stosunku do planu. Ale niedługo później zaczęły się moje kłopoty - pojawiła się kolka. Niby niewielka, ale dyskomfort był. Mimo, że znowu nieco zwolniłem, walczyłem jednak dzielnie. Mniej więcej na tym odcinku trasy otrzymałem też kubek wody od jednego z najbardziej rozpoznawalnych maratończyków-amatorów, czyli od redaktora Lisa, który zorganizował prywatny punkt nawadniania. Zresztą kilka kilometrów dalej przyszło mi być dopingowałem przez tri-polityka czyli Wojciecha Olejniczaka. Same sławy, a ja wśród nich...

Nie pamiętam już dokładnie, w którym momencie kolka odpuściła. Ja jednak nie odpuszczałem - pilnowałem tempa i zacząłem wypatrywać Hani i Staszka. Tym razem czekali nie tylko tam, gdzie się umówiliśmy, ale i kilometr trasy się zgadzał - trzydziesty. Podobno wyglądałem nieciekawie, choć akurat wtedy biegło mi się całkiem nieźle (jeszcze). Kolejny, już ostatni, żel Hania i Staszek podali mi na trzydziestym piątym kilometrze. Jak twierdzą, wyglądałem lepiej niż dwadzieścia dwie minuty wcześniej, ale biegło już mi się ciężko. Kawałek dalej dopadł mnie (niemal dosłownie) człowiek z fletem, czyli Krasus i sprzedał porządnego mentalnego kopa (dał też kawałek batona Chia Charge). Kurczę, gdy stał dwa kilometry przed metą, chyba bym do niej pofrunął. Co ciekawe zapytał też jak jest. Nie tyle pytanie było ciekawe, co moja odpowiedź. Odparłem, że ciężko, ale dobrze (tak było - walczyłem, ale tempo było jak trzeba). I tak sobie teraz myślę, że jest to w pewnym sensie najkrótsze ujęcie piękna maratonu - zwłaszcza w okolicy trzydziestego piątego kilometra.
Widać po minie, która to dycha. Później było gorzej - na szczęście tylko z miną...
Jakiś kilometr za Krasusem spotkałem innego Marcina (który, jak się domyślam, zmierzał ku temu pierwszemu), a potem zaczęła się prawdziwa walka. Zauważyłem w pewnym momencie całkiem mocny spadek tempa, więc zwiększyłem obroty. Wróciłem na właściwe, a czułem się tak samo źle jak przy tym wolniejszym. Jak myślicie, jakie wnioski wysnułem? Na trzydziestym ósmym zaczęła mi ciążyć czapka z daszkiem. Zachowałem chyba jednak resztki tzw. skrupułów, bo żal mi jej było i nie wyrzuciłem jej gdzie bądź. Ale gdy po raz kolejny przebiegałem przez Most Świętokrzyski i dopadł mnie Staszek na rowerze, czapka w trybie ekspresowym poleciała w jego kierunku. To go na chwilę zatrzymało, niemniej za chwil kilka znowu był obok i w niezbyt parlamentarnych słowach przekazał mi co mam robić i dlaczego tak szybko. Czułem się akurat tak, że miałem ochotę odpowiedzieć mu w równie nieparlamentarnych słowach, że ma się oddalić, ale stwierdziłem, że jednak lepiej będzie te resztki energii spożytkować na to, do czego z takim zaangażowaniem mnie zachęcał. Minąłem to, co jeszcze trzy godziny wcześniej było linią startu i ostatnia prosta. Matko jaka ona długa. Myślałem, że nigdy się nie skończy. Na pewno każdemu choć raz śniło się, że biegnie, ale stoi w miejscu - tak się właśnie czułem. Dobrze, że chociaż głośno było - im bliżej tej cholernej (pardon) mety tym głośniej. Jeszcze ostatnie słowa zachęty od stojącej za barierką Hani, ostatni wysiłek, ostatnie metry i upragniony po dwakroć cel - linia mety i piękna nowa życiówka na dystansie czterdziestu dwu kilometrów i stu dziewięćdziesięciu pięciu metrów - 3:06:50! I o ile jakieś cztery kilometry wcześniej pomyślałem, że nie widzę siebie łamiącego jesienią trzy godziny, za metą optymizm jakby powrócił.
Źródło: endomondo.com
Ale gdybym miał znaleźć jedno słowo, które by najlepiej opisywało wydarzenia tego dnia, tym słowem byłaby wdzięczność! Nie mogę zatem, choć kojarzy mi się to z drętwymi przemowami, nie podziękować tym wszystkim, bez których ten dzień nie okazał się tak niesamowity (nie tylko z uwagi na uzyskany wynik). Wielkie dzięki przede wszystkim dla Hani i Staszka, którzy nie tylko wspierali mnie na trasie, ale dali dach nad głową na przedmaratońską noc oraz ugościli naprawdę po królewsku. Dziękuję Emilii i Krasusowi, którzy również wsparli mnie na trasie (i sami to wsparcie zaproponowali). Dziękuję Blogaczom, którzy jak zawsze rozgrzewali Twarzaka do czerwoności, Dziękuję wszystkim znajomym i nieznajomym, którzy mnie wspierali dobrym słowem, kubkiem wody, czy po prostu uśmiechem. Dziękuję wszystkim, którzy pamiętali o mnie tego dnia, dając lub nie dając temu wyraz. Podziękowania należą się również Trenejro, który tak ładnie mnie przygotował oraz Trzem Kobietom Mojego Życia (a zwłaszcza MONBŻ), które tak dzielnie znoszą moje maratońskie fanaberie! A jeśli o kimś zapomniałem - to też dziękuję!
Garść statystyk...

Niby to całe bieganie to sport indywidualny. A tak bardzo wcale nie (sic!).

24 kwietnia 2015

Jak wyszedłem na miasto napić się ze znajomymi uwag kilka

Dobra, ja wszystko rozumiem. Że pilna (pilna, bo nie zabrałem się za nią odpowiednio wcześnie) praca do skończenia, że przedmaratońska gorączka i że w ogóle. Ale najważniejsze wydarzenie sezonu wiosennego za dwa dni, a ja wciąż nie przelałem w wirtualną rzeczywistość internetu swoich wrażeń z poznańskiej połówki. A zatem tak w telegraficznym skrócie.

O treningu z zawodami, a właściwie o zawodach z otoczką już raz pisałem. Teraz miało być podobnie, tylko że trochę inaczej. Zawody - jak to półmaraton - obejmowały dystans 21,097 km. Ja natomiast miałem na ten dzień w planie trening, który na swoje potrzeby nazywam BCzET-em, czyli Biegiem Ciągłym z Elementami Tempa. W sumie dwadzieścia pięć kilometrów, w tym:
- 4 km OWB1,
- 2 km w tempie 4:20-4:25/km,
- 2 km OWB1,
- 10 km tempa 4:30-4:35/km,
- 2 km OWB1,
- 3 km w tempie 4:20-4:25/km,
- 2 km OWB1.
Tak to wyglądało w planie. Trenejro zalecił by dodatkowe kilometry podzielić i przebiec trochę przed, a trochę po samym półmaratonie, ale wyszło mi z obliczeń, że po przekroczeniu mety nie będzie za bardzo jak biec. Całość zaplanowałem więc tak by na starcie półmaratonu mieć już te dodatkowe około czterech kilometrów w nogach. Założyłem również, że ostatni odcinek nie będzie miał dokładnie dwóch tysięcy metrów. Policzyłem także skąd i o której muszę ruszyć, aby linię startu przekroczyć jako jeden z ostatnich uczestników biegu - tak by nie musieć zbyt gwałtownie hamować w tłumie (tym bardziej, że za linią startu to powinienem akurat przyspieszyć). I tak, gdy wszyscy zmierzali na linię startu, ja również tam wyruszyłem, tylko że drugim brzegiem Malty.
Znajdź różnicę w stosunku do oficjalnej trasy półmaratonu ;-)
Jak zwykle zacząłem od trzech minut truchtu - zawsze dopisuję ten element do wpisanego w plan treningu. Ale chyba udzieliły mi się startowe emocje, bo serce nijak w zakresie przypisanym do truchtu utrzymać się nie chciało. Po stu osiemdziesięciu sekundach przeszedłem (właściwie powinno być przebiegłem) do czterech kilometrów pierwszego zakresu i był to najcięższy odcinek tego biegu. Nie dość, że biegłem sam (niby jestem przyzwyczajony, ale jednak wiecie - atmosfera) to jeszcze po tej stronie jeziora wiało, jak nie przymierzając (wedle ludowego porzekadła) tam, gdzie mieszka Damian. Ale za to udało mi się wprawić w zdziwienie wolontariuszki, które przygotowywały punk odżywiania zaplanowany na dziewiętnastym kilometrze trasy i pytały się nawzajem (na mój widok), czy start aby nie był o dziesiątej (a było już z pięć po). Na linię startu dotarłem niemal idealnie wg obliczeń. Zdaje się, że przekroczyłem ją jako przedostatni. I tu zaczęły się moje kłopoty.

Spokojnie, spokojnie, nie było tak źle. Po prostu - co było do przewidzenia, a jednak dało mi to nieźle w kość - musiałem sporo (naprawdę sporo) wyprzedzać. A na trasie było, że tak to ładnie określę, dosyć gęsto. Tak, że nawet na poboczach i trawnikach było momentami ciasno. Na szczęście udawało się jakoś założone tempo utrzymać. Jakim kosztem się udawało, można zaobserwować na wykresie tętna. Ekonomika biegu nie stała na najwyższym poziomie - nie ma co ukrywać.
Tętno tylko raz weszło w trzeci zakres. Chociaż w ogóle nie powinno...
Po przejściu do kolejnego odcinka jedynki nadal wyprzedzałem. W rytm biegu peletonu wszedłem (wbiegłem) gdzieś w okolicach dziesiątego kilometra trasy, czyli na początku dziesięciokilometrowego odcinka tempa. A wtedy zaczęła się zabawa. Od dawna, naprawdę od dawna nie dane mi było aż tak bardzo cieszyć się atmosferom tej rozrywki dla mas, jaką jest bieg uliczny na dystansie półmaratonu. Owszem, pilnowałem tempa, ale było ono zasadniczo komfortowe, mogłem więc chłonąć atmosferę na całego. Czerpać pełnymi garściami. A że tresa tego odcinka prowadziła przez Rataje, gdzie mieszkają prawdopodobnie najlepsi kibice biegania w Poznaniu, więc czerpałem. Niczym się nie przejmując, po prostu biegłem. I tak biegłem i biegłem, i biegłem. Potem zwolniłem, bo znowu jedyneczka, i tak się dziwiłem, że w sumie to mało osób mnie wyprzedza. A potem znowu przyspieszyłem i znowu ja wyprzedzałem. A że ostatnie kilometry po raz kolejny pokonywałem w pierwszym zakresie (znowu, o dziwo, jakoś nie byłem wymijany jak przysłowiowa furmanka), czyli w pełni komfortowo, wspierałem mentalnie tych, którym na tych ostatnich metrach było ciężko. Nawet ze dwie osoby postraszyłem, że jeśli nie będą na mecie przede mną, to wypije im piwo. I chyba po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy na zdjęciach z finiszu nie mam mojej autorskiej miny pt. Jak rzygać, to z dobrym wynikiem. A przed przekroczeniem mety jeszcze zrobiłem sobie dziesięć pĄpasków. Taki miałem humor!
pĄpasy jeszcze na trasie (foto: Sandra Afek Photography)
I wiecie, co Wam powiem (napiszę)? Od dziś, jeśli tylko w tym czasie będę w Poznaniu, tutejszej połówki nie odpuszczam. Jeśli nie będę mógł biec po rekord, pobiegnę treningowo. A jak dwadzieścia jeden kilometrów to będzie dla mnie za dużo, jak na dany dzień, pobiegnę mniej i zejdę z trasy. I gorąco każdemu polecam - raz na jakiś czas start na pół gwizdka. Dla zabawy. Dla atmosfery. Dla zdrowia - fizycznego i psychicznego.

Za to za dwa dni, bieg jak życie - Na pełnej petardzie!

13 kwietnia 2015

Kwestionariusz Blogacza - Słoik Medialny

Ostatnio liczyliśmy Matki-Blogaczki. Dziś policzmy ma, ma, ma... Marcinów. Trudno nie będzie - był jeden. Marcinów-Ka liczyć nie będziemy, bo siłą rzeczy też mógł być co najwyżej jeden. Dziś będzie drugi - zarówno Marcin, jak i Marcin-Ka. Konkretnie Marcin Kargol, czyli autor bloga Don't stop me now!
Marcin jest człowiekiem mediów (kiedyś w radiu, teraz w telewizji) oraz, jak sam o sobie mówi, Słoikiem Roku (domyślacie się, gdzie obecnie mieszka?). Więcej o nim dowiecie się z (nie da się ukryć) rozbudowanych odpowiedzi na dobrze już znane pytania.


Na początek, jak zawsze zresztą, przypomnę zasady:
Odpowiedz na każde pytanie. Staraj się nie analizować, lecz – jeśli to możliwe – odpowiadać intuicyjnie. Gdy odpowiesz na wszystkie pytania, możesz (ale nie musisz) dopisać do listy kolejne pytanie, na które będą odpowiadać przyszli uczestnicy zabawy.
1. Jaki jest Twój ulubiony dystans?
Kiedyś powiedziałbym, że moim ulubionym dystansem jest bieg na 15 kilometrów. Z jednej strony jest to fajne, szybkie bieganie, a z drugiej pozwala wpleść jakiś element taktyki. Teraz, kiedy moje asfaltowe starty są ograniczone do wielkiego minimum, ulubionym dystansem jest bieg na 25 kilometrów na orientację. Ilekroć pojawiam się na starcie takiego biegu, zawsze wracam do domu z pucharem lub dyplomem za zajęcie jakiegoś miejsca na podium – tego się nie da nie lubić :-)
2. Jaki jest Twój ulubiony rodzaj treningu?
Ciężko mi powiedzieć, jaki jest mój ulubiony rodzaj treningu. Jeśli dana jednostka treningowa wyglądała tak, jak miała wyglądać, to nie ma powodu, aby być niezadowolonym, niezależnie od tego, czy były to podbiegi czy interwały. Niemniej jednak, jeśli musiałbym już coś wybrać, to powiedziałbym, że najulubieńszym rodzajem treningu są długie wybiegania w jakichś fajnych okolicznościach przyrody i w równie fajnym towarzystwie. Jako przykład mogę podać spotkanie, do którego doszło w przedświąteczną sobotę. Ja i Radek Mękal, czyli biegaczpolski.pl. Spotkanie o 6 rano w Puszczy Kampinoskiej i 25 kilometrów wspólnego biegu. Miodzio!
3. Co Cię motywuje do wyjścia na trening?
W ostatnich miesiącach z motywacją było ciężko. Pogoda skutecznie mnie zniechęcała do wszystkiego i nie ukrywam, że wychodziłem na trening głównie z musu, a mniej z przyjemności. Teraz na szczęście się to zmienia. Dzień budzi się wcześnie, słońce zachodzi późno, temperatura powietrza rośnie – to już samo w sobie jest wielką motywacją. Oczywiście są też inne elementy motywacyjne – jednym z nich są nadchodzące zawody i chęć zajmowania jak najwyższych miejsc.
4. Twoje pierwsze zawody?
O ile mnie pamięć nie myli, to było to jedne z pierwszych Grand Prix Poznania nad Jeziorem Rusałka w roku 2010. Pięć kilometrów po trzech miesiącach biegania. Zima, śnieg, mróz, a ja w krótkich spodenkach, bo wówczas nawet nie wiedziałem, że moja przygoda z bieganiem potrwa dłużej, niż do zbliżającego się półmaratonu w Poznaniu, a co za tym idzie nie inwestowałem zbyt mocno w sprzęt. Dodam, że tamtą piątkę ukończyłem w jakieś 24 minuty.
5. Wymarzony start w imprezie biegowej?
Chyba nie mam takiego megawymarzonego startu. Raczej są to starty na zasadzie fajnie by było… Fajnie by było przebiec Ultra Trail du Mont Blanc. Fajnie by było pobiec w Midnight Sun Marathon. Fajnie by było wystartować w jakichś zawodach na którejś z hiszpańskich wysp. Wszystko przede mną :-)
6. Jaka jest Twoja ulubiona książka o bieganiu?
Nie mam jednej ulubionej książki. Lubię wracać do kilku pozycji. Trzy mądre małpy Łukasza Grassa są jedną z takich pozycji. Może nie są stricte o bieganiu, ale mogą pomóc w uporządkowaniu pewnych spraw w życiu sportowca. Bez ograniczeń Crissie Wellington. Lektura z kategorii must read. Potężna dawka motywacji. Do tego dorzucę jeszcze 14 minut, książkę o Alberto Salazarze, świetnym biegaczu i jeszcze lepszym trenerze, którego przeżycia i doświadczenia również mogą dać nam odpowiedzi na wiele pytań.
7. Dlaczego biegasz?
Bo mogę! Choć ta odpowiedź pewnie padała już nie raz. To jest bardzo trudne pytanie. Najpierw biegałem po to, aby przestać myśleć. Aby uwolnić umysł i skupić się na czymś innym niż wydarzenia dookoła mnie. Później biegałem, bo porwała mnie magia cyferek, liczb, życiówek, zawodów. A teraz biegam, bo nie wyobrażam sobie, abym mógł tego nie robić. To jest patos, wiem o tym. Lecz nie umiem ująć tego inaczej. Serce by mi pękło na pół, gdybym nie mógł poprzedzierać się przez krzaki na zawodach na orientację, gdybym miał nie poczuć zmęczenia, które ogarnia cię na ostatnich kilometrach zawodów; gdybym miał nie poczuć stanu, kiedy brakuje ci oddechu po wykonaniu ostatniego, dwustumetrowego podbiegu… Poza tym bieganie potrafi przynieść wymierne korzyści: dzięki niemu, 222 metry pod ziemią w kopalni soli w Bochni podczas słynnego biegu poznałem swoją narzeczoną :-)
8. Dlaczego blogujesz?
Bo lubię pisać. To po pierwsze. Lubię bawić się słowem, przelewać na papier swoje myśli i przekazywać je ludziom. Drugą, bardzo ważną sprawą jest to, że dzięki blogowaniu poznałem dziesiątki niesamowitych osób. Nie będę teraz wymieniał każdego z osobna, bo bałbym się, że kogoś bym pominął. Niemniej jednak na mojej drodze pojawiło się (i ciągle jest obecnych) wiele fantastycznych postaci, które w sporej części miały i mają ogromny wpływ na moje życie. Taki efekt motyla – gdybym na początku 2012 roku nie podjął decyzji o blogowaniu, na pewno nie znalazłbym się w tym miejscu, w którym jestem teraz.
9. Jeśli nie bieganie, to?
Nie umiem znaleźć alternatywy. Przynajmniej, jeśliby interpretować to pytanie na zasadzie: koniec z bieganiem i co dalej? Na co dzień jednak nie ograniczam się tylko do biegowego trybu życia. Dawno, dawno temu, mniej więcej 10-12 lat temu, z powodzeniem grałem w piłkę nożną. Później długo nie robiłem nic. Później przyszło bieganie, a razem z nim inne aktywności, które sprawiają mi sporo przyjemności. Tą największą jest chyba gra w squasha.
10. Co uznajesz za swoje największe sportowe osiągnięcie?
Kolejne trudne pytanie. Osiągnięcie jest pojęciem bardzo względnym. Patrząc w pełni subiektywnie, to na pierwszy miejscu wymieniłbym pierwsze 9 miesięcy roku 2012, które były bardzo solidnie opisywane na blogu. Myślę, że co niektórzy pamiętają jeszcze Misję: Bieg Siedmiu Dolin. Przygotowanie się do 100-kilometrowego biegu, przebiegnięcie po drodze w dobrym zdrowiu i fajnym czasie Biegu Rzeźnika, Maratonu Gór Stołowych i Maratonu Karkonoskiego, a następnie ukończenie z uśmiechem na twarzy i bez najmniejszego kryzysu Biegu Siedmiu Dolin, uważam za moje małe, duże osiągnięcie. Z kategorii wynikowych natomiast, cieszę się za każdym razem, kiedy mam okazję stanąć na pudle na zawodach na orientację. Najmilej wspominam zaskakujące 3. miejsce na Harpaganie-45 na dystansie 50 kilometrów i zwycięstwo na 30-kilometrowej trasie Rajdu Konwalii w 2014 roku.
11. Co byś zmienił, gdybyś jeszcze raz zaczynał swoją przygodę z bieganiem?
Tylko jedna odpowiedź ciśnie mi się na usta: nie pobiegłbym maratonu 9 miesięcy po tym, kiedy wyszedłem na pierwszy trening. Myślę, że niezbyt dobre przygotowanie sprawiło, że nie mogłem cieszyć się pierwszym maratonem w życiu tak, jak chciałbym się nim cieszyć.
12. W jakim miejscu na świecie najbardziej marzy Ci się pobiegać?
Nie ma takiego miejsca. Najważniejsze dla mnie jest to, żeby cieszyć się bieganiem i móc to robić każdego dnia.

Pytanie od Kargola:
13. Najbardziej niesamowita sytuacja, jaka spotkała Cię w trakcie treningu lub zawodów?

I jeszcze dedykacja muzyczna -Ostatnio zasłuchuję się tym kawałkiem. Kiedy człowiek jest daleko od domu, grają mu w duszy różne rzeczy. Każdy z nas ma takie swoje Bieszczady. A nawet jeśli nie ma, to jest to po prostu fajna piosenka, śpiewana przez fajnego człowieka :-)



Muszę szczerze przyznać, że pod wieloma wypowiedziami Marcina mam ochotę podpisać się obiema rękami - szczególnie pod wyborem poetyczno-muzycznym!
A jeśli są dodatkowe zapytania do naszego Bohatera, można zaryzykować. Równie rozbudowane wypowiedzi ;-)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...