Czego nauczył mnie 32 Maraton Warszawski? Chyba przede wszystkim pokory - nie tylko w stosunku do królewskiego dystansu, ale przede wszystkim do samego siebie i do swoich aktualnych możliwości. Jechałem do Warszawy tuż po wyleczeniu się z (lekkiego bo lekkiego ale zawsze) przeziębienia, a nawet z minimalnymi jeszcze jego pozostałościami - jechałem zatem z podejściem, "byle w miarę dobrej formie przebiec". Ale chyba sam sobie tak tłumaczyłem - gdzieś z tyłu głowy ciągle siedziało mi "złamać czwórkę". A chyba powinienem złamać, ale tą myśl. Nie zrobiłem tego i zapłaciłem za to dosyć drogo. Ale może po kolei...
Zanim o samym biegu, myśl bardzo pozytywna - stając na starcie kolejnych zawodów niezwykle miło jest spotkać znajomych z innych biegów, nawet jeżeli uda się jedynie wymienić szybkie "cześć" i "powodzenia". Miło też jest poznać nowych, jak np. kolegę z Krakowa, który biegł z flagą Tybetu, a o którym dowiedziałem się wcześniej od Małżonki, której z kolei na Chustoforum opowiedziała o nim jego żona. Nie sposób też wspomnieć o tym, jak miło spotkać wirtualnych do tej pory znajomych współbiegaczy, jak Hankęskakankę chociażby!
Po wymianie uprzejmości ze starymi i nowymi znajomymi, przyszło do samego biegu. A tu od początku wszystko szło jakoś nie tak. Zanim jeszcze ruszyliśmy Gremlin (jeśli jeszcze o tym nie wspominałem, to moja Ślubna "ochrzciła" tak Garmina 305 i się przyjęło) nie chciał mi złapać sygnału satelity, mimo że włączyłem go kilka minut przed startem. Nigdy wcześniej nie miałem takich kłopotów. Być może wpływ na tą sytuacje miała "zagęszczenie" tego typu urządzeń w najbliższej okolicy? Pierwsza z nauczek na przyszłość - uruchamiać pulsometr dużo wcześniej. Chciałem mieć możliwość nie uzależniania się całkowitego od pacemakera zapewnionego przez organizatorów i uruchomić wirtualnego partnera. A przez to małe zamieszanie tuż przed startem, wirtualnego nie zaprogramowałem (a mogłem to przecież zrobić już w domu) a realny mi uciekł. Pozostało mi zatem biec, polegać na własnych odczuciach i co-kilometrowych raportach z "autolapu". Wciąż jednak liczyłem na to, że biegnąc równo i spokojnie uda mi się zająca na to moje wymarzone 4:00 dogonić. Z jednej strony dobrze, że nie próbowałem robić tego za wszelką cenę. Z drugiej wiem dziś, że powinienem biec z którymś z wolniejszych (mądry Polak po szkodzie...).
CDN...
27 września 2010
22 września 2010
Komitet ds. Odżywek Własnych
W życiu bym nie pomyślał, że ucieszę się na wieść o związaniu jakiegokolwiek komitetu. A jednak...
Jakiś czas temu Mateusz z run.blog.pl zaoferował mi, że na trasie Maratonu Warszawskiego może podać mi odżywki (tu należy zwrócić uwagę na jeden z puntów regulaminu: Na trasie 32. Maratonu Warszawskiego nie będzie punktów z odżywkami własnymi zawodników). Chętnie na propozycję przystałem. Niestety dziś okazało się, że Mateusza wzywają inne ważne sprawy - aczkolwiek nie pozostawił mnie samemu sobie, informując o niejakim Komitecie ds. Odżywek Własnych (w skrócie KOW, nie mylić z "głupi kaowiec"). Instytucja mi całkiem nieznana, zaglądam zatem do Internetu i cóż się dowiaduję:
Grupa KOW zorganizuje 3 punkty z odżywkami własnymi, które będą zlokalizowane na 11-tym, 24-gim i 35-tym kilometrze trasy i nazwane są odpowiednio KOW11, KOW24 i KOW35.
Odżywki własne oznaczone numerem zawodnika będzie można zostawiać w specjalnych styropianowych lub kartonowych pudłach w okolicy Biura Zawodów w miejscu oznaczonym KOW wyłącznie w sobotę 25 września br. w godz. 12.00-20.00 (będą one przechowywane w pudłach styropianowych z zamrożonymi wkładami lodówkowymi - prosimy o zastosowanie się do prośby o zamykanie pudła pokrywą). Odżywki należy oznaczyć dokładnie wg instrukcji za pomocą naklejek KOW i opisać markerami KOW. Zaleca się, aby zrezygnować z oryginalnych opakowań napojów energetyzujących lub szczelnie zaklejać je taśmą papierową lub foliową.
KOW11 będzie usytuowany przy KS Polonia.
KOW24 będzie usytuowany na zbiegu z Mostu Świętokrzyskiego (po prawej stronie).
KOW35 będzie usytuowany na Solcu pod mostem kolejowym.
Przed punktami odżywek własnych będą rozstawione tablice formatu A3 informujące o zbliżaniu się do tego punktu - osoby, które będą korzystały proszone są o wcześniejsze informowanie obsługi poprzez podniesienie ręki. Odżywki będą wydawane osobom tylko i wyłącznie na podstawie numeru startowego umieszczonego w widocznym miejscu.
Odżywki na stołach będą wstępnie posegregowane wg numeru zawodnika i ustawione w odpowiednich "sektorach". Obsługa KOW dołoży wszelkich starań, aby podać odżywkę do ręki zawodnika.
Grupa KOW zobowiązuje się do posprzątania ze wszelkich butelek trasy w okolicy swoich punktów z odżywkami i pozostawienia worków ze śmieciami do wywiezienia Organizatorowi.
Trzeba przyznać, że inicjatywa ze wszech miar godna podziwu - skorzystam z miłą chęcią i ogromną im wdzięcznością (sic!).
Zainspirowany działaniami komitetu przestudiowałem na szybko regulamin Poznańskiego Maratonu. Nie znalazłem tam informacji, że nie będzie możliwości pozostawienia na trasie odżywek własnych zawodników, ale nie znalazłem też informacji, aby taka możliwość była. Komitetu już raczej nie uda się zorganizować, ale o ile się znajdą chętni ja swoją skromną osobą służę pomocą w podawaniu odżywek na trasie 11 Maratonu Poznańskiego.
Jakiś czas temu Mateusz z run.blog.pl zaoferował mi, że na trasie Maratonu Warszawskiego może podać mi odżywki (tu należy zwrócić uwagę na jeden z puntów regulaminu: Na trasie 32. Maratonu Warszawskiego nie będzie punktów z odżywkami własnymi zawodników). Chętnie na propozycję przystałem. Niestety dziś okazało się, że Mateusza wzywają inne ważne sprawy - aczkolwiek nie pozostawił mnie samemu sobie, informując o niejakim Komitecie ds. Odżywek Własnych (w skrócie KOW, nie mylić z "głupi kaowiec"). Instytucja mi całkiem nieznana, zaglądam zatem do Internetu i cóż się dowiaduję:
Grupa KOW zorganizuje 3 punkty z odżywkami własnymi, które będą zlokalizowane na 11-tym, 24-gim i 35-tym kilometrze trasy i nazwane są odpowiednio KOW11, KOW24 i KOW35.
Odżywki własne oznaczone numerem zawodnika będzie można zostawiać w specjalnych styropianowych lub kartonowych pudłach w okolicy Biura Zawodów w miejscu oznaczonym KOW wyłącznie w sobotę 25 września br. w godz. 12.00-20.00 (będą one przechowywane w pudłach styropianowych z zamrożonymi wkładami lodówkowymi - prosimy o zastosowanie się do prośby o zamykanie pudła pokrywą). Odżywki należy oznaczyć dokładnie wg instrukcji za pomocą naklejek KOW i opisać markerami KOW. Zaleca się, aby zrezygnować z oryginalnych opakowań napojów energetyzujących lub szczelnie zaklejać je taśmą papierową lub foliową.
KOW11 będzie usytuowany przy KS Polonia.
KOW24 będzie usytuowany na zbiegu z Mostu Świętokrzyskiego (po prawej stronie).
KOW35 będzie usytuowany na Solcu pod mostem kolejowym.
Przed punktami odżywek własnych będą rozstawione tablice formatu A3 informujące o zbliżaniu się do tego punktu - osoby, które będą korzystały proszone są o wcześniejsze informowanie obsługi poprzez podniesienie ręki. Odżywki będą wydawane osobom tylko i wyłącznie na podstawie numeru startowego umieszczonego w widocznym miejscu.
Odżywki na stołach będą wstępnie posegregowane wg numeru zawodnika i ustawione w odpowiednich "sektorach". Obsługa KOW dołoży wszelkich starań, aby podać odżywkę do ręki zawodnika.
Grupa KOW zobowiązuje się do posprzątania ze wszelkich butelek trasy w okolicy swoich punktów z odżywkami i pozostawienia worków ze śmieciami do wywiezienia Organizatorowi.
Trzeba przyznać, że inicjatywa ze wszech miar godna podziwu - skorzystam z miłą chęcią i ogromną im wdzięcznością (sic!).
Zainspirowany działaniami komitetu przestudiowałem na szybko regulamin Poznańskiego Maratonu. Nie znalazłem tam informacji, że nie będzie możliwości pozostawienia na trasie odżywek własnych zawodników, ale nie znalazłem też informacji, aby taka możliwość była. Komitetu już raczej nie uda się zorganizować, ale o ile się znajdą chętni ja swoją skromną osobą służę pomocą w podawaniu odżywek na trasie 11 Maratonu Poznańskiego.
19 września 2010
Druga fala
Na siedem dni przed planowanym startem stanąłem przed nie lada dylematem. Niestety po ośmiu dniach "smarkania" katar nie odpuszcza, a nawet uderzył drugą falą i nabrał na intensywności. Wygląda na to, że aby się z nim ostatecznie rozprawić trzeba będzie wziąć dwa dni wolnego i naprawdę odpocząć. Tyle tylko, że...
Zakładając (optymistycznie), że do czwartku uda mi się stanąć na nogi, to czy jest sens z biegu (cóż za ironiczne, w moim niezbyt szczęśliwym położeniu, określenie) mierzyć się z dystansem 42,195 km? Nie wydaje mi się to zbyt dobrym pomysłem. Chyba jednak lepiej będzie potraktować dwa ostatnie tygodnie jako "niebyłe", wrócić do realizowanego planu w miejscu, w którym go przerwałem i wystartować w Maratonie Poznańskim. Ewentualnie mógłbym skorzystać z planu Powrót do formy po przerwie z portalu Bieganie.pl. A Wy, co myślicie?
W każdym bądź razie wygląda na to, że trzeba będzie zacisnąć zęby i odżałować maraton w stolicy (w tym wniesioną już opłatę) i wpisać do kalendarza 33 Maraton Warszawski. Sęk w tym, że jeśli nadal chcę myśleć o Koronie Maratonów Polskich, to w przyszłym roku trzeba będzie przebiec dwa maratony w odstępie nie czterech a dwóch tygodni. To będzie trudne... ale da się zrobić!
A moje buty do biegania tak smętnie spoglądają na mnie z kąta, z którego już przeszło tydzień się nie ruszały...
Zakładając (optymistycznie), że do czwartku uda mi się stanąć na nogi, to czy jest sens z biegu (cóż za ironiczne, w moim niezbyt szczęśliwym położeniu, określenie) mierzyć się z dystansem 42,195 km? Nie wydaje mi się to zbyt dobrym pomysłem. Chyba jednak lepiej będzie potraktować dwa ostatnie tygodnie jako "niebyłe", wrócić do realizowanego planu w miejscu, w którym go przerwałem i wystartować w Maratonie Poznańskim. Ewentualnie mógłbym skorzystać z planu Powrót do formy po przerwie z portalu Bieganie.pl. A Wy, co myślicie?
W każdym bądź razie wygląda na to, że trzeba będzie zacisnąć zęby i odżałować maraton w stolicy (w tym wniesioną już opłatę) i wpisać do kalendarza 33 Maraton Warszawski. Sęk w tym, że jeśli nadal chcę myśleć o Koronie Maratonów Polskich, to w przyszłym roku trzeba będzie przebiec dwa maratony w odstępie nie czterech a dwóch tygodni. To będzie trudne... ale da się zrobić!
A moje buty do biegania tak smętnie spoglądają na mnie z kąta, z którego już przeszło tydzień się nie ruszały...
16 września 2010
A co ja lubię?
Gdy otrzymałem od Avy zaproszenie do blogo-psycho-zabawy, zaczęły mną targać mieszane uczucia. Z jednej strony coś mnie pociąga w tych "wyliczankach", które blogerzy sobie wzajemnie podrzucają. Z drugiej, mam permanentne uczulenie na tzw. "łańcuszki" (w każdej formie, choć najbardziej wkurzają mnie te z psełdopomocą dla chorych dzieci). Nie chcąc zatem wyjść na drewniaka, a jednocześnie nie robić nic wbrew sobie, postanowiłem zrobić to, co zrobił współ-blogo-biegacz Bober, znalazłszy się w analogicznej sytuacji, czyli pominąć ostatni punkt następującego przepisu:
- Napisz, kto przyznał Ci tę nagrodę. [patrz wyżej]
- Wymień 10 rzeczy, które lubisz.
Przyznaj tę nagrodę 10 innym blogerom i poinformuj ich komentarzem
- Biegać - (nie)banalne stwierdzenie na blogu biegacza, prawda?
- Nie mieć kataru - to tak na czasie, bo właśnie spełnia się na mnie w 100% powiedzenie o czasie trwania kataru leczonego/nie leczonego (niepotrzebne skreślić), a "niemanie" kataru wpływa pozytywnie na realizację samego siebie w punkcie pierwszym.
- A propos "biegam" i "lubię" - słuchać Trójki - zawsze i wszędzie, choć najchętniej i najczęściej w samochodzie. Jestem Trójkomaniakiem odkąd na pierwszym miejscu Listy Przebojów Programu Trzeciego była Bogurodzica, czyli odkąd pamiętam.
- Książki - nie tylko czytać. uwielbiam ich zapach i dotyk. Niektóre kupuję nie po to by przeczytać, ale po to by mieć (choć oczywiście nie wykluczam, że kędyś przeczytam). Marzy mi się pokój, w którym wszystkie ściany będą zasłonięte regałami z książkami...
- Komiksy - wbrew powszechnym stereotypom. Moje ulubione serie to Dilbert i Usagi Yojimbo. A propos tego drugiego,
- Japonię - fascynuję mnie ta kultura, szczególnie etos samuraja. W moim salonie stoi replika japońskiego miecza, a kiedyś połączę ten punkt z pierwszym i pobiegnę w maratonie w Tokio.
- Kabaret Potem - i kabaret w ogóle. Ale Potemy, chyba już zawsze będą moim numerem jeden.
- Seriale telewizyjne - brzmi banalnie? A jednak raz na jakiś czas któryś mnie wciąga. Teraz wprawdzie nie mam kiedy telewizji oglądać, ale ostatnimi czasy miałem "hopla" na punkcie Scrubs'ów (w polskiej wersji Hożych Doktorów), a niestety nikt jeszcze nie wpadł by ten serial wydać w Polsce na DVD.
- Tzw. filmy dla facetów - takie jak Gladiator, Waleczne Serce czy Szeregowiec Ryan. Coś musi tkwić w tej męskiej duszy, bo choć nie znoszę przemocy (w żadnej z form) na scenach walki serce mi skacze.
- Uśmiech mojej córki - gdy się pojawia, poprzednie dziewięć punktów jakby blednie...
12 września 2010
Przypowieść o biegaczu
Z niedzielnych rozmów pewnego małżeństwa:
ON - Powiedz, że jutro nie będę już miał kataru...
ONA - Nie będziesz miał jutro kataru.
ON - Powiedz, że we wtorek będę mógł znowu pobiegać...
ONA - Będziesz miał jutro katar!
Tak, wciąż mi nos przecieka, ale z nadzieją patrzę w najbliższe godziny i ufam, że we wtorek choć potruchtać mi się uda.
I tak to jest z tym planowaniem. W poniedziałek, opierając się na artykule z ostatniego numeru Biegania, ułożyłem sobie założenia na ostatnie trzy tygodnie przed startem w maratonie. Choć zakładają one stopniową redukcję kilometrażu, na kończący się właśnie tydzień miał przypadać o jeden trening więcej niż zazwyczaj (czyli cztery). A udało mi się zrealizować jedynie 3-kilometrówki (cztery ich było, przeplatanych 3-minutowym truchtem, w sumie 13,5 km) w środę (też zresztą pierwotnie planowane na wtorek). Ból gardła, który nagle pojawił się w piątek rano, oraz katar, który szybko poszedł mu w sukurs, skutecznie przekreśliły pozostałe biegowe plany i nie tylko (popsuły mi również zabawę na wczorajszym weselu Eweliny i Maćka). Ot, nie wiesz biegaczu, kiedy... niezaplanowane wydarzenia i okoliczności nie pozwolą ci realizować tego, coś z takim pietyzmem zaplanował.
A tak z innej beczki, to dziś przypada 2499 rocznica bitwy pod Maratonem.
Wielu twierdzi, że upłynęło już okrągłe dwa i pół tysiąclecia, ale na pozór proste równanie matematyczne:
ON - Powiedz, że jutro nie będę już miał kataru...
ONA - Nie będziesz miał jutro kataru.
ON - Powiedz, że we wtorek będę mógł znowu pobiegać...
ONA - Będziesz miał jutro katar!
Tak, wciąż mi nos przecieka, ale z nadzieją patrzę w najbliższe godziny i ufam, że we wtorek choć potruchtać mi się uda.
I tak to jest z tym planowaniem. W poniedziałek, opierając się na artykule z ostatniego numeru Biegania, ułożyłem sobie założenia na ostatnie trzy tygodnie przed startem w maratonie. Choć zakładają one stopniową redukcję kilometrażu, na kończący się właśnie tydzień miał przypadać o jeden trening więcej niż zazwyczaj (czyli cztery). A udało mi się zrealizować jedynie 3-kilometrówki (cztery ich było, przeplatanych 3-minutowym truchtem, w sumie 13,5 km) w środę (też zresztą pierwotnie planowane na wtorek). Ból gardła, który nagle pojawił się w piątek rano, oraz katar, który szybko poszedł mu w sukurs, skutecznie przekreśliły pozostałe biegowe plany i nie tylko (popsuły mi również zabawę na wczorajszym weselu Eweliny i Maćka). Ot, nie wiesz biegaczu, kiedy... niezaplanowane wydarzenia i okoliczności nie pozwolą ci realizować tego, coś z takim pietyzmem zaplanował.
A tak z innej beczki, to dziś przypada 2499 rocznica bitwy pod Maratonem.
Wielu twierdzi, że upłynęło już okrągłe dwa i pół tysiąclecia, ale na pozór proste równanie matematyczne:
490 + 2010 = 2500
zawiera pewien błąd logiczny, który spowodował również dyskusję na temat tego, kiedy zaczął się wiek 21-wszy. A mianowicie, roku zerowego nie było. Czyli w 1 r.p.n.e. minęło 489 lat od bitwy, w 1 r.n.e 490 lat, a dwa kolejne tysiące dziewięć lat później (czyli dziś), jak nie trudno policzyć, lat 2499. Dwa i pół tysiąca lat od pamiętnego starcia upłynie zatem dopiero 12 września 2011 roku, a szkoda, bo to będzie poniedziałek i małe szanse na zorganizowanie dużego biegu maratońskiego. W tym roku, na nieokrągłą rocznicę, "załapał" się np. Maraton Wrocławski.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
