Jak to mam w zwyczaju ostatnio, zacznę od wniosków końcowych. Najbardziej żałuję, że tegoroczny maraton sztafet wyszedł tak na wariackich papierach - ja przyjechałem prosto z konferencji w Szczyrku, Krzysiek z Wojtkiem zarwali noc, żeby w ogóle dotrzeć, a w dodatku nawet nie zdążyliśmy wszyscy dobrze odsapnąć, a już trzeba było się żegnać (zresztą nie ze wszystkimi pożegnać się udało). Zatem za jeden z celów (o pozostałych za chwil kilka) na rok kolejny stawiam sobie, by do stolicy przywieźć swoje dziewczyny i cieszyć się nie tylko bieganiem. Liczę, że uda się to nie tylko mnie...
Kolejny cel to utrzymać progres, czyli za rok spodziewamy się trzeciej drużyny Blogaczy (od razu napiszę, że liczę na
Magdę i
Tomka, tym razem nie odpuszczę
Kaśce, a
Mateusz to nawet obiecał, że za rok z nami pobiegnie - a może i
Kuba się "nawróci"...).
 |
Zdjęcie: Wojtek Siwoń |
No dobrze, to może o samym biegu. Pogoda w tym roku postanowiła nas zaskoczyć, bo tak jak przed rokiem słońce grzało jak miło. A jeszcze w sobotę serwisy meteo zapowiadały aurę idealną do bicia życiówek. Pogoda w połączeniu z nową trasą, niezbyt płaską w porównaniu do zeszłorocznej, nie napawały optymizmem, którego nam jednak nie brakowało. Ale jak nam miało brakować, gdy w jednym miejscu udało się zebrać dwanaście, a nawet trzynaście osób, które łączy podwójna pasja. W tym momencie, choć każdemu marzy się jak najlepszy wynik, schodzi on mimo wszystko na plan dalszy (co wciąż muszę tłumaczyć namawiając do startu kolejne osoby...).
 |
Zdjęcie: Wojtek Siwoń |
Mnie osobiście w Parku Kępą Potocka marzyła się nie tylko nowa życiówka na "dychę" ale i złamanie 45 minut. Trzymałem się tych marzeń mimo wspomnianych wcześniej nie napawających optymizmem. Wystartowałem oczywiście za mocno i pierwszy kilometr wyszedł o pięć sekund za szybko. Zapłaciłem za to na kolejnych, tracąc za każdym razem od dwóch do siedmiu sekund (z wyjątkiem końca pierwszej pętli, gdzie niósł mnie doping współblogaczy). Początek drugiej pętli również nie należał do przyjemności, choć na szczęście można było liczyć na przychylność kibiców, z których dwaj zlitowali się nade mną i poczęstowali czymś do picia (teraz zastanawiam się, czy ja się za bardzo na tym moim pragnieniu nie skupiałem). Do pozytywnych aspektów drugiego okrążenia należy też zaliczyć imienny doping dyrektora biegu, Marka Troniny (imiona na plecach to był dobry pomysł). Gdy minąłem tabliczkę z oznaczeniem ósmego kilometra zmusiłem się jednak aby przyspieszyć i po szybkim przeliczeniu czasów okazało się, że życiówka jest jeszcze w moim zasięgu. Po minięciu dziewiątego kilometra dopadł mnie niestety kolejny kryzys, z którego uleczyła mnie dopiero bezpośrednia bliskość mety, a przede wszystkim widok Hanki oczekującej na pałeczkę. Z wrażenia po przekroczeniu mety nie wyłączyłem Gremlina, ale późniejsza analiza wykresu tempa pozwoliła mi oszacować czas netto na 0:45:31 (brutto, czyli liczony dla pałeczki 0:45:35 - po przekazaniu pałeczki wyprzedziłem nieco Hanię), czyli jest progres o 9 sekund.
 |
Zdjęcie: Stanisław Walenta |
Ostatecznie pierwszy skład Blogaczy uzyskał czas
03:11:06,6:
Zaś tegoroczni debiutanci czyli Blogacze II przybiegli zaledwie dwie minuty później z czasem
03:13:57,4:
Upragnionych trzech godzin wprawdzie nie złamaliśmy, ale biorąc pod uwagę (jak to się ładnie mówi) "warunki ogólne" jestem (i chyba nie tylko ja) z występu w Parku Kępa Potocka zadowolony. A trójkę złamiemy rzecz jasna już za rok!
Na koniec, jako że przyszło mi po raz kolejny pełnić zaszczytną rolę (tym razem podwójnego) kapitana, chciałbym raz jeszcze gorąco podziękować wszystkim Blogaczom, zarówno tym
Biegnącym, jak i
Wspierającym (na miejscu i zdalnie) oraz tym którzy zapewnili nam stroje, czyli
Kubie, który zaprojektował i przygotował grafikę oraz Ewie i Wojtkowi z
HRmax.pl, którzy zadbali by koszulki były gotowe na nasz wspólny bieg!