21 maja 2013

Mądre słowo - crowdfunding

Zapewne domyślacie się, skąd najczęściej uczę się ostatnio tzw. mądrych słów? Albo inaczej - gdzie sprawdzam znaczenie słów, których nie rozumiem (czytaj: mądrych)? Zaskoczenia nie będzie - w sukurs (kolejne mądre słowo) przychodzi ciocia Wikipedia. Sprawdźmy zatem co oznacza mądre słowo dnia (wytłuszczenia moje):

Crowdfunding – forma finansowania różnego rodzaju projektów przez społeczności, które są wokół tych projektów zorganizowane. Przedsięwzięcie jest w takim przypadku finansowane poprzez dużą liczbę drobnych, jednorazowych wpłat dokonywanych przez osoby zainteresowane projektem. Upowszechnienie się internetu pozwala na łatwe informowanie o projektach i tworzenie wokół nich społeczności, co przyczyniło się do rozwoju zjawiska crowdfundingu. Określenie to jest zwykle używane w odniesieniu do zbiórek prowadzonych na stworzonych w tym celu platformach internetowych, rzadziej także przy pomocy serwisów społecznościowych lub blogów.
Ciekaw jestem czy zgadujecie powoli, do czego zmierzam?

Otóż ostatnio światło dzienne ujrzał nowy projekt portalu, który (jak już raz czy dwa wspominałem), nauczył mnie biegać z książką na uszach. A projekt ów wykorzystuje właśnie crofdfunding i nosi nazwę kolekti.pl. W największym skrócie mówiąc (pisząc czyli), chodzi o to by zebrać pieniądze na wydanie audiobooka, jeszcze przed jego wydaniem. A właściwie zebrać fundusze, by wydać audiobooka. Oczywiście nie jest to tzw. zrzutka, z której dla zrzucających się nic by nie wynikło. Bowiem dołożyć swoją cegiełkę do projektu można na kilka sposobów. Najprostszy sposób (najtańszy zarazem) to zapłacenie z wyprzedzeniem za plik mp3 lub płytę z nagraniem książki (oczywiście z rabatem). Ale można również zdobyć spersonalizowane życzenia na płycie CD, zostać mecenasem audiobooka, a nawet wziąć udział w nagraniu (zagrać razem z aktorami). Oczywiście wszytko to pod warunkiem, że uda się zebrać odpowiednią kwotę.
Źródło: kolekti.pl
No dobrze, ale po co ja to wszystko piszę? Przede wszystkim dlatego, że zawsze chciałem wziąć udział w nagraniu audiobooka. No może nie całego, bo po pierwsze, ktoś musiałby chcieć mnie do tego zaangażować, a po drugie musiałbym na to znaleźć czas. Ale tak jednego rozdziału powiedzmy... Więc gdy przeczytałem o kolekti.pl wpadł mi do głowy genialny (to się akurat jeszcze okaże) pomysł na przedsięwzięcie, które może być zarazem kolejną okazją to integracji tzw. środowiska blogaczy i ich wiernych (a jakże) i oddanych (a jakże po raz wtóry) czytelników - przedsięwzięcia, które (szumnie, acz roboczo) nazwałem (poproszę o tusz):

Blogacze czytają Scotta

Chodzi oczywiście o Jedz i biegaj autorstwa Scotta Jurka. A plan jest następujący:
Po pierwsze: Próbujemy namówić wydawcę książki do wydania również wersji audio.
Po drugie: Zbieramy grono blogaczy, którzy chcieliby wziąć udział w takim nagraniu (powiedzmy, jedna osoba - jeden rozdział).
Po trzecie: Zbieramy fundusze.
Po czwarte: Nagrywamy, wydajemy i rzesza biegaczy pozyskuje nowego towarzysza nie tylko długich weekendowych wybiegań.

I teraz mi napiszcie co o tym wszystkim myślicie? Da się zrobić, czy woda sodowa uderza mi do głowy?

10 maja 2013

Podjąłem Wyzwanie

Akcja pod nazwą Wyzwanie Runner’s World przypadła mi do gustu od swojej pierwszej edycji. Nie wiem dlaczego, ale podobają mi się tego typu przedsięwzięcia. Może po prostu pociąga mnie chęć spróbowanie czegoś nowego, a może ciągnie mnie w stronę mass-mediów. Nie wiem. Znam osoby, które uważają takie masówki za zło wcielone, lecz ja do nich nie należę. No podobają mi się takie akcje i tyle.
A jednak ani w pierwszej edycji (w 2011 roku), gdy uczestnicy przygotowywali się do startu w półmaratonie w Pile, ani w roku ubiegłym, gdy trwały przygotowania do 13 Maratonu Poznańskiego nawet nie próbowałem się zgłosić. Powód był taki, że swoje starty (przynajmniej te najważniejsze) planuję z dużym wyprzedzeniem i Wyzwanie nie wpisywało się po prostu w mój harmonogram. Za to w tym roku wpisało się doskonale, bo drugi rok z rzędu związane jest z maratonem w moim mieście, w którym i tak postanowiłem pobiec już jakiś czas temu.
 Ale o co chodzi w ogóle z tym Wyzwaniem? Otóż o to, ze grupa kilkudziesięciu osób (w tym roku pięćdziesięciu – nie pamiętam dokładnie, ale w poprzednich latach było chyba dokładnie tyle samo) wspólnie przygotowuje się do startu w jednej dużej imprezie biegowej. W ramach przygotowań i startu organizator każdemu z uczestników zapewnia 16-tygodniową opiekę trenera Runner’s World (indywidualny program treningowy i możliwość bieżącej konsultacji oraz modyfikacji założeń treningowych), wstęp do Strefy Runner’s World VIP (rejestracja, odbiór numerów startowych, szatnia, napoje, strefa relaksu: masaż) oraz techniczną koszulkę startową z logo akcji. Niestety nie jest tak pięknie, jakby się chciało i to wszystko nie jest za darmo. Za udział w akcji trzeba zapłacić (w tym roku trzysta złotych bez złotówki). Niemniej biorąc pod uwagę, że w ową opłatę niejako wliczona jest (organizator podaje, iż zapewnia prawo startu w Poznań Maraton bez żadnych opłat – ja bym powiedział bez dodatkowych) opłata startowa w maratonie (która w tym roku wzrosła do stu złotych polskich – pod warunkiem wniesienie jej przed końcem sierpnia) oraz wymienione już wyżej korzyści (za samą opiekę trenerską trzeba by zapłacić ze 3-4 razy więcej jak sądzę), to wydaje mi się, że są to pieniądze warte wydania.

Zapisy do trzeciej edycji miały ruszyć w poniedziałek 6 maja, punktualnie o godzinie dziewiętnastej. Szczęśliwie Córka Starsza tego dnia wybrała oglądanie bajek w telewizji (zwykle około dziewiętnastej ogląda swoją dobranockę, często na komputerze), więc o osiemnastej minut pięćdziesiąt kilka zasiadłem przed laptopem i zacząłem rozgrzewać palce. Klawiaturę też. Punktualnie o siódmej wieczorem rozpocząłem, przy wydatnym dopingu Lepszej Połowy (Szybciej wpisuj..., Myszkę podłącz..., Tabulatorem przełączaj... – była przejęta dużo bardziej ode mnie) wypełnianie piętnastopunktowego formularza. Skończyłem trzy minuty później. Pozostało mi tylko czekać – o zakwalifikowaniu do akcji miała decydować kolejność zgłoszeń, jednak organizatorzy postanowili potrzymać nas w niepewności jeszcze kilka dni. Ku swojej radości dwa dni później otrzymałem maila zawierający między innymi następującą informację:
z przyjemnością informujemy, że jesteś w 50-osobowej grupie osób, które zostały wstępnie zakwalifikowane do udziału w Wyzwaniu Runner's World 2013!
Nasi trenerzy już czekają, aby podczas 16-tygodniowego cyklu przygotowawczego, którego finałem będzie start w 14. Poznań Maratonie, pomóc Ci zrealizować Twoje plany i osiągnąć zamierzone cele.
Teraz czekam zatem na ostateczne potwierdzenie przyjęcia do Teamu Runner’s World. Przede wszystkim bardzo jestem ciekaw jak to jest trenować po okiem fachowca. Jak już się dowiem, na pewno o tym poinformuję. Miłego weekendu (że tak pozwolę sobie na nieoryginalność)!

7 maja 2013

Crossfit, Crossfit, Crossfit...

Od minionego wtorku, kiedy to korzystając z zaczynającego się właśnie (choć nie dla wszystkich i nie do końca, bo ja na ten przykład w czwartek pracowałem) tzw. długiego weekendu udałem się na dwugodzinne zajęcia INTRO w Reebok Crossfit Poznań, jedno chodzi mi po głowie. Crossfit właśnie. Uspokajam, biegania nie rzucam, ale jako forma treningu uzupełniającego może stać się moim wielkim przyjacielem.

Czym w ogóle Crossfit jest i czym to się je dowiedziałem się w pierwszej, teoretycznej części zajęć (a części były dwie). Jeśli miałbym odpowiedzieć jednym zdaniem, powiedziałbym, że jest to połączenie treningu siłowego z wytrzymałościowym. Ale tyle potrafiłem powiedzieć, jeszcze przed wtorkowymi zajęciami, a przecież udałem się na nie, aby dowiedzieć się więcej.


I tak dowiedziałem się że przede wszystkim chodzi o stale urozmaicone (constantly varied*), wysokiej intensywności (high intensity) ruchy funkcjonalne (functional movement). Stale urozmaicone, bowiem mają za zadanie rozwijać dziesięć podstawowych zdolności motorycznych (które pozwoliłem sobie ułożyć w kolejności alfabetycznej): dokładność/kontrolowanie ruchów (accuracy), gibkość/elastyczność (flexibility), koordynację (koordination), moc (power), siłę (strenght), sprawność/zwinność (agility), szybkość (speed), równowagę (balance), aż wreszcie - nasze ulubione - wytrzymałość sercowo-naczyniową i oddechową (cardio) oraz wytrzymałość siłową (stamina). Typowy trening wykorzystuje jeden lub kilka z trzech rodzajów ćwiczeń: cardio, gimnastycznych oraz ćwiczenia z ciężarami. Jak też łatwo się domyślić praktycznie każdego dnia trening wygląda inaczej – nie bez kozery stosuje się określenie trening dnia (Workout of the day, w skrócie WOD). Od crossfitowca (crossfitera?) nie usłyszymy zatem, że w sylwestra robi... biceps i klatę.

Wysokiej intensywności tłumaczyć chyba nie trzeba, chociaż spróbuję. Typowy trening twa około godziny. Ale na te sześćdziesiąt minut składa się rozgrzewka i rozciąganie, a pomiędzy nimi coś, co w nomenklaturze biegowej nazwalibyśmy akcentem. Trwa on zwykle od dziesięciu do dwudziestu minut. No góra trzydziestu. Ale za to jak trwa. Cały Witz polega bowiem (najczęściej) na tym, by w owym czasie wykonać jak największą ilość powtórzeń ćwiczeń składających się na WOD. Można by powiedzieć, że ćwiczy się na wyścigi. Oglądając zamieszczone w sieci filmy dotyczące Crossfitu zawsze najbardziej podobało mi się właśnie to w jaki sposób się ćwiczy - tak aby na końcu paść na przysłowiowy (przepraszam, ale właśnie to słowo najlepiej oddaje to, co chcę wyrazić) pysk.
CrossFIT is the new sexy?** (źródło: crossfitejercicios.com)
Ale najciekawiej (przynajmniej dla mnie) ma się sprawa z ruchami funkcjonalnymi. Otóż są to ruchy naturalne dla człowieka i wykonywane codziennie przy czynnościach takich jak siadanie, wstawanie, podnoszenie czegoś z ziemi czy odkładanie czegoś na wysoką półkę. Ciekawe (a może straszne) jest jednak to, że wiele z tych ruchów zatraciliśmy lub wpojono nam błędne nawyki. Dowiedziałem się na przykład, że całe życie nieprawidłowo wykonywałem coś tak banalnego jak zwykła pompka (nie żadna japońska czy z oderwaniem kończyn od ziemi). Całe życie robiłem to z łokciami na zewnątrz. A przecież wstając z leżenia na brzuchu (a stąd właśnie wzięła się pompka) wstajemy z łokciami przy ciele. Albo takie kucanie (takie z tylną częścią ciała między stopami) – zrobić niby zrobię, ale utrzymać dłużej to już byłoby trudno. A takie dzieci czy ludzie nie skażeni cywilizacją potrafią tak bez końca. Wyszło mi zatem z obliczeń, że muszę baczniej obserwować swoje dzieci bo potrafią się ruszać lepiej ode mnie...

Na zakończenie jeszcze może garść wrażeń z wtorkowych zajęć. Podobało mi się bardzo choć nie przypadła mi do gustu (a może to tylko moje wrażenie) próba wykazania, że Crossfit jest tak wspaniały, że w sumie to mógłby zastąpić wszystkie inne rodzaje aktywności (ot, nie lubię generalizowania i podejścia, że wszystkim musi odpowiadać to samo). Nastraszyli mnie (ci, co już Crossfitu próbowali), że na drugi dzień nie będę się mógł ruszać, a ja wstałem bez większych problemów. Co nie oznacza jednak, że nie miałem zakwasów. Wieść gminna okazała się prawdziwa - miałem je przez następne trzy dni. Reasumując było mocno, bolało – ale chciałbym jeszcze.
O, takie o robiliśmy. Tyle, że samym gryfem... (źródło: www.artofmanliness.com)
Niestety, nie zostanę stałym bywalcem poznańskiego klubu Crossfit (nawet mimo tego, że ma bardzo sprzyjającą mi lokalizację). Po pierwsze posiada przywarę większości klubów fitness (chociaż podobno nie powinno się tych dwóch instytucji przyrównywać) – godziny otwarcia zaczynające się gdy ja już jestem po treningu, a kończące gdy ja mogę zacząć trenować. Taka już dola młodego ojca, że trenuje bądź przed szóstą, bądź po dwudziestej drugiej. Innym elementem zaporowym jest cena - drogo jest po prostu. Cóż nie dla mnie zatem element Crossfitu jakim jest tzw. aspekt społecznościowy, ale elementy tegoż (Crossfitu, nie społeczności) do swojego indywidualnego treningu chętnie wprowadzę. A przynajmniej spróbuję.

*Z uwagi na społecznościowy oraz międzynarodowy charakter Crossfit powszechnie stosuje się nazewnictwo angielskie
**Tak, to jest aluzja do tytułu pewnego bloga...

30 kwietnia 2013

Małe podsumowanie i jeszcze mniejsza korekta

Mam za sobą mini-rozbieganie. W pewnym sensie ciągnęło się ono przez ostatnie trzy tygodnie. Najpierw był tydzień składający się z maratonu i nic-poza-tym (przed startem odpoczywałem z powodu bólu pleców niewiadomego pochodzenia). W kolejnym odpoczywałem po maratonie, więc przetruchtałem w czwartek sześć kilometrów, a w niedzielę przebiegłem swoją średniej długości zmianę w sztafecie maratońskiej. Za to ostatni tydzień folgowałem sobie po tzw. całości. Aktywności fizycznej żadnej, za to kulinarnie... Pozwalałem sobie na wiele (miałem przez to nieopisany wręcz apetyt na słodycze). Na szczęście obyło się bez szaleństw typu Big Mac z kolą i frytami w zestawie powiększonym. Ku zgryzocie mojej żony (wczoraj, gdy dzieci posnęły a ja zacząłem szykować się by pobiegać, stwierdziła: A tak było fajnie, nigdzie nie wychodziłeś...) powoli wracam do regularnej aktywności fizycznej.
Ale skoro było to mini-rozbieganie znak to nieuchronny, że mam za sobą pewien ważny etap, którego zwieńczeniem był przecież maraton w Łodzi. Postanowiłem zatem rzucić okiem (nie to, żebym wcześniej o nich nie pamiętał) na cele jakie sobie wytyczyłem pół roku temu. I cóż się okazuje? Z celów na sezon zrealizowałem tylko jeden i to z pewny przymrużeniem oka. Trójki wprawdzie w sztafecie nie złamaliśmy, ale ja swoją zmianę pobiegłem w czasie o wiele lepszym niż 43,5 minuty. Tyle, że zapisując ten cel sądziłem, że pobiegnę 10 km, a nie 7,195 km. A jest to jedyny z trzech celów, którego zrealizować w tym sezonie już okazji mieć nie będę. Pozostałe dwa jeszcze są w zasięgu.
Za to cele treningowe - kompletna klapa. Cztery z pięciu określone są datami, które już minęły. Trzech z tych pięciu zrealizować się nie udało. Trzygodzinny trening był tylko jeden - drugiego choroba zrobić nie pozwoliła. Wystartować w biegu na 5 km po prostu nie miałem okazji. A co do redukcji wagi - całkowita zasłona milczenia.
Czwartego celu - poprawienia tempa na kilometr w strefie 5a - nawet nie wiem czy mi się udało, czy nie udało osiągnąć Musiałbym przeanalizować swoje tempa w piątej strefie, ale coś ostatnio nie mam do tego motywacji. I nawet nie wiem, czy ma to sens, biorąc pod uwagę, że z uwagi na warunki pogodowe panujące w okresie, gdy zwykle przychodzi przedwiośnie (czytaj: głęboką zimą), piątą strefę biegałem za każdym razem w innych warunkach. Jest zatem sens porównywać jabłka z gruszkami?
Pozostał jeszcze cel treningowy z datą realizacji na 19 maja. Trzy tygodnie zostały niby, ale ja już wiem, że i z tego będą nici.

Co ciekawe, patrząc na te minione sześć miesięcy nie mam poczucia porażki, czy zmarnowanego czasu. Poprawiłem dwie życiówki i postępy widzę wyraźne. A jednak patrząc na cele, wyłania się obraz porażki na całej (może i cienkiej i czerwonej, ale jednak) linii. Gdzie zatem leży problem? Zapewne w określaniu sobie celów. W tej materii też muszę jeszcze trochę poćwiczyć.

No nic, na razie zastanowimy się nad nowymi terminami dla nieosiągniętych celów (co się odwlecze, to nie uciecze). Postanowiłem jednak zmodyfikować swoje dalsze plany jeszcze pod innym kątem. Pierwotnie zakładałem, że po wiosennym maratonie, zacznę przygotowania ukierunkowane na debiut w triathlonie. Doszedłem jednak kilka dni temu do wniosku, że jednak chcę się skupić na jesiennym maratonie, i już teraz zacząć trenować stricte pod jego kątem. Z triathlonu zupełnie nie rezygnuję, ale nie będę go traktował jako zawody o najwyższym priorytecie (w końcu moim celem jest go jedynie ukończyć). Pewnikiem skończy się na tym, że wystartuję w nim w ogóle z treningu (bez żadnego luzowania kilka dni wstecz).

Moją głowę zaprząta jeszcze jak układać swój tydzień treningowy. Ale o tym to już innym razem. Miłego weekendu (długiego lub nie)!

28 kwietnia 2013

Mogliwsobotę

To już było trzecie spotkanie blogujących biegaczy, czyli Blogaczy, na sztafecie maratońskiej w mieście stołecznym Warszawa. Drugie w parku Kępa Potocka i drugie zarazem podejście do złamania magicznej bariery trzech godzin - wiadomo, w kupie (pardon) siła. Niestety, w tym roku, w odróżnieniu do poprzedniego, nie udało nam się odnotować przyrostu osobowego. Dwa zespoły wprawdzie się zebrały, ale tylko dlatego, że, po pierwsze, zaangażowaliśmy dwóch biegaczy zaprzyjaźnionych z nami, acz nie spełniających de facto definicji blogacza (czyli nie blogujących). A po drugie Wojtek zgodził się pobiec dwa razy, czyli obsadził zmiany w obu sztafetach (wykręcając przy okazji dwa czasy, o których pozostałym członkom drużyny pozostaje jak na razie jedynie pomarzyć). Warto tu od razu wspomnieć, że pierwotnie to Artur zgodził się pobiec da razy, ale ostatecznie kontuzja wykluczyła go kompletnie i nie dane nam było spotkać się w ogóle.

Zamykając temat kompletowania drużyny, proszę się nie spodziewać, że winę zrzucę na rozgrywany tego samego dnia, w tym samym mieście duży bieg maratoński. Kłopoty wynikły (moim zdaniem) z tego, że ktoś się z kimś nie potrafił dogadać i obie imprezy zaplanowano na ten sam dzień, stawiając wiele osób przed trudnym wyborem.
Piękna część drużyny
A jeśli już o organizacji mowa, muszę z przykrością zauważyć, że organizacja właśnie w tym roku wyraźnie (że tak użyję kolokwializmu i eufemizmu zarazem) siadła. Nie będę rozwijał tu historii z błędnym i (co tu dużo mówić) niechlujnym wyczytywaniem drużyn, które miały przygotowywać się do zmiany, bo zrobiły to już Hania i Emilia. Ale odsyłanie mnie od Annasza do Kajfasza, zamiast po prostu zając się zgłoszonym problemem doprawdy trudno utożsamiać z zachowaniem profesjonalnym. Organizatorom zdarzyło się jeszcze kilka szeroko rozumianych niedociągnięć, które jednak przemilczę by nie pozostawiać czytelnika z poczuciem zniesmaczenia. Zamiast tego przejdźmy do spraw przyjemniejszych.
Pierwsza zmiana
Niedzielę w Warszawie zacząłem (a właściwie zaczęliśmy) od swego rodzaju eksperymentu. Razem z Wojtkiem (tym nie blogującym) nocowaliśmy w hostelu i w związku z tym o śniadanie musieliśmy się zatroszczyć sami. Postanowiliśmy zatem sprawdzić, jak będzie się biegać po śniadaniu zjedzonym w... MC-Donald'sie. Na temat gustów (smaków) się nie dyskutuje, ale ja po tortilli z jajecznicą, małym placku ziemniaczanym i kawie z mlekiem czułem się (o dziwo) nienajedzony. Być może z tego wynikał generalni niski poziom energii jaki byłem w stanie wykrzesać z siebie na trasie biegu (potem mi to minęło) W każdym bądź razie przeeksperymentowałem i... więcej tego nie powtórzę.
Duch w narodzie nie ginie czyli konsekrowana wolontariuszka
Zanim w ogóle wystartowałem na swoją zmianę, stwierdziłem, że poważnym błędem było połączenie roli kapitana z biegiem na pierwszej zmianie. Wyruszałem bowiem na trasę bez pewności czy wszyscy zainteresowani dotrą na czas (bo po prostu jeszcze ich nie było). De facto biegłem z perspektywą pokonania jeszcze jednej zmiany tego dnia, bowiem o dziewiątej wciąż jeszcze nie było jednej z osób, która miała biec drugą zmianę. Na szczęście summa summarum wszyscy dotarli na czas.
Wojtek-Ratownik
Przed swoją zmianą pewien byłem jednego. Ustanowię nową życiówkę, bowiem na okrągłym dystansie 7,195 km jeszcze nie startowałem. Ale jak już wspomniałem wcześniej, energią nie kipiałem. Choć początkowo udawało mi się utrzymać tempo jaki sobie założyłem, to przyspieszanie gdy zamierzałem przyspieszyć już mi za bardzo nie poszło. Dopiero na ostatnich kilkuset metrach udało mi się znacząco zwiększyć prędkość. Jadąc do Warszawy marzyłem o czasie w okolicach trzydziestu minut. Skończyło się na... W sumie do końca nie wiadomo na czym. Mój własny pomiar dał wynik 31:48. Oficjalny 31:29. Czy to możliwe, aby różnica wynosiła prawie dwadzieścia sekund, biorąc pod uwagę dosyć szybki start i to, że stałem jakieś trzy metry za linią startu. Wychodzi mi z obliczeń, że wyniki oficjalne pochodzą z pomiaru z jednej tylko maty - tej z linii mety (tu wyjaśniam, że linia startu znajdowała się kilkadziesiąt metrów przed dmuchaną bramką z napisem Meta, która jednocześnie stanowiła linię startu dla każdej następnej zmiany). Kolejna pomyłka organizatora?
Po ukończeniu swojej zmiany pozostało mi już tylko dopingowanie koleżanek i kolegów z drużyny i (oczywiście) rzecz najprzyjemniejsza - tzw. integracja.
Medale czy medal?
Ostatecznie możemy się pochwalić następującymi wynikami:
Blogacze I dobiegli jako trzydziesta czwarta sztafeta z czasem 3:06:20
Bartek 7,195 km 0:31:29
Wojtek 10 km 0:39:39
Leszek 10 km 0:42:05
Emilia 5 km 0:26:29
Hanka 5 km 0:24:06
Staś 5 km 0:22:09
Blogacze II przybiegli zajmując miejsce sto siedemdziesiąte ósme z czasem 3:32:26
Michał 7,195 km 0:40:29
Paweł 10 km 0:45:29
Wojtek 10 km 0:52:33
Wiola 5 km 0:28:23
Ala 5 km 0:23:54
Wojtek 5 km 0:20:23

I na sam koniec ciekawostka!
Blogacze I uzyskali (oficjalnie) dokładnie ten sam czas, zajmując dokładnie to samo miejsce (tyle, że w tym roku sztafet było o wiele więcej) co skład debiutujący na ekidenie dwa lata temu. Przypadek?

PS. Obsługę fotograficzną zapewniła nie biegnąca tym razem Kasia.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...