Przede wszystkim muszę (a raczej chcę) pogratulować Panu jubileuszu! Pięćdziesiąt felietonów to jest coś. Fiu fiu, jakby powiedział Wróbel Ćwirek. Pierwszą moją myślą było by życzyć Panu kolejnych pięćdziesięciu. Ale to mogłoby zostać w dwójnasób interpretowane. Niczym najpopularniejsza polska piosenka śpiewana jubilatom. W interpretacji mojej Córki Starszej mówi ona mniej więcej tyle, że gdy skończę sto lat, to umrę. I już mnie nie będzie. Na nic zdają się tłumaczenia, że planuję pobić rekord świata w maratonie w kategorii wiekowej 100+. Zatem pozwolę sobie życzyć Panu co najmniej tylu pomysłów na tekst, co tekstów do napisania.
Tak w ogóle, to gdy w trakcie długiego weekendu do kiosków i salonów prasowych - a także delikatesów spożywczych, bo zazwyczaj tam (konkretnej nazwy nie podam, ale pozwolę sobie wspomnieć, że w Poznaniu jest bieg organizowany przez ową sieć) zaopatruję się w połowę dostępnych na polskim rynku wydawniczym periodyków dla biegaczy - trafił najnowszy numer RW, poprosiłem Moją Od Niedawna Biegającą Żonę, by go dla mnie nabyła (akurat wybrała się do miasta do księgarni). MONBŻ po powrocie do domu zapytała po co ja w ogóle tą gazetę (miesięcznik w zasadzie, ale kto tak mówi w normalnej rozmowie?) kupuję. Że to niby niczym czasopisma dla matek w ciąży - w kółko o tym samym. Być może - odparłem - ale co miesiąc jest zupełnie nowy felieton Pana Jacka. Drogi ten felieton – skonkludowała MONBŻ.
![]() |
Praca w domu pozwala zaoszczedzić czas... który mozna poświęcić na bieganie (źródło: dilbert.com) |
Wykonywanie zadań pracownika terenowego ma jednakże swoje zalety (ale i wady, jak wszystko - a może, jak mawiał mój wykładowca od materiałów budowlanych, zady i walety), również pod kątem bycia biegaczem-amatorem. Szczególnie jeśli ów teren jest (lub bywa) na tyle rozległy, ze przytrafia się nocować poza domem. Domyślam się, że Pan, jako artysta estradowy, domyśla się już do czego zmierzam. Pewnie, że lepiej spać we własnym łóżku, ale skoro już i tak czasu nie wypełnionego pracą nie da się spędzić z najbliższymi, to można poświęcić go na bieganie. A i nowe ścieżki (niekoniecznie te wybudowane ze środków miłościwie
Do pracy zatem nie biegam. Do szkoły też nie biegałem. Nawet nie dlatego że, choć było to relatywnie niedawno, mało kto (albo nikt) by te kilkanaście (w porywach do dwudziestu kilku) lat temu mógł w ogóle o tym pomyśleć. Zupełnie tak jak z tą pracą. Albo miałem za blisko albo za daleko. Do podstawówki miałem około osiemset metrów, więc i tak wszyscy chodzili pieszo. Do liceum dojeżdżałem autobusem (tzw. Bryką, nie mylić z pekaesem) na trasie liczącej bądź to około dziesięciu, bądź siedemnastu kilometrów (ta rozbieżność to temat na oddzielne opowiadanie). Na studiach za to musiałem jedynie przejść przez jezdnie. Ale za to, będąc dzieckiem w podstawówce (a miałem wówczas pierwsze symptomy mojego dzisiejszego hobby) nie musiałem przejmować tym, że mogę być postrzegany jako dziwak. Wynikało to trochę z tego, że i tak byłem tak postrzegany (powiedzmy, że byłem dzieckiem nieco innym niż moi rówieśnicy), a trochę ze specyfiki miejscowości, w której się wychowywałem. Chociaż raz, gdy zapuściłem się w okoliczne wioski, jakieś dziecko wybiegło za mną z wiejskiej zagrody, niczym za wozem cyrkowym.
Co ciekawe, gdy ktoś w internetach pisze, że ma za blisko z domu do pracy na biegowy trening, zwykłem zauważać, że nikt nikomu nie każe biec najkrótszą drogą. Tylko jak tu kluczyć na drodze do zaparkowanego niemal pod samymi drzwiami samochodu. No niby można, ale trzeba jeszcze wziąć prysznic i coś zjeść. Czyli wrócić do domu.
Łącze tradycyjne pozdrowienia od CMcMH
Bartek M.