8 listopada 2015

O dwóch miesiącach ciężkiej pracy uwag kilka

Tak, to były dwa miesiące naprawdę ciężkiej pracy. Z tym że praca pracy nie równa i pod kątem biegania wrzesień oraz październik wyglądały diametralnie różnie.
Źródło: endomondo.com
Wrzesień, był już niby miesiącem pewnego luzowania (przynajmniej pod kątem kilometrażu - wiadomo, tappering). Nabiegałem podówczas 286 km - o całe osiemdziesiąt pięć mniej niż w sierpniu i o dwadzieścia osiem mniej niż w lipcu (ale już o szesnaście więcej niż we wrześniu zeszłego roku). Ale trochę działo, nie powiem. Były przecież dwa starty - całkowicie nieudana połówka w Zielonej i super udana sztafeta w Warszawie (z tej wciąż jestem winien kilka słów relacji). Ale był też drugi zakres i podbiegi. Były biegi tempowe krótkie (te na dwa okrążenia - w moim przypadku wirtualne - stadionu lekkoatletycznego), były też i długie (te na dwa-ka). Były nawet moje ukochane (tak, to ironia - nienawidzę tego treningu) dwusetki. Że o klasyku, czyli pierwszym zakresie nie wspomnę - w czymś przecież trzeba było poupychać te wszystkie opisane powyżej rodzynki. I to wszystko w zaledwie osiemnaście (z trzydziestu) dni, gdy wychodziłem biegać. Trzeba przyznać (nieskromnie oczywiście), że w dzienniczku biegowym wygląda to całkiem przyzwoicie.
Źródło: endomondo.com
I wtedy przyszedł październik. Czas na naprawdę ostatnie szlify. Na początek moje ukochane (przypominam - ironia) dwusetki. Bolało, ale - jak to mówią - cuda dzieją się przecież poza strefą komfortu. W przedmaratoński weekend był jeszcze drugi zakres - też zakończony dwusetkami (na szczęście tylko pięcioma). Potem niby już coraz mniej, ale przecież najcięższy trening w cyklu przygotowań do maratonu to pierwszy trening w tygodniu maratońskim. Niby tylko dyszka - ale na rezerwie paliwa. Żadne dwusetki i żadne trzydziestki tak bardzo nie dają w kość. Ale (z drugiej strony) warto trochę pocierpieć, by w następnych dniach mieć tyle dobrego (ja to nazywam wtórnym masochizmem - kiedyś opowiem Wam jak ukułem to określenie). Najpierw wyżerka na całego, a potem to na co czekałem od pół roku. Maraton.
A po maratonie? Po maratonie też była bardzo ciężka praca. Tyle że, jak już napomknąłem w poprzednim poście, nijak z bieganiem nie związana, a przez swoją intensywność wręcz bieganie uniemożliwiająca. Tak więc październik zamknąłem pięcioma treningami i jednym startem, w wyniku czego przebiegłem okrągłe sto cztery kilometry. Jest tu jednak pewna prawidłowość, bo w październiku 2014 przebiegłem ich sto jeden, a dwa lata temu (tu poszalałem) sto trzydzieści sześć.
Źródło: endomondo.com
Dobra wiadomość jest taka, że w wigilię święta zmarłych (nie mylić z 1 listopada) rozpocząłem proces powrotu do świata żywych.

31 października 2015

O przepracowaniu rozbiegania uwag kilka

Od maratonu minęło dwadzieścia dni. Dwadzieścia dni. Niemal trzy tygodnie. A ja przez ten czas nie biegałem ani razu. Szok i niedowierzanie. Podobno nie samym bieganiem biegacz żyje - w ostatnich dniach odczułem to na sobie niczym skutki efektu cieplarnianego (który de facto w ostatnich dniach bardziej zaprząta mój umysł niż wszelkie kwestie okołobiegowe). Bowiem po maratonie w padłem w natłok pracy (istna kumulacja tzw. spraw). I czasu na bieganie po prostu nie stawało.
Niemniej widać już światełko w tunelu. Niedługo znów włożę przykurzone nieco buty. I już snuję plany na kolejny sezon. Ale zanim je w całości zdradzę (cześć już wyciekła, choć są to wycieki w pełni kontrolowane), pomyślałem, że warto by jakoś zgrabnie podsumować to co już za mną. W tym celu sięgnąłem do posta z grudnia z zeszłego roku. I o to co mi wyszło.
A jak wygooglałem swoją aktualną życiówkę w maratonie, to mi Wujek pokazał suwmiarkę (źródło: wikimedia.org)
Część I - Starty

Niemal pewne są starty w dwóch maratonach (czyli biegach o priorytecie A) – Orlen Warsaw Marathon na wiosnę oraz Maraton Poznański jesienią.
Tak właśnie było, tak też się stało.

Roił mi się jakiś czas temu taki pomysł, by oba maratony A.D. 2015 pobiec w stolicy, ale ostatecznie zawitam do Warszawy tylko w kwietniu.
A tutaj niespodzianka! Wprawdzie na trzeci maraton w sezonie się nie zdecydowałem, ale sztafetę udało się skompletować i spełnić marzenie o finiszu na Narodowym. Ale na ten temat i tak jestem winien osobny wpis.

Przed obu maratonami mam oczywiście w planach starty kontrolne, zwane również startami o priorytecie B. Tu jest, jak na razie, jeden pewniak – Maniacka Dziesiątka.
Pewniak nie zawiódł.

Wciąż waham się gdzie pobiec połówki. Wiosenną chciałbym pobiec jeszcze w marcu. W grę wchodzą Ostrów Wielkopolski (niestety, wciąż nieznana jest data kolejnej edycji), Pabianice oraz (ewentualnie) Warszawa.
Padło na Ostrów. Warszawa jednak trochę daleko. A Pabianice (właściwie termin Pabianic) kolidowały z urodzinami Córki Młodszej.
 
Jesienią biorę pod uwagę Zbąszyń i Piłę.
Ostatecznie padło na Zieloną Górę.


Co do jesiennej dychy, również pomysłów jeszcze brak.
Pomysł na szczęście się pojawił i nie tyle jesienią, co jeszcze latem (połówka też formalnie miała miejsce latem) pobiegłem z pompą (choć bez życiówki) w Międzychodzie.

Jest jeszcze jeden pewniak - Półmaraton Weteranów w Murowanej Goślinie. Bo mogę!
Tu nie tyle pewniak, co zdrowie zawiodło i do Murowanej pojechać nie pozwoliło. Odbiję sobie (mam nadzieję) w przyszłym roku.

Część II - Trening

Po pierwsze: objętość. Będę zmierzał do tego, by biegać pięć razy w tygodniu.
Tu w zasadzie mogę ogłosić sukces. Oczywiście, były tygodnie, gdzie nie wszystko szło zgodnie z planem, ale co do zasady na dobre przeszedłem na pięciodniowy tydzień treningowy.

Po drugie: siła. Co najmniej raz w tygodniu (wyłączając okres bezpośrednio poprzedzający start w biegu o priorytecie A) siłowy trening obwodowy i co najmniej dwa razy w tygodniu gimnastyka siłowa.
Tutaj w zasadzie postanowiłem opuścić zasłonę milczenia. Ten temat wciąż zalicza się do kategorii muszę coś z tym zrobić.

Po trzecie: masa. Masa ciała oczywiście. Jeszcze przed wiosennym maratonem chcę zredukować zawartość tkanki tłuszczowej poniżej poziomu 12,5%. A potem dalej iść tą drogą.
W tym wypadku też w zasadzie nie ma o czym pisać. No może przepisać. Jako cel na kolejny rok.

Część III - Cele

Wiosną chciałbym zejść poniżej czterdziestu minut na dychę i godziny trzydzieści w połówce.
Tu się udało. Zszedłem do 0:39:14 i 1:28:49.

Jesienią planuję urwać kolejne półtorej minuty na 10K, natomiast dystans 21,095 km pokonać w godzinę i minut dwadzieścia pięć lub szybciej.
A tu nie. Nawet wiosennych życiówek nie poprawiłem.

A jeśli chodzi o to, co najważniejsze, w Warszawie chciałbym zrobić co najmniej to, czego nie udało mi się dokonać w Katowicach. Zejść poniżej trzy dziesięć.
W tym wypadku udało się nawet z okładem. Bowiem zszedłem (choć biegłem) o trzy minuty i dziesięć sekund poniżej. I o siedem minut i pięćdziesiąt siedem sekund poniżej poprzedniej życiówki. Do poziomu 3:06:50.

Zaś jesienią, już po przekroczeniu linii mety na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich, chcę zobaczyć taki obrazek: (2:59:59)
Spóźniłem się o minutę z wąsem. Niemniej nowa życiówka - 3:01:05 - cieszy niezmiernie.

A teraz idę spać. Bo jutro intensywny dzień, a zamierzam (tak, tak) pobiegać.

14 października 2015

O dwunastu groszach uwag kilka

Jeden grosik dla sierot
W zimny i wietrzny październikowy poranek wszystkie możliwe zegary wskazały godzinę dziewiątą. Wybrzmiało odliczanie, wybrzmiały dźwięki motywu z filmu Rydwany ognia. Wszystko to mogło oznaczać tylko jedno. Biegacze ruszyli na trasę 16. Maratonu Poznańskiego. A wśród nich i ja.
Obok mnie SSBM Biegającej Matki. Obaj mamy ten sam cel - dwójkę z przodu. Postanawiamy trzymać się tej samej strategii, trzymać w zasięgu wzroku zająców na 3:00. Niestety, chętnych do osiągnięcia podobnego czasu znajduje się dosyć sporo i na pierwszych metrach panuje tłok. Stawka się rozciąga, a baloniki gdzieś znikają. Staramy się zatem sami pilnować tempa. Pierwszy kilometr wolno. Nawet bardzo wolno. Zatem na drugim przyspieszamy. Na trzecim wpadamy we właściwy rytm. Pewnie pomogło pozbycie się ostatniej warstwy grzejnej - bawełnianej koszulki. Na wysokości stadionu Lecha skręcamy w lewo. W nasz fyrtel.

Drugi grosik dla chudziny
Kibiców jakby więcej. Widać znajome twarze. Wśród nich te znane bardzo dobrze. Słychać krzyki adresowane do nas i  tylko do nas. Ich doping niesie. Niesie aż za bardzo, bo biegniemy nieco za szybko, co obaj zauważamy. Tymczasem stawka się rozciąga. Tłoku już praktycznie nie ma. Pierwsza piątka za nami, pokonana w 21:58. Wolniej niż średnie tempo na złamanie magicznej bariery, ale wciąż w dopuszczalnych (a wręcz zakładanych) widełkach. Gdzieś za pierwszym punktem odżywiania znika mi mój towarzysz podróży (ucieka gdzieś do przodu). Za to spotykam czytelnika (chyba pierwszy raz w życiu, ktoś mnie rozpoznał, bo wcześniej czytał moje tu wypociny) - Łukasz, pozdrawiam. Zamieniamy kila słów, lecz potem każdy z nas walczy już o swój własny cel.

Trzeci grosik dla żołnierzy
Gdzieś w okolicach znacznika siódmego kilometra orientuję się, że jestem bliski zgubienia jednego z żeli. Poprawiam go, lecz zaraz zauważam, że jeden już straciłem. Wkurzam się i klnę w myślach sam na siebie. Od tej pory regularnie sprawdzam zawartość kieszeni w moich spodenkach i próbuję złapać się jakiejś grupy. Niestety wszyscy wokół jak na złość biegną bądź za szybko, bądź za wolno. Nie chcę sam walczyć z wiatrem, ale jeszcze bardziej nie chcę szarpać tempa. Staram się pilnować swojego. Drugą piątkę pokonuję w 21:38. Niby tylko dwadzieścia sekund szybciej niż pierwsza, ale jest dobrze. Robię swoje. Zjadam pierwszy żel. Przede mną długa prosta, czyli Droga Dębińska.

Czwarty grosik dla urzędów
Następuje docinek, na którym jest jakby mniej kibiców, za to więcej drzew. Kusi by zatrzymać się za potrzebą (czy będzie jeszcze taka okazja?) - z premedytacją to ignoruję. Miejsce drzew znów zajmują kibice. Znów robi się głośno. Wracamy na Hetmańską. Przed nami Warta. Już za chwilę znajdziemy się na drugim jej brzegu.

Gdzieś na trasie (źródło: Radio Merkury Poznań)
Piąty grosik dla policji
Na moście Przemysła kibiców prawie nie ma, ale zaczynają już być słyszalne Rataje - dzielnica Najlepszych Kibiców Świata. Mijam piętnasty kilometr (trzecia piątka w 21:30 - jest dobrze) i pierwszy raz spotykam Martę (Marta, pozdrawiam). A potem to już szpaler ludzi. Hałas, transparenty, balony, megafony oraz małe i większe ręce wyciągnięte do piątek (no jak tu nie przybić, jak?). Pięknie jest.

Szósty pomnik na pomniki tworzących historię
Gdzieś na osiemnastym kilometrze zauważam gdzieś przede mną plecy SSBMBM. Biegnie w małej grupie. Postanawiam do nich dołączyć. Ale powoli, spokojnie. Byle nie szarpać tempa. Zanim ich dopadłem raz jeszcze spotykam Martę. Która zdążyła się tu przenieść z piętnastego kilometra. Do grupy dołączam gdzieś w okolicach dziewiętnastego kilometra. Melduję swój powrót komu trzeba i dalej walczymy już wszyscy razem. Mijamy kolejny punkt odżywiania, gdzie konsumuję kolejny żel. Czwarta piątka w 21:16. Wkrótce docieramy też do półmetka - ten przekraczamy w 1:31:03 od momentu przekroczenia linii startu. Wszystko zgodnie z planem.

Siódmy grosik dla lekarzy
Kolejne kilometry prowadzą nas tam, gdzie rodził się Poznański Maraton - nad Maltę. Chyba jednak bardziej niż atmosfera tego miejsca (niektórzy wręcz twierdzą, że to Mekka poznańskich biegaczy) niesie nas ukształtowanie terenu, a zwłaszcza wynikające z niego działanie siły powszechnego ciążenia. Dwudziesty czwarty kilometr okazuje się najszybszym z całego maratonu.

Ósmy grosik dla księdza
Zwykle, gdy jest zbieg, gdzieś musi być podbieg. My już wiemy co nas czeka po dwudziestym piątym kilometrze (piąta piątka bliźniacza czwartej - w 21:16). Ulica Krańcowa, czyli pierwszy kawałek mocno pod górę. Ja jednak postanawiam pokonać go nieco agresywniej niż moi dotychczasowi towarzysze (co wcale nie oznaczało przyspieszenia - nie zwolniłem aż tak mocno) i na jakiś czas zostawiam ich za plecami. Na ulicy warszawskiej znów daję się nieco ponieść sile grawitacji. Potem już staram się znowu trzymać równe tempo.
Najlepsi Kibice Świata (źródło: Sandra Afek Photography)
Dziewiąty grosz stryjowi
Ostrów Tumski przemierzam pogrążony we własnych myślach. W pewnym momencie po prostu orientuję się, że katedrę mam już daleko za plecami. Na dwudziestym dziewiątym kilometrze spotykam brata, który postanawia mi towarzyszyć w dalszej wędrówce ku mecie. Na kolejnym punkcie odżywczym, jak na każdym, piję wodę i wtedy orientuję się, że to punkt na trzydziestym kilometrze. Nie będę miał czym popić ostatniego żelu. W tym momencie obecność brata okazuje się bardzo pomocna. Mimo że od Warszawskiej trzymam tempo jak należy, przed znacznikiem trzydziestego kilometra (szósta piątka w 21:11) dogania mnie moja stara grupa. Razem wkraczamy na Sołacz, gdzie znów tłumy kibiców, a wśród nich kolejna znajoma twarz (Paulina, Ciebie również gorąco pozdrawiam).

Dziesiąty grosz dla Jadzi
Na Sołaczu też czeka nas pomarańczowa brama okraszona hasłem o tym co przemija, a co pozostaje. Ale ta brama stoi w nie byle jakim miejscu. Na trzydziestym drugim kilometrze. Zabawa się kończy. Zaczyna się maraton. Tym bardziej, że przed nami ulica Świętego Wawrzyńca, czyli podbieg dłuższy i cięższy niż ten na Karńcowej. Siłą rzeczy zwalniamy. Tym razem trzymam się grupy i staram się wypchnąć istnienie podbiegu ze swojej świadomości. Koncentruję się na pięknie otoczenia (ehem). Dodatkowej motywacji dodaje nam świadomość, że na końcu, oprócz wypłaszczenia (wiem, że niektórzy przyjezdni oczekiwali zbiegu, przez co srogo się zawiedli). czeka na nas ekipa gRUNwaldu z Kaśką na czele. Jednak nasza grupa znów się mocno kurczy. Znów gubię gdzieś SSBMBM. Tym razem to on zostaje z tyłu. Do mety już tylko siedem kilometrów z wąsem (siódma piątka w 21:27 - mimo podbiegu).

Grosz cieciowi
Kawałek za trzydziestym piątym kilometrem spotykam Rafała. Jemu też podbieg dał się we znaki. Ale Rafał ratuje mi trochę życie i częstuje żelem (przypominam, że jeden ze swoich zgubiłem, sierota jedna). Tak pokrzepiony ruszam w kierunku stadionu aktualnego wciąż (aktualnej jego formy nie komentuję) Mistrza Polski w piłce kopanej. Bieg przed stadion wrażenie owszem robi (choć bieganie po macie rozłożonej na murawie komfortowe bynajmniej nie było), ale pętelka wymyślny zawijas w jego okolicach nieco zmęczoną już biegiem czachę nieco zaorał. Na szczęście kawałek za nim zaczyna się przedostatnia prosta - wyczekiwana, prowadząca niemal cały czas w dół, ulica Grunwaldzka. A na niej niespodzianka - MBŻ, Również Biegająca Szwagierka (RBS), Nie-Biegające Ola i Karolina plus cała siódemka dzieciaków (w tym dwa moje). To był zdecydowanie najpiękniejszy moment tego maratonu!

Dwunasty grosz na końcu
Ale też zaraz potem maraton się skończył. No może nie sam maraton, ale na pewno rumakowanie. Dostałem taki wiatr w twarz, że... No, że nie wiem co. Ludzi już jak na lekarstwo. Znów nie było z kim zbić się w grupę. Jeszcze na czterdziestym kilometrze (ósma piątka w 21:28 a ostatni jej kilometr 10-15 sekund wolniejszy niż cztery poprzednie) liczyłem po cichu, że może jednak, mimo tego cholernego wiatru, uda się dowieźć jakoś tę dwójkę do mety. Kilometr później nadzieja już zgasła zdmuchnięta brutalnie przez poziomy ruch cząsteczek powietrza.
Wymarzone... zdjęcie na mecie (zdjęcie: Patryk Pieczyński)
Ostatecznie do mety dowiozłem wynik 3:01:05 netto. Co oznacza poprawę życiówki o niemal sześć minut. A jednak do celu-marzenia zabrakło tak mało i tag dużo zarazem. Taki to właśnie jest ten maraton.
Źródło: endomondo.com

20 września 2015

O deja vu i tym, że nazwa zobowiązuje, uwag kilka

Jak sięgam pamięcią, od początku mojej (ehem) kariery maratończyka stosowałem tzw. starty kontrolne. To znaczy, że przed każdym startem na królewskim dystansie, wcześniej zawsze (z wyjątkiem sezonu 2011) startowałem na dystansie dziesięciu kilometrów oraz półmaratonu. Ale powoli dochodzę do wniosku, że nie ma sensu kurczowo trzymać się tego schematu. Szczególnie przed maratonem jesiennym, gdy starty kontrolne nie chcą wypaść inaczej, jak tylko latem.

Rzućmy okiem na kilka biegów z przeszłości. Wrzesień 2012 - półmaraton w Pile. Życiówka owszem była, ale wywalczona w ciężkich warunkach (oj, ciepło było). Wrzesień 2014 - połówka w Gnieźnie. Grzało i wiało. Wynik grubo poniżej oczekiwań. I nie zapominajmy o maratonie we Wrocławiu we (i tu niespodzianka) wrześniu 2011 i tamtejszy maraton. Bieg niby tylko na zaliczenie (zbierałem podówczas na koronę), ale cierpiałem okrutnie. Tylko co się dziwić - było grubo ponad trzydzieści stopni, a termometry zamontowane na wiaduktach pokazywały temperaturę asfaltu z czwórką na początku. I wreszcie półmaraton w Zielonej Górze w minioną niedzielę. Ostrzyłem zęby na nową piękną życiówkę, a skończyło się na wyniku o blisko pięć minut od owej życiówki gorszym.
Dobra mina do złej gry (źródło: Sandra Afek Photography)
Żeby nie było, nie zamierzam prowadzić teraz wywodów, które doprowadzą mnie do udowodnienia tezy, że jestem zwycięzcą. Nie jestem. W mieście Mojego Ulubionego Sklepu Biegowego poniosłem swoją sromotną porażkę. Niemniej tak to już w bieganiu bywa (a nawet jest), że do dobrego wyniku potrzeba czegoś więcej niż formy.
Na pogodę wpływu nie mamy. Ale profil trasy mogłem przecież przeanalizować nieco dokładniej. Owszem, okiem rzuciłem. Odnotowałem, że mniej więcej na dziesiątym kilometrze jest spory podbieg (w sumie jeden poważniejszy, pomyślałem wówczas), ale nie zdawałem sobie jeszcze sprawy jak stromy, jak długi, i jak, w połączeniu z pogodą, mocno da mi w kość. A najbardziej mam żal do siebie o to, że będąc tydzień z okładem wcześniej w Zielonej Górze nie zrobiłem objazdu trasy. Może oszczędziło by mi to nieco bólu i rozczarowań. Ale po kolei.

Początek trasy półmaratonu w Zielonej Górze prowadzi (nomen omen) pod górę. Nie było to jeszcze jakoś mocno uciążliwe, tym bardziej, że, jak to na pierwszych kilkuset metrach, stawka jeszcze się nie rozciągnęła i głownie należało się skupić na biegu w sporym tłumie. A i tak zacząłem za mocno (dałem się ponieść?). Między pierwszym a czwartym kilometrem nastąpiła część trasy, którą zapamiętałem jako ciąg krótkich acz mocnych podbiegów przeplatanych długimi zbiegami (ewentualnie na odwrót). Na podbiegach pilnowałem kadencji i starałem się by tempo nie spadało zbyt gwałtownie, a na zbiegach - no cóż - czerpałem garściami z odkrycia niejakiego Isaaca Newtona. Pełnymi garściami czerpałem z owego odkrycia na piątym kilometrze, który prowadził mocno w dół - nic dziwnego, że pokonałem go w mniej niż cztery minuty. Wszystko szło dobrze mniej więcej do połowy dziewiątego kilometra. Na ósmym miałem nawet jeszcze nieco zapasu w stosunku do założonej strategii. Ale pamiętam, że już wtedy pomyślałem, iż to niedobrze, że biegnie mi się tak ciężko na tak wczesnym etapie biegu. I właśnie wtedy zaczęły się schody. Niemal dosłownie.
Od połowy dziewiątego do końcówki jedenastego trasa to jeden wielki podbieg (a słońce nie pomagało). Pokonaliśmy w tym czasie około (jeśli wierzyć Endomondo) sześćdziesięciu metrów w pionie. Nawet nie starałem się za bardzo pilnować tempa, choć walczyłem i wierzyłem, że, mimo tego jak jest ciężko, będzie dobrze. Pierwszy sygnał ostrzegawczy przyszedł na dwunastym kilometrze, gdy okazało się, że jestem o jakąś minutę w plecy. O tym, że naprawdę jest źle, uświadomiłem sobie mniej więcej na szesnastym kilometrze, gdy najpierw dogonili mnie, a potem zostawili w tyle, pacemakerzy na godzinę trzydzieści.
Ostatnie kilometry to już walka, ale nie o wynik. Bardziej walka ze samym sobą. Momentami o to, żeby się nie zatrzymać. Znów poczułem się jak na Silesia Marathon, choć tam przecież słońce i temperatura nie dawały się we znaki. Gdy po raz drugi przebiegaliśmy przez osiedle domków jednorodzinnych (ósmy i osiemnasty kilometr) ku mojej uciesze jeden z autochtonów (szkoda, że tylko jeden) postanowił wyjść na trasę nie tylko kibicować, ale zabrał też ze sobą wąż ogrodowy (domyślacie się z czym się to wiąże?). Jeszcze tylko podbieg trasą, którą zazwyczaj wjeżdżam do Zielonej i długa, ale ostatnia (i raczej prowadząca w dół) prosta do stadionu.

Mimo zmęczenia i słabego wyniku, na ostatnich metrach starałem się wyglądać dobrze. Zachęcałem kibiców do wsparcia i postawiłem na to, by chociaż na zdjęciu z finiszu (o ile ktoś mi zrobi) wyjść jako tako (a najlepiej spektakularnie). Nawet stoper zatrzymałem dopiero kilka metrów za linią mety. Nie do końca, ale się udało (patrz powyżej). A na osłodę, jako że znalazłem się w gronie pierwszych dwustu finiszerów (nie za bardzo lubię to słowo, ale trzeba przyznać, że dobrze oddaje naturę zjawiska) - dokładnie byłem sto pięćdziesiąty - dostałem złoty medal. Złoty medal za kiepski wynik - cóż za ironia.

Źródło: endomondo.com
No nic, potwierdzeniem formy będzie musiał być bieg (choć ma mieć formę mocnego treningu, a nie walki na 110% normy) w Warszawie i finisz na Narodowym (moje małe biegowe marzenie). A ostateczny sprawdzian formy za trzy tygodnie u siebie na fyrtlu. Do tego czasu mniej więcej mogę sobie pozwolić na dumanie, czy starty kontrolne latem mają sens. Co myślicie?

9 września 2015

O całkiem udanych wakacjach uwag kilka

Wakacje! Znów będą wakacje! Wakacje będą znów! Tak śpiewał niegdysiejszy Kabaret Otto, a w czasach, gdy to śpiewał moje wakacje trwały minimum dwa miesiące. Dziś już tak dobrze nie mam i lipiec oraz sierpień wakacyjne są tylko z nazwy (za rok może odczuję to nieco mocniej, jako że od kilku dni jestem ojcem uczennicy). Chociaż (z drugiej strony) okres wakacyjny można było zaobserwować chociażby po aktywności na blogu. Natomiast zdecydowanie nie było taryfy ulgowej w bieganiu. Pewnie, że były przemeblowania i perturbacje, a i tzw. odpuszczone treningi się trafiły. Ale było to solidnie przepracowane dziewięć tygodni. Dość dodać, że w sierpniu ustanowiłem swój prywatny kilometrażowy rekord, przebiegając ich trzysta siedemdziesiąt jeden. A łącznie prze te dwa letnie miesiące pokonałem kilometrów sześćset osiemdziesiąt pięć. To kolejny rekord, tym razem w kategorii dwóch miesięcy następujących po sobie.
Lipiec - całkiem zielony miesiąc (źródło: endomondo.com)
A pierwsze dni lipca wcale sukcesów nie zapowiadały. Jakoś pod górkę miałem. Najpierw falstart i trening przełożony ze środy na czwartek. W dodatku przez pomyłkę dołożyłem sobie kilometrów. Potem bieganie z duszą na ramieniu, bowiem w obcym mieście, biegnąc na hobbita, wbiegłem w mało zachęcające do zwiedzania uliczki (a działo się to wieczorem). Wreszcie zupełnie nieudany trening niedzielny – w myśl zasady, iż nieudany jest wyłącznie ten trening, który się nie odbył.
Kolejny (a pierwszy pełny) tydzień już się bardziej udał, choć i przygody były. Najpierw przymusowe okienko w środę, w związku z czym, zaplanowany na sobotę, drugi zakres wylądował w kalendarzu dzień później, przez co z kolei tydzień zakończył się dopiero w poniedziałek.
Zdecydowanie najbardziej udany w lipcu był tydzień kolejny, bo nie dość, że w poniedziałek oprócz zaległego biegania udało się wcisnąć trening obwodowy (łyżka dziegciu w beczkę miodu – było to niestety jedyne w tych dwu miesiącach machanie ciężarami), to zrealizowałem sto procent planu (w tym nawet tzw. core stability).
Przedostatni (ostatni w całości) tydzień lipca wyglądał niemal tak samo jak drugi – również jedno przesunięcie i drugi zakres w niedzielę zamiast w sobotę. Tylko tego niedzielnego nie udało mi się nadrobić. Ale za to nie zapomniałem wykonać porcji gimnastyki (dacie wiarę, że przez te dwa miesiące co najmniej dwa razy zdarzyło mi się po prostu zapomnieć – dosłownie – o gimnastyce?).
Ostatnie cztery dni to już wszystko (znaczy się pod kątem biegania stricte) zgodnie z planem.
Sierpień - również całkiem zielono. Szkoda, że tylko jeden odcień... (źródło: endomondo.com)
Początek sierpnia to wakacje sensu stricto w moim przypadku i co wtedy porabiałem i jak bardzo przebierałem nogami w zasadzie już napisałem. Druga połowa miesiąca również całkiem udana – a stała w sumie pod znakiem startu w Międzychodzie. Ale trzeba zauważyć, że przez te dwa tygodnie wykonałem wszystkie dziesięć zaplanowanych treningów (biegowych). Tylko ten już zupełnie ostatni, zamiast w niedzielę, miał miejsce w poniedziałek.
Aż się skala na wykresie zmieniła (źródło: endomondo.com)
A jak to wszystko wyglądało pod kątem szeroko rozumianej różnorodności treningów? W tygodniu przez większość lipca królował pierwszy zakres, rozbudowany ewentualnie o przebieżki. Pod koniec lipca pojawiły się podbiegi, a w sierpniu dwustumetrówki (mój zdecydowanie najmniej ulubiony trening). A raz nawet drugi zakres (moje największe sierpniowe niepowodzenie). W weekendy zazwyczaj biegałem drugi zakres – coraz więcej i coraz szybciej. No chyba, że miałem trzydziestkę, kilometrówki (czyli wytrzymałość tempową) lub zawody.

Takie to było to lato (które niby oficjalnie jeszcze trwa, ale kto myśli o wrześniu jako o miesiącu letnim?). Wrzesień to już rozkręcający się sezon startowy. Półmaraton za pasem a i na jeden maraton się wybieram. Biec go niby nie będę, ale doczekam się wreszcie finiszu na Narodowym. Więcej szczegółów wkrótce.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...