26 sierpnia 2015

O laniu wody uwag kilka

Podobno wszystko zaczyna i kończy się w głowie. Samurajowie mawiali, że większość pojedynków kończy się zanim zostanie zadane pierwsze cięcie. Jeśli to prawda, wychodzi na to, że sam jestem sobie winien, iż z Międzychodu nie przywiozłem takiego wyniku, jakiego po sobie oczekiwałem, choć zapewne był jak najbardziej w moim zasięgu. Nawet uwzględniając niezbyt przyjazną ustanawianiu życiówek aurę. Tak czy owak, teraz to już tylko gdybanie. Było minęło.

Właściwie to przez cały tydzień poprzedzający start w Krainie 100 Jezior czułem się lekko ociężały. Zwalałem to jednak na karb minionych dwóch tygodni, które przepracowałem naprawdę solidnie, i powtarzałem sobie w myślach, że do niedzieli się przecież zregeneruję. W sobotę nadal jednak nie czułem się świeży. Powiem więcej, w sobotni wieczór czułem się tak, jakbym tego dnia zrobił co najmniej solidne, ponad dwudziestokilometrowe wybieganie, a nie lekki rozruch z kilkoma przebieżkami. Następnego dnia ruszyłem jednak do Międzychodu z (niewielkim, ale zawsze) bojowym nastawieniem.
Nikt mi przynajmniej nie zarzuci, że nie dałem z siebie wszystkiego - przynajmniej na finiszu... (źródło: miedzychod.naszemiasto.pl)
Od początku zamierzałem trzymać się założeń strategii nakreślonej przez Trenejro, a zacząłem nawet  nieco za szybko, bo pierwszy kilometr pokonałem w 3:51, zamiast zakładanych 3:55-4:00 (zastanawiam się teraz, czy gdybym tak postanowił, dałbym radę utrzymać takie tempo przez dalszą cześć biegu). Zniwelował to kilometr drugi, który w większości prowadził podbiegiem. Gdy podbieg się skończył, docisnąłem nieco mocniej i gdzieś na pierwszej nawrotce, zgubiłem gdzieś kolegę (Krzysztof, pozdrawiam, jeśli to czytasz), z którym trzymaliśmy się razem od startu. Kontrolując czas na kolejnych kilometrach, widziałem, że średnie tempo wynosi nieco poniżej czterech minut na kilometr. Nie jest źle, pomyślałem i jąłem się zastanawiać (zamiast po prostu założyć), czy na drugiej pętli uda mi się przyspieszyć.

Pierwszy kilometr drugiej pętli jeszcze całkiem nieźle. Ale potem znów zaczął się długi podbieg i przyszedł kryzys. Jak mocny był, widać po tempie siódmego kilometra (ok. 4:13). Jakoś dotarłem do nawrotu i tak jak na pierwszej pętli wstąpiły we mnie nowe siły. Niemniej kończąc kilometr ósmy wiedziałem, że plan maksimum jest już absolutnie poza moim zasięgiem (musiałbym ostatnie dwa kilometry pokonać w sześć minut), wciąż jednak myślałem (i to całkiem realnie o życiówce). I mimo, iż czułem (w tamtym momencie już tak) moc i wydawał mi się, że biegnę szybko (i coraz szybciej) na kilometr przed metą wyszło mi z obliczeń, że czeka mnie walka o trójkę z przodu.

Na przedostatniej prostej udało mi się jeszcze rozbawić nieco wolontariuszy i garstkę kibiców. Gdzieś na wysokości Laufpompy, której bieg zawdzięcza swą oryginalną nazwę, wolontariusze rozdawali wodę. Biegłem sam, walcząc z samym sobą i zmęczeniem, więc, szczerze mówiąc, nie miałem już ochoty sięgać po kubki. Krzyknąłem zatem by po prostu ją (wodę) na mnie wylali. Zero reakcji. Mówię serio - krzyknąłem - lać! I zaliczyłem piękny szpaler lania wody, ku radości wspomnianych wolontariuszy, kibiców oraz mojej.
Jak bieg z pompą, to ma być mokro (źródło: www.facebook.com/SmArtITC
Na znajdującą się jakieś czterysta metrów dalej metę wpadłem zatem przemoczony do suchej nitki. A i tak (co chyba dobrze zobrazuje warunki atmosferyczne) jakieś pól litra wody, którą otrzymałem razem z medalem, wylałem na głowę, zanim w ogóle zacząłem pić. Dodam jeszcze tylko, że toczoną przez ostatnie tysiąc metrów walkę o trójkę, przegrałem o włos. Czyli o sekundę. Mój wynik netto to 0:40:00.
Źródło: endomondo.com
Nie będę na koniec próbował wyciągać wniosków. Mam jakieś dziwce przekonanie, że tym razem nie ma to większego sensu. Trzeba robić swoje dalej. Dodam jedynie, że fantastyczny kameralny bieg. Gorąco polecam!

20 sierpnia 2015

Halo Panie Jacku: O Mrzeżynie i Mierzynie uwag kilka

Halo Panie Jacku!

Dawno mnie tu nie było. Tu, czyli na swoim własnym blogu. Istnieje jednak uzasadnienie mojej, ze tak to nieliteracko określę, niebytności. A kryje się ono pod popularnym o tej porze roku słowem: Urlop. Tak, byłem na urlopie, który okazał się również urlopem od blogowania. Nie to, żebym chciał i planował. Ot, po raz już któryś tam w życiu stanąłem przed wyborem: pisać o bieganiu, czy biegać? Zazwyczaj wybieram to drugie. Także urlopu od biegania nie było. Były pewne utrudnienia logistyczne, były przesunięcia w planie, ale laby biegowej nie.

Tak na marginesie - zastanawiał się pan kiedyś, jakie dni są najbardziej męczące? Ja już nie muszę. Wiem, że to są dni powrotu z wakacji. A konkretnie z wakacyjnego wyjazdu. W tym roku tak się złożyło, że przez siedemnaście urlopowych dni wyjechaliśmy w dwa różne miejsca, a więc dwa razy wracaliśmy do domu. Nie będę dobrze wspominał tych dni, a szczególnie następujących po nich wieczorów. Nie pamiętam kiedy ostatnio czułem się tak bardzo, ale to bardzo wykończony!

Całe urlopowe bieganie zaczęło się... od kłopotów ze wstawaniem. Cała sztuka biegania na urlopie kryje się w tym, by nie kolidowało ono z normalnym życiem urlopowym. Trzeba więc dosyć wcześnie wstawać (zazwyczaj o szóstej wystarcza). Na szczęście, będąc rodzicem dwójki przedszkolaków, chodzi się też zazwyczaj dosyć wcześnie (choć i tak buszowały do nieprzyzwoicie późnych godzin nocnych) spać. Niestety na pierwszy urlopowy trening (w sobotę) nie podźwignąłem się. Na szczęście MONBŻ* wykazała się ogromną wręcz wyrozumiałością i zabrała Córki Obie na Święto Kaszy, a mnie pozwoliła pobiec z Trzebiatowa do Mrzeżyna, i z powrotem. Trening ciężki, bo po pierwsze drugi zakres, po drugie miał miejsce w pierwszym dniu nagłego powrotu lata (ciepło było), a po trzecie o tej porze dnia szosa z Trzebiatowa do Mrzeżyna (i z powrotem) jest dosyć mocno uczęszczana (i to raczej przez zmotoryzowanych, nie zawsze kulturalnych, niż przez biegaczy). Ale jaka satysfakcja z wykonanego treningu.
W niedzielę znowu nie wstałem - udało się za to (wreszcie) w poniedziałek i odrobiłem zaległości z dnia poprzedniego. Ale przez to, że nowy tydzień zacząłem od odrabiania zaległości właśnie, na koniec okazało się, że od poniedziałku do niedzieli nabiegałem sto szesnaście kilometrów (rekord!).
Ale wróćmy jeszcze na początek tygodnia.
Niezwykle ambitne plany miałem na wtorek. Postanowiłem wstać jeszcze przed wschodem słońca i część trasy przebiec po plaży (której, a propos, sporo w tym roku w Mrzeżynie ubyło), podziwiając przy tym widoki. Jak się łatwo domyślić, nie wstałem. Trochę w tym zasługi Córki Młodszej, która postanowiła się obudzić, akurat jak miał zadzwonić budzik. Niemniej, gdyby mi się bardziej chciało, pewno by się jednak udało. Tak więc zaplanowany jeszcze na pierwszy wyjazd trening, zrobiłem dzień później już w Poznaniu. A zanim wyruszyliśmy w kolejną podróż, zrealizowałem jeszcze dwa inne, w tym mocno nieudany drugi zakres.
Nadmorski hobbit, czyli z Trzebiatowa do Mrzeżyna (tam) i z powrotem (źródło: endomondo.com)
Kolejny weekend spędzaliśmy już na tzw. kępingu (sic! - Klasyk twierdzi, że nazwa wywodzi się od kępy traw), na którym ze wstawaniem było już o niebo lepiej. Po pierwszej nocy kręciłem się wokół Jeziora Mierzyńskiego. Natomiast naprawdę (jak to, podobno, mawia młodzież) grubo miało być (i było) w niedzielę. Trenejro zaplanował mi na ten dzień tzw. Trzydziestkę (na szczęście wyłącznie pierwszy zakres), z której miałem wrócić (podkreślam: wrócić) około siódmej, tak, aby MONBŻ mogła również pobiegać zanim zrobi się naprawdę gorąco (a przypomnę, szczególnie tym, którzy będą to czytać za kilka miesięcy na przykład, że mieliśmy akurat w Polsce falę upałów zbliżających się do czterdziestu kresek). Wstałem więc, niczym Jezus w Ewangelii, gdy jeszcze było ciemno i udałem się nie tyle w miejsce pustynne (jak Jezus), co do najbliższego miasta, by przy okazji obejrzeć trasę biegu III Międzychodzkiej Dziesiątki z Pompą, na która zapisałem się po raz drugi, choć (o ile oczywiście nic mi znów, jak w zeszłym roku, nie przeszkodzi) pobiegnę po raz pierwszy. I tak się atrakcyjnie złożyło, że dotarcie do Międzychodu, pięć pętli biegu i powrót dały dokładnie dystans trzydziestu kilometrów (przypadek?). I wróciłem nieco po siódmej.
Jeszcze raz udało mi się wstać - we wtorek. W środę, dzień wyjazdu, już jednak nie i znowu musiałem nadrabiać zaległości, przez co przez cztery ostatnie dni urlopu (już w Poznaniu) takiego bez biegania już nie było.
A od pierwszego do ostatniego dnia wakacji mych, przebiegłem dwieście dwadzieścia pięć kilometrów. Całkiem niezły wynik jak sądzę.
Zasadniczo w tym wypadku również było na hobbita (źródło: endomondo.com)
A jak się ma urlopowe bieganie do Pana ostatniego felietonu? Otóż postanowiłem (i najpewniej zdania już nie zmienię - zwłaszcza, że właśnie je upubliczniam), że w przyszłym roku w ramach letnich wakacji wybiorę się do Trójmiasta na Maraton Solidarności. Pewnie o rekord świata (nawet ten osobisty i prywatny) nie powalczę, ale pojadę i pobiegnę.

Łącze tradycyjne pozdrowienia od CMcMH
Bartek M.

*Doszliśmy wspólnie do wniosku, że Moja Żona już od jakiegoś czasu nie jest Od Niedawna Biegająca

21 lipca 2015

O dwóch historiach z przeszłości uwag kilka

Dawno, dawno temu, gdy po kolejnej nieudanej próbie reaktywacji siebie jako judoki, postanowiłem podjąć się innej, zarazem, jak się mawia, najprostszej, a co za tym idzie i co najważniejsze, dającej się pogodzić z moim niezwykle nieregularnym, zarówno pod kątem czasu, jak i miejsca, w którym ją świadczę, charakterem pracy, aktywności fizycznej (nie muszę dodawać, że chodzi o bieganie?), wpadł mi w ręce pierwszy (zdaje się, że podówczas było to wydanie specjalne Men's Healh) numer czasopisma dla biegaczy o jakże swojskim tytule Runner's World. Kolejny (z tym, że nie dosłownie - zdaje się, że był to numer dwa lub trzy) trafił do mnie w moim pierwszym pakiecie startowym. I tak zostałem stałym czytelnikiem, którym pozostaję do dziś i choć nie czytam już (jak to się drzewiej przytrafiało) od deski do deski, kupuję chociażby z uwagi na pewien felieton i pewnego felietonistę.

Jeszcze bardziej dawno, dawno temu, czyli gdzieś na początku liceum, trafiła w moje ręce pewna płyta CD. Nie posiadałem podówczas odtwarzacza płyt CD (dorobiłem się go dopiero po studiach, wraz z pierwszym pecetem) i musiałem poprosić kolegę, by mi ją przegrał na kasetę magnetofonową. Od tej płyty zaczęła się moja fascynacja zespołem The Doors (ona akurat nie przetrwała próby czasu). Była to jednakże fascynacja stricte muzyczna, bowiem tekstów rozumieć po prostu nie mogłem. Jedynymi językami obcymi, z jakimi miałem styczność - a przypomnę, że wychowałem się na tzw. prowincji - były niemiecki i rosyjski (nazywaliśmy je wówczas nieco inaczej, nawiązując do dwóch systemów totalitarnych wywodzących się z tych samych części Europy co owe języki). Nawet tytuł widniejący na okładce musiałem tłumaczyć przy pomocy słownika. A brzmiał on The best of...
Widać już pierwsze ślady użytkowania...
Co łączy te dwie historie? Pewne wydawnictwo, które mógłbym, z uwagi na niewielki format oraz kolor okładki określić czerwoną książeczką. Ale wolę określić jako The Best of Runner's World. Choć tak naprawdę nosi tytuł Runner's Wold Extra.

Na niemal stu osiemdziesięciu stronach (w zasadzie jest ich dokładnie sto osiemdziesiąt, ale wliczając cztery strony okładki), w ośmiu działach tematycznych zgromadzono sporą dawkę biegowej wiedzy. Poczynając od pierwszych kroków, zasad treningu oraz diety po informację, po które sięgamy zazwyczaj w tzw. poniewczasie, czyli na temat zdrowia i kontuzji. Jest też coś o treningu uzupełniającym (podobno nie samym bieganiem człowiek biegacz żyje), zrzucaniu wagi (u mnie zawsze temat na czasie), a nawet kobiece sprawy (wygląda na to, że stworzyli ten dział nieco na siłę - poprawność polityczna, czy co? - bo są w nim dwa artykuły: Zdrowie kobiety i ... 21 tematów do rozmów). Na koniec oczywiście rozdział o wszystko mówiącym tytule Twoje starty, a w nim między innymi plany treningowe (do jednego z nich właśnie przekonuję szwagierkę).

Niby nic wielkiego, zebrać kilkadziesiąt już gotowych artykułów i raz jeszcze wydrukować. Jest to jednak spora dawka przydatnej często wiedzy zebrana w jednym miejscu. Dla mnie za tą czerwoną okładką kryję się też pewna dawka sentymentu - z wieloma tymi artykułami uczyłem się biegać. Może więc warto wydać (ja akurat miałem to szczęście, że trafił mi się darmowy egzemplarz i nie musiałem) te dziewiętnaściedziewięćdziesiątdziewięć (sic!) by mieć ją na półce i po ręką? Polecam, mając na względzie wymieniony powyżej sentyment, szczególnie początkującym.
Swego czasu studiowałem ten artykuł bardzo intensywnie
Byłbym zapomniał, brakuje mi tylko jednego. Zestawienia najciekawszych ścieżek biegowych w różnych miejscach naszego pięknego kraju. I wciąż czekam na zbiorcze, piękne wydanie felietonów pana Jacka Fedorowicza!

14 lipca 2015

O czerwcu nabierania wiatru uwag kilka

Połowa lipca za pasem (pasem z bidonami rzecz jasna), więc chyba fajnie by było (ale nie twierdzę, że owszem) jakoś zgrabnie i chociaż krótko podsumować... czerwiec. Do roboty zatem.
Źródło: endomondo.com
Przede wszystkim odnotować należy fakt, iż miesiąc rozpoczął się od czterodniowej przerwy. Przypomnijmy, że przerwę ową poprzedzał bieg na zabójczo długim dystansie dwunastu kilometrów z lekkim okładem (rozgrzewki, rozciągania i schłodzenia), który to dystans doprowadził mnie niemal na skraj wyczerpania. Na szczęście pierwszy po tych czterech dniach, a zarazem pierwszy w czerwcu trening wreszcie, mimo że kaszel, choć w zdecydowanym odwrocie, wciąż dawał znać o swojej obecności, dał mi trochę już zapomnianą przyjemność z biegania. I tak pierwszy tydzień czerwca, uwzględniając bieganie niedzielne, zapisał się w historii z dwoma treningami.

Drugi tydzień to również okienko na początek - trzydniowe. Tym razem, z tak zwanych przyczyn organizacyjnych, przepadł trening wtorkowy. Na szczęście końcówka tygodnia wg planu, czyli trzy razy bieganie, raz poszerzone o tak zwane core stability.

Tydzień trzeci to sukces pełen. No prawie pełen. Pod względem biegania, pierwszy raz od bardzo dawna udało mi się w stu procentach zrealizować plany treningowe. Oprócz biegania były jeszcze dwie jednostki core (miały być trzy - stąd słowo prawie dwa zdania wcześniej).

W czwartym tygodniu już aż tak dobrze nie było niestety. Znów przepadł mi trening wtorkowy. Ale za to pojawił się trening obwodowy w poniedziałek. I ćwiczenia na korpus w sobotę (tu znów trzeba uderzyć się w pierś - miały być również w czwartek). I nie zapominajmy o antyżyciówce (niemniej, bardzo przyjemnej) w niedzielę.

Ostatni tydzień, to już w większości tydzień lipcowy. Odnotować jednak należy, że spokojne dwanaście kilometrów (rzecz jasna z okładem) ostatniego dnia miesiąca było. Nie było za to obwodu w poniedziałek niestety.
Źródło: endomondo.com
Ostatecznie udało mi się nabiegać w szóstym miesiącu roku sto siedemdziesiąt dwa kilometry. To prawie dwa razy więcej niż w maju i trzydzieści kilometrów więcej niż w czerwcu dwa-czternaście (co ciekawe, dwa lata temu nabiegałem o dziesięć więcej kaemów, niż w tym roku). Realizowane jednostki treningowe nie oszałamiają jeszcze różnorodnością (taki etap planu, co robić?) - pierwszy zakres - dystanse oscylowały między ośmioma a dwunastoma kilometrami - czasem poszerzony o kilka przebieżek. Jest jeszcze trening uzupełniający, to jest siłowy, który nawiasem mówiąc, czyli pisząc, zasługuje - co najmniej z dwóch powodów - na oddzielnego posta, a który tradycyjnie idzie mi jak krew z nosa. Nie chcę nic zdradzać, ale może w lipcu będzie lepiej - no chociaż w drugiej połowie może... Ups!

5 lipca 2015

Halo Panie Jacku: O notatkach uwag kilka

Halo Panie Jacku!

Zdarza się czasem tak, że po przeczytaniu Pana felietonu w czasopiśmie wiadomym, muszę się krócej lub dłużej zastanowić, w stronę jakiego tematu mnie on popycha. Zdarza się, choć rzadko, że mam ochotę poruszyć dokładnie ten, o którym Pan pisał. Częściej ta jedna zadrukowana strona - okraszona rysunkiem (nie zapominajmy o rysunku), który wyszedł z pod Pańskiej ręki (jaka szkoda, że z rzeczy, których robić nie potrafię, najbardziej na świecie nie potrafię rysować) stanowi dla mnie inspirację. Nie zawsze jednak przychodzi ona od razu. Tym razem pojawiła się natychmiast. Być może dlatego, że jest to temat, z którym od jakiegoś czasu chcę się zmierzyć na dobre, a który jest też związany z tym, o czym pisałem pod koniec lutego. Rzecz się tyczy dzienniczka (o ile normalnie nie znoszę zdrobnień - gdy słyszę dowodzik lun pieniążki, wręcz mnie skręca – to tu słowo dziennik jakoś mi nie pasuje) treningowego.
Historyczny zapis historycznego treningu
Chciałbym się zmierzyć z tym tematem na dwa sposoby. Po pierwsze, chciałbym w końcu zacząć prowadzić taki z prawdziwego zdarzenia. Taki, w którym mógłbym chociażby zapisać (oby jak najrzadziej) co mnie boli. Ale zbieram się do tego i zbieram, i zebrać nie mogę.
Tak w ogóle to historia rejestrowania moich poczynań treningowych jest dosyć ciekawa, jak sądzę. Moim pierwszym dzienniczkiem był… niniejszy blog. Zakładając go, traktowałem go niczym zewnętrzny motywator w przygotowaniach do pierwszego maratonu (tytuł bloga również nie wziął się z niczego). Pierwsze posty na nim zamieszczone to po prostu opis moich treningów. Dużo później przeszło mi nawet kilka razy przez myśl, by je pousuwać, ale doszedłem do wniosku, że posiadają zbyt dużą wartość – historyczną i sentymentalną. Ponieważ były to czasy przeddżipeesowe (znaczy się, zegarki z czujnikami GPS już istniały – to ja byłem analogowy), blogowi towarzyszyła tabelka w popularnym arkuszu kalkulacyjnym, który służył mi do szacowania pokonanego dystansu. Słowa szacowanie użyłem nie bez kozery – zresztą sposób tych obliczeń był całkiem ciekawy. Biegałem podówczas po stałej pętli w pobliskim parku (z uwagi na wielkość sam nazwałbym bym go skwerem, ale nawet oficjalnie nazywa się parkiem) po jednej i zawsze tej samej pętli. Długość pętli miałem mniej więcej wyliczoną, dlatego podczas treningów rejestrowałem w pamięci czas pokonanie całkowitej ilości owych pętli (dla przykładu: gdy przebiegłem ich osiem z wąsem, starałem się zapamiętać – miałem wówczas najzwyklejszy zegarek ze stoperem, nawet bez pamięci okrążeń – czas jaki miałem na koniec ósmej pętli). Wpisywałem ten czas do arkusza, który wyliczał mi średnie tempo na tym odcinku. Z kolei na podstawie tego tempa szacowany był dystans pokonany na ostatnim, nie stanowiącym pełnego okrążenia odcinku. Sumując jedno z drugim dochodziło do oszacowania całości pokonanego dystansu.

W miarę jak biegałem coraz więcej, coraz dłużej oraz zacząłem używać na blogu większej ilości słów, zapragnąłem stać się posiadaczem zegarka z wiadomym czujnikiem. Właściwie to chciałem stać się posiadaczem dowolnego systemu pozwalającego na łatwy i w miarę dokładny system pomiaru rejestrowanego dystansu. Z jednej strony chciałem się czasem odkleić od swojej dotychczasowej pętelki. Z drugiej, często podróżując służbowo chciałem móc biegać w nieznanych miejscach, a wiedzieć zarazem ile mniej więcej pokonałem. Różne opcje się ścierały, ale ostatecznie stałem się posiadaczem pierwszego w mojej karierze (obecnie mam już trzecie – ale to temat na inne opowiadanie) urządzenia, które pieszczotliwie nazwałem Gremlinem.

Wraz z nastaniem ery dżipies tabelka arkusza kalkulacyjnego pokryła się wirtualnym kurzem (gdzieś pewnie teraz leży w odmętach twardego dysku laptopa, który również dożywa swych ostatnich dni), a ja założyłem konto na popularnym serwisie powiązanym z równie popularna aplikacją na smartfona (co ciekawe, nigdy nie ciągnęło mnie za bardzo do biegania ze smartfonem na ręku i korzystania z aplikacji dla biegaczy, jakie można na tych urządzeniach zainstalować). Z krótką przerwą (podczas gdy próbowałem innej wersji rejestrowania treningów onlajn) korzystam z niej do dziś, co zresztą widać na moich comiesięcznych raportach z biegowych poczynań. Cyfrowe zapisy moich treningów zapisywane są też regularnie w serwisie dedykowanym urządzeniu, z którego korzystam. Posiadam także program komputerowy, który potrafi wygenerować szereg biegowych statystyk. A jednak kilka razy, w różnej formie próbowałem założyć analogowy (przez co rozumiem papier i coś do pisania – ołówek lub długopis) dzienniczek treningowy. Korzystałem z gotowych szablonów, próbowałem stworzyć własny szablon oraz korzystałem z czystych kartek (zarówno tych gładkich, jak i w kratkę). Za każdym razem z jakiś względów odchodziłem od tej koncepcji. A jednak wciąż mnie ciągle do tego papierowego dzienniczka.

I tu pojawia się Po drugie. Jak już dopracuję i całkowicie wprowadzę w życie tę koncepcję, zamierzam ją na łamach tegoż bloga (w miarę) szczegółowo, a zarazem w szczególny sposób, opisać. I mam wrażenie, że będzie to całkiem nowe spojrzenie na prowadzenie zapisków treningowych. Bazujące w dużej mierze na nie moim pomyśle, ale jednak nowatorskie. Ale o tym w swoim czasie.

Łącze tradycyjne pozdrowienia od CMcMH
Bartek M.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...