21 lutego 2010

Sezon biegowy rozpoczęty

Jako, że pierwsze zawody mam już za sobą można chyba uznać Sezon Biegowy 2010 za otwarty. I pomyśleć, że jeszcze rok temu nawet bym nie pomyślał, żeby o tej porze roku trenować, a co dopiero brać udział w zawodach. W każdym bądź razie, zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, VIII Zimowy Bieg Trzech Jezior odbył się z moim skromnym udziałem. Miejsce 418 na 558 startujących to może nie jakiś super wynik, ale ja jestem z siebie bardzo zadowolony. Po pierwsze dlatego, że jest mój pierwszy start na tak długim dystansie, więc cieszę się, że w ogóle dotarłem do mety. Po drugie zakładałem, że jeśli zejdę poniżej godziny trzydzieści to będę zadowolony z wyniku - zszedłem o ponad cztery minuty. Byłoby jeszcze lepiej, gdybym lepiej zadbał o paliwo, ale może po kolei.

Wystartowałem spokojnie i pierwsze kilometry biegło się całkiem przyjemnie mimo, że pogoda nie do końca dopisała - liczyłem na lekki mróz i piękne zimowe pejzaże, a zastaliśmy odwilż i momentami trzeba było bardzo uważnie patrzeć pod nogi. Moje problemy zaczęły się na 8-9 kilometrze, gdy zaczęło mi burczeć w brzuchu, co uświadomiło mi, że za mało zjadłem przed biegiem. Zatem gdy ok. 10 kilometra dotarłem do punktu wydawania herbaty, cieszyłem się jak dziecko z tego, że była posłodzona (na co dzień ). Spożyta dawka cukru pozwoliła mi odżyć ok. 11 kilometra i nawet miałem siłę by pożartować ze strażakami "obstawiającymi" trasę. Niestety po trzynastym modliłem się już o tabliczkę z "14", a gdy już ją minąłem myślałem, że nie dam już rady. Wtedy zacząłem się modlić w pełnym słowa znaczeniu - postanowiłem przebiec ten najtrudniejszy kilometr dla kogoś, kto jeszcze się nie urodził ale spodziewamy się go na tym świecie lada dzień. To dało mi siłę na ostatnie chwile wysiłku i na nawet dosyć dynamiczny finisz. Ostatecznie ukończyłem trasę z czasem 01:25:56 (01:25:31 netto). Otrzymałem piękny pamiątkowy medal w kształcie śnieżynki, który nie ucieszył mnie tak bardzo jak... drożdżówka, którą otrzymałem zaraz potem.

Na trasie spotkałem też "starego znajomego". Gdy chodziłem do liceum (a działo się to w Łęczycy niedaleko Łodzi), widywałem czasem filigranowego człowieka, który dynamicznym krokiem przemierzał miasto - dynamicznym choć poruszał się o kulach. Po ponad dziesięciu latach spotkaliśmy się wczoraj na trasie trzemeskiej piętnastki.
Przykład Zbyszka Stefaniaka przekonuje mnie, że biegać może na prawdę każdy.

4 komentarze:

  1. Moje wielkie gratulacje. Ja, co prawda, mam już 2 starty zaliczone w tym sezonie, lecz miały one charakter bardziej treningowy, aniżeli walki o czas. Bo jak tu walczyć o czas przy 15cm warstwie śniegu i kilumetrowych podbiegach? :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj !
    Wielkie brawa i gratulacje!:)
    pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  3. Liczy się udział i sam fakt, że jest się biegaczem. Pomyśl, że 90% Polaków siedziała wtedy w fotelu, oglądała TV, leczyła kaca albo jadła smażone kotlety a te 500 osób robiło coś dla swojego zdrowia :) To jest IMO bardzo ważne :)

    Pzdr! :)
    run

    OdpowiedzUsuń
  4. Podziwiam Pana Zbyszka,gratulacje,ja bym sie bała jeszcze bardziej niż teraz gdy mokro i błotno i łatwo o kontuzję biegając.I ciekawi mnie gdzie zaczynał biegać w Łęczycy gdy padało i już błoto było.Podobno najlepiej na miekkim podłozu biegać,pytanie tylko gdzie?Lasu nie mamy....A jak po deszczu jest to myślę,że łatwo o wypadek bo slisko się robi,zwłaszcza zimą zastanawia mnie jak biegają ci co biegaja zimą.Idąc nieraz się wywaliłam a co dopiero biegając(buty do biegania chyba nie są antypoślizgowe?)

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...