W zeszły czwartek Córka Młodsza zrezygnowała ze swojej drzemki w ciągu dnia. Jak łatwo się było spodziewać, w związku z tym padła na dobre około godziny dziewiętnastej. Gdy MONBŻ po jej zaśnięciu weszła do kuchni, zastała mnie zajadającego kanapki.
- Przecież przed chwilą jadłeś spaghetti!
- Tak, ale to była dopiero pierwsza część kolacji.
- (cisza)
- Ale to nic. Mam dziś jeszcze w planie
podjadanie wieczorne.
To mogło oznaczać tylko jedno. Zaczęła się ostatnia z ostatnich faza przygotowań do maratonu w Pradze czeskiej. Ładowanie węglowodanami.
Do stolicy ojczyzny Krecika, Pata i Mata oraz Jaromira Nohavicy jechałem pełen nadziei na dobry wynik. Czułem, że jestem w formie. To samo mówił mi
Trenejro. Ambicje były niemałe. Tym razem życie je trochę zweryfikowało, ale może nie wyprzedzajmy faktów (choć jestem pewien, że niemal każda osoba czytające te słowa wynik końcowy już zna). Na miejsce, w towarzystwie
Agnieszki i jej M. dotarłem (z przygodami, o których możecie poczytać na blogu Agnieszki właśnie) w sobotę po południu. Wieczorem zrezygnowałem z choćby namiastki zwiedzania (zresztą nie była to moja pierwsza wizyta w Pradze) na rzecz wyciszenia się i przyszykowania rzeczy na rano. Ostatecznie okazało się, że zostawiłem w domu część swojego niedzielnego śniadania i musiałem jeszcze odwiedzić pobliski sklep spożywczy. W niedzielę obudziłem się jeszcze przed budzikiem – adrenalina jednak robi swoje.
 |
W drodze na start humory dopisują (foto: Agnieszka K.) |
Jeszcze przed startem okazało się, że organizacyjnie nie odstajemy za bardzo od przyjaciół Czechów. Nie wiem czym kierowano się przydzielając biegaczy do stref startowych (z tego co pamiętam, przy zapisywaniu się podawałem swój wynik z Poznania), niemniej mnie przypisano do strefy G. Gdzieś do drugiej połowy stawki patrząc na rozkład stref na mapce okolic startu. Skromność to akurat nie jest moja główna zaleta, ale chyba nie zrzeszyłem pychą zakładając, że powinienem stać jednak nieco bliżej. Mimo wszystko ruszyłem w stronę tabliczki z przypisaną mi literą. Będąc jeszcze na wysokości strefy E (co ciekawe, strefy F nie przewidziano w ogóle) zobaczyłem pace-makerów na czas 3:45. Zdębiałem. Rozejrzałem się po biegaczach stojących w strefie i odkrywszy, że większość z nich ma na numerze startowym tę samą literkę co ja, czym prędzej do nich dołączyłem. Gdy jakieś pięć metrów przed sobą dojrzałem tabliczkę z napisem 3:30 na przeciskanie się przez tłum było już za późno. Ruszyliśmy.
Trasę maratonu w Pradze podzieliłbym na trzy części. Czterokilometrową pętlę po trzech mostach (
Čechův,
Mánesův, a pomiędzy nimi oczywiście Most Karola), ośmiokilometrową pętlę pokonywaną dwukrotnie (za każdym razem kończącą się na linii mety, za drugim razem ostatecznie) oraz zawijas obejmujący cześć miasta na południe od starówki (trzy tzw. agrafki, w tym dwie z nawrotem niemal w miejscu, a także dwukrotne przekraczanie rzeki). Najtrudniejsza była ta pierwsza, mimo że najkrótsza. Widoki przepiękne, przyznaję, jednak bieganie po kostce brukowej, i to nie tej, która określilibyśmy jako współczesną, a po tzw. kocich łbach, nie jest tym, co biegacze lubią najbardziej. Do normalnego na pierwszych kilometrach zagęszczenia startujących dodajmy podbiegi na wspomniane trzy mosty oraz zwężenia, a otrzymamy kryzys na samym początku. Mimo to jeszcze na pierwszym kilometrze udało mi się złapać jakoś zakładane tempo. Moja radość nie trwała długo. Dokładnie w miejscu ustawienia znacznika
1 km maraton… stanął. Dosłownie. Stanął w miejscu. Po chwili ruszył ale jeszcze przez jakiś czas mogłem zapomnieć o czymś co nazwałbym dobrymi warunkami do biegu (musiałem między innymi wyprzedzić grupę na trzy i pół godziny). Pod koniec czwartego kilometra biegliśmy wzdłuż wysokiego żywopłotu. Wielu biegaczy zatrzymało się za potrzebą. Stwierdziłem, że do nich dołączę to może dam chwilę odsapnąć zmęczonym zmaganiem się z kocimi łbami łydkom. I to chyba była dobra decyzja.
Na piątym i szóstym kilometrze wreszcie złapałem swój rytm. Na przygotowaną uprzednio z wielkim mozołem tabelkę z międzyczasami już prawie nie spoglądałem (wiedziałem, że próba nadrobienia strat może mnie później drogo kosztować), starałem się jedynie pilnować tempa. Druga część trasy również nie należała do łatwych. Kostki brukowej było jakby mniej, a jak już była, to ta jednak bardziej regularna (a i tak, gdy się pojawiała starałem się trzymać szerokiego krawężnika). Pojawiło się jednak inne utrudnienie. Trasa prowadziła wzdłuż rzeki, ale za każdym razem gdy mijaliśmy most, trasę prowadzącą stanowiącą przedłużenie mostu przecinaliśmy, jak to mawiają budowlańcy, dołem. Czyli najpierw zbieg a za chwilę podbieg. I tak co chwila. Starałem się jednak wszystko jak najlepiej zapamiętać – wiedziałem, że będę musiał przebiec tędy jeszcze raz. Nieco bardziej zmęczony.
Gdy po raz drugi przebiegliśmy przez starówkę i ruszyliśmy w tzw. miasto bieg zrobił się przyjemny. Kibiców wprawdzie jak na lekarstwo (czułem się jak w kraju ojczystym, że tak pozwolę sobie zażartować), ale nawierzchnia równa, a podbiegi (jeśli w ogóle) bardzo delikatne. W pewnym momencie biegło mi się aż za dobrze. Tempo określone po
lapowaniu na dwóch kolejnych znacznikach kilometrów spadło nagle w okolice 4:20. Wiedziałem, że muszę zwolnić, inaczej zapłacę za to jeszcze więcej niż zapłaciłbym za zaniechaną próbę odrobienia strat z pierwszych kilometrów. Mniej więcej w tym czasie moim oczom ukazał się najbardziej niesamowity na trasie widok (ale to wynika z czegoś, co psychologowie określają jako skrzywienie zawodowe): trzy-, czteropiętrowe kamienice, a nad nimi droga. Tak droga. Taka dla samochodów. Na ogromnej żelbetowej estakadzie. Po prostu szał – starówka (dodajmy, przepiękna) się chowa. Ale wróćmy do biegu. Zwolniłem nieco i dalej biegło się komfortowo. Noga podawała, tętno wciąż jeszcze mieściło się w granicach (górnych, ale zawsze) pierwszego zakresu.
Na półmetku mój czas wynosił 1:38 01. Założenie na dalszy bieg było jedno – pilnować tempa, tak aby nie zwalniać by drugą połowę pokonać szybciej niż pierwszą. Na kolejnych kilometrach wciąż biegło się w miarę komfortowo. Ciężko zaczęło się robić (a jakże) w okolicach 30-32 km. Pomagali nieco kibice, szczególnie polscy, rozpoznający koszulkę Drużyny Szpiku, ale przede wszystkim humor poprawił mi chłopak trzymający tabliczkę z napisem
Free beer in 12 km (i nie to, żebym miał, aż takie parcie na piwo, szczególnie że dawali bezalkoholowy napój piwopodobny).
Pod koniec trzydziestego trzeciego kilometra wróciliśmy na znaną już trasę ale bardziej bolesne podbiegi i zbiegi. Teraz już wiem, czemu postać (właściwie to chyba nie
postać - raczej
pobiegać) w logo
International Prague Marathon ma tak dziwnie ułożone nogi – ona co chwilę musi pokonywać zbieg (jakby pokazali postać na podbiegu, mogliby odstraszyć sporą liczbę potencjalnych uczestników). Pozostało odhaczać kolejne kilometry (jeszcze osiem…, jeszcze siedem…, jeszcze…) i liczyć szybko w pamięci czy uda się zejść poniżej 3:15. Mimo poważnego kryzysu jednak to ja wyprzedzałem (choć jeden z rodaków wziął mnie jak furmankę). Kolejne kilometry (jeszcze trzy…, jeszcze dwa…). Tuż przed znacznikiem
42 km słyszę okrzyk po polsku:
To już końcówka – ciągnij! Obracam się i widzę… naczelnego Runner’s World Polska (czy pamięta mnie jeszcze z Wyzwania?)! Uśmiecham się – nie mam siły na nic więcej. Za ostatnim zakrętem trasa zaczyna opadać – jak dobrze. Na czterysta metrów przed metą stoi tablica informująca o tym właśnie fakcie. Spoglądam na zegarek. Zdaję sobie sprawę, że jeśli nie przyspieszę, i to mocno, wynik będzie zaczynać się od 3:15. Sięgam po resztki energii. Niosą mnie dochodzące z obu stron okrzyki po polsku:
Polska! Naprzód! Brawo Drużyna! Dziękuje tylko w duchu. Kostka mi już nie przeszkadza, nawet nie wiem czy jej dotykam. Mijam metę wykrzesując ostatnie pokłady energii by podnieść ręce w geście zwycięstwa. Minę miałem na pewno niczym Emil Zatopek, ale zwyciężyłem. Rzut oka na zegarek? Jest! Jest poniżej 3:15. Chwile później rorientowałem się, że zamiast zatrzymać stoper, zlapowałem go, więc ostatecznie nie wiedziałem ile poniżej. Jak się niedługo okazało urwałem trzynaście sekund, a także pięć minut i trzydzieści trzy sekundy z październikowej żywcówki.
Czas netto 3:14:47!
 |
Pogromcy Pragi czyli (od lewej) moja skromna osoba oraz Matka (i Ojciec) co biega |
Na koniec jestem winien pewne wyjaśnienie tym, którzy mój bieg obserwowali on-line, a którym jestem za to i za zdalny doping niezmiernie wdzięczny. Jeśli patrzeć na tempo z tabeli udostępnionej na stronie biegu, można wysnuć wniosek, że nie zwolniłem ani na chwilę. Sam zdziwiłem się zobaczywszy te dane. Po chwili jednak uświadomiłem sobie że tempo w min/km podawane jest na podstawie czasu brutto liczonego od momentu startu. Jeśli spojrzeć na kolejne międzyczasy (czyli delty) łatwo dojrzeć, że najwolniej (pomijając oczywiście pierwszą
piątkę) biegłem między kilometrem trzydziestym piątym a czterdziestym. Również pokonanie pięciu kilometrów pomiędzy znacznikami
25 km a
30 km zajęło mi ponad dwadzieścia trzy minuty (ale wtedy też po raz drugi zatrzymałem się za potrzebą). Najbardziej cieszy jednak to, że udało się przyspieszyć na ostatnim odcinku 2195 m (chociaż to głownie zaleta mocnego finiszu), a przede wszystkim, że drugą połowę udało się pokonać o minutę piętnaście szybciej niż pierwszą.
A jeśli by ktoś mnie spytał, czy polecam maraton w Pradze, odpowiedziałbym zapewne, że jeśli chce przebiec maraton w naprawdę pięknym mieście to jak najbardziej. Ale jeśli chce powalczyć o wynik na granicy swoich możliwości, to nie do końca. Co ciekawe, do tego wniosku doszedłem już na pierwszych kilometrach biegu.